XIII. Pogodzeni małżonkowie
XIII. Pogodzeni małżonkowie
Od połowy kwietnia pani baronowa Krzeszowska nagle zmieniła tryb życia.
Do tej pory dzień shodził jej na wymyślaniu Mariannie, na pisywaniu listuw do lokatoruw o to, że shody są zaśmiecone, na wypytywaniu struża: czy nie zdarł kto karty wynajmu mieszkań? czy praczki z paryskiej pralni nocują w domu albo czy rewirowy nie miał do niej jakiego interesu? Nie zapominała pży tym upominać go, ażeby w razie zgłoszenia się konkurenta o lokal na tżecim piętże bacznie pżypatrywał się, szczegulniej ludziom młodym, a gdyby to byli studenci, ażeby odpowiadał, że lokal już wynajęty.
— Uważaj, Kacprze, co ci muwię — kończyła — bo stracisz miejsce, jeżeli mi tu zakradnie się jaki student. Mam już dosyć tyh nihilistuw, rozpustnikuw, ateuszuw, ktuży znoszą trupie głuwki.
Po każdej takiej konferencji struż wruciwszy do swej komurki żucał czapkę na stuł i wykżykiwał:
— Albo się, psiamać, powieszę, albo dłużej nie wytżymam z taką panią! W piątek na targ — idź, strużu, do apteki po dwa razy na dzień lataj, do magla drałuj i horoba wie, gdzie nie hodź. Pżecie już mi zapowiedziała, że będę z nią jeździł na cmentaż do pożądkowania grobu!... Słyhane to żeczy na świecie?... Odejdę stąd na święty Jan, żebym miał dać komu dwadzieścia rubli odstępnego...
Ale od połowy kwietnia pani baronowa złagodniała.
Złożyło się na to kilka okoliczności.
Pżede wszystkim kturegoś dnia odwiedził ją nieznany adwokat z poufnym zapytaniem, czy pani baronowa nie wie czego o funduszah pana barona... Gdyby zaś takowe gdzie istniały, o czym zresztą wątpi adwokat, należałoby je wskazać dla uwolnienia pana barona od kompromitacji. Wieżyciele jego bowiem gotowi są hwycić się ostatecznyh środkuw.
Pani baronowa solennie upewniła adwokata, że jej małżonek, baron, pomimo całej pżewrotności i udręczeń, jakie jej zadał, żadnyh funduszuw nie posiada. W tym miejscu dostała spazmuw, co skłoniło adwokata do szybkiego odwrotu. Gdy zaś kapłan sprawiedliwości opuścił jej mieszkanie, nader szybko powruciła do zdrowia i zawoławszy Marianny żekła do niej niezwykle spokojnym głosem:
— Tżeba by, moja Marysiu, założyć świeże firanki, bo mam pżeczucie, że nieszczęśliwy nasz pan nawruci się...
W parę dni puźniej był u baronowej książę w swojej własnej osobie. Zamknęli się oboje w najodleglejszym pokoju i mieli długą konferencję, w trakcie kturej pani parę razy zaniosła się od płaczu, a raz zemdlała. O czym by jednak muwili, tego nie wie nawet Marianna. Tylko po odejściu księcia baronowa kazała natyhmiast wezwać pana Maruszewicza, a gdy pżybiegł, żekła dziwnie łagodnym głosem, pżeplatając mowę westhnieniami:
— Zdaje mi się, panie Maruszewicz, że muj zbłąkany mąż nareszcie się opamięta... Bądź więc łaskaw, jedź do miasta i kup męski szlafrok i parę pantofli. Weź na twoją miarę, bo wy obaj, biedacy, jesteście jednakowo szczupli...
Pan Maruszewicz ruszył brwiami, ale wziął pieniądze i zrobił sprawunek. Baronowej cena czterdziestu rubli za szlafrok i sześciu za pantofle wydała się nieco wysoką, ale pan Maruszewicz odpowiedział, że nie zna się na cenie, że kupował w pierwszożędnyh magazynah, i już nie muwiono o tym.
Znowu po kilku dniah do mieszkania pani Krzeszowskiej zgłosiło się dwu Żydków zapytując, czy pan baron jest w domu... Pani baronowa, zamiast wpaść na nih z kżykiem, jak to zwykle robiła, kazała im bardzo spokojnym tonem wyjść za dżwi. Potem zawoławszy Kacpra żekła mu:
— „Zdaje mi się, kohany Kacprze, że nasz biedny pan sprowadzi się do nas dziś albo jutro. Tżeba położyć sukno na shodah od drugiego piętra... Tylko uważaj, moje dziecko, ażeby nie pokradli prętuw... I sukno tżeba co kilka dni tżepać...
Od tej hwili już nie wymyślała Mariannie, nie pisywała listuw, nie dręczyła struża... Tylko po całyh dniah, z rękoma założonymi na piersi, hodziła po swym rozległym mieszkaniu, blada, ciha, zirytowana.
Na turkot dorożki, zatżymującej się pżed domem, biegła do okna; na odgłos dzwonka żucała się do progu i spoza zamkniętyh dżwi salonu nasłuhiwała, kto rozmawia z Marianną.
Po paru dniah takiego trybu życia zrobiła się jeszcze bledszą i jeszcze bardziej rozdrażnioną. Biegała coraz prędzej po coraz mniejszej pżestżeni, często upadała na kżesło lub fotel, z biciem serca, a nareszcie położyła się do łużka.
— Każ zdjąć sukno ze shoduw — żekła do Marianny shrypniętym głosem. — Panu znowu musiał jakiś łotr pożyczyć pieniędzy...
Ledwie to powiedziała, energicznie zadzwoniono do dżwi. Pani baronowa posłała napżud Mariannę, a sama tknięta pżeczuciem, pomimo bulu głowy, zaczęła się ubierać. Wszystko leciało jej z rąk.
Tymczasem Marianna, uhyliwszy dżwi zaczepione na łańcuh, zobaczyła w sieni jakiegoś bardzo dystyngowanego jegomościa z jedwabnym parasolem i ręczną walizką. Za jegomościem, ktury pomimo starannie ogolonyh wąsuw i bujnyh faworytuw wyglądał nieco na kamerdynera, stali tragaże z kuframi i tłomokami.
— A co to?... — mahinalnie zapytała służąca.
— Otwożyć dżwi, obie połowy!... — odparł jegomość z walizką. — Żeczy pana barona i moje...
Dżwi otwożyły się, jegomość kazał tragażom złożyć kufry i tłomoki w pżedpokoju i zapytał:
— Gdzie tu gabinet jaśnie pana?...
W tej hwili pżybiegła baronowa w nie zapiętym szlafroku, z włosami w nieładzie.
— Co to?... — zawołała wzruszonym głosem. — Ah, to ty, Leonie... Gdzie pan?...
— Zdaje się, że jaśnie pan u Stępka... Hciałbym złożyć żeczy, ale nie widzę ani gabinetu pana, ani pokoju dla mnie.
— Zaczekajże... — muwiła gorączkowo baronowa. — Zaraz Marianna wyniesie się z kuhni, to ty tam...
— Ja w kuhni?... — spytał jegomość nazwany Leonem. — Hyba jaśnie pani żartuje. Według umowy z panem mam mieć swuj pokuj...
Pani baronowa zmieszała się.
— Co ja muwię!... — żekła. — To wiesz, muj Leonie, wprowadź się tymczasem na tżecie piętro, do mieszkania po studentah...
— Tak to rozumiem — odparł Leon. — Jeżeli tam jest parę pokoikuw, to mogę nawet mieszkać z kuhażem...
— Jak to z kuhażem?
— Bo pżecież jaśnie państwo bez kuhaża obejść się nie mogą. Bieżcie te żeczy na gurę — zwrucił się do tragaży.
— Co wy robicie?... — kżyknęła baronowa widząc, że zabierają wszystkie kufry i tłomoki.
— Biorą moje żeczy. Nieście! — komenderował Leon.
— A gdzież pana barona?...
— O, proszę... — odparł służący podając Mariannie ręczną walizkę i parasol.
— A pościel?... garderoba?... spżęty?... — zawołała pani łamiąc ręce.
— Niehże jaśnie pani nie robi skandalu pży służbie!... — zgromił ją Leon. — Wszystkie te żeczy jaśnie pan powinien mieć w domu...
— Prawda... prawda!... — szepnęła upokożona baronowa.
Zainstalowawszy się na guże, gdzie mu jeszcze musiano zanieść łużko, stuł, parę kżeseł i miednicę z dzbankiem wody, pan Leon ubrał się we frak, biały krawat, świeżą koszulę (trohę ciasną na niego), wrucił do pani baronowej i poważnie zasiadł w pżedpokoju.
— Za puł godziny — żekł do Marianny spoglądając na złoty zegarek — jaśnie pan powinien być, bo co dzień sypia od godziny czwartej do piątej. — Cuż, nudno tu pannie? — dodał. — No, ale ja pannę rozruszam...
— Marianno!... Marianno, hodź tutaj!... — zawołała ze swego pokoju baronowa.
— Cuż panna zaraz tak lecisz? — zapytał Leon. — Ucieknie starej interes czy co?... Nieh trohę poczeka...
— Kiedy boję się, bo strasznie zła — szepnęła Marianna wydzierając mu się z rąk.
— Zła, boś ją sama panna zepsuła. Im tylko pozwolić, to by zaraz człowiekowi kołki na łbie ciosali... Z baronem będziesz panna miała lżej, bo to koneser... Ale ubrać się panna musisz inaczej, nie tak po tercjarsku. My nie lubimy zakonnic.
— Marysia!... Marysia!...
— No, to idź już panna, tylko powoli — upominał ją Leon.
Wbrew pżewidywaniom Leona baron pżybył do swej małżonki nie o czwartej, ale dopiero około piątej.
Był ubrany w nowy tużurek i świeży kapelusz, w ręku tżymał laseczkę ze srebrną końską nogą. Miał minę spokojną, ale pod tymi pozorami wierny sługa dostżegł mocne wzruszenie. Już w pżedpokoju binokle dwa razy spadły baronowi, a lewa powieka drgała mu bez poruwnania częściej aniżeli pżed pojedynkiem albo nawet pży sztosie.
— Zamelduj mnie pani baronowej — żekł pan Krzeszowski nieco pżytłumionym głosem.
Leon otwożył dżwi salonu i prawie groźnie zawołał:
— Jaśnie pan!...
A gdy baron wszedł, zamknął za nim dżwi, odprawił Mariannę, ktura pżybiegła z kuhni, i — sam zaczął podsłuhiwać.
Pani baronowa, siedząca z książką na kanapie, na widok męża powstała. Gdy baron złożył jej głęboki ukłon, hciała odkłonić się, ale znowu upadła na kanapę.
— Mężu muj... — szepnęła zasłaniając tważ rękoma. — O! co ty robisz...
— Pżykro mi bardzo — żekł baron kłaniając się po raz drugi — że składam pani uszanowanie w takih warunkah...
— Ja wszystko gotowa jestem pżebaczyć, jeżeli...
— Jest to bardzo zaszczytne dla nas obojga — pżerwał baron — ponieważ i ja gotuw jestem zapomnieć pani wszystko, co dotyczy mojej osoby. Na nieszczęście, raczyła pani wprowadzić w grę moje nazwisko, kture lubo w historii świata nie odznaczyło się żadną niezwykłością, zasługuje pżecież na to, aby je oszczędzano.
— Nazwisko?... — powtużyła baronowa.
— Tak, pani — odparł baron kłaniając się po raz tżeci, ciągle z kapeluszem w ręku. — Daruje pani, że dotknę tej niemiłej sprawy, ale... Od pewnego czasu nazwisko moje figuruje we wszystkih sądah... W tej hwili na pżykład podoba się pani mieć aż tży procesy: dwa z lokatorami, a jeden z jej byłym adwokatem, ktury nie uhybiając mu, jest skończonym łotrem.
— Ależ, mężu! — zawołała baronowa zrywając się z kanapy. — Wszakże w tej hwili ty masz jedenaście procesuw o tżydzieści tysięcy rubli długuw...
— Pżepraszam!... Mam siedemnaście procesuw o tżydzieści dziewięć tysięcy rubli długuw, jeżeli mnie pamięć nie myli. Ale to są procesy o długi. Między nimi nie ma ani jednego, ktury wytoczyłbym uczciwej kobiecie o kradzież lalki... Między moimi gżehami nie ma ani jednego anonimu, ktury by spotważał niewinną, a spomiędzy moih wieżycieli ani jeden nie musiał uciekać z Warszawy wygnany pżez oszczerstwa, jak się to zdażyło niejakiej pani Stawskiej, dzięki troskliwości pani baronowej Krzeszowskiej...
— Stawska była twoją kohanką...
— Pżepraszam. Nie twierdzę, że nie starałem się o jej względy, ale pżysięgam na honor, że jest to najszlahetniejsza kobieta, jaką spotkałem w życiu. Nieh pani nie obraża ten superlatyw zastosowany do osoby obcej i nieh pani raczy mi wieżyć, że pani Stawska jest kobietą, ktura nawet moje... moje starania zostawiała bez odpowiedzi. A ponieważ, pani baronowo, ja mam honor znać pżeciętne kobiety, więc... moje świadectwo coś znaczy...
— W rezultacie czego hcesz, muj mężu? — zapytała pani baronowa już pewnym głosem.
— Hcę... bronić nazwiska, kture oboje nosimy. Hcę... nakazać w tym domu szacunek dla baronowej Krzeszowskiej. Hcę zakończyć procesy i dać pani opiekę... Dla dopięcia tego celu zmuszony jestem prosić panią o gościnność. Gdy zaś ureguluję stosunki...
— Opuścisz mnie?
— Zapewne.
— A twoje długi?
Baron powstał z kżesła.
— Moje długi nieh panią nie interesują — odparł tonem głębokiego pżekonania. — Jeżeli pan Wokulski, zwyczajny szlahcic, mugł w ciągu paru lat zrobić miliony, człowiek z moim nazwiskiem potrafi spłacić czterdzieści tysięcy długuw. I ja pokażę, że umiem pracować...
— Jesteś hory, muj mężu — odparła baronowa. — Pżecie wiesz, że pohodzę z rodziny, ktura zrobiła swuj majątek, i dlatego muwię ci, że ty nie potrafisz zapracować nawet na własne utżymanie... Ah, nawet na wykarmienie najuboższego człowieka!...
— Zatem pani odżucasz moją opiekę, kturą ofiaruję jej pod wpływem pruśb księcia i dbałości o honor nazwiska?
— Ale owszem!... Zacznijże się nareszcie mną opiekować, bo dotyhczas...
— Co do mnie — pżerwał baron z nowym ukłonem — będę się starał zapomnieć o pżeszłości...
— Zapomniałeś o niej dawno... Nie byłeś nawet na grobie naszej curki...
W taki sposub baron zainstalował się w mieszkaniu swej żony. Pżerwał procesy z lokatorami, byłemu adwokatowi baronowej oświadczył, że każe mu dać baty, jeżeli kiedykolwiek wyrazi się bez szacunku o swej klientce, do pani Stawskiej napisał list z pżeprosinami i posłał jej (aż pod Częstochowę) ogromny bukiet. Nareszcie pżyjął kuhaża i wraz ze swoją małżonką złożył wizyty rozmaitym osobom z toważystwa, powiedziawszy pierwej Maruszewiczowi, ktury ogłosił to po mieście, że jeżeli ktura z dam nie odda im rewizyty, wuwczas baron od jej męża zażąda satysfakcji.
W salonah zgorszono się dzikimi pretensjami barona; rewizyty jednak złożyli państwu Krzeszowskim wszyscy i prawie wszyscy zawarli z nimi bliższe stosunki.
W zamian pani baronowa, co z jej strony było dowodem nadzwyczajnej delikatności, nic nikomu nie muwiąc spłacała długi męża. Niekturym z wieżycieli robiła impertynencje, wobec innyh płakała, prawie wszystkim odtrącała jakieś sumy na rahunek lihwiarskih procentuw, irytowała się, ale — płaciła.
Już w osobnej szufladzie jej biurka leżało kilka funtuw mężowskih weksli, kiedy zdażył się następny wypadek.
Sklep Wokulskiego w lipcu miał objąć w posiadanie Henryk Szlangbaum; a ponieważ nowy nabywca nie życzył sobie pżejmować ani długuw, ani wieżytelności dawnej firmy, więc pan Rzecki na gwałt regulował rahunki.
Między innymi posłał notatkę na paręset rubli baronowi Krzeszowskiemu, z prośbą o ryhłą odpowiedź.
Notatka, jak wszystkie tego rodzaju dokumenta, dostała się w ręce baronowej, ktura zamiast zapłacić, odpisała Rzeckiemu list impertynencki, gdzie nie brakło wzmianki o szahrajstwie, o nieuczciwym kupnie klaczy, i tak dalej.
Akurat we dwadzieścia cztery godzin po wysłaniu tego listu w lokalu państwa Krzeszowskich zjawił się Rzecki oświadczając, że hce się widzieć z baronem.
Baron pżyjął go bardzo życzliwie, hoć nie ukrywał zdziwienia spostżegłszy, że były sekundant jego pżeciwnika jest mocno rozdrażniony.
— Pżyhodzę do pana z pretensją — zaczął stary subiekt. — Onegdaj ośmieliłem się pżysłać panu rahunek...
— Ah, tak... jestem coś winien panom... Ileż to wynosi?
— Dwieście tżydzieści sześć rubli kopiejek tżynaście...
— Jutro postaram się zaspokoić panuw...
— To nie wszystko — pżerwał mu Rzecki. — Wczoraj bowiem od szanownej małżonki pańskiej otżymałem ten oto list...
Baron pżeczytał podany mu papier, zamyślił się i odparł:
— Pżykro mi bardzo, że baronowa użyła tak nie parlamentarnyh wyrazuw, ale... co do tej klaczy, to ma rację... Pan Wokulski (czego mu zresztą nie mam za złe) dał mi istotnie za klacz sześćset, a wziął kwit na osiemset rubli.
Rzecki pozieleniał z gniewu.
— Panie baronie, boleję nad tym wypadkiem, ale... jeden z nas dwu jest ofiarą mistyfikacji... grubej mistyfikacji, panie!... A oto dowud.
Wydobył z kieszeni dwa arkusze i jeden z nih podał Krzeszowskiemu. Baron żucił okiem i zawołał:
— Więc to ten łotr Maruszewicz?... Ależ honorem ręczę, że oddał mi tylko sześćset rubli i jeszcze dużo muwił o interesowności pana Wokulskiego...
— A to?... — spytał Rzecki podając drugi papier.
Baron obejżał dokument z gury na duł i z dołu do gury. Usta mu pobladły.
— Teraz wszystko rozumiem — żekł. — Ten kwit jest sfałszowany, a sfałszowany pżez Maruszewicza. Ja nie pożyczałem pieniędzy od pana Wokulskiego!...
— Niemnej jednak pani baronowa nazwała nas szahrajami.
Baron podniusł się z fotelu.
— Wybacz pan — żekł. — W imieniu mojej żony uroczyście pżepraszam i niezależnie od satysfakcji, jaką gotuw jestem dać panom, zrobię, co potżeba, ażeby naprawić kżywdę wyżądzoną panu Wokulskiemu... Tak, panie. Złożę wizyty wszystkim moim pżyjaciołom i oświadczę im, że pan Wokulski jest dżentelmenem, że zapłacił za klacz osiemset rubli i że obaj staliśmy się ofiarami intryg tego łotra Maruszewicza. Krzeszowscy, panie... panie...
— Rzecki.
— Szanowny panie Rzecki, Krzeszowscy nigdy i nikogo nie oczerniali. Mogli błądzić, ale w dobrej wieże, panie...
— Rzecki.
— Szanowny panie Rzecki.
Na tym zakończyła się rozmowa; stary subiekt bowiem pomimo nalegań barona nie hciał ani słuhać usprawiedliwień, ani nawet widzieć się z panią baronową.
Baron odprowadziwszy Rzeckiego do dżwi, nie mogąc wytżymać, odezwał się do Leona:
— Ci kupcy to jednak honorowi ludzie.
— Mają gotuwkę, jaśnie panie, mają kredyt — odparł Leon.
— Głupcze jakiś!... więc my już nie mamy honoru dlatego, że nie mamy kredytu?...
— Mamy, jaśnie panie, ale na inszy sposub.
— Spodziewam się, że nie na kupiecki sposub!... — odparł dumnie baron.
I kazał sobie podać garnitur wizytowy.
Prosto od barona Rzecki udał się do Wokulskiego i treściwie opowiedział mu o nadużyciah Maruszewicza, o skrusze barona, a nareszcie oddał sfałszowane dokumenta radząc wytoczenie procesu.
Wokulski słuhał go poważnie, nawet kiwał głową, ale patżył nie wiadomo gdzie i myślał nie wiadomo o czym.
Stary subiekt zmiarkowawszy, że nie ma tu co robić dłużej, pożegnał swego Stacha i żekł na odhodne:
— Widzę, że jesteś diabelnie zajęty, więc najlepiej zrobisz, jeżeli od razu oddasz sprawę adwokatowi.
— Dobże... dobże... — odparł Wokulski nie zdając sobie sprawy z tego, co muwi pan Ignacy. Właśnie w tej hwili myślał o ruinah zasławskiego zamku, wśrud kturyh pierwszy raz zobaczył łzy w oczah panny Izabeli.
„Jaka ona szlahetna!... Jaka delikatność uczuć!... Jeszcze nieprędko poznam wszystkie skarby tej pięknej duszy...”
Po dwa razy dziennie bywał u pana Łęckiego, a jeżeli nie u niego, to pżynajmniej w tyh toważystwah, gdzie mugł spotkać się z panną Izabelą, patżeć na nią i zamienić hoć parę wyrazuw. To mu na dziś wystarczało, a o pżyszłości nie śmiał myśleć.
„Zdaje mi się, że umrę u jej nug... — muwił sobie. — No i co z tego?... Umrę patżąc na nią i może pżez całą wieczność będę ją widział. Ktuż wie, czy życie pżyszłe nie zamyka się w ostatnim uczuciu człowieka?...”
I powtażał za Mickiewiczem:
„A po dniah wielu czy po latah wielu, kiedy mi każą mogiłę pożucić, wspomnisz o twoim sennym pżyjacielu i spłyniesz z nieba, aby go ocucić... Znowu mnie złożysz na twym łonie białem... Znowu mnie ramię kohane otoczy... Zbudzę się — myśląc, że hwilkę dżemałem, całując lica, patżąc w twoje oczy...”
W kilka dni wpadł do niego baron Krzeszowski.
— Byłem już u pana dwa razy! — zawołał majstrując około binokli, kture, zdaje się, stanowiły jedyny kłopot jego życia.
— Pan?... — spytał Wokulski. I nagle pżypomniał sobie opowiadanie Rzeckiego i to, że na swym stole znalazł wczoraj dwa bilety barona.
— Domyśla się pan, z czym pżyhodzę? — muwił baron. — Panie Wokulski, czy mam pżeprosić pana za mimowolną kżywdę?...
— Ani słowa więcej, baronie!... — pżerwał Wokulski ściskając go. — Drobna to sprawa. Zresztą gdybym nawet utargował na pańskiej klaczy dwieście rubli, czy potżebowałbym się z tym kryć?...
— To prawda!... — odparł baron udeżając się w czoło. — Że też mi wcześniej nie pżyszła podobna myśl... A propos zarobku, czy nie wskazałbyś mi pan sposobu szybkiego zbogacenia się? Potżebuję na gwałt stu tysięcy rubli w ciągu roku...
Wokulski uśmiehnął się.
— Śmiejesz się pan, muj kuzynie (bo sądzę, że już mogę pana tak nazywać?). Śmiejesz się, a pżecież sam na uczciwej drodze zdobyłeś miliony w ciągu dwu lat?...
— Niecałyh — dodał Wokulski. — Ale to majątek nie wypracowany, tylko wygrany. Wygrałem, kilkanaście razy z żędu dublując stawkę jak szuler, a cała moja zasługa polega na tym, że grałem niefałszowanymi kartami.
— Więc znowu szczęście! — kżyknął baron obrywając binokle. — A ja, muj kuzynie, ani za grosz nie mam szczęścia. Puł majątku pżegrałen, drugą połowę zjadły kobietki i — hoć w łeb sobie stżel!...
Nie, ja stanowczo nie mam szczęścia!... Oto i teraz. Myślałem, że osioł Maruszewicz zbałamuci baronowę... Dopieroż miałbym spokuj w domu!... Jaka byłaby ona pobłażliwa na moje drobne gżehy... Ale i cuż?... Baronowa ani myśli mi się spżeniewieżyć, a tego błazna czekają roty aresztanckie... Proszę cię, wsadź go tam koniecznie, bo jego łotrostwa nawet mnie już zaczynają nudzić.
A więc — zakończył — między nami zgoda. Dodam tylko, że odwiedziłem wszystkih znajomyh, do kturyh mogły dojść moje nieostrożne słowa o klaczy, i najskrupulatniej żecz wyjaśniłem... Maruszewicz nieh idzie do więzienia; tam dla niego najwłaściwsze miejsce, a ja na jego nieobecności zyskam parę tysięcy rubli rocznie... Byłem także u pana Tomasza i u panny Izabeli i ruwnież wytłomaczyłem nasze nieporozumienie... Strah, jak ten łotr umiał ze mnie wyciskać pieniądze! Hoć już od roku nic nie mam, on jednak zawsze ode mnie pożyczał. Genialny hultaj!... Czuję, że jeżeli nie pżeflancują go do ciężkih robut, nie będę umiał uwolnić się od niego. Do widzenia, kuzynie.
Nie upłynęło dziesięć minut po wyjściu barona, kiedy służący zameldował Wokulskiemu jakiegoś pana, ktury koniecznie hce się widzieć, ale nie muwi swego nazwiska.
„Czyżby Maruszewicz?...” — pomyślał Wokulski.
Istotnie, wszedł Maruszewicz, blady, z pałającymi oczyma.
— Panie! — żekł ponurym głosem, zamykając dżwi gabinetu. — Widzisz pżed sobą człowieka, ktury postanowił...
— Cużeś pan postanowił?
— Postanowiłem zakończyć życie... Ciężka to hwila, ale trudno. Honor...
Odpoczął i muwił dalej wzbużony.
— Mugłbym wprawdzie pierwej zabić pana, ktury jesteś pżyczyną moih nieszczęść...
— O, nie rub pan ceremonii — żekł Wokulski.
— Pan żartuje, a ja doprawdy mam broń pży sobie i jestem gotuw...
— Sprubuj no pan swojej gotowości.
— Panie, tak nie pżemawia się do człowieka stojącego nad grobem. Jeżelim pżyszedł, to tylko, ażeby dać panu dowud, że pomimo błęduw mam serce szlahetne.
— I dlaczeguż to stajesz pan nad grobem? — spytał Wokulski.
— Ażeby ocalić honor, ktury hcesz mi pan wydżeć.
— O!... zahowaj że pan ten drogi skarb — odparł Wokulski i wydobył z biurka fatalne dokumenta. — Czy o te papiery panu hodzi?
— Pan pytasz?... pan naigrawasz się z mojej rozpaczy!
— Uważa pan, panie Maruszewicz — muwił Wokulski pżeglądając papiery — mugłbym panu w tej hwili wypowiedzieć kilka morałuw albo nawet pżez pewien czas zostawić pana w niepewności. Ale że obaj jesteśmy już pełnoletni, więc...
Rozdarł papiery i kawałki ih oddał Maruszewiczowi.
— Więc nieh pan zahowa sobie to na pamiątkę.
Maruszewicz ukląkł pżed nim.
— Panie! — zawołał — darowałeś mi życie... Wdzięczność moja...
— Nie bądź pan śmieszny — pżerwał mu Wokulski. — O życie pańskie byłem zupełnie spokojny, tak jak jestem pewny, że kiedyś dostaniesz się do więzienia. Cała żecz, że ja nie hcę panu ułatwiać tej podruży.
— O, pan jesteś nielitościwy! — odparł Maruszewicz, mahinalnie otżepując spodnie. — Jedno życzliwsze słowo, jeden cieplejszy uścisk ręki może wprowadziłby mnie na nowe tory. Ale pan nie możesz się na to zdobyć...
— No, żegnam pana, panie Maruszewicz. Nieh tylko panu nie pżyjdzie koncept podpisać kiedy mego nazwiska, bo wuwczas... Rozumie pan?
Maruszewicz wyszedł obrażony.
„To dla ciebie, dla ciebie, ty ukohana, ubył dziś jeden więzień. Straszna to żecz uwięzić kogoś, nawet złodzieja i oszczercę” — pomyślał Wokulski.
Pżez hwilę jeszcze toczyła się w nim walka. Raz — wyżucał sobie, że mogąc uwolnić świat od hultaja nie zrobił tego, to znowu myślał, co działoby się z nim, gdyby tak jego samego uwięziono, oderwano od panny Izabeli na całe miesiące, może na lata.
„Cuż to za okropność już nigdy jej nie zobaczyć... Kto zresztą wie, czy miłosierdzie nie jest najlepszą sprawiedliwością?... Jaki ja się robię sentymentalny!...”
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.