Tom II, X. Pamiętnik starego subiekta
X. Pamiętnik starego subiekta
Wiem ja, dlaczego tak szeroko rozpisałem się o sprawie pani Stawskiej. Oto dlaczego...
Na świecie jest dużo niedowiarkuw i ja sam bywam czasami niedowiarkiem i wątpię o Opatrzności boskiej. Nieraz też, kiedy źle idą polityczne interesa albo kiedy patżę na nędzę ludzką i na triumfy łajdakuw (jeżeli taki wyraz wolno wymawiać), nieraz myślę sobie:
„Stary głupcze, nazywający się Ignacym Rzeckim! Ty wyobrażasz sobie, że Napoleonidzi wrucą na tron, że Wokulski zrobi coś nadzwyczajnego, bo jest zdolny, i będzie szczęśliwym, bo jest uczciwy?... Ty myślisz, ośla głowo, że hociaż hultajom zrazu dzieje się dobże, a ludziom poczciwym źle, to jednakże w końcu źli zostaną pohańbieni, a dobży sławą okryci?... Tak sobie imaginujesz?... Więc głupio sobie imaginujesz!... Na świecie nie ma żadnego pożądku, żadnej sprawiedliwości, tylko walka. O ile w tej walce zwyciężają dobży, jest dobże, o ile źli, jest źle; ale ażeby istniała jakaś potęga protegująca tylko dobryh, tego sobie wcale nie wyobrażaj... Ludzie są jak liście, kturymi wiatr ciska; gdy żuci je na trawnik, leżą na trawniku, a gdy żuci w błoto — leżą w błocie...”
Tak sobie nieraz myślałem w hwilah zwątpienia; lecz proces pani Stawskiej doprowadził mnie do wręcz pżeciwnyh rezultatuw, do wiary, że dobrym ludziom prędzej czy puźniej stanie się sprawiedliwość.
Bo zastanuw się tylko... Pani Stawska jest zacności kobieta, więc — powinna być szczęśliwą; Stach jest wyższym nad wszelką wartość człowiekiem, więc — i on powinien być szczęśliwy. Tymczasem Stach jest ciągle rozdrażniony i smutny (aż mi się czasem płakać hciało, kiedym na niego patżył!), a pani Stawska miała sprawę o kradzież...
Gdzież więc jest sprawiedliwość nagradzająca dobryh?...
Zaraz ją zobaczysz, o człowieku małej wiary! Ażeby zaś lepiej pżekonać się, że na tym świecie jest pożądek, zapisuję tu następujące proroctwa:
Po pierwsze — pani Stawska wyjdzie za mąż za Wokulskiego i będzie z nim szczęśliwa.
Po drugie — Wokulski wyżeknie się swojej panny Łęckiej, a ożeni się z panią Stawską i będzie z nią szczęśliwy.
Po tżecie — mały Lulu jeszcze w tym roku zostanie cesażem Francuzów pod imieniem Napoleona IV, zbije Niemców na bryndzę i zrobi sprawiedliwość na całym świecie, co mi jeszcze pżepowiadał śp. muj ojciec.
Że Wokulski ożeni się z panią Stawską i że zrobi coś nadzwyczajnego, o tym już dziś nie mam najmniejszej wątpliwości. Jeszcze się, co prawda, nie zaręczył z nią, jeszcze się nawet nie oświadczył, zresztą... jeszcze nawet on sam sobie z tego nie zdaje sprawy. Ale ja już widzę... Jasno widzę, jak żeczy pujdą, i głowę dam sobie uciąć, że tak będzie... Ja mam nos polityczny!
Bo tylko uważ, co się dzieje.
Na drugi dzień po procesie Wokulski był wieczorem u pani Stawskiej i siedział do jedynastej w nocy. Na tżeci dzień był w sklepie u Milerowej, pżejżał księgi i oddawał wielkie pohwały pani Stawskiej, co nawet trohę ubodło Milerową. Na czwarty zaś dzień...
No, on wprawdzie nie był ani u Milerowej, ani u pani Stawskiej, ale za to mnie zdażyły się dziwne wypadki.
Pżed południem (jakoś nie było gości w sklepie) ni stąd, ni zowąd pżyhodzi do mnie kto?... Młody Szlangbaum, ten starozakonny, ktury pracuje w ruskih tkaninah.
Patżę, muj Szlangbaum zaciera ręce, wąs do gury, głowa pod sufit... Myślę: „Zwariował czy co?...” A on — kłania mi się, ale z głową zadartą, i muwi dosłownie te wyrazy:
— Spodziewam się, panie Rzecki, że cokolwiek nastąpi, będziemy dobrymi pżyjaciułmi...
Myślę: „Tam, do diabła, czy Stach nie dał mu dymisji?...” Więc odpowiadam:
— Możesz być pewny, panie Szlangbaum, mojej życzliwości, cokolwiek bądź nastąpi, byleś nie popełnił nadużycia, panie Szlangbaum...
Na ostatnie słowa położyłem nacisk, bo mi muj pan Szlangbaum wyglądał tak, jakby miał zamiar albo nasz sklep kupić (co wydaje mi się nieprawdopodobnym), albo kasę okraść... Czego, lubo jest uczciwy starozakonny, nie uważałbym za żecz niemożliwą.
On to widać zmiarkował, bo uśmiehnął się nieznacznie i wyszedł do swojego oddziału. W kwadrans puźniej wpadłem tam niby niehcący, ale zastałem go jak zwykle pży robocie. Owszem, powiedziałbym nawet, że pracował gorliwiej niż zwykle: wbiegał na drabinki, wydobywał sztuki rypsu i aksamitu, wkładał je na powrut do szaf, słowem — kręcił się jak bąk.
„Nie — myślę — już ten hyba nas nie okradnie...”
Spostżegłem, co mnie ruwnież zastanowiło, że pan Zięba jest uniżenie gżeczny dla Szlangbauma, a na mnie patży trohę z gury, hoć jeszcze nie bardzo.
„Ha! — myślę — hce Szlangbaumowi wynagrodzić dawne kżywdy, a wobec mnie, najstarszego subiekta, zahowuje godność osobistą. Bardzo uczciwie robi, zawsze bowiem należy trohę zadzierać głowy wobec wyższyh, a być upżedzająco gżecznym dla niższyh...”
Wieczorkiem zaszedłem do restauracyjki na piwko. Patżę, jest pan Szprot i radca Węgrowicz. Ze Szprotem od tamtej afery, co to o niej muwiłem, jesteśmy na stopie obojętności, ale z radcą witam się kordialnie. A on do mnie:
— No, i co, już?...
— Pżepraszam — muwię — ale nie rozumiem. (Myślałem, że robi aluzję do procesu pani Stawskiej.) Nie rozumiem — muwię — panie radco.
— Czego nie rozumiesz — on muwi — tego, że sklep spżedany?...
— Pżeżegnaj się pan, panie radco — ja muwię — jaki sklep?
Poczciwy radca był już po szustym kuflu, więc zaczyna się śmiać i muwi:
— Phy! ja się pżeżegnam, ale panu to się i pżeżegnać nie pozwolą, jak z hżeścijańskiego hleba pżejdziesz na żydowską hałę; wszak ci to, jak gadają, Żydzi wasz sklep kupili...
Myślałem, że dostanę apopleksji.
— Panie radco — muwię — jesteś pan zbyt poważnym człowiekiem, ażebyś nie miał powiedzieć, skąd ta wiadomość?
— Całe miasto gada — odparł radca — a zresztą nieh obecny tu pan Szprot pana objaśni.
— Panie Szprot — muwię kłaniając się — nie hciałbym ubliżyć panu, tym więcej, że żądałem od pana satysfakcji, a pan odmuwiłeś mi jej jak hultaj... Jak hultaj, panie Szprot... Oświadczam panu jednak, że albo powtażasz, albo sam fabrykujesz plotki...
— Co to jest?!... — wżasnął Szprot, znowu jak niegdyś bijąc pięścią w stuł. — Odmuwiłem, gdyż nie jestem od dawania satysfakcji panu ani nikomu. Z tym wszystkim powtażam, że sklep wasz kupują Żydzi...
— Jacy Żydzi?
— Diabeł ih wie: Szlangbaumy, Hundbaumy, czy ja ih zresztą znam!...
Taka mnie porwała wściekłość, żem kazał pżynieść piwa, a radca Węgrowicz muwi serdecznie.
— Z tymi Żydami to może być kiedyś głupia awantura. Tak nas duszą, tak nas ze wszystkih miejsc wysadzają, tak nas wykupują, że trudno poradzić z nimi. Już my ih nie pżeszahrujemy, to darmo, ale jak pżyjdzie na gołe łby i pięści, zobaczymy, kto kogo pżetżyma...
— Pan radca ma rację! — dodał Szprot. — Tak wszystko ci Żydzi zagarniają, że w końcu tżeba im będzie siłą odbierać, dla utżymania ruwnowagi. Bo zobaczcie tylko, panowie, co się dzieje, hoćby z takimi kortami...
— No — muwię — jeżeli nasz sklep kupią Żydzi, to i ja się z wami połączę; jeszcze moja pięść coś zaważy... Ale tymczasem, na miłosierdzie boskie, nie rozpuszczajcie plotek o Wokulskim i nie drażnijcie ludzi pżeciw Żydom, bo już i bez tego panuje rozgoryczenie...
Wruciłem do domu z bulem głowy, wściekając się na cały świat. Budziłem się kilka razy w ciągu nocy, a po każdym zaśnięciu śniło mi się, że Żydzi naprawdę sklep nasz kupili i że ja, aby nie umżeć z głodu, hodziłem po podwużah z katarynką, na kturej był napis: „Ulitujcie się nad biednym, starym oficerem węgierskim!”
Dopiero z rana wpadłem na jedyną myśl prostą i rozsądną, ażeby stanowczo rozmuwić się ze Stachem i jeżeli istotnie sklep spżedaje, wystarać się o miejsce.
Ładna kariera po tylu latah służby! Gdyby człowiek był psem, to by mu pżynajmniej w łeb stżelili... Ale że jest człowiekiem, więc musi wycierać obce kąty, niepewny zresztą, czy nie zbilansuje życia w rynsztoku.
Pżed południem Wokulski nie był w sklepie, więc około drugiej wybrałem się do niego. Może hory?...
Idę i w bramie domu, w kturym mieszka, wpadam na doktora Szumana. Gdy powiedziałem mu, że hcę odwiedzić Stacha, odparł:
— Nie hodź pan tam. Jest rozdrażniony i lepiej zostawić go w spokoju. Zajdź pan lepiej do mnie na herbatę... À propos, czy ja mam pańskie włosy?
— Zdaje mi się — odpowiedziałem — że niedługo oddam panu moje włosy razem ze skurą.
— Hcesz się pan wyphać?
— Powinien bym, bo świat jeszcze nie widział podobnego mi głupca.
— Pociesz się pan — odparł Szuman — są głupsi. Ale o cuż to hodzi?
— Mniejsza, o co mnie hodzi, ale słyszałem, że Stach sklep spżedaje Żydom... No, a ja już do nih w służbę nie pujdę.
— Cuż to, czy i pana ogarnia antysemityzm?
— Nie; ale co innego nie być antysemitą, a co innego służyć Żydom.
— Ktuż więc im będzie służył?... Bo ja, hoć jestem Żyd, także nie wdzieję liberii tyh parhuw. Zresztą — dodał — skądże panu takie myśli pżyhodzą? Jeżeli sklep zostanie spżedany, pan będziesz miał świetną posadę pży spułce handlu z cesarstwem...
— Niepewna to ta spułka — wtrąciłem.
— Bardzo niepewna — odpowiedział Szuman — bo za mało w niej Żydów, a za wielu magnatuw. Ale pana i to nie obhodzi, bo... Tylko nie wydaj mnie z sekretu... Otuż pana to nic nie obhodzi, co się stanie ze sklepem i spułką, gdyż Wokulski zapisał panu dwadzieścia tysięcy rubli...
— Mnie?... zapisał?... cuż to znaczy?!... — wykżyknąłem zdziwiony.
Akurat weszliśmy do mieszkania Szumana i doktur kazał podać samowar.
— Co znaczy ten zapis? — spytałem, trohę nawet zaniepokojony.
— Zapis... zapis!... — mruczał Szuman hodząc po pokoju i pocierając sobie tył głowy. — Co znaczy? nie wiem, dość, że Wokulski zrobił go. Widocznie hce być pżygotowany na wszelki wypadek jako rozsądny kupiec!...
— Czyby znowu pojedynek?...
— Eh! cuż znowu... Wokulski za dużo ma rozumu, ażeby dwa razy popełniał to samo głupstwo. Tylko, kohany panie Rzecki, kto z taką babą ma do czynienia, ten musi być pżygotowany...
— Z jaką babą?... Z panią Stawską?... — spytałem.
— Co za pani Stawska! — muwił doktur. — Tu hodzi o grubszą rybkę, o pannę Łęcką, w kturą ten wariat wdeptał bez ratunku. Już zaczyna poznawać, jakie to ziułko, cierpi, gryzie się, ale oderwać się od niej nie może. Najgorsza żecz spuźnione amory, osobliwie, kiedy trafią na takiego diabła jak Wokulski.
— Cuż się znowu stało? Pżecie wczoraj był w ratuszu na balu?
— Właśnie był dlatego, że ona była, a i ja tam byłem dlatego, że oni oboje byli. Ciekawa historia! — mruknął doktur.
— Czy nie mugłbyś pan muwić jaśniej? — spytałem niecierpliwie.
— Dlaczeguż by nie, tym bardziej że wszyscy widzą to samo — muwi doktur. — Wokulski szaleje za panną, ona go bardzo mądże kokietuje, a wielbiciele... czekają.
Awantura — ciągnął Szuman, precz hodząc po pokoju i trąc sobie głowę. — Dopuki panna Izabela była bez grosza i bez konkurenta, pies do nih nie zaglądał. Ale gdy znalazł się Wokulski, bogaty, z wielką reputacją i stosunkami, kture nawet pżeceniają, dokoła panny Łęckiej zgromadził się taki ruj więcej lub mniej głupih, wyniszczonyh i ładnyh kawaleruw, że pżecisnąć się między nimi nie można. A każdy wzdyha, pżewraca oczy, szepcze tkliwe pułsłuwka, czule za rączkę ściska w tańcu...
— I cuż ona na to?
— Marna kobieta! — żekł doktur mahając ręką. — Zamiast gardzić hołotą, ktura ją w dodatku po kilka razy opuszczała, ona upaja się ih toważystwem. Wszyscy to widzą, a co najgorsze — widzi sam Wokulski...
— Więc dlaczego, u diabła, nie puści jej?... Już kto jak kto, ale hyba on kpić ze siebie nie pozwoli.
Podano samowar; Szuman odprawił służącego i nalał herbatę.
— Widzisz pan — żekł — on by ją niezawodnie puścił, gdyby mugł oceniać żeczy rozsądnie. Była taka hwila wczoraj na balu, że w naszym Stachu obudził się lew i kiedy pżyszedł do panny Łęckiej, ażeby z nią zamienić parę wyrazuw, pżysiągłbym, że jej powie: „Dobranoc pani, już poznałem jej karty i ogrywać się nimi nie pozwolę!” Taką miał minę, kiedy szedł do niej. Ale i cuż z tego?... Panna raz spojżała, szepnęła, ścisnęła go za rękę i muj Stach był taki szczęśliwy pżez całą noc, taki szczęśliwy, że... dziś miałby ohotę w łeb sobie wypalić, gdyby nie czekał na drugie spojżenie, szept i uścisk ręki... Nie widzi, cymbał, że ona zupełnie takimi samymi słodyczami obdzielała dziesięciu, nawet w znakomicie większyh dozah.
— Cuż to za kobieta?
— Jak setki i tysiące innyh! Piękna, rozpieszczona, ale bez duszy. Dla niej Wokulski tyle wart, o ile ma pieniądze i znaczenie: jest dobry na męża, naturalnie, w braku lepszego. Ale na kohankuw to już ona wybieże sobie takih, ktuży do niej więcej pasują.
A tymczasem on — prawił Szuman — czy to w piwnicy Hopfera, czy to na stepie tak się karmił Aldonami, Grażynami, Marylami, i tym podobnymi himerami, że w pannie Łęckiej widzi bustwo. On się już nie tylko koha, ale uwielbia ją, modli się, padałby pżed nią na tważ... Pżykre go czeka zbudzenie!... Bo hoć to romantyk pełnej krwi, jednak nie będzie naśladować Mickiewicza, ktury nie tylko pżebaczył tej, co z niego zadrwiła, ale jeszcze tęsknił do niej po zdradzie, ba! nawet ją unieśmiertelnił... Piękna nauka dla naszyh panien: jeżeli hcesz być sławną, zdradzaj najgorętszyh wielbicieli!... My, Polacy, jesteśmy skazani na głupcuw nawet w tak prostej żeczy jak miłość...
— I myślisz doktur, że Wokulski będzie taki błazen?... — spytałem czując, że buży się we mnie krew jak pod Vilagos.
Szuman aż skoczył na kżeśle.
— O, do liha, nie!... — zawołał. — Dziś może szaleć, dopuki muwi sobie: „A nuż mnie koha, a nuż jest taką, jak myślę?...” Ale gdyby nie ocknał się spostżegłszy, że z niego żartują, ja... ja pierwszy, jakem Żyd, plunąłbym mu w oczy... Taki człowiek może być nieszczęśliwym, ale nie wolno mu być podłym...
Dawno już nie widziałem Szumana tak rozdrażnionego. Żyd, bo Żyd, ma to wypisane od czuba do pięty, ale żetelny pżyjaciel i człowiek z poczuciem honoru.
— No — żekłem — uspokuj się, doktoże. Mam dla Stacha lekarstwo.
I opowiedziałem mu wszystko, co wiem o pani Stawskiej, dodając:
— Umrę, muwię ci, doktoże, umrę albo... ożenię Stacha z panią Stawską. To kobieta, ktura ma i rozum, i serce, i za miłość zapłaci miłością, a jemu takiej tżeba.
Szuman kiwał głową i wznosił brwi.
— Ha! prubuj pan... Na żal po kobiecie jedynym lekarstwem może być tylko druga kobieta. Hociaż obawiam się, czy kuracja już nie jest spuźniona...
— Stalowy to człowiek — wtrąciłem.
— I dlatego niebezpieczny — odparł doktur. — Trudno zatżeć, co się raz w takim zapisze, i trudno skleić, co pęknie.
— Pani Stawska zrobi to.
— Bodajby.
— I Stach będzie szczęśliwy.
— Oho!...
Pożegnałem doktora pełen otuhy. Koham, bo koham panią Helenę, ale dla niego... wyżeknę się jej.
Byle nie było za puźno!
Ale nie...
Nazajutż w południe wpadł do sklepu Szuman; z jego uśmieszkuw i ze sposobu pżygryzania warg poznałem, że mu coś dolega i nastraja go na ton ironiczny.
— Byłeś doktur u Stacha? — spytałem. — Jakże dziś...
Pociągnął mnie za szafy i począł muwić zirytowanym głosem:
— Oto patż pan, do czego doprowadzają baby nawet takih ludzi jak Wokulski! Wiesz pan, dlaczego on rozdrażniony?...
— Pżekonał się, że panna Łęcka ma kohanka...
— Gdybyż się pżekonał?... to może by go radykalnie uleczyło. Ale ona za sprytna, ażeby taki naiwny wielbiciel spostżegł, co się dzieje za kulisami. Zresztą, w tej hwili hodzi o co innego. Śmieh powiedzieć, wstyd powiedzieć!... — zżymał się doktur.
Udeżył się w łysinę i muwił ciszej:
— Jutro bal u księcia, gdzie, naturalnie, będzie panna Łęcka. I czy pan wiesz, że książę do tej hwili nie zaprosił Wokulskiego, hoć z innymi zrobił to już od dwu tygodni!... A czy uwieżyłbyś pan, że Stach hory z tego powodu?...
Doktur zaśmiał się piskliwie, wyszczeżając popsute zęby, a ja — dalibug — zarumieniłem się ze wstydu.
— Teraz rozumiesz pan, na jakiej pohyłości może znaleźć się człowiek?... — spytał Szuman. — Już drugi dzień truje się, że go jakiś książę nie zaprosił na bal!... On, ten nasz kohany, ten nasz podziwiany Stach...
— I on sam powiedział to panu?
— Bah! — mruknął doktur — właśnie że nie powiedział. Gdyby miał siłę powiedzieć, potrafiłby odżucić tak dalece spuźnione zaproszenie.
— Myślisz pan, że go zaproszą?
— Oh! Niezaproszenie kosztowałoby piętnaście procent rocznie od kapitału, ktury książę ma w spułce. Zaprosi go, zaprosi, gdyż, dzięki Bogu, Wokulski jest jeszcze żeczywistą siłą. Ale pierwej, znając jego słabość dla panny Łęckiej, podrażni go, pobawi się nim jak psem, kturemu pokazuje się i howa mięso, ażeby nauczyć go hodzenia na dwu łapah. Nie buj się pan, oni go nie wypuszczą od siebie, na to są za mądży; ale go hcą wytresować, ażeby pięknie służył, dobże aportował, a hoćby i kąsał tyh, ktuży im nie są mili.
Wziął swoją bobrową czapkę i kiwnąwszy mi głową, wyszedł. Zawsze dziwak.
Cały dzień upłynął mi marnie; nawet parę razy omyliłem się w rahunkah. Wtem, kiedym już myślał o zamknięciu sklepu, zjawił się Stach. Zdawało mi się, że pżez parę tyh dni shudł. Obojętnie pżywitał się z naszymi panami i zaczął pżewracać w biurku.
— Szukasz czego? — spytałem.
— Czy nie było tu listu od księcia?... — odparł nie patżąc mi w oczy.
— Odsyłałem ci wszystkie listy do mieszkania...
— Wiem, ale mugł się ktury zostać, zażucić...
Wolałbym rwać ząb aniżeli usłyszeć to pytanie. Więc Szuman miał rację: Stach gryzie się, że go książę na bal nie zaprosił!
Gdy sklep zamknięto i panowie wyszli, Wokulski żekł:
— Co dziś robisz ze sobą? Nie zaprosiłbyś mnie na herbatę?
Naturalnie, zaprosiłem go z radością i pżypomniałem sobie dobre czasy, kiedy Stach pżepędzał u mnie prawie każdy wieczur. Jakże daleko te czasy! Dziś on był posępny, ja zakłopotany i hoć obaj mieliśmy sobie dużo do powiedzenia, żaden z nas nie patżył drugiemu w oczy. Nawet zaczęliśmy rozmawiać o mrozie i dopiero szklanka herbaty, w kturej było puł szklanki araku, rozwiązała mi trohę usta.
— Wciąż muwią — odezwałem się — że spżedajesz sklep.
— Już go prawie spżedałem — odparł Wokulski.
— Żydom?...
Zerwał się z fotelu i wsadziwszy ręce w kieszenie zaczął hodzić po pokoju.
— A komuż go spżedam?... — spytał. — Czy tym, ktuży nie kupią sklepu, gdyż mają pieniądze, czy tym, ktuży by go dlatego tylko kupili, że nie mają pieniędzy? Sklep wart ze sto dwadzieścia tysięcy rubli, mam je żucić w błoto?
— Strasznie ci Żydzi wypierają nas...
— Skąd?... Z tyh pozycyj, kturyh nie zajmujemy albo do zajmowania kturyh sami ih zmuszamy, phamy ih, błagamy, aby je zajęli. Mego sklepu nie kupi żaden z naszyh panuw, ale każdy da pieniądze Żydowi, aby on go kupił i... płacił dobre procenta od wziętego kapitału.
— Czy tak?...
— Naturalnie, że tak, wiem pżecie, kto Szlangbaumowi pożycza pieniędzy...
— To Szlangbaum kupuje?
— A ktuż by inny? Klejn, Lisiecki czy Zięba?... Ci nie znaleźliby kredytu, a znalazłszy, może by go zmarnowali.
— Będzie kiedyś awantura z tymi Żydami — mruknąłem.
— Bywały już, trwały pżez osiemnaście wiekuw i jaki rezultat?... W antyżydowskih pżeśladowaniah zginęły najszlahetniejsze jednostki, a zostały tylko takie, kture mogły uhronić się od zagłady. I oto jakih mamy dziś Żydów: wytrwałyh, cierpliwyh, podstępnyh, solidarnyh, sprytnyh i po mistżowsku władającyh jedyną bronią, jaka im pozostała — pieniędzmi. Tępiąc wszystko, co lepsze, zrobiliśmy dobur sztuczny i wypielęgnowaliśmy najgorszyh.
— Czy jednak pomyślałeś, że gdy twuj sklep pżejdzie w ih ręce, kilkudziesięciu Żydów zyska popłatną pracę, a kilkudziesięciu naszyh ludzi straci ją?
— To nie moja wina — odparł zirytowany Wokulski. — Nie moja wina, że ci, z kturymi łączą mnie stosunki, domagają się, ażebym sklep spżedał. Prawda, że społeczność straci, ale też i społeczność hce tego.
— A obowiązki?...
— Jakie obowiązki?!... — wykżyknął. — Czy względem tyh, ktuży nazywają mnie wyzyskiwaczem, czy tyh, ktuży mnie okradają? Spełniony obowiązek powinien coś pżynosić człowiekowi, gdyż inaczej byłby ofiarą, kturej nikt od nikogo nie ma prawa wymagać. A ja co mam w zysku? Nienawiść i oszczerstwa z jednej strony, lekceważenie z drugiej. Sam powiedz: czy jest występek, kturego by mi nie zażucano i za co?... Za to, żem zrobił majątek i dałem byt setkom ludzi.
— Oszczercy są wszędzie.
— Ale nigdzie w tym stopniu co u nas. Gdzie indziej taki jak ja uczciwy dorobkiewicz miałby wroguw, ale miałby też uznanie, kture wynagradza kżywdy... A tu...
Mahnął ręką.
Jednym łykiem wypiłem znowu puł szklanki araku z herbatą, na odwagę. Stach tymczasem usłyszawszy kroki w sieni stanął pży dżwiah. Odgadłem, że tak czeka na książęce zaprosiny!...
Już mi w głowie szumiało, więc zapytałem:
— A czy ci, ci, dla kturyh spżedajesz sklep, ocenią cię lepiej?...
— A jeżeli ocenią?... — spytał zamyśliwszy się.
— I będą cię lepiej kohać aniżeli ci, kturyh opuszczasz?
Pżybiegł do mnie i bystro popatżył mi w oczy.
— A jeżeli będą kohać?... — odparł.
— Jesteś pewny?...
Żucił się na fotel.
— Czy ja wiem?... — szepnął. — Czy ja wiem?... Co jest pewnego na tym świecie?
— I czy nigdy nie pżyszło ci na myśl — muwiłem coraz śmielej — że możesz być nie tylko wyzyskiwany i oszukiwany, ale jeszcze wyśmiewany i lekceważony?... Powiedz, nigdyś o tym nie pomyślał?... Wszystko jest możliwe na świecie, a w takim wypadku należy się zabezpieczyć, jeżeli nie od zawodu, to pżynajmniej od śmieszności.
Do diabła! — zakończyłem udeżając szklanką w stuł — można ponosić ofiary mając z czego, ale nie można pozwalać na maltretowanie siebie...
— Kto mnie maltretuje? — kżyknął zrywając się.
— Wszyscy ci, ktuży cię nie szanują tak, jakeś na to zasłużył.
Pżestraszyłem się własnej śmiałości, ale Wokulski nic nie odpowiedział. Położył się na kozetce i splutł ręce pod głową, co było objawem niezwykłego wzruszenia. Potem zaczął muwić o interesah sklepowyh głosem zupełnie spokojnym.
Około dziewiątej otwożyły się dżwi i wszedł lokaj Wokulskiego.
— Jest list od księcia!... — zawołał.
Stach pżygryzł wargi i nie podnosząc się wyciągnął rękę.
— Daj — żekł — i idź spać.
Służący wyszedł. Stach powoli otwożył kopertę, pżeczytał i — rozdarłszy list na kilka kawałkuw, żucił go pod piec.
— Cuż to jest? — spytałem.
— Zaproszenie na bal jutżejszy — odparł suho.
— Nie idziesz?
— Ani myślę.
Osłupiałem... I nagle w tym osłupieniu pżyszła mi najgenialniejsza myśl pod słońcem.
— Wiesz co? — żekłem — a może byśmy jutro poszli do pani Stawskiej na wieczur?...
Usiadł na kozetce i odparł z uśmiehem:
— A wiesz, że to będzie nieźle!... Wcale miła kobieta i dawnom już tam nie był. Tżeba by pży okazji posłać parę zabawek tej małej.
Lodowata ściana, jaka utwożyła się między nami, pękła.
Obaj odzyskaliśmy dawną szczerość i do pułnocy rozmawialiśmy o pżeszłyh czasah. Na dobranoc powiedział mi Stach:
— Człowiek niekiedy głupieje, ale też niekiedy odzyskuje rozum... Bóg ci zapłać, muj stary!
Złoty, kohany Stach!...
Żebym miał pęknąć, ożenię go z panią Stawską!...
W dzień balu u księcia ani Stach, ani Szlangbaum nie byli w sklepie.
Odgadłem, że muszą układać się o spżedaż naszego interesu.
W każdym innym razie podobny wypadek zatrułby mi humor na całą dobę. Ale dziś ani myślałem o zniknięciu naszej firmy i zastąpieniu jej szyldem żydowskim. Co mi tam sklep! byle Stach był szczęśliwy, a pżynajmniej wydobył się ze swyh zgryzot. Muszę go ożenić, żeby pioruny biły!...
Z rana wysłałem do pani Stawskiej liścik donosząc, że pżyjdziemy dziś na herbatę obaj z Wokulskim. Do listu ośmieliłem się załączyć pudełko zabawek dla Heluni. Był tam las ze zwieżętami, całe umeblowanie dla lalki, mały serwis i mosiężny samowar. Razem za rs 13 kop. 60 towaru z opakowaniem.
Muszę jeszcze coś wymyślić dla pani Misiewiczowej. Tym sposobem zrobię obcążki z babuni i z wnuczki i tak nimi piękną mamę ścisnę za serce, że musi kapitulować pżed świętym Janem...
(Aj, do liha! a ten mąż za granicą?... No, co tam mąż, niehby się pilnował... Zresztą, za jakiś dziesiątek tysięcy rubli dostaniemy rozwud z nieobecnym i zapewne już nieżyjącym.)
Po zamknięciu sklepu idę do Stacha. Lokaj otwiera mi dżwi i tżyma w ręku wykrohmaloną koszulę. Pżehodząc pżez pokuj sypialny widzę na kżeśle frak, kamizelkę... Oj, czy z naszej wizyty nie miałoby nic być?...
Stach w gabinecie czytał angielską książkę. (Czort wie, na co jemu ta angielszczyzna? Pżecie można ożenić się będąc nawet głuhoniemym...) Pżywitał mnie serdecznie, hociaż nie bez pewnego wahania. „Tżeba wziąć byka za rogi!” — pomyślałem — i nie kładąc czapki na stole, muwię:
— No, hyba nie ma co czekać. Idźmy, bo te panie spać się pokładą.
Wokulski złożył książkę i zamyślił się.
— Bżydki wieczur — żekł — śnieżyca.
— Innym ta śnieżyca nie pżeszkodzi jehać na bal, więc dlaczeguż nam miałaby psuć wieczorek — odpowiedziałem z głupia frant.
Jakbym kolnął Stacha. Zerwał się z kżesła i kazał podać futro. Służący ubierając go muwił:
— Tylko nieh pan żara wracza, bo już pora ubierać się i fryzjer pżyjdzie.
— Nie potżeba — odparł Stach.
— Pżecie nie uczesany nie pujdzie pan tańczować...
— Nie idę na bal.
Służący rozłożył ze zdziwieniem ręce i rozstawił nogi.
— Czo pan dziś wyrabia? — zawołał. — Pan tak robi, jakby pan miał źle w głowie... Pan Łęczki tak prosił...
Wokulski prędko wyszedł z pokoju i zatżasnął dżwi pod nosem zuhwałemu famulusowi.
„Aha! — myślę — więc książę spostżegł, że Stach może nie pżyjść, i na pżeprosiny wysłał tego niby teścia!... Szuman ma rację, że oni go nie zehcą wypuścić, no, ale my wam go odbieżemy!”
W kwadrans byliśmy u pani Stawskiej. Rozkosz, jak nas pżyjęto!... Marianna wysypała kuhnię piaskiem, pani Misiewiczowa ubrała się w jedwabną suknię tabaczkowego koloru, a pani Stawska miała dziś takie śliczne oczy, rumieńce i usta, że można się było na śmierć zacałować pży tej pięknej kobiecie.
Nie hcę się upżedzać, ale dalibug! Stach spoglądał na nią z wielkim zajęciem pżez cały wieczur. Nie miał nawet czasu spostżec, że Helunia ubrała się w nową szarfę.
Co to był za wieczur!... Jak pani Stawska dziękowała nam za zabawki, jak ona osładzała Wokulskiemu herbatę, jak go parę razy trąciła bżegiem rękawa... Dziś już jestem pewny, że Stach będzie tu pżyhodził jak najczęściej, z początku ze mną, puźniej beze mnie.
W środku kolacji zły czy dobry duh skierował oczy pani Misiewiczowej na »Kurier«.
— Widzisz, Helenko — żekła do curki — że to dziś bal u księcia.
Wokulski sposępniał i zamiast w oczy pani Stawskiej zaczął patżeć w tależ. Wziąwszy na odwagę odezwałem się nie bez ironii:
— Piękne to musi być toważystwo u takiego księcia! Stroje, elegancja...
— Nie tak piękne, jak się wydaje — odpowiedziała staruszka. — Stroje bardzo często nie popłacone, a elegancja!... Zapewne, inna musi być w salonie z hrabiami i książętami, a inna w garderobie z biednymi robotnicami.
(O, jakże mi staruszka w porę wystąpiła ze swoją krytyką). „Słuhajże, Stasiu” — pomyślałem i pytam dalej:
— Więc te wielkie damy nie bardzo są eleganckie w stosunkah z pracownicami?...
— Proszę pana!... — odparła pani Misiewiczowa tżęsąc ręką. — Znamy tu jedną magazynierkę, kturej te panie dają roboty, bo jest bardzo zręczna i tania. Łzami się nieraz zalewa, kiedy od nih wraca. Ile się to tżeba naczekać z pżymieżeniem sukni, z poprawieniem, z rahunkiem... A jaki ton w rozmowie, jakie impertynencje, jakie targi... Ta magazynierka muwi (jak dobże życzę!), że woli mieć do czynienia z czterema Żydówkami aniżeli z jedną wielką damą. Hoć teraz i Żydówki psują się: gdy ktura zbogaci się, zaraz zaczyna muwić tylko po francusku, targować się i grymasić.
Hciałem spytać: czy panna Łęcka nie stroi się u tej magazynierki? ale żal mi było Stacha. Tak mienił się na tważy, biedaczysko!...
Po herbacie Helunia zaczęła ustawiać na dywanie dziś otżymane zabawki, co hwilę wykżykując z radości; pani Misiewiczowa i ja usiedliśmy pod oknem (staruszka nie może odzwyczaić się od tyh okien!), a Wokulski i pani Stawska uplacowali się na kanapie: ona z jakąś siatką, on z papierosem.
Ponieważ starowina z wielkim ogniem zaczęła mi opowiadać, jakim doskonałym naczelnikiem powiatu był śp. jej mąż, więc nie bardzo słyszałem, o czym rozmawiała pani Stawska z Wokulskim. A musiało to być interesujące, gdyż muwili pułgłosem:
„Ja panią widziałem w roku zeszłym u Karmelitów pży grobah.”
„A ja pana najlepiej zapamiętałam, kiedy pan w lecie był w tej kamienicy, gdzie mieszkałyśmy. I nie wiem dlaczego, zdawało mi się...”
— A co to był za kłopot z tymi paszportami!... Bóg wie, kto brał, komu oddawał, czyje wpisywał nazwisko... — opowiadała pani Misiewiczowa.
„...Owszem, ile tylko razy pan zehce...” — muwiła rumieniąc się pani Stawska.
„...I nie będę natrętny?...”
— Piękna para! — żekłem pułgłosem do pani Misiewiczowej.
Spojżała na nih i wzdyhając odparła:
— Cuż z tego, hoćby nieszczęśliwy Ludwik już nawet nie żył?
— Miejmy w Bogu ufność...
— Że żyje?... — spytała staruszka, wcale nie zdradzając zahwytu.
— Nie, nie o tym muwię... Ale...
— Mamo, ja już spać hcę — odezwała się Helunia.
Wokulski wstał z kanapki i pożegnaliśmy damy.
„Kto wie — pomyślałem — czy ten jesiotr nie połknął już haczyka?...”
Na dwoże wciąż sypał śnieg; Stach odwiuzł mnie do domu i nie wiem, z jakiej racji czekał w sankah, aż wejdę w bramę.
Wszedłem, ale zatżymałem się w sieni. I dopiero, kiedy struż zamknął bramę, usłyszałem na ulicy dzwonki odjeżdżającyh sanek.
„Takiś to ty? — pomyślałem. — Zobaczymy, dokąd teraz pujdziesz...”
Wstąpiłem do siebie, włożyłem muj stary płaszcz, cylinder i tak pżebrany, w puł godziny wyszedłem na ulicę.
W mieszkaniu Stacha było ciemno, zatem nie siedzi w domu. Więc gdzież jest?...
Kiwnąłem na pżejeżdżające sanki i w parę minut wysiadłem niedaleko domu, w kturym mieszka książę.
Na ulicy stało kilka karet, inne jeszcze zajeżdżały; ale już pierwsze piętro było oświetlone, muzyka grała, a w oknah od czasu do czasu migały cienie tańczącyh.
„Tam jest panna Łęcka” — pomyślałem i czegoś serce mi się ścisnęło.
Rozejżałem się po ulicy. Uf! jakie tumany śniegu... Ledwie można dojżeć targane pżez wiatr płomyki gazowe. Tżeba iść spać.
Hcąc złapać sanki pżeszedłem na drugi hodnik i... prawie otarłem się o Wokulskiego... stał pod dżewem zasypany śniegiem, zapatżony w okna.
„Więc to tak?... O, żebyś zdehł, muj kohanku, musisz ożenić się z panią Stawską.”
Wobec takiego niebezpieczeństwa postanowiłem działać energicznie. Więc zaraz na drugi dzień wybrałem się do Szumana i muwię:
— A wiesz, doktur, co się stało ze Stachem?
— Cuż, złamał nogę?
— Gożej. Bo jakkolwiek, pomimo dwukrotnyh zaproszeń, nie był na balu u księcia, lecz około pułnocy wymknął się pod jego dom i stojąc na śnieżycy patżył w okna. Rozumiesz pan?
— Rozumiem. Na to nie tżeba być psyhiatrą.
— Zatem — muwię dalej — nieodwołalnie postanowiłem ożenić Stacha w tym jeszcze roku, nawet pżed świętym Janem.
— Z panną Łęcką? — pohwycił doktur. — Radzę nie mieszać się do tego.
— Nie z panną Łęcką, ale z panią Stawską.
Szuman zaczął bić się po głowie.
— Szpital wariatuw! — mruczał. — Nie brak ani jednego... Pan, oczywiście, masz wodę w głowie, panie Rzecki — dodał po hwili.
— Pan mnie obrażasz! — kżyknąłem zniecierpliwiony.
Stanął pżede mną i shwyciwszy mnie za klapy surduta muwił zirytowanym głosem:
— Słuhaj pan... Użyję poruwnania, kture powinieneś zrozumieć. Jeżeli masz pełną szufladę, na pżykład, portmonetek, czy możesz w tę samą szufladę nakłaść, na pżykład, krawatuw?... Nie możesz. Więc jeżeli Wokulski ma pełne serce panny Łęckiej, czy możesz mu tam wpakować panią Stawską?...
Odczepiłem mu ręce od moih klap i odparłem:
— Wyjmę portmonetki i włożę krawaty, rozumiesz pan, panie uczony?...
I zaraz wyszedłem, bo już mnie jego arogancja rozdrażniła. Myśli, że wszystkie rozumy pozjadał.
Od doktora pojehałem do pani Misiewiczowej. Stawska była w swoim sklepie, Helunię wyprawiłem do drugiego pokoju, do zabawek, a sam pżysiadłem się do staruszki i bez żadnyh wstępuw zaczynam:
— Pani dobrodziejko!... Czy sądzi pani, że Wokulski jest godnym człowiekiem?...
— Ah, dobry panie Rzecki, jak możesz o to pytać?... W swoim domu zniżył nam komorne, wydobył Helenkę z takiej hańby, dał jej posadę na siedemdziesiąt pięć rubli, Heluni pżysłał tyle zabawek...
— Za pozwoleniem — pżerywam. — Jeżeli więc zgadza się pani, że to człowiek zacny, to muszę pani dodać, pod największym sekretem, że jest bardzo nieszczęśliwy...
— W imię Ojca i Syna!... — pżeżegnała się staruszka. — On nieszczęśliwy, on, ktury ma taki sklep, spułkę, taki straszny majątek?... On, ktury niedawno spżedał kamienicę?... Hyba że ma długi, o kturyh ja nic nie wiem.
— Długuw ani grosza — muwię — a po zlikwidowaniu interesu ma ze sześćset tysięcy rubli, hoć dwa lata temu miał ze tżydzieści tysięcy rubli, rozumie się, oprucz sklepu... Ale, pani dobrodziejko!... pieniądze nie stanowią wszystkiego, bo człowiek oprucz kieszeni ma jeszcze i serce...
— Pżecież słyszałam, że się żeni, nawet z piękną osobą, z panną Łęcką?
— Tu jest nieszczęście; Wokulski nie może, nie powinien żenić się...
— Czyżby miał defekt?... Taki zdrowy mężczyzna...
— Nie powinien żenić się z panną Łęcką, to nie dla niego partia. Dla niego tżeba by żony takiej...
— Takiej jak moja Helenka... — wtrąciła spiesznie pani Misiewiczowa.
— Otuż to!... — zawołałem. — Nie tylko takiej, ale wprost tej samej... Jej samej, pani Heleny Stawskiej, tżeba nam za żonę.
Staruszka rozpłakała się.
— Czy wiesz, kohany panie Rzecki — muwiła szlohając — że to jest moje najmilsze mażenie... Bo, że poczciwy Ludwiczek już umarł, za to głowę sobie dam uciąć... Tyle razy mi się śnił, a zawsze albo nagi, albo jakiś inny, nie ten...
— Zresztą — muwię — hoćby nie umarł, dostaniemy rozwud.
— Naturalnie. Za pieniądze wszystkiego można dostać.
— Otuż to!... Cała żecz w tym, ażeby pani Stawska nie opierała się.
— Zacny panie Rzecki! — zawołała starowina. — Ależ ona, pżysięgnę, już dziś koha się, biedactwo, w Wokulskim... Humor jej się zepsuł, po nocah nie sypia, tylko wzdyha, mizernieje kobiecisko, a kiedyście tu byli wczoraj, cuż się z nią działo... Ja, matka, poznać jej nie mogłam...
— Więc — basta!... — pżerwałem. — Moja głowa w tym, ażeby Wokulski bywał tu jak najczęściej, a pani... nieh dobże usposabia panią Helenę. Wyrwiemy Stacha z rąk tej panny Łęckiej i... bodaj pżed świętym Janem wesele...
— Buj się Boga, ależ Ludwiczek?...
— Umarł, umarł... — muwię. — Głowę sobie dam uciąć, że już nie żyje...
— Ha, w takim razie wola boska...
— Tylko... proszę panią o sekret. To gruba gra.
— Za koguż to mnie masz, panie Rzecki? — obraziła się staruszka. — Tu... tu... — dodała stukając się w piersi — tu każda tajemnica leży jak w grobie. A tym więcej tajemnica mego dziecka i tego szlahetnego człowieka.
Oboje byliśmy głęboko wzruszeni.
— Cuż — żekłem po hwili, zabierając się do wyjścia — cuż, czy pżypuściłby kto, że taka drobna żecz jak lalka może pżyczynić się do uszczęśliwienia dwojga ludzi?
— Jak to lalka?
— No, jakże?... Gdyby pani Stawska nie kupiła u nas lalki, nie byłoby procesu, Stach nie wzruszyłby się losem pani Heleny, pani Helena nie pokohałaby go, a więc i nie pobraliby się... Bo, ściśle żeczy biorąc, jeżeli w Stachu zbudziło się jakieś gorętsze uczucie dla pani Stawskiej, to dopiero od owego procesu.
— Zbudziło się, powiadasz pan?...
— Bah! Czy to pani nie widziała, jak wczoraj szeptali na tej kanapie?... Wokulski dawno już nie był tak ożywiony, a nawet wzruszony jak wczoraj...
— Bóg cię zesłał, kohany panie Rzecki! — zawołała staruszka i na pożegnanie pocałowała mnie w głowę.
Dziś kontent jestem z siebie i hoćbym nie hciał, muszę pżyznać, że mam metternihowską głowę. Jak to ja wpadłem na myśl zakohania Stacha w pani Helenie, jak ja to wszystko ułożyłem, ażeby im nie pżeszkadzano!...
Bo dziś nie mam już najmniejszej wątpliwości, że i pani Stawska, i Wokulski wpadli w zastawioną na nih pułapkę. Ona w ciągu paru tygodni zmizerniała (ale jeszcze lepiej wyładniała, bestyjka!), a on formalnie traci głowę. Jeżeli tylko nie jest wieczorem u Łęckich, co zresztą trafia się nieczęsto, bo panna wciąż baluje, to zaraz hłopak sprowadza się do pani Stawskiej i siedzi tam hoćby do pułnocy. A jak się wtedy ożywia, jak jej opowiada historie o Syberii, o Moskwie, o Paryżu!... Wiem, bo hoć nie bywam wieczorami, ażeby im nie pżeszkadzać, to zaraz na drugi dzień wszystko opowiada mi pani Misiewiczowa, rozumie się pod największym sekretem.
Jedno mi się tylko nie podobało.
Dowiedziawszy się, że Wirski załazi czasem do naszyh pań i, naturalnie, płoszy gruhającą parę, wybrałem się, ażeby go ostżec.
Właśnie już ubrany wyhodzę z domu, gdy wtem spotykam w sieni Wirskiego. Naturalnie, zawracam się, zapalam światło, pogadaliśmy trohę o polityce... Następnie zmieniam pżedmiot rozmowy i zaczynam obcesowo:
— Hciałem też panu poufnie zakomunikować...
— Wiem już, wiem!... — on muwi śmiejąc się.
— Co pan wiesz?
— A że Wokulski koha się w pani Stawskiej.
— Rany boskie! — wołam. — A panu kto powiedział?...
— No, pżede wszystkim nie buj się pan zdradzenia sekretu — muwi on poważnie. — W naszym domu sekret to jak w studni...
— Ale kto panu powiedział?
— Mnie, widzisz pan, powiedziała żona, ktura dowiedziała się o tym od pani Kolerowej...
— A ona skąd?
— Pani Kolerowej powiedziała pani Radzińska, a pani Radzińskiej pod najświętszym słowem powieżyła tę tajemnicę pani Denowa, wiesz pan, ta pżyjaciułka pani Misiewiczowej.
— Jakaż nieostrożna pani Misiewiczowa!...
— Ale! — muwił Wirski — cuż miała robić, nieboga, jeżeli Denowa wpadła na nią z gury, że Wokulski pżesiaduje u nih do rana, że to jakieś nieczyste sprawy... Naturalnie, zatrwożona staruszka powiedziała jej, że tu nie hodzi o figle, ale o sakrament, i że może pobiorą się około świętego Jana.
Aż mnie głowa zabolała, ale cuż robić? Aj, te baby, te baby!...
— Cuż słyhać na mieście? — pytam Wirskiego, ażeby raz skończyć kłopotliwą rozmowę.
— Awantury — muwi — awantury z baronową! Ale daj mi pan cygaro, bo to dwie duże historie.
Podałem mu cygaro, a on opowiedział żeczy, kture ostatecznie pżekonały mnie, że źli prędzej czy puźniej muszą być ukarani, dobży wynagrodzeni i że w najzakamienialszym sercu tli się pżecież iskra sumienia.
— Dawnoś pan był u naszyh dam? — zaczyna Wirski.
— Ze cztery... z pięć dni... — odparłem. — Pojmujesz pan, że nie hcę pżeszkadzać Wokulskiemu, a... i panu radzę to samo. Młoda z młodym prędzej porozumie się aniżeli z nami, starymi.
— Za pozwoleniem! — pżerywa Wirski. — Mężczyzna pięćdziesięcioletni nie jest starym; jest dopiero dojżałym...
— Jak jabłko, kture już spada.
— Masz pan rację; mężczyzna pięćdziesięcioletni jest bardzo skłonny do upadku. I gdyby nie żona i dzieci... Panie Ignacy!... panie Rzecki!... nieh mnie diabli wezmą, jeżelibym się nie ścigał z młodymi. Ale panie, żonaty człowiek to kaleka: kobiety na niego nie patżą, hociaż... panie Ignacy...
W tym miejscu oczy mu się zaiskżyły i zrobił taką pantominę, że jeżeli jest naprawdę pobożnym, jutro powinien iść do spowiedzi.
Już to w ogule uważam, że ze szlahtą jest tak: do nauki ani do handlu nie ma głowy, do roboty go nie napędzisz, ale do butelki, do wojaczki i do sprośności zawsze gotuw, hoćby nawet trumną zalatywał. Paskudniki!
— Wszystko to dobże — muwię — panie Wirski, ale cużeś mi pan miał opowiedzieć?
— Aha! właśnie o tym myślałem — muwi on, a dymi cygarem jak kocieł asfaltu. — Otuż tedy, pamiętasz pan tyh studentuw z naszej kamienicy, co mieszkali nad baronową?...
— Maleski, Patkiewicz i ten tżeci. Co nie miałbym pamiętać takih diabłuw. Jowialne hłopaki!
— Bardzo, bardzo! — potwierdza Wirski. — Nieh mnie Bóg skaże, jeżeli pży tyh urwipołciah można było utżymać młodą kuharkę dłużej jak osiem miesięcy. Panie Rzecki! muwię ci, że oni we tżeh zaludniliby wszystkie ohrony... Ih tam, widać, w uniwersytecie uczą tego. Bo za moih czasuw, na wsi, jeżeli ojciec mający młodego syna dał tży, a cztery krowy na rok... fiu!... fiu!... to już zaraz obrażał się nawet ksiądz proboszcz, ażeby mu nie psuć owieczek. A ci, panie...
— Miałeś pan muwić o baronowej — wtrąciłem, bo nie lubię, jeżeli głupstwa tżymają się szpakowatej głowy.
— Właśnie... Otuż tedy... A najgorszy bestia to ten Patkiewicz, co trupa udaje. Jak zapadł wieczur, a ten pokraka wylazł na shody, to muwię ci, taki był pisk, jakby stado szczuruw tamtędy pżehodziło...
— Miałeś pan pżecie o baronowej...
— Właśnie też... Otuż tedy, mości dobrodzieju... No i Maleskiemu nic nie brak!... Otuż tedy, jak panu wiadomo, baronowa uzyskała wyrok na hłopakuw, ażeby się wyprowadzili usmego. Tymczasem ci — ani weź... Usmy, dziewiąty, dziesiąty... oni siedzą, a pani Krzeszowskiej rośnie wątrubka z irytacji. W końcu, naradziwszy się z tym swoim niby adwokatem i z Maruszewiczem, na dzień 15 lutego phnęła im komornika z policją.
Drapie się tedy komornik z policją na tżecie piętro, stuk — puk! dżwi u hłopcuw zamknięte, ale ze środka pytają się: „Kto tam?” — „W imieniu prawa otwużcie!” — muwi komornik. „Prawo prawem — muwią mu ze środka — ale my nie mamy klucza. Ktoś nas zamknął, pewnie pani baronowa.” — „Panowie żarty robicie z władzy — muwi komornik — a panowie wiecie, że powinniście się wyprowadzić.” — „Owszem — muwią ze środka — ale pżecież dziurką od klucza nie wyjdziemy. Hybaby...”
Naturalnie, komornik wysyła struża po ślusaża i czeka na shodah z policją. W jakie puł godziny pżyhodzi i ślusaż: otwożył ten zwyczajny zamek wytryhem, ale angielskiemu zatżaskowi nie może dać rady. Kręci, wierci — na prużno... Dyma znowu po nażędzia, na co znowu shodzi mu z puł godziny, a tymczasem w podwużu zbiegowisko, wżask, a na drugim piętże pani baronowa dostaje najstraszniejszyh spazmuw.
Komornik ciągle czeka na shodah, aż tu wpada do niego Maruszewicz. „Panie! — woła — zobacz no, co ci dokazują...” Komornik wybiega na dziedziniec i widzi taką scenę:
Okno na tżecim piętże otwarte (miarkuj pan, w lutym!) i z owego okna lecą na podwuże: sienniki, kołdry, książki, trupie głuwki i tam dalej. Niedługo poczekawszy zjeżdża na sznuże kufer, a po nim — łużko.
„No i cuż pan na to?” — woła Maruszewicz.
„Tżeba spisać protokuł — muwi komornik. — Zresztą wyprowadzają się, więc może nie warto im pżeszkadzać.”
Wtem — nowa szopka. W otwartym oknie na tżecim piętże ukazuje się kżesło, na kżeśle siada Patkiewicz, dwaj koledzy spyhają go i — muj Patkiewicz jedzie z kżesłem na sznurah na duł!... To już i komornika zemdliło, a jeden stujkowy pżeżegnał się.
„Kark skręci — muwią baby. — Jezus Maria! ratuj duszę jego...” Maruszewicz, jako człowiek nerwowy, uciekł do pani Krzeszowskiej, a tymczasem kżesełko z Patkiewiczem zatżymuje się na wysokości drugiego piętra, pży oknie baronowej.
„Skończcież, panowie, z tymi żartami!” — woła komornik do dwu koleguw Patkiewicza, ktuży go spuszczali.
„Ale ba! kiedy nam się sznur zerwał...” — muwią tamci.
„Ratuj się, Patkiewicz!” — woła z gury Maleski.
Na dziedzińcu awantura. Baby (ile, że niejedna mocno interesowała się zdrowiem Patkiewicza) zaczynają wżeszczeć, stujkowi osłupieli, a komornik zupełnie stracił głowę.
„Stań pan na gzymsie!... Bij w okno...” — woła do Patkiewicza.
Memu Patkiewiczowi nie tżeba było dwa razy powtażać. Zaczyna tedy pukać do okna baronowej tak, że sam Maruszewicz nie tylko mu otwożył lufcik, ale jeszcze własnoręcznie wciągnął hłopa do pokoju.
Nawet baronowa pżybiegła zatrwożona i muwi do Patkiewicza:
„Boże miłosierny! potżebne też to panu takie figle?”
„Inaczej nie miałbym pżyjemności pożegnać szanownej pani” — odpowiada Patkiewicz i słyszę, pokazał jej takiego nieboszczyka, że baba runęła na wznak na podłogę wołając:
„Nie ma mnie kto bronić!... Nie ma już mężczyzn!... Mężczyzny!... Mężczyzny!...”
Kżyczała tak głośno, że ją było słyhać na całym dziedzińcu, i nawet komornik bardzo opacznie wytłomaczył sobie jej wołania, bo powiedział do stujkowyh:
„Ot, w jaką horobę wpadła biedna kobieta!... Trudno, już ze dwa lata jest w separacji z mężem.”
Patkiewicz, jako medyk, pomacawszy puls baronowej, kazał jej zadać waleriany i najspokojniej wyszedł. A tymczasem w ih lokalu ślusaż wziął się do odbijania angielskiego zatżasku. Kiedy już skończył swoją czynność i dobże dżwi pokaleczył, Maleski nagle pżypomniał sobie, że oba klucze: od zamku i zatżasku — ma w kieszeni.
Ledwie baronowa doszła do pżytomności, zaraz uw adwokat począł ją namawiać, ażeby wytoczyła proces i Patkiewiczowi, i Maleskiemu. Ale baba jest już tak zrażona do procesuw, że tylko zwymyślała swego doradcę i pżysięgła, iż od tej pory żadnemu studentowi nie wynajmie lokalu, hoćby na wieki miał stać pustkami.
Potem, jak mi muwiono, z wielkim płaczem zaczęła namawiać Maruszewicza, ażeby on nakłonił barona do pżeproszenia jej i do sprowadzenia się do niej.
„Ja wiem — szlohała — że on już nie ma ani grosza, że za mieszkanie nie płaci i nawet ze swoim lokajem jada na kredyt. Mimo to, wszystko mu zapomnę i popłacę długi, byle nawrucił się i sprowadził do domu. Bez mężczyzny nie mogę żądzić takim domem... umrę tu w ciągu roku...”
W tym widzę karę boską — zakończył Wirski odmuhując cygaro. — A nażędziem tej kary będzie baron...
— A druga historia? — spytałem.
— Druga jest krutsza, ale za to ciekawsza. Wyobraź pan sobie, że baronowa, baronowa Krzeszowska, złożyła wczoraj wizytę pani Stawskiej...
— Oj, do liha... — szepnąłem. — To zły znak...
— Wcale nie — żekł Wirski. — Baronowa pżyszła do pani Stawskiej, spłakała się, dostała spazmuw i prosiła obie damy prawie na klęczkah, ażeby jej zapomniały uw proces o lalkę, bo inaczej nie będzie mieć spokoju do końca życia.
— I one obiecały zapomnieć?
— Nie tylko obiecały, ale jeszcze ucałowały ją i nawet pżyżekły wyjednać jej pżebaczenie u Wokulskiego, o kturym baronowa odzywa się z wielkimi pohwałami...
— Oj, do diabła!... — zawołałem. — Po cuż one z nią rozmawiały o Wokulskim?... Gotowe nieszczęście...
— Ale, co pan muwisz! — reflektował mnie Wirski. — To kobieta skruszona, żałuje za gżehy i niezawodnie poprawi się.
Była już pułnoc, więc sobie poszedł. Nie zatżymywałem go, bo mnie trohę zraził swą wiarą w skruhę baronowej. Ha! zresztą kto ją tam wie, może się i naprawdę nawruciła?...
Postscriptum. Byłem pewny, że MacMahonowi uda się zrobić zamah na żecz małego Napoleonka. Tymczasem dziś dowiaduję się, że MacMahon upadł, prezydentem żeczypospolitej został mieszczanin Grévy, a mały Napoleonek pojehał na wojnę, do jakiegoś Natalu do Afryki.
Trudna rada — nieh się hłopak uczy wojować. Za jakie puł roku wruci okryty sławą, tak że go sami Francuzi gwałtem zaczną ciągnąć do siebie, a my tymczasem — ożenimy Stacha z panią Heleną.
O, bo ja, kiedy uwezmę się na co, to mam metternihowskie sposoby i rozumiem naturalny bieg żeczy.
Nieh więc żyje Francja z Napoleonidami, a Wokulski z panią Stawską!...
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.