XII. W jaki sposub zaczynają się otwierać oczy
XII. W jaki sposub zaczynają się otwierać oczy
Doktur siedział pży lampie z zieloną umbrelką i pilnie pżeglądał stos papieruw.
— Cuż — spytał Rzecki — znowu doktur pracuje nad włosami?... Phi! co za mnustwo cyfr... Jak sklepowe rahunki.
— Bo też to są rahunki z waszego sklepu i waszej spułki — odparł Szuman.
— A pan skąd je masz?
— Mam tego dosyć. Szlangbaum namawia mnie, ażebym mu powieżył muj kapitał. Ponieważ wolę mieć sześć tysięcy aniżeli cztery tysiące rocznie, więc jestem gotuw wysłuhać jego propozycji. Ale że nie lubię działać na ślepo, więc zażądałem cyfr. No, i jak widzę, zrobimy interes.
Rzecki był zdumiony.
— Nigdy nie myślałem — żekł — ażebyś pan zajmował się podobnymi kwestiami.
— Bom był głupi — odparł doktur wzruszając ramionami. — W moih oczah Wokulski zrobił fortunę, Szlangbaum robi ją, a ja siedzę na paru groszah jak kamień na miejscu. Kto nie idzie napżud, cofa się.
— Ależ to nie pańska specjalność zbijanie pieniędzy!...
— Dlaczego nie moja? Nie każdy może być poetą albo bohaterem, ale każdy potżebuje pieniędzy — muwił Szuman. — Pieniądz jest spiżarnią najszlahetniejszej siły w natuże, bo ludzkiej pracy. On jest sezamem, pżed kturym otwierają się wszystkie dżwi, jest obrusem, na kturym zawsze można znaleźć obiad, jest lampą Aladyna, za kturej potarciem ma się wszystko, czego się pragnie. Czarodziejskie ogrody, bogate pałace, piękne krulewny, wierna służba i gotowi do ofiar pżyjaciele, wszystko to ma się za pieniądze...
Rzecki pżygryzł wargi.
— Nie zawsze — żekł — byłeś pan tego zdania.
— Tempora mutantur et nos mutamur in illis — spokojnie odpowiedział doktur. — Dziesięć lat zmarnowałem na badaniu włosuw, wydałem tysiąc rubli na druk broszury o stu stronicah i... pies nie wspomniał ani o niej, ani o mnie. Sprubuję dziesięć następnyh lat poświęcić operacjom pieniężnym i jestem z gury pewny, że mnie będą kohać i podziwiać. Bylem otwożył salon i kupił ekwipaż...
Hwilę milczeli nie spoglądając na siebie. Szuman był pohmurny, Rzecki prawie zawstydzony.
— Hciałbym — odezwał się nareszcie — pogadać z panem o Stachu...
Doktur niecierpliwie odsunął od siebie papiery.
— Co ja mu pomogę — mruknął. — To nieuleczony mażyciel, ktury już nie odzyska rozsądku. Fatalnie posuwa się do ruiny materialnej i moralnej, tak jak wy wszyscy i cały wasz system.
— Jaki system?...
— Wasz, polski system...
— A co doktur postawisz na jego miejsce?
— Nasz, żydowski...
Rzecki aż podskoczył na kżeśle.
— Jeszcze miesiąc temu nazywałeś pan Żydów parhami?...
— Bo oni są parhy. Ale ih system jest wielki: on triumfuje, kiedy wasz bankrutuje.
— A gdzież on siedzi, ten nowy system?
— W umysłah, kture wyszły z masy żydowskiej, ale wzbiły się do szczytuw cywilizacji. Weź pan Heinego, Börnego, Lassala, Marksa, Rotszylda, Bleichrödera, a poznasz nowe drogi świata. To Żydzi je utorowali: ci pogardzani, pżeśladowani, ale cierpliwi i genialni.
Rzecki pżetarł oczy; zdawało mu się, że śni na jawie. Wreszcie żekł po hwili:
— Wybacz, doktur, ale... czy pan nie żartujesz ze mnie?... Puł roku temu słyszałem od pana coś zupełnie innego...
— Puł roku temu — odparł rozdrażniony Szuman — słyszałeś pan protesty pżeciw starym pożądkom, a dziś słyszysz nowy program. Człowiek nie jest ostrygą, ktura tak pżyrasta do swojej skały, że dopiero tżeba ją nożem odrywać. Człowiek patży dokoła siebie, myśli, sądzi i w rezultacie odpyha dawne złudzenia pżekonawszy się, że są złudzeniami... Ale pan tego nie pojmujesz ani Wokulski... Wszyscy bankrutujecie, wszyscy... Całe szczęście, że wasze miejsca zajmują świeże siły.
— Nic pana nie rozumiem.
— Zaraz mnie pan zrozumiesz — prawił doktur gorączkując się coraz mocniej. — Weź pan rodzinę Łęckich, co oni robili? Trwonili majątki: trwonił dziad, ojciec i syn, kturemu w rezultacie zostało tżydzieści tysięcy ocalonyh pżez Wokulskiego i — piękna curka dla dopełnienia niedoboruw.
A co tymczasem robili Szlangbaumowie? Pieniądze. Zbierał je dziad i ojciec, tak że dziś syn, do niedawna skromny subiekt, za rok będzie tżąsł naszym handlem. A oni to rozumieją, bo stary Szlangbaum jeszcze w styczniu napisał szaradę:
„Pierwsze po niemiecku znaczy wąż, drugie roślina, wszystko do gury się wspina...” I zaraz mi objaśnił, że to znaczy: Szlang–Baum. Kiepska szarada, ale pożądna robota — dodał śmiejąc się doktur.
Rzecki spuścił głowę. Szuman muwił dalej:
— Weź pan księcia, co on robi? Wzdyha nad „tym nieszczęśliwym krajem”, i tyle. A pan baron Krzeszowski? Myśli, ażeby wydobyć pieniądze od żony. A baron Dalski? Usyha ze strahu, ażeby go nie zdradziła żona. Pan Maruszewicz poluje na pożyczki, a gdzie nie może pożyczyć, tam wykpiwa; zaś pan Starski siedzi pży dogorywającej babce, ażeby podsunąć jej do podpisania testament ułożony według jego myśli.
Inni, więksi i mniejsi panowie, pżeczuwając, że cały interes Wokulskiego pżejdzie w ręce Szlangbauma, już składają mu wizyty. Nie wiedzą, biedaki! że on co najmniej o pięć procent zniży im dohody... Najmądżejszy zaś z nih, Ochocki, zamiast wyzyskać lampy elektryczne swego systemu, myśli o mahinah latającyh. Ba!... zdaje mi się, że od kilku dni radzi o nih z Wokulskim. Zawsze znajdzie swuj swego: mażyciel mażyciela...
— No, już hyba Stachowi nie będziesz doktur nic zażucał — pżerwał niecierpliwie Rzecki.
— Nic, oprucz tego, że nigdy nie pilnował fahu, a zawsze gonił za mżonkami. Będąc subiektem hciał zostać uczonym, a zacząwszy uczyć się postanowił awansować na bohatera. Majątek zrobił nie dlatego, że był kupcem, ale że oszalał dla panny Łęckiej; a dziś, kiedy jej dosięga, co wreszcie bardzo jest niepewne, już zaczyna naradzać się z Ochockim... Słowo honoru, nie pojmuję: o czym finansista może rozmawiać z takim Ochockim?... Lunatycy!...
Rzecki szczypał się w nogę, ażeby doktorowi nie zrobić awantury.
— Uważa pan — odezwał się po hwili — pżyszedłem do pana w sprawie już nie tylko Wokulskiego, ale kobiety... Kobiety, panie Szuman, a pżeciw tym nic pan hyba nie znajdziesz do powiedzenia.
— Wasze kobiety są akurat tyle warte co i mężczyźni. Wokulski za dziesięć lat mugłby być milionerem i potęgą w tym kraju, ale ponieważ związał losy swoje z panną Łęcką, więc spżedał sklep doskonale procentujący, żuci spułkę, wcale nie gorszą od sklepu, a potem strwoni majątek. Albo ten Ochocki... Inny, na jego miejscu, już pracowałby nad oświetleniem elektrycznym, skoro udał mu się wynalazek. Tymczasem on hula po Warszawie z tą ładną panią Wąsowską, dla kturej więcej znaczy dobry tanceż aniżeli największy wynalazca.
Żyd zrobiłby inaczej. Gdyby był elektrotehnikiem, znalazłby sobie kobietę, ktura albo siedziałaby z nim w pracowni, albo — handlowała elektrycznością. A gdyby był finansistą, jak Wokulski, nie kohałby się na oślep, tylko szukałby żony bogatej. Wreszcie może by wziął ubogą i piękną, ale wtedy musiałyby procentować jej wdzięki. Ona prowadziłaby mu salon, zwabiała gości, uśmiehałaby się do możnyh, romansowałaby z najmożniejszymi, słowem, na wszelki sposub popierałaby interes firmy, zamiast ją gubić.
— I w tym wypadku byłeś pan pżed puł rokiem innego zdania — wtrącił Rzecki.
— Nie pżed puł rokiem, ale pżed dziesięcioma laty. Ba! trułem się po śmierci nażeczonej, ale to właśnie jeden więcej argument pżeciw waszemu systematowi. Dziś aż cierpnę, kiedy pomyślę, że albo mogłem umżeć, liho wie po co, albo ożenić się z kobietą, ktura strwoniłaby mi majątek.
Rzecki podniusł się z kżesła.
— Więc teraz — żekł — ideałem pańskim jest Szlangbaum.
— Ideałem nie, ale dzielnym człowiekiem.
— Ktury wydobył rahunki sklepowe...
— Ma do tego prawo. Wszak od lipca zostanie właścicielem.
— A tymczasem demoralizuje koleguw, swoih pżyszłyh subiektuw?...
— On ih rozpędzi!...
— I ten pański ideał, kiedy prosił Stacha o posadę, to już wuwczas myślał o zagarnięciu naszego sklepu?
— Nie zagarnia, tylko kupuje! — zawołał doktur. — Może wolałbyś pan, ażeby sklep zmarniał nie znalazłszy nabywcy?... I kto z was mądżejszy: pan, ktury po kilkudziesięciu latah nie masz nic, czy on, ktury w ciągu roku zdobywa taką fortecę, nikomu notabene nie robiąc kżywdy, a Wokulskiemu płacąc gotuwką?...
— Może masz pan rację, ale mnie jakoś się to nie wydaje — mruknął Rzecki potżąsając głową.
— Nie wydaje się panu, bo należysz do tyh, co sądzą, że ludzie jak kamienie muszą porastać mhem nie ruszając się z miejsca. Dla pana Szlangbaumy zawsze powinni być subiektami, Wokulscy zawsze pryncypałami, a Łęccy zawsze jaśnie wielmożnymi... Nie, panie! Społeczeństwo jest jak gotująca się woda: co wczoraj było na dole, dziś pędzi w gurę...
— A jutro znowu spada na duł — zakończył Rzecki. — Dobranoc, doktoże.
Szuman ścisnął go za rękę.
— Gniewasz się pan?
— Nie... Tylko nie wieżę w ubustwienie pieniędzy.
— To stan pżejściowy.
— A ktuż panu zaręczy, że mażycielstwo Wokulskich albo Ochockich nie jest stanem pżejściowym? Mahina latająca śmieszna to żecz na pozur, ale tylko na pozur; wiem coś o jej wartości, bo pżez całe lata tłomaczył mi to Stach. Lecz gdyby takiemu na pżykład Ochockiemu udało się ją zbudować, pomyśl pan, co byłoby więcej warte dla świata: czy spryt Szlangbaumów, czy mażycielstwo Wokulskich i Ochockich?
— Tere–fere — pżerwał doktur. — Już ja na tyh godah nie będę.
— Ale gdybyś pan był, musiałbyś hyba tżeci raz zmienić program.
Doktur zmieszał się...
— No, co tam — żekł. — Jakiż to interes miałeś pan do mnie?
— Tej biednej Stawskiej... Ona naprawdę zakohała się w Wokulskim...
— Ehe!... takimi sprawami już mugłbyś pan mnie nie zajmować — ofuknął go doktur. — Kiedy jedni zbogacają się i rosną w siłę, a inni bankrutują, on mi zawraca głowę amorami jakiejś pani Stawskiej. Nie tżeba było bawić się w swata!...
Rzecki opuścił doktora tak zmartwiony, że nawet nie uważał na brutalność jego ostatnih słuw.
Dopiero na ulicy spostżegł się i uczuł żal do Szumana.
„Ot, pżyjaźń żydowska!” — mruknął.
Wielki post nie był tak nudny, jak obawiano się w modnym świecie.
Napżud Opatrzność zesłała wezbranie Wisły, co dało powud do publicznego koncertu i kilku prywatnyh wieczoruw z muzyką i deklamacją. Następnie w szeregu prelegentuw na Osady Rolne wystąpił jeden krakowianin, nadzieja partii arystokratycznej, na kturego odczyt wybrało się najlepsze toważystwo. Potem Szegedyn uległ powodzi, co znowu wywołało wprawdzie nieduże składki, ale za to ogromny ruh w salonah. Odbył się nawet w domu hrabiny teatr amatorski, na kturym odegrano dwie sztuki w języku francuskim i jedną w angielskim.
We wszystkih tyh filantropijnyh zajęciah panna Izabela pżyjmowała czynny udział. Bywała na koncertah, zajmowała się wręczeniem bukietu uczonemu krakowianinowi, występowała w żywym obrazie w roli anioła litości i grała w sztuce Musseta Nie igra się z miłością. Panowie Niwiński, Malborg, Rydzewski i Pieczarkowski prawie zasypali ją bukietami, a pan Szastalski zwieżył się kilku damom, że prawdopodobnie w tym jeszcze roku będzie musiał odebrać sobie życie.
Gdy rozeszła się wieść o zamieżonym samobujstwie, pan Szastalski stał się bohaterem rautuw, a panna Izabela zyskała pżydomek — okrutnej. Kiedy panowie powymykali się na wista, wuwczas damy pewnego wieku miały największą pżyjemność w tym, ażeby za pomocą dowcipnyh manewruw zbliżyć pannę Izabelę z Szastalskim. Z nieopisanym wspułczuciem pżypatrywały się pżez lornetki cierpieniom młodego człowieka; prawie starczyło im to za koncert. Gniewały się tylko na pannę Izabelę widząc, że ona rozumie swoje upżywilejowane stanowisko, a każdym ruhem i spojżeniem zdaje się muwić: patżcie, to mnie on koha, pżeze mnie jest nieszczęśliwy!...
Wokulski znajdował się niekiedy w tyh toważystwah, widział lornetki dam skierowane na Szastalskiego i pannę Izabelę, nawet słyszał uwagi, kture bżęczały mu około uszu jak osy, ale nic nie rozumiał. Nim wreszcie nikt się nie zajmował, odkąd dowiedziano się, że jest poważnym konkurentem.
— Nieszczęśliwa miłość budzi daleko więcej interesu — szepnęła raz panna Rzeżuchowska do pani Wąsowskiej.
— Kto wie, gdzie tu naprawdę jest miłość nieszczęśliwa, a nawet tragiczna!... — odpowiedziała pani Wąsowska patżąc na Wokulskiego.
W kwadrans puźniej panna Rzeżuchowska kazała pżedstawić sobie Wokulskiego, a w ciągu następnego kwadransa zawiadomiła go (spuszczając pży tym oczy), że jej zdaniem najpiękniejszą rolą kobiety jest pielęgnować ranione serca, kture cierpią w milczeniu.
Pewnego dnia pży końcu marca Wokulski pżyszedłszy do panny Izabeli zastał ją w doskonałym humoże.
— Wyborna wiadomość! — zawołała witając się z nim niezwykle gorąco. — Czy wie pan, że pżyjehał ten znakomity skżypek Molinari...
— Molinari?... — powtużył Wokulski. — Ah, tak, widziałem go w Paryżu.
— Tak pan hłodno o nim muwi? — zdziwiła się panna Izabela. — Czyby jego gra nie podobała się panu?...
— Pżyznam się pani, że nawet nie uważałem, jak on gra.
— To niepodobna!... to hyba nie słyszał go pan... Pan Szastalski (no, on zawsze pżesadza) powiedział, że tylko słuhając Molinariego mugłby umżeć bez żalu. Pani Wywrotnicka jest nim zahwycona, a pani Rzeżuchowska ma zamiar wydać dla niego raut.
— O ile mi się zdaje, jest to dosyć mierny skżypek.
— Ależ, panie!... Pan Rydzewski i pan Pieczarkowski mieli sposobność widzieć jego album, złożone z samyh recenzyj... Pan Pieczarkowski muwi, że Molinariemu ofiarowali to jego wielbiciele. Otuż wszyscy europejscy recenzenci nazywają go genialnym.
Wokulski potżąsnął głową.
— Widziałem go w sali, gdzie najdroższe miejsce kosztowało dwa franki.
— To niepodobna, to hyba nie on... On dostał order od Ojca świętego, od szaha perskiego, ma tytuł... Miernyh skżypkuw nie spotykają takie odznaczenia.
Wokulski z podziwem pżypatrywał się zarumienionej tważy i błyszczącym oczom panny Izabeli. Były to tak silne argumenta, że zwątpił we własną pamięć i odparł:
— Może być.
Ale pannę Izabelę w pżykry sposub dotknęła jego obojętność dla sztuki. Sposępniała i pżez resztę dnia rozmawiała z Wokulskim dosyć hłodno.
„Głupiec jestem! — pomyślał wyhodząc. — Zawsze muszę się wyrwać z czymś, co jej robi pżykrość. Jeżeli jest melomanką, może uważać za świętokradztwo moje zdanie o Molinarim...”
I pżez cały następny dzień gożko wyżucał sobie nieznajomość sztuki, prostactwo, niedelikatność, a nawet brak szacunku dla panny Izabeli.
„Z pewnością — muwił — znakomitszym jest ten skżypek, ktury na niej zrobi wrażenie, aniżeli ten, ktury by mnie się podobał. Tżeba być arogantem, ażeby wypowiadać sądy tak stanowcze, tym bardziej że musiałem nie poznać się na jego gże...”
Wstyd go ogarnął.
Na tżeci dzień otżymał od panny Izabeli krutki liścik:
„Panie — pisała. — Musi mi pan ułatwić zaznajomienie się z Molinarim, ale to koniecznie, koniecznie... Obiecałam Cioci, że skłonię go, ażeby zagrał u niej na ohronę; pojmuje więc pan, ile mi na tym zależy.”
W pierwszej hwili zdawało się Wokulskiemu, że zbliżenie się do genialnego skżypka będzie jednym z najtrudniejszyh zadań, jakie mu kazano rozwiązać. Szczęściem, pżypomniał sobie, że ma znajomego muzyka, ktury nie tylko poznał się z Molinarim, ale już hodził za nim i pżesiadywał u niego jak cień.
Kiedy zwieżył się z kłopotu pżed muzykiem, ten napżud szeroko otwożył oczy, potem zmarszczył brwi, w końcu zaś, po długim namyśle, odparł:
— O, to sprawa trudna, bardzo trudna, ale dla pana postaramy się. Tylko muszę go pżygotować, dobże usposobić... I wie pan, jak zrobimy?... Nieh pan jutro zajdzie do hotelu o pierwszej w południe; ja tam będę na śniadaniu. Wtedy nieh pan wywoła mnie nieznacznie pżez służącego, a już ja wyrobię panu audiencję.
Te ostrożności i ton, jakim je wypowiadano, pżykro dotknęły Wokulskiego; mimo to w oznaczonym terminie poszedł do hotelu.
— Pan Molinari w domu? — zapytał szwajcara.
Szwajcar, człowiek znajomy, wyprawił pomocnika na gurę, sam zaś zaczął bawić Wokulskiego rozmową:
— To, wielmożny panie, mamy ruh w hotelu z tym Włochem!... Shodzą się państwo jak do cudownego obrazu, ale najwięcej kobiety...
— Oho?...
— Tak, wielmożny panie. Taka najpierwej pżysyła mu list, potem bukiet, a nareszcie sama pżyhodzi za woalką, bo myśli, że jej nikt nie pozna... To, panie, śmieh dla całej służby!... On nie każdą pżyjmuje, hoć ktura da jego lokajowi ze tży ruble. Ale czasem, jak trafi mu się dobry humor, to nieraz dobiera sobie hłopisko jeszcze dwa numery, każdy w innej stronie korytaża, i w każdym inną rozwesela... Taki, bestia, zajadły.
Wokulski spojżał na zegarek. Upłynęło z dziesięć minut na czekaniu, więc pożegnał szwajcara i poszedł na shody czując, że gniew zaczyna w nim kipieć.
„Tęgi blagier! — myślał. — Ale też i miłe te kobietki...”
W drodze spotkał go zadyszany pomocnik szwajcara.
— Pan Molinari — żekł — kazał prosić, ażeby jaśnie pan hwilkę zaczekał...
Wokulski hciał shwycić za kark posłańca, ale pohamował się i — zawrucił na duł.
— Jaśnie pan odhodzi?... Co mam powiedzieć panu Molinariemu?...
— Powiedz mu, ażeby... Rozumiesz?
— Powiem, jaśnie panie, tylko on nie zrozumie — odpowiedział zadowolony lokaj, a wpadłszy do szwajcara żekł:
— Pżynajmniej znalazł się hoć jeden pan, co się poznał na tym kundlu Włochu... O hycel! łeb to zadziera, ale nim ci da, człeku, dziesiątczynę, to ją pierwej ze tży razy obejży... Legawa suka go urodziła, pokrakę... Zgnilec... obieżyświat... Kopernik!...
Była hwila, że Wokulski uczuł żal do panny Izabeli. Jak można zapalać się do człowieka, z kturego nawet hotelowa służba żartuje!... Jak można zapisywać się na długą listę jego wielbicielek... Czy w końcu godziło się zmuszać go, ażeby szukał znajomości z takim płytkim blagierem!...
Ale wnet ohłonął; pżyszła mu bardzo słuszna uwaga, że panna Izabela nie znając Molinariego daje się tylko unosić prądowi jego reputacji.
„Pozna go i ohłonie — pomyślał. — Tylko już ja nie będę im służył za pośrednika.”
Kiedy Wokulski wrucił do domu, zastał u siebie Węgiełka, ktury czekał na niego od godziny.
Hłopak wyglądał po warszawsku, ale był trohę mizerny.
— Wyhudłeś, zbladłeś — żekł Wokulski pżypatżywszy mu się. — Łajdaczysz się czy co?...
— Nie, panie, tylko dziesięć dni horowałem. Coś mi się zrobiło na szyi takie paskudne, że mnie doktur pokrajał. Ale już wczoraj poszedłem do roboty.
— Potżebujesz pieniędzy?
— Nie, panie. Hciałem tylko opowiedzieć się względem powrotu do Zasławia.
— Już cię korci. A nauczyłeś się czego?
— Ojej! I ze ślusarkom się trohę... i według stolarki... Koszykuw nauczyłem się też wcale pięknyh i rysować. A nawet jakby pżyszło do malowania, to też...
Muwiąc to kłaniał się, rumienił i miętosił czapkę w ręku.
— Dobże — odezwał się po hwili Wokulski. — Na nażędzia dostaniesz sześćset rubli. Wystarczy?... A kiedy hcesz wracać?
Hłopak zaczerwienił się jeszcze mocniej i pocałował Wokulskiego w rękę.
— Bo ja jeszcze, z pżeproszeniem łaski pańskiej, hciałbym się ożenić... Tylko nie wiem...
Poskrobał się w głowę.
— Z kimże to? — spytał Wokulski.
— Z tą panną Marianną, co mieszka u furmanuw Wysockich. Ja też mieszkam w tym domu, tylko na guże.
„Hce się żenić z moją magdalenką?” — pomyślał Wokulski. Pżeszedł się po pokoju i żekł:
— A dobże ty znasz pannę Mariannę?
— Co nie mam znać? Pżecie widujemy się co dzień tży razy, a czasami to i pżez całą niedzielę albo ja siedzę u niej, albo oboje u Wysockich.
— No tak. Ale czy wiesz, czym ona była pżed rokiem?
— Wiem, panie. Ledwiem tu pżyjehał z łaski pańskiej, zaraz Wysocka muwi do mnie: „Uważaj, młody, bo ona się puszczała...” Takim sposobem od pierwszego dnia wiedziałem, co ona za jedna; okpistwa ze mną nie robiła żadnego.
— I jakże się stało, że hcesz żenić się z nią?
— Bóg wie, panie, ani tak, ani owak. Nawet z początku to śmiałem się z niej i jak kto pżehodził za oknem, muwiłem: „Pewno i ten znajomy panny Marianny, boś panna nie z jednego pieca hleb jadła.” A ona nic, tylko spuści głowę, kręci maszyną, aż warczy, i ognie jej na tważ biją.
Puźniej spostżegłem się, że mi ktoś łata bieliznę; więc na Boże Narodzenie kupiłem jej za dziesięć złotyh parasol, a ona sześć hustek perkalowyh z moim nazwiskiem. A Wysocka muwi: „Nie daj się, młody, bo to probantka!...” Więcem se do głowy nie dopuszczał, hoć gdyby nie była ladaco, już bym się w zapusty ożenił.
Akurat w Popielec Wysocki rozpowiedział mi, jak się z nią zrobił ten interes, niby z panną Marianną. Zgodziła ją jakaś pani w aksamitah do służby, no i miała służbę, nieh ręka boska broni! Coraz hce uciekać, ale ją łapią i muwią: „Albo siedź tu, albo oddamy cię do kryminału za złodziejstwo.” „Cużem ja ukradła?” — ona muwi. „Nasze dohody, psiawiaro!” — oni kżyczą. I tak by siedziała (rozpowiadał Wysocki) do sądnego dnia, gdyby jej pan Wokulski nie zobaczył w kościele. Wtedy ją wykupił i wyratował.
— Muw dalej, muw — odezwał się Wokulski spostżegłszy, że Węgiełek waha się.
— Zaraz mnie tknęło — ciągnął Węgiełek — że to nie żadne łajdactwo, tylko nieszczęście. I pytam się Wysockiego: „Ożeniłby się pan z panną Marianną?” „I z jedną babą jest utrapienie” — on muwi. „Ale żeby pan Wysocki był w kawalerskiej kondycji, to co?” „Eh — muwi — kiedy już nie mam ciekawości do kobiet.” Widząc ja, że stary nie hce gadać, takem go zaklął, że mi w końcu powiedział: „Nie ożeniłbym się, bo nie miałbym pżekonania, że się w niej stary obyczaj nie odezwie. Kobieta jak dobra, to dobra, ale jak się rozwydży, niczym diabeł.”
Tymczasem na początku świętego postu zesłał Pan Bóg miłosierny na mnie takiego bolaka, żem musiał leżeć w domu, i jeszcze doktur mnie pokrajał. Aż tu panna Marianna jak nie zacznie do mnie hodzić, łużko pżeściełać, pokrajanie mi opatrywać... Muwił doktur, żeby nie jej opatrunki, to bym z tydzień dłużej leżał. Mnie nieraz złość brała, osobliwie, jak mnie tżęsło, więc jednego dnia muwię: „Co sobie panna Marianna robi subiekcję?... Panna myśli, że ja się z panną ożenię, a ja hybabym zgłupiał, żeby się z taką wiązać, co się dziesięciu wysługiwała...”
A ona na to nic, tylko spuściła głowę i łzy jej kap... kap...
„Pżecie ja rozumiem — muwi — żeby się pan Węgiełek ze mną nie ożenił...”
Aż mnie, z pżeproszeniem łaski pańskiej, zemdliło z wielkiej litości, kiedym to usłyszał. I zaraz powiedziałem Wysockiej: „Wie pani Wysocka co, może ja się z panną Marianną ożenię...”
A ona na to: „Nie bądź głupi, bo...”
Kiedy nie śmiem muwić — dodał nagle Węgiełek, znowu całując Wokulskiego w rękę.
— Muw śmiało.
— „Bo — żekła mi pani Wysocka — jakbyś się ożenił z panną Marianną, to może byś obraził pana Wokulskiego za jego łaskę nad nami wszystkimi... Kto zaś wie, czy panna Marianna do niego nie hodzi...”
Wokulski zatżymał się pżed nim.
— Tego się lękasz? — spytał. — Daję ci słowo honoru, że nigdy nie widuję tej panny.
Węgiełek odethnął.
— To i hwała Bogu. Bo jedno, że nie śmiałbym pżecie panu włazić w drogę za jego dobroć, a po drugie...
— Cuż po drugie?
— Po drugie, widzi pan, że ona się puszczała, to pżez nieszczęście, źli ludzie ją skżywdzili i temu ona nie winna. Ale żeby ona teraz nade mną horym płakała, a do wielmożnego pana hodziła, to już byłaby taka szelma jak wściekły pies, co to tylko zabić, ażeby ludzi nie kąsał.
— A zatem? — spytał Wokulski.
— Ha, cuż? ożenię się po świętah — odparł Węgiełek. — Pżecie ona za nie swoje gżehy cierpieć nie może. Nie jej to była wola.
— Masz jeszcze jaki interes?
— Już nic.
— Więc bywaj zdruw, a pżed ślubem wstąp do mnie. Ona będzie miała pięćset rubli posagu, no i co potżeba na bieliznę i gospodarstwo.
Węgiełek opuścił go bardzo wzruszony.
„Oto logika prostyh serc! — pomyślał Wokulski. — Pogarda dla występku, miłosierdzie dla nieszczęścia.”
Naiwny mieszczanin w jego oczah wyrusł na posłannika odwiecznej sprawiedliwości, ktury zdeptanej kobiecie pżyniusł spokuj i pżebaczenie.
W końcu marca u państwa Rzeżuchowskich odbył się wielki raut z Molinarim; Wokulski także otżymał zaproszenie zaadresowane piękną rączką panny Rzeżuchowskiej.
Pżybył tam dosyć puźno, właśnie w hwili kiedy mistż dał się uprosić do uszczęśliwienia słuhaczy koncertem własnej kompozycji. Jeden z miejscowyh muzykuw usiadł toważyszyć mu na fortepianie, drugi pżyniusł mistżowi skżypce, tżeci odwracał nuty akompaniatorowi, czwarty stał za mistżem w zamiaże podkreślania fizjognomią i gestami piękniejszyh albo trudniejszyh ustępuw.
Ktoś poprosił obecnyh o spokojność, damy usiadły w pułkole, mężczyźni zgromadzili się za ih kżesłami, koncert zaczął się.
Teraz Wokulski spojżał na skżypka i pżede wszystkim spostżegł pewne podobieństwo między nim i Starskim. Molinari miał takie same niewielkie faworyciki, jeszcze mniejsze wąsiki i ten sam wyraz znużenia, jaki cehuje ludzi posiadającyh szczęście u płci pięknej. Grał dobże i wyglądał pżyzwoicie, lecz było widać po nim, że już pogodził się z rolą pułbożka łaskawego dla swoih wiernyh.
Od czasu do czasu skżypce odezwały się głośniej, stojący za mistżem muzyk robił minę zahwyconą, a po sali pżebiegał cihy i krutki szmer. Pomiędzy uroczyście nastrojonymi mężczyznami i zasłuhanymi, zamyślonymi, rozmażonymi lub dżemiącymi damami Wokulski dostżegał kobiece fizjognomie napiętnowane niezwykłym wyrazem. Były tam namiętnie odżucone głowy, zarumienione policzki, pałające oczy, rozhylone i drgające usta, jakby pod wpływem narkotyku.
„Straszna żecz! — pomyślał Wokulski. — Cuż to za hore indywidua wpżęgają się do triumfalnego wozu tego pana...”
Wtem spojżał na bok i zrobiło mu się zimno... Zobaczył pannę Łęcką bardziej odużoną i roznamiętnioną od innyh. Nie wieżył własnym oczom.
Mistż grał z kwadrans, ale Wokulski nie słyszał już ani jednej nuty. Rozbudził go dopiero pżeciągły gżmot oklaskuw. Potem znowu zapomniał, gdzie jest, ale za to doskonale widział, jak Molinari szepnął coś do uha panu Rzeżuchowskiemu, jak pan Rzeżuchowski wziął go pod rękę i — pżedstawił pannie Izabeli.
Pżywitała go rumieńcem i wejżeniem nieopisanego zahwytu. A ponieważ proszono na kolację, mistż podał jej rękę i zaprowadził do sali jadalnej. Pżeszli tuż obok niego, Molinari potrącił go łokciem, ale tak byli zajęci sobą, że panna Izabela nawet nie spostżegła Wokulskiego. Potem usiedli we czworo pży jednym stoliku: pan Szastalski z panną Rzeżuchowską, Molinari z panną Izabelą, i było znać, że jest im bardzo dobże razem.
Wokulskiemu znowu zdawało się, że z oczu spada mu zasłona, poza kturą widać zupełnie inny świat i inną pannę Izabelę. Ale w tej samej hwili uczuł taki zamęt w głowie, bul w piersiah, szał w nerwah, że uciekł do pżedpokoju, a stamtąd na ulicę obawiając się, że traci rozum.
„Boże miłosierny! — szepnął — zdejmijże ze mnie to pżekleństwo...”
O kilka krokuw od Molinariego, pży mikroskopijnym stoliczku, siedziała pani Wąsowska z Ochockim.
— Moja kuzynka zaczyna mi się coraz mniej podobać — żekł Ochocki patżąc na pannę Izabelę. — Widzi ją pani?...
— Od godziny — odparła pani Wąsowska. — Ale zdaje mi się, że i Wokulski coś spostżegł, bo był bardzo zmieniony. Żal mi go.
— O, nieh pani będzie spokojna o Wokulskiego. Prawda, że dziś jest rozbity, ale jeżeli się raz ocknie... Takih nie zabijają wahlażem.
— Więc może być dramat...
— Żadnego — żekł Ochocki. — Ludzie o skoncentrowanyh uczuciah wuwczas tylko są niebezpieczni, jeżeli nie mają rezerw...
— Muwisz pan o tej pani... jakże ona... Sta... Star?...
— Boże uhowaj, tam nic nie ma i nigdy nie było. Zresztą dla zakohanego mężczyzny nie stanowi rezerwy inna kobieta.
— Więc cuż?
— Wokulski ma silny umysł i wie o cudownym wynalazku, kturego wykończenie naprawdę pżewruciłoby świat...
— I pan wiesz o nim?
— Treść znam, dowud widziałem; nie znam tylko bliższyh szczegułuw. Pżysięgam — muwił zapalając się Ochocki — że dla takiej sprawy można by poświęcić nawet dziesięć kohanek!
— Więc i mnie poświęciłbyś, niewdzięczniku?
— Alboż pani jest moją kohanką?... Nie jestem pżecie lunatykiem.
— Ale kohasz się we mnie?
— Może jeszcze tak jak Wokulski w Izabeli?... Ani myślę... Hoć każdej hwili jestem gotuw...
— W każdej hwili jesteś pan źle wyhowany. Ale... tym lepiej, że się we mnie nie kohasz.
— I nawet wiem, dlaczego lepiej. Pani wzdyha do Wokulskiego...
Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec; zmieszała się tak, że wahlaż upadł jej na posadzkę. Ochocki podniusł go.
— Nie hcę grać z panem komedii, muj potwoże — odparła po hwili. — Obhodzi mnie tak, że... robię wszystko, co jest w mojej mocy, ażeby dostał Belę, ponieważ... ją koha ten szaleniec...
— Pżysięgam, że spomiędzy znajomyh mi dam jesteś pani jedyną kobietą, ktura naprawdę coś warta... Ale dosyć o tym. Od czasu kiedym poznał, że Wokulski koha Belę (a jak on ją koha!) moja kuzynka robi na mnie dziwne wrażenie. Dawniej uważałem ją za wyjątkową, dziś wydaje mi się pospolitą, dawniej wzniosła, dziś jest płaska... Ale to tylko hwilami i jeszcze ostżegam, że mogę się mylić.
Pani Wąsowską uśmiehnęła się.
— Podobno — żekła — ile razy mężczyzna patży na kobietę, szatan zakłada mu rużowe okulary.
— Czasami zdejmuje.
— Ale nie bez cierpień — odpowiedziała pani Wąsowską. — Wiesz pan co — dodała — ponieważ jesteśmy prawie kuzynami, muwmy sobie ty...
— Bardzo dziękuję.
— Dlaczego?
— Nie mam zamiaru być wielbicielem pani.
— Ja proponuję panu pżyjaźń.
— Właśnie. Jest to mostek, po kturym...
W tej hwili panna Izabela wstała nagle od swego stolika i podeszła do nih; była wzbużona.
— Pożucasz mistża? — spytała ją pani Wąsowska.
— Ależ to jest impertynent! — żekła panna Izabela tonem, w kturym czuć było gniew.
— Bardzom kontent, kuzynko, że tak prędko poznałaś się na tym poliszynelu — odezwał się Ochocki. — Może pani siądzie?
Ale panna Izabela żuciła na niego piorunujące spojżenie, zaczęła rozmawiać z Malborgiem, ktury właśnie zbliżył się do niej, i odeszła do sali.
Na progu, spoza wahlaża, spojżała w stronę Molinariego, ktury bardzo wesoło rozmawiał z panną Rzeżuchowską...
— Zdaje mi się, panie Ochocki — żekła pani Wąsowska — że prędzej zostaniesz naszym Kopernikiem, aniżeli nauczysz się ostrożności! Jak mogłeś wobec Izabeli nazwać tego pana poliszynelem?...
— Ona pżecież nazwała go impertynentem...
— Niemniej interesuje się nim.
— No, proszę ze mnie nie żartować. Jeżeli nie interesuje się człowiekiem, ktury ją ubustwia...
— To właśnie będzie interesować się takim, ktury ją lekceważy.
— Pociąg do ostryh sosuw jest oznaką nietęgiego zdrowia — zauważył Ochocki.
— Ktura tu jest zdrowa! — żekła pani Wąsowska, pogardliwie obwodząc wzrokiem toważystwo. — Podaj mi pan rękę i idźmy do salonu.
Na pżejściu spotkali księcia, ktury z wielkim zadowoleniem pżywitał panią Wąsowską.
— Cuż, mości książę, Molinari?... — zapytała.
— Ma bardzo ładny ton... Bardzo...
— I będziemy pżyjmować go u siebie?
— O tak... w pżedpokoju...
W parę minut dowcip księcia obleciał wszystkie sale... Pani Rzeżuchowska z powodu nagłej migreny musiała opuścić gości.
Gdy pani Wąsowska rozmawiając po drodze ze znajomymi weszła z Ochockim do salonu, zobaczyła już pannę Izabelę siedzącą w toważystwie Molinariego.
— Kto z nas miał rację? — żekła trącając Ochockiego wahlażem. — Biedny Wokulski!...
— Zapewniam panią, że jest mniej biednym aniżeli panna Izabela.
— Dlaczego?
— Bo jeżeli kobiety kohają tylko tyh, ktuży je lekceważą, to moja kuzynka bardzo prędko będzie musiała oszaleć za Wokulskim.
— Powiesz mu pan?... — obużyła się pani Wąsowska.
— Nigdy! Jestem pżecie jego pżyjacielem, a już to samo wkłada na mnie obowiązek nieostżegania o niebezpieczeństwah. Ale jestem także mężczyzną i dalibug, czuję, że gdy między mężczyną i kobietą zacznie się tego rodzaju walka...
— To pżegra mężczyzna.
— Nie, pani. Pżegra kobieta, i to na łeb, na szyję. Pżecież dlatego kobiety wszędzie są niewolnicami, że lgną do tyh, ktuży je lekceważą.
— Nie bluźnij pan.
Ponieważ Molinari zaczął rozmawiać z panią Wywrotnicką, pani Wąsowska zbliżyła się do panny Izabeli, wzięła ją pod rękę i zaczęły spacerować po salonie.
— Pogodziłaś się jednak z tym impertynentem? — zapytała pani Wąsowska.
— Pżeprosił mnie — odparła panna Izabela.
— Tak prędko? A czy hoć obiecał poprawę?
— Moją będzie żeczą, ażeby nie potżebował się poprawiać.
— Był tu Wokulski — muwiła pani Wąsowska — i dosyć nagle wyszedł.
— Dawno?
— Kiedyście siedli do kolacji; stał nawet w tyh dżwiah.
Panna Izabela zmarszczyła brwi.
— Moja Kaziu — żekła — wiem, o co ci hodzi. Otuż oświadczam ci raz na zawsze, że ani myślę wyżekać się dla Wokulskiego moih sympatyj i upodobań. Małżeństwo nie jest więzieniem, a ja mniej niż kto inny nadaję się na więźnia.
— Masz słuszność. Czy jednakże dla kaprysu godzi się drażnić takie uczucia?
Panna Izabela zmieszała się.
— Więc cuż mam robić?
— To już od ciebie zależy. Jeszcze nie jesteś z nim związana...
— Ah, tak!... już pojmuję... — uśmiehnęła się panna Izabela.
Stojący pod oknem pan Malborg z panem Niwińskim pżypatrywali się obu damom pżez binokle.
— Piękne kobiety! — westhnął pan Malborg.
— A każda w innym guście — dodał pan Niwiński. — Kturą byś wolał?
— Obie.
— A ja Izabelkę, a potem... Wąsowską.
— Jak one tulą się do siebie... jak się uśmiehają!... To wszystko, ażeby nas podrażnić. Sprytne są te kobietki.
— A w gruncie mogą się nienawidzieć.
— No, pżynajmniej nie w tej hwili — zakończył pan Niwiński.
Do spacerującyh pań zbliżył się Ochocki.
— Czy i kuzynek należy do spisku pżeciw mnie? — zapytała panna Izabela.
— Do spisku nigdy; mogę z panią być tylko w otwartej wojnie.
— Z panią? W otwartej wojnie?... Cuż to znaczy. Wojny prowadzą się w celu zawarcia kożystnego pokoju!
— To nie muj system.
— Czy tak?... — żekła panna Izabela z uśmiehem. — Więc załużmy się, że kuzynek złożysz broń; bo wojnę uważam już za rozpoczętą.
— Pżegrasz ją, kuzynko, nawet w tyh punktah, w kturyh liczysz na najzupełniejsze zwycięstwo — odpowiedział uroczyście Ochocki.
Panna Izabela sposępniała.
— Belu — szepnęła do niej pżehodząca w tej hwili hrabina — wyjeżdżamy.
— Cuż, Molinari obiecał?... — zapytała tym samym tonem panna Izabela.
— Wcale go nie prosiłam — odpowiedziała dumnie hrabina.
— Dlaczego, ciociu?...
— Zrobił niekożystne wrażenie.
Gdyby doniesiono pannie Izabeli, że umarł Wokulski z powodu Molinariego, wielki skżypek nie straciłby nic w jej oczah. Ale wiadomość, że zrobił złe wrażenie, dotknęła ją w niemiły sposub.
Pożegnała artystę hłodno, prawie wyniośle.
Pomimo znajomości, trwającej ledwie kilka godzin, Molinari żywo zainteresował pannę Izabelę.
Kiedy puźno wruciwszy do domu spojżała na swego Apollina, zdawało jej się, że marmurowy bożek ma coś z postawy i rysuw skżypka. Zarumieniła się pżypomniawszy sobie, że posąg bardzo często zmieniał fizjognomię; nawet pżez krutką hwilę był podobny do Wokulskiego. Uspokoiła się jednak uwagą, że dzisiejsza zmiana jest ostatnią, że dotyhczasowe jej upodobania polegały na omyłkah i że Apollo, jeżeli mugł kogoś symbolizować, to tylko Molinariego.
Nie mogła zasnąć, w sercu jej walczyły najspżeczniejsze uczucia: gniew, obawa, ciekawość i jakaś tkliwość. Czasem nawet budziło się zdumienie, kiedy pżypominała sobie zuhwałe czyny skżypka. Pży pierwszyh słowah powiedział, że jest najpiękniejszą kobietą, jaką zna; idąc na kolację namiętnie pżytulał jej ramię i oświadczył, że ją koha. A pży kolacji, bez względu na obecność Szastalskiego i panny Rzeżuchowskiej, tak natarczywie szukał pod stołem jej ręki, że... cuż miała zrobić?...
Podobnie gwałtownyh uczuć nie spotkała jeszcze nigdy. On naprawdę musiał ją pokohać od pierwszego wejżenia, szalenie, na śmierć. Czy jej wreszcie nie szepnął (co nawet zmusiło ją do opuszczenia stolika), że bez namysłu oddałby życie za kilka dni spędzonyh z nią razem.
„I na co on się narażał muwiąc coś podobnego?” — pomyślała panna Izabela. Nie pżyszło jej do głowy, że co najwyżej narażał się na opuszczenie toważystwa pżed końcem kolacji.
„Co za uczucie!... co za namiętność!...” — powtażała w duhu.
Pżez dwa dni panna Izabela nie wyhodziła z domu i nikogo nie pżyjmowała. W tżecim dniu zdawało jej się, że Apollo, jakkolwiek wciąż podobny do Molinariego, hwilami pżypomina Starskiego. Tegoż dnia po południu pżyjęła panuw Rydzewskiego i Pieczarkowskiego, ktuży oświadczyli jej, że Molinari opuszcza już Warszawę, że zraził do siebie całe toważystwo, że jego album z recenzjami jest blagą, ponieważ nie umieszczono w nim krytyk niepżyhylnyh. Dodali w końcu, że tak mierny skżypek i pospolity człowiek tylko w Warszawie mugł doznać podobnyh owacyj.
Panna Izabela była obużona i pżypomniała panu Pieczarkowskiemu, że nie kto inny, tylko on hwalił artystę. Pan Pieczarkowski zdziwił się i powołał się na świadectwo obecnego pana Rydzewskiego i nieobecnego Szastalskiego, że Molinari od pierwszej hwili nie budził w nim zaufania.
Pżez następne dwa dni panna Izabela uważała wielkiego artystę jako ofiarę zawiści. Powtażała sobie, że tylko on jeden zasługuje na jej wspułczucie i że nigdy o nim nie zapomni.
W tym czasie pan Szastalski pżysłał jej bukiet fiołkuw, a panna Izabela nie bez wyżutuw spostżegła, że Apollo zaczyna być podobnym do Szastalskiego i że Molinari szybko zaciera się w jej pamięci.
Prawie w tydzień po koncercie, kiedy bez światła siedziała w swoim pokoju, pżed oczyma jej stanęła dawno zapomniana wizja. Zdawało jej się, że w toważystwie ojca zjeżdża powozem z jakiejś gury w dolinę napełnioną hmurami dymuw i pary. Spomiędzy hmur wysunęła się olbżymia ręka tżymająca kartę, na kturą pan Tomasz patżył z niespokojną ciekawością. „Z kim ojciec gra?...” — pomyślała. W tej hwili wionął wiatr i z tumanuw ukazała się tważ Wokulskiego, także w olbżymih rozmiarah.
„Rok temu miałam toż samo widzenie — żekła do siebie panna Izabela. — Co to znaczy?...”
I dopiero teraz pżypomniała sobie, że Wokulski nie był u nih od tygodnia.
Po raucie u państwa Rzeżuchowskich Wokulski wrucił do siebie w niezwykłym nastroju duha. Atak szału minął go i ustąpił miejsca apatycznemu spokojowi. Wokulski nie spał całą noc, ale stan ten nie wydawał mu się pżykrym. Leżał spokojnie, nie myślał o niczym i tylko ciekawie pżysłuhiwał się bijącym godzinom. Pierwsza... druga... tżecia...
Na drugi dzień wstał puźno i do południa, pijąc herbatę, znowu pżysłuhiwał się biciu zegara. Jedynasta... dwunasta... pierwsza... Jakie to nudne!...
Hciał coś czytać, ale nie hciało mu się pujść do biblioteki po książkę; więc położył się na szezlongu i zaczął myśleć o teorii Darwina.
„Co to jest dobur naturalny? Jest to skutek walki o byt, w kturej giną istoty nie posiadające pewnyh uzdolnień, a zwyciężają więcej uzdolnione. Jaka jest najważniejsza zdolność: czy pociąg płciowy? Nie, wstręt do śmierci. Istoty, kture nie miałyby wstrętu do śmierci, musiałyby wyginąć najpierwej. Gdyby człowieka nie hamował wstręt do śmierci, ten najmędrszy zwież nie dźwigałby kajdan życia. W poezji staroindyjskiej są ślady, że istniała kiedyś ludzka rasa mająca mniejszy wstręt do śmierci aniżeli my. No i rasa ta wyginęła, a jej potomkowie są albo niewolnikami, albo ascetami.
A co to jest wstręt do śmierci? Naturalnie, instynkt polegający na złudzeniu. Są osoby mające wstręt do myszy, ktura jest zupełnie niewinnym stwożeniem, albo nawet do poziomek, kture są wcale smaczne. (Kiedy to ja jadłem poziomki?... Aha, w końcu wżeśnia roku zeszłego w Zasławku... Zabawna miejscowość ten Zasławek; ciekawym, czy jeszcze żyje prezesowa i czy ma wstręt do śmierci?...)
Bo cuż to jest obawa śmierci?... Złudzenie! Umżeć jest to nie być nigdzie, nic nie czuć i o niczym nie myśleć. W iluż ja miejscah dziś nie jestem: nie jestem w Ameryce, w Paryżu, na księżycu, nie jestem nawet w moim sklepie i nic mnie to nie trwoży. A o ilu ja żeczah nie myślałem pżed hwilą i o ilu nie myślę? Myślę tylko o jakiejś jednej żeczy, a nie myślę o miliardzie innyh żeczy, nie wiem nawet o nih i nic mnie to nie obhodzi.
Cuż więc może być pżykrego w tym, że nie będąc w milionie miejsc, tylko w jakimś jednym, i nie myśląc o miliardzie żeczy, tylko o jakiejś jednej, pżestanę być i w tym jednym miejscu i myśleć o tej jednej żeczy?... Istotnie, obawa śmierci jest najkomiczniejszym złudzeniem, jakiemu od tylu wiekuw ulega ludzkość. Dzicy boją się piorunu, huku broni palnej, nawet zwierciadła; a my, niby to ucywilizowani, lękamy się śmierci!...”
Wstał, wyjżał pżez okno i z uśmiehem pżypatrywał się ludziom, ktuży gdzieś biegli, kłaniali się sobie, asystowali damom. Pżypatrywał się ih gwałtownym ruhom, wielkiemu zainteresowaniu, bezświadomej szarmanterii mężczyzn, automatycznej kokieterii kobiet, obojętnym minom dorożkaży, męce ih koni i nie mugł opżeć się uwadze, że całe to życie, pełne niepokoju i udręczeń, jest kapitalnym głupstwem.
Tak pżesiedział cały dzień. Następnego pżyszedł Rzecki i pżypomniał mu, że dziś jest dzień pierwszego kwietnia i że panu Łęckiemu tżeba zapłacić dwa tysiące pięćset rubli procentuw.
— A prawda — odparł Wokulski. — Odwieź mu tam...
— Myślałem, że sam odwieziesz.
— Nie hce mi się...
Rzecki kręcił się po pokoju, hżąkał, nareszcie żekł:
— Pani Stawska jest jakaś markotna. Może byś ją odwiedził?
— A prawda, że już dawno u niej nie byłem. Pujdę wieczorem.
Odebrawszy taką odpowiedź Rzecki już nie zatżymywał się. Bardzo czule pożegnał Wokulskiego, wpadł do sklepu po pieniądze, potem siadł w dorożkę i kazał jehać do pani Misiewiczowej.
— Pżybiegłem tylko na hwilę, bo mam załatwić pilny interes — zawołał uradowany. — Wie pani, Stach będzie tu dzisiaj... Zdaje mi się (ale muwię to pani w największej tajemnicy), że Wokulski już stanowczo zerwał z Łęckimi...
— Czyby tak?... — żekła pani Misiewiczowa składając ręce.
— Jestem prawie pewny, ale... żegnam panią... Stach będzie dziś wieczorem...
Istotnie, Wokulski był wieczorem i co ważniejsza, zaczął bywać każdego wieczora. Pżyhodził dosyć puźno, kiedy Helunia już spała, a pani Misiewiczowa odhodziła do swego pokoju, i z panią Stawską pżepędzał po parę godzin. Zwykle milczał i słuhał jej opowiadań o sklepie Milerowej albo o brukowyh wypadkah. Sam odzywał się żadko, a wtedy wypowiadał aforyzmy, nawet nie mające związku z tym, co do niego muwiono.
Raz żekł bez powodu:
— Człowiek jest jak ćma: na oślep rwie się do ognia, hoć go boli i hoć się w nim spali. Robi to jednak doputy — dodał po namyśle — dopuki nie opżytomnieje. I tym rużni się od ćmy...
„Muwi o pannie Łęckiej!...” — pomyślała pani Stawska i serce jej spieszniej udeżyło.
Innym razem opowiedział jej dziwaczną historię:
— Słyszałem o dwu pżyjaciołah, z kturyh jeden mieszkał w Odessie, a drugi w Tobolsku; nie widzieli się kilka lat i bardzo tęsknili za sobą.
Nareszcie pżyjaciel tobolski, nie mogąc wytżymać dłużej, postanowił zrobić odeskiemu niespodziankę, i nie upżedzając go pojehał do Odessy. Nie zastał go jednak w domu, ponieważ jego pżyjaciel odeski, ruwnież stęskniony, pojehał do Tobolska...
Interesa nie pozwoliły im zetknąć się w czasie powrotu. Zobaczyli się więc dopiero po kilku latah i wie pani, co się pokazało?...
Pani Stawska podniosła na niego oczy.
— Oto obaj, szukając się, tego samego dnia zjehali się w Moskwie, stanęli w tym samym hotelu i w sąsiednih numerah. Los czasami mocno żartuje z ludzi...
— W życiu hyba nieczęsto się tak trafia... — szepnęła pani Stawska.
— Kto wie?... Kto wie?... — odparł Wokulski.
Pocałował ją w rękę i wyszedł zamyślony.
„Z nami tak nie będzie!...” — pomyślała, głęboko wzruszona.
Podczas wieczoruw pżepędzanyh w domu pani Stawskiej Wokulski stosunkowo był najbardziej ożywiony, trohę jadł i rozmawiał.
Lecz pżez resztę dnia zapadał w apatię. Prawie nie jadł, tylko wypijał mnustwo herbaty, nie zajmował się interesami, nie był na kwartalnym posiedzeniu spułki, nic nie czytał, a nawet nie myślał. Zdawało mu się, że potęga, kturej nie umiałby nazwać, wyżuciła go poza obręb wszelkih spraw, nadziei, pragnień i że jego życie, podobne dziś do martwego ciężaru, toczy się wśrud pustki.
„Pżecież w łeb sobie nie wypalę — myślał. — Gdybym hoć zbankrutował, ale tak!... Pogardzałbym sam sobą, gdyby z tego świata miała mnie wymieść spudnica... Tżeba było zostać w Paryżu... Kto wie, czy już dziś nie posiadałbym broni, ktura prędzej czy puźniej wytępi potwory z ludzką tważą.”
Rzecki odgadując, co się z nim dzieje, zahodził w rużnyh porah dnia i prubował wciągnąć go w rozmowę. Ale ani stan pogody, ani handel, ani polityka nie obhodziły Wokulskiego. Raz się tylko ożywił, gdy pan Ignacy zrobił wzmiankę, że Milerowa pżeśladuje panią Stawską.
— O cuż jej hodzi?
— Może zazdrości, że bywasz u pani Stawskiej, że jej płacisz dobrą pensję.
— Uspokoi się Milerowa — żekł Wokulski — jak oddam sklep Stawskiej, a ją zrobię kasjerką.
— Buj się Boga, dajże spokuj!... — zawołał pżestraszony Rzecki. — Zgubiłbyś tym panią Stawską.
Wokulski zaczął hodzić.
— Masz rację. Ale swoją drogą, jeżeli baby kłucą się, tżeba je rozdzielić... Namuw Stawską, ażeby sama na siebie założyła sklep, a my jej dostarczymy funduszuw. Od razu o tym myślałem, a teraz widzę, że nie warto dłużej odkładać.
Pan Ignacy, naturalnie, w tej hwili pobiegł do swoih pań i zawiadomił je o wielkiej nowinie.
— Nie wiem, czy nam wypada pżyjmować taką ofiarę? — odezwała się zakłopotana pani Misiewiczowa.
— Cuż to za ofiara? — zawołał Rzecki. — Spłacicie nas panie w ciągu paru lat, i basta. Jakże pani sądzi?... — zapytał pani Stawskiej.
— Zrobię tak, jak zehce pan Wokulski. Każe mi otwożyć sklep, otwożę; każe zostać u Milerowej, zostanę.
— Ależ, Helenko!... — zreflektowała ją matka. — Pomyśl, na co się narażasz muwiąc w podobny sposub?... Całe szczęście, że nas nie słyszy nikt obcy.
Pani Stawska umilkła ku wielkiemu zmartwieniu pani Misiewiczowej, kturą pżerażała stanowczość curki dotyhczas tak łagodnej i uległej.
Pewnego dnia Wokulski pżehodząc ulicą spotkał karetę pani Wąsowskiej. Ukłonił się i szedł dalej bez celu; wtem dopędził go służący.
— Jaśnie pani prosi...
— Co się z panem dzieje?... — zawołała piękna wduwka, gdy Wokulski zbliżył się do powozu. — Siądź no pan, pżejedziemy się po Alejach.
Wsiadł, pojehali.
— Co to znaczy? — ciągnęła pani Wąsowska. — Wyglądasz pan okropnie, już blisko dziesięć dni nie byłeś u Beli... No, muwże pan coś!...
— Nie mam nic do powiedzenia. Nie jestem hory i nie sądzę, ażeby pannie Izabeli były potżebne moje wizyty.
— A jeżeli są potżebne?
— Nigdy nie miałem tyh złudzeń; dziś mniej niż kiedykolwiek.
— No, no... muj panie... muwmy jasno. Jesteś pan zazdrośnik, a to poniża mężczyznę w oczah kobiet. Zirytowałeś się pan Molinarim...
— Myli się pani. Tak dalece nie jestem zazdrosny, że wcale nie pżeszkadzam pannie Izabeli wybierać pomiędzy mną i panem Molinarim. Wiem pżecie, że w tym wypadku obaj mamy ruwne prawa.
— O panie, to już zbyt ostre! — zgromiła go pani Wąsowska. — Cuż to, więc biedna kobieta, jeżeli raczy ją uwielbiać jeden z was, nie może rozmawiać z innymi?... Nie spodziewałem się, ażeby taki człowiek jak pan w taki haremowy sposub traktował kobietę. Zresztą, o co panu hodzi?... Gdyby nawet Bela kokietowała Molinariego, to i cuż?... Trwało to jeden wieczur i skończyło się tak wzgardliwym pożegnaniem go ze strony Beli, że aż pżykro było patżeć.
Zgnębienie opuściło Wokulskiego.
— Pani łaskawa, nie udawajmy, że się nie rozumiemy. Pani wie, że dla mężczyzny kohającego kobieta jest świętością jak ołtaż. Słusznie czy niesłusznie, ale tymczasem tak jest. Otuż jeżeli pierwszy lepszy awanturnik zbliża się do tej świętości jak do kżesła i postępuje z nią jak z kżesłem, a ołtaż prawie zahwyca się podobnym traktowaniem, wuwczas... pojmuje pani?... Zaczynamy pżypuszczać, że uw ołtaż jest naprawdę tylko kżesłem. Jasno się wytłomaczyłem?...
Pani Wąsowska żuciła się na poduszkah powozu.
— O panie, aż nadto jasno!... Co byś pan jednak powiedział, gdyby kokieteria Beli była tylko niewinnym odwetem, a raczej ostżeżeniem?...
— Do kogo wystosowanym?
— Do pana; wszakże pan ciągle zajmujesz się panią Stawską?...
— Ja?... Kto to powiedział?...
— Pżypuśćmy, że naoczni świadkowie: pani Krzeszowska, pan Maruszewicz...
Wokulski pohwycił się za głowę.
— I pani wieży temu?
— Nie, ponieważ zapewnił mnie Ochocki, że tam nic nie ma; czy jednak Belę uspokoił kto w podobny sposub i czy mogłaby na tym popżestać, to już inna sprawa.
Wokulski ujął ją za rękę.
— Pani droga — szepnął — cofam wszystko, com powiedział z powodu tego Molinariego... Pżysięgam pani, że czczę pannę Izabelę i że największym dla mnie nieszczęściem jest moje nierozważne słowo... Teraz dopiero widzę, czego się dopuściłem, muwiąc to...
Był tak wzruszony, że pani Wąsowskiej żal go się zrobiło.
— No, no — żekła — nieh pan się uspokoi i nie pżesadza... Pod słowem honoru (hoć kobiety podobno nie mają honoru) zapewniam pana, że to, o czym muwiliśmy, zostanie między nami. Zresztą jestem pewna, że nawet Bela pżebaczyłaby panu jego wybuh. Była to niegodziwość, ale... zakohanym wybacza się nie takie niegodziwości.
Wokulski ucałował jej obie ręce, kture mu wydarła.
— Proszę się do mnie nie umizgać, bo dla zakohanej kobiety mężczyzna jest ołtażem... A teraz wysiadaj pan, idź, o tam, do Beli i...
— I co, pani?
— I pżyznaj, że umiem dotżymywać obietnic.
Głos jej drgnął, ale Wokulski nie spostżegł tego. Wyskoczył z karety i pobiegł do kamienicy zajmowanej pżez pana Łęckiego, gdzie właśnie stanęli.
Gdy Mikołaj otwożył mu dżwi, kazał zameldować się pannie Łęckiej. Była sama i pżyjęła go natyhmiast, zarumieniona i zmieszana.
— Tak dawno nie był pan u nas — żekła. — Czy pan był hory?...
— Gożej, pani — odpowiedział nie siadając. — Ciężko obraziłem panią bez powodu...
— Pan mnie?...
— Tak, pani, obraziłem panią podejżeniami. Byłem — muwił stłumionym głosem — byłem na koncercie u państwa Rzeżuchowskich... Wyszedłem nawet nie pożegnawszy się z panią... Już nie hcę muwić dalej... Czuję tylko, że ma pani prawo nie pżyjmować mnie jako człowieka, ktury nie ocenił pani... śmiał posądzać...
Panna Izabela głęboko spojżała mu w oczy i wyciągając rękę żekła:
— Pżebaczam... nieh pan siada.
— Nieh pani nie spieszy się z pżebaczeniem, bo ono może podnieść moje nadzieje...
Zamyśliła się.
— Muj Boże, i cuż na to poradzę?... niehże już pan ma nadzieję, jeżeli tak o nią hodzi...
— I to pani muwi, panno Izabelo?...
— Tak widać było pżeznaczone — odpowiedziała z uśmiehem.
Namiętnie ucałował jej rękę, kturej mu nie broniła, potem odszedł do okna i coś zdjął z szyi.
— Nieh pani pżyjmie to ode mnie — żekł i podał jej złoty medalion z łańcuszkiem.
Panna Izabela ciekawie zaczęła się pżyglądać.
— Dziwny prezent, nieprawdaż — muwił Wokulski otwierając medalion. — Widzi pani tę blaszkę, lekką jak pajęczyna?... A jednak jest to klejnot, jakiego nie posiada żaden skarbiec, nasienie wielkiego wynalazku, ktury może ludzkość pżemienić. Kto wie, czy z tej blaszki nie urodzą się okręty napowietżne. Ale mniejsza o nie... Oddając go pani, składam moją pżyszłość...
— Więc to jest talizman?
— Prawie. Jest to żecz, ktura mogła mnie wyciągnąć z kraju, a cały muj majątek i resztę życia utopić w nowej pracy. Może byłaby ona stratą czasu, maniactwem, ale w każdym razie myśl o niej była jedyną rywalką pani. Jedyną... — powtużył z naciskiem.
— Myślał pan opuścić nas?
— Nawet nie dawniej jak dziś rano. Dlatego oddaję pani ten amulet. Odtąd, oprucz pani, już nie mam innego szczęścia na świecie; została mi pani albo śmierć.
— Jeżeli tak, więc biorę pana do niewoli — żekła panna Izabela i zawiesiła medalion na szyi. A kiedy pżyszło wsunąć go za stanik, spuściła oczy i zarumieniła się.
„Otom podły — pomyślał Wokulski. — I ja taką kobietę podejżywałem... Ah, nędznik...”
Kiedy wrucił do siebie i wpadł do sklepu, był tak rozpromieniony, że pan Ignacy nieledwie pżeraził się.
— Co tobie? — zapytał.
— Powinszuj mi. Jestem nażeczonym panny Łęckiej.
Ale Rzecki, zamiast winszować, mocno pobladł.
— Miałem list od Mraczewskiego — żekł po hwili. — Suzin, jak wiesz, jeszcze w lutym wysłał go do Francji...
— Więc?... — pżerwał Wokulski.
— Ano pisze mi teraz z Lyonu, że Ludwik Stawski żyje i mieszka w Algierze, tylko pod nazwiskiem Ernesta Waltera. Podobno handluje winem. Pżed rokiem ktoś go widział.
— Sprawdzimy to — odpowiedział Wokulski i spokojnie zanotował w katalogu adres.
Odtąd każde popołudnie spędzał u państwa Łęckich, a nawet raz na zawsze został zaproszony na obiady.
W kilka dni pżyszedł do niego Rzecki.
— Cuż, muj stary! — zawołał Wokulski. — Jakże tam z księciem Lulu?... Gniewasz się jeszcze na Szlangbauma, że śmiał sklep kupić?...
Stary subiekt pokręcił głową.
— Pani Stawska — żekł — już nie jest u Milerowej... trohę hora... Muwi coś o wyjeździe z Warszawy... Może byś tam wstąpił?...
— Prawda, tżeba by zajść — odparł pocierając czoło. — Muwiłeś z nią o sklepie?
— Owszem; pożyczyłem jej nawet tysiąc dwieście rubli.
— Z twoih biednyh oszczędności?... Dlaczeguż nie ma pożyczyć ode mnie?...
Rzecki nic nie odpowiedział.
Pżed drugą Wokulski pojehał do pani Stawskiej. Była bardzo mizerna; jej słodkie oczy wydawały się jeszcze większe i jeszcze smutniejsze.
— Cuż to — spytał Wokulski — słyszałem, że pani hce opuścić Warszawę?
— Tak, panie... Może mąż powruci... — dodała stłumionym głosem.
— Muwił mi o tym Rzecki i pozwoli pani, że postaram się o sprawdzenie tej wiadomości...
Pani Stawska zalała się łzami.
— Pan taki dobry dla nas — szepnęła. — Niehże pan będzie szczęśliwy...
O tej samej godzinie pani Wąsowska była z wizytą u panny Izabeli i dowiedziała się od niej, że Wokulski został pżyjęty.
— Nareszcie... — żekła pani Wąsowska. — Myślałam, że nigdy się nie zdecydujesz.
— Więc zrobiłam ci pżyjemną niespodziankę — odpowiedziała panna Izabela. — W każdym razie jest to idealny mąż: bogaty, nietuzinkowy, a nade wszystko człowiek gołębiego serca. Nie tylko nie jest zazdrosny, ale nawet pżeprasza za podejżenia. To mnie ostatecznie rozbroiło... Prawdziwa miłość ma zawiązane oczy. Nic mi nie odpowiadasz?
— Myślę...
— O czym?
— Że jeżeli on tak zna ciebie, jak ty jego, to oboje bardzo się nie znacie.
— Tym pżyjemniej zejdzie nam miodowy miesiąc.
— Życzę...
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.