IX. Pamiętnik starego subiekta
IX. Pamiętnik starego subiekta
Jednego wieczora, zaraz po usmej, poszedłem do tyh pań. Pani Stawska swoim zwyczajem w ostatnim pokoju odrabiała lekcje z jakimiś panienkami, a pani Misiewiczowa z Helunią... znowu swoim zwyczajem siedziały w oknie. Nie rozumiem, co mogły widzieć po nocy, ale że ih wszyscy widzieli, to pewne. Nawet pżysiągłbym, że pani baronowa w jednym ze swoih nie oświetlonyh okien siedzi z lornetą i penetruje pierwsze piętro, bo rolety jak zwykle nie były zasunięte.
Cofnąłem się tedy za firankę, ażeby hoć mnie ta poczwara nie widziała, i prosto z mostu pytam pani Misiewiczowej:
— Bez obrazy pani dobrodziejki, dlaczego panie tak ciągle siedzicie w oknah?... To niedobże...
— Ja się cuguw nie boję — odparła szanowna dama — a mam w tym wielką pżyjemność. Bo imaginuj sobie pan, co Helunia odkryła. Czasami okna bywają w takim pożądku oświetlone, że układa się z nih jakby abecadło... Heluniu! — zwruciła się do dziecka — a nie ma tam jakiej literki?...
— Jest, babciu, i nawet dwie. Jest H i jest T.
— Prawda! — potwierdziła staruszka. — Jest H i jest T. Niechże pan spojży...
Spojżałem. Istotnie, napżeciw nas były oświetlone dwa okna na tżecim piętże, tży na drugim i dwa na pierwszym w taki sposub, że twożyły znak: H
Zaś w tylnej oficynie pięć okien tżeciego piętra, jedno drugiego, jedno pierwszego i jedno na parteże, ruwnież oświetlone, twożyły znak: T
— Pżez te okna, panie — muwiła babcia — (hoć żadko układają się z nih literki) Helunia nabrała ciekawości do abecadła, a i teraz jeszcze bawi się najlepiej, jeżeli potrafi złożyć z oświetlonyh okien jakąś formę. Dlatego nawet nie zapuszczamy rolet wieczorem.
Wzruszyłem ramionami, bo i jakże tu bronić dziewczynce, ażeby wyglądała oknem, jeżeli się ona tym tak ładnie bawi!
— Jak tu nie wyglądać oknem — westhnęła pani Misiewiczowa — kiedy to nasza jedyna pżyjemność. Czy my gdzie bywamy? Czy kogo widujemy?... Od czasu jak Ludwik wyjehał, zerwały się nasze stosunki z ludźmi. Dla jednyh jesteśmy za ubogie, dla innyh podejżane...
Otarła oczy hustką i muwiła dalej:
— O, Ludwiczek źle zrobił, że wyjehał; bo hoćby go nawet uwięzili, okazałaby się jego niewinność i znowu bylibyśmy razem. A teraz on Bóg wie gdzie, a Stawska... Muwi pan, żeby nie wyglądać!... Pżecież ona, biedactwo, ciągle czeka, nasłuhuje i wypatruje, czy Ludwik nie wraca, a pżynajmniej czy nie będzie od niego listu? Nieh tylko kto biegnie prędzej pżez dziedziniec, ona zaraz do okna myśląc, że to bryftrygier. A jeżeli kiedy do nas wstąpi bryftrygier (my, panie Rzecki, bardzo żadko odbieramy listy, to gdybyś pan widział Helenkę!... Mieni się, blednie, drży...
Nie śmiałem ust otwożyć, a staruszka odpocząwszy prawiła:
— I ja sama lubię siedzieć w oknie, osobliwie kiedy jest ładny dzień i czyste niebo, bo wtedy staje mi w pamięci muj mąż nieboszczyk jak żywy...
— Tak — szepnąłem — pżypomina go pani niebo, gdzie on mieszka obecnie.
— Nie pod tym względem, panie Rzecki — pżerwała. — Że on jest w niebie, to wiem, bo gdzieżby mugł być taki spokojny człowiek? Ale jak patżę na niebo i na ścianę tej kamienicy, zaraz pżyhodzi mi na myśl szczęśliwy dzień naszego ślubu... Klemens nieboszczyk miał wtedy na sobie szafirowy frak i żułte nankinowe spodnie, zupełnie tego koloru co nasza kamienica...
O, panie Rzecki — muwiła staruszka płacząc — wież mi, że dla takih jak my nieraz okno starczy za teatr, koncert i znajomości. Bo i na co my już mamy patżeć!
Nie potrafię opisać, jak mi się zrobiło smutno, kiedy z powodu marnego wyglądania oknem usłyszałem taki dramat... Nagle w drugim pokoju zrobił się szelest... Uczennice pani Stawskiej skończywszy lekcje zabierały się do domu, a ih pżecudna nauczycielka uszczęśliwiła mnie swoim widokiem.
Kiedym ją witał, miała zimne ręce, a na boskiej tważy wyraz zmęczenia i smutku. Zobaczywszy mnie jednak raczyła się uśmiehnąć. (Drogi anioł! jakby domyślała się, że jej słodki uśmieh na cały tydzień rozświetla mi ciemności życia.)
— Muwiła panu mama — żekła pani Stawska — jaki nas dziś spotkał honor?
— Aha, prawda, zapomniałam... — wtrąciła pani Misiewiczowa.
Tymczasem dwie panienki wyszły dygając i zostaliśmy sami, jakby w kułku familijnym.
— Nieh pan sobie wyobrazi — muwiła pani Stawska — że miałyśmy dziś wizytę baronowej... W pierwszej hwili prawie zlękłam się, bo ona, biedaczka, nie ma pżyjemnej powieżhowności, tak blada, tak zawsze czarno ubrana, takie ma jakieś spojżenie... Ale rozbroiła mnie w jednej hwili, kiedy zobaczywszy Helunię rozpłakała się i upadła pżed nią na kolana wołając: takie było moje małe biedactwo i już nie żyje!...
Zimno mi się zrobiło, kiedym tego słuhał. Nie hcąc jednak może na prużno pżerażać pani Stawskiej, nie śmiałem zakomunikować jej moih pżeczuć. Zapytałem tylko:
— I czego ona hce od pani?
— Pżyszła mnie prosić, ażebym pomogła jej w upożądkowaniu bielizny, sukien, koronek, słowem, całego gospodarstwa. Ona spodziewa się, że wkrutce mąż do niej wruci, i hce poodświeżać jedne drobiazgi, inne zakupić. A że jak muwi, nie ma gustu, więc prosi mnie do pomocy i obiecuje mi płacić po dwa ruble za tży godziny co dzień.
— A pani co na to?
— Muj Boże, cuż miałam robić?... Naturalnie, że pżyjęłam z podziękowaniem. Jest to wprawdzie hwilowe zajęcie, ale bardzo pżyszło mi w porę, bo właśnie onegdaj (nie rozumiem nawet z jakiego powodu) straciłam jedną lekcję muzyki, za pięć złotyh godzina...
Westhnąłem domyślając się, że powodem utraty lekcji mugł być jaki list anonimowy, w pisaniu kturyh pani Krzeszowska odznacza się wielką biegłością. Ale — nie powiedziałem nic. Bo czy mogłem radzić pani Stawskiej, aby odżuciła dwa ruble dziennie?
Oj, Stachu, Stachu!... dlaczego byś ty się z nią nie miał ożenić?... Panna Łęcka zajehała ci w głowę!... Bodaj byś tego nie żałował.
Od tej pory, ile razy pżyszedłem do moih zacnyh pżyjaciułek, pani Stawska opowiadała mi jak najszczegułowiej historię swoih stosunkuw z baronową Krzeszowską, u kturej bywała co dzień i rozumie się, zamiast tżeh, pracowała pięć i sześć godzin, wciąż za owe dwa ruble.
Pani Stawska jest bardzo pobłażliwą kobietą, niemniej jednak, o ile mogłem wymiarkować z jej oględnyh wyrażeń, zaruwno mieszkanie baronowej, jak i całe otoczenie dziwiło i robiło pżykrość pani Stawskiej.
Pżede wszystkim baronowa wcale nie kożysta ze swego obszernego apartamentu. Salon, buduar, pokuj sypialny, jadalny, pokuj barona, wszystko stoi pustką. Meble i lustra pozasłaniane pokrowcami; z roślin, jakie tam były kiedyś, dziś są patyki albo tylko wazony pełne pruhna zamiast ziemi; na kosztownyh obiciah kuż. Jada także Bóg wie po jakiemu, nie biorąc czasem pżez parę dni nic ciepłego w usta, i tżyma na tak wielki dom tylko jedną służącę, kturej w dodatku wymyśla od rozpustnic i złodziejek.
Kiedy ją zapytała pani Stawska: czy jej nie smutno żyć w tej pustce? — odparła:
— Cuż mam robić, nieszczęsna sierota i prawie wdowa? Hyba jak mego występnego męża nathnie dobry Bóg, ażeby żałował za swoje niecne czyny i wrucił do mnie, hyba wtedy zmieni się nieco moje pustelnicze życie. O ile zaś mogę wnosić ze snuw i pżeczuć, jakie na mnie zsyła niebo podczas gorącyh modłuw, mąż muj powinien by nawrucić się lada dzień, bo już i pieniędzy, i kredytu nie ma ten nieszczęśliwy opętaniec...
Pani Stawska słysząc to zrobiła w duhu uwagę, że los barona, po jego nawruceniu się, może nie być godnym zazdrości.
Osoby odwiedzające baronowę także nie wzbudzały zaufania w pani Stawskiej. Najczęściej bywały tam jakieś stare, niemiłej powieżhowności kobiety, z kturymi w pżedpokoju pułgłosem rozmawiała o swym mężu. Niekiedy zjawiał się Maruszewicz albo jakiś adwokat w starym futże. Tyh panuw baronowa brała do pokoju jadalnego, ale rozmawiając z nimi, płakała i wymyślała tak głośno, że w całym domu było słyhać.
Na nieśmiałą uwagę pani Stawskiej: dlaczego nie żyje z familią? — baronowa odpowiedziała:
— Z jaką, kohana pani? Ja już nie mam nikogo, a hoćbym nawet miała, nie mogłabym pżyjmować u siebie ludzi tak hciwyh i ordynarnyh. Familia zaś mego męża wypiera się mnie, gdyż nie pohodzę ze szlahty; co im zresztą nie pżeszkadzało wytumanić ode mnie ze dwieście tysięcy rubli. Dopuki pożyczałam im na wieczne nieoddanie, politykowali ze mną; ale gdy się opatżyłam, zerwali stosunki i nawet oni to namawiali mego nieszczęśliwego męża, ażeby położył mi areszt na majątku. O, co ja pżeżyłam z tymi ludźmi!... — dodała płacząc.
Jedyny pokuj (muwi pani Stawska), w kturym baronowa cały dzień spędza, jest pokoik jej zmarłej cureczki. Ma to być bardzo smutny i dziwaczny zakątek, wszystko w nim bowiem zostało jak za życia nieboszczki. Jest więc łużeczko, na kturym co kilka dni zmienia się pościel, szafka z ubraniem, kture ruwnie często tżepie się i czyści w salonie, bo na dziedziniec nie pozwoliłaby baronowa wynieść tyh świętyh pamiątek. Jest mały stolik z książkami i z kajetem otwartym na tej stronie, na kturej biedne dziecko pisało ostatni raz: „Najświętsza Panno form...” I nareszcie jest pułka, pełna lalek małyh i dużyh, ih łużeczek i ih garderoby.
Pani Stawska w tym właśnie pokoju ceruje koronki albo jedwabie, kturyh baronowa ma pełno. Czy się w nie będzie kiedy ubierać? — pani Stawska nie może zgadnąć.
Jednego dnia baronowa zapytała panią Stawską: czy zna Wokulskiego. Lecz hoć odebrała odpowiedź, że pani Helena zna go bardzo mało, zaczęła muwić:
— Wyżądzi mi kohana pani wielką łaskę, prawdziwe dobrodziejstwo, jeżeli wstawi się za mną do tego pana w ważnym dla mnie interesie. Ja hcę kupić tę kamienicę i daję mu już dziewięćdziesiąt pięć tysięcy rubli, a on pżez upur, bo pżez nic innego, żąda stu tysięcy. On mnie hce zrujnować, ten człowiek!... Nieh mu pani powie, że on mnie zabije... że ściągnie na siebie karę boską za taką hciwość!... — kżyczała i płakała pani baronowa.
Pani Stawska, bardzo zmieszana, odpowiedziała baronowej, że w żaden sposub nie może muwić o tym z Wokulskim.
— Nie znam go... Zaledwie raz był u nas... Zresztą, czy wypada mi wtrącać się do podobnyh żeczy?
— O, pani wszystko mogłaby z nim zrobić — odparła baronowa. — Ale jeżeli pani nie hce uratować mnie od śmierci — wola boska... Nieh więc pani pżynajmniej spełni hżeścijański obowiązek i powie temu człowiekowi, jak jestem dla pani życzliwa...
Pani Stawska usłyszawszy to podniosła się z kżesła, ażeby wyjść. Ale baronowa żuciła jej się na szyję i tak pżepraszała, tak zaklinała, aby jej pżebaczyć, że zacnej pani Helenie łzy zakręciły się w oczah i została.
Opowiedziawszy to wszystko pani Stawska zakończyła pytaniem, kture miało ton jakby prośby:
— Więc pan Wokulski nie hce spżedać tej kamienicy?
— Owszem — odpowiedziałem rozdrażniony — spżeda kamienicę, spżeda sklep... Wszystko spżeda...
Mocny rumieniec oblał tważ pani Stawskiej; odwruciła kżesło tyłem do lampy i spytała cihym głosem:
— Dlaczego?...
— Albo ja wiem! — żekłem czując tę okrutną pżyjemność, jaką sprawia dręczenie bliźnih. — Albo ja wiem!... Muwią, że hce się żenić...
— Aha — wtrąciła pani Misiewiczowa. — Muwią coś o pannie Łęckiej.
— Czy to prawda?... — szepnęła pani Stawska. Nagle pżycisnęła ręką piersi, jakby jej thu zabrakło, i wyszła do drugiego pokoju.
„Ładny interes! — pomyślałem. — Widziała go raz i już mdleje...”.
— Nie wiem, po co by on się żenił — żekłem do pani Misiewiczowej. — Bo on hyba nawet nie może mieć szczęścia do kobiet.
— Ah, co też pan muwi, panie Rzecki! — obużyła się staruszka. — On nie może mieć szczęścia do kobiet?
— No, pżecież nie jest piękny...
— On?... Ależ on kompletnie piękny człowiek!... Cuż to za budowa, jaka szlahetna fizjognomia, a co za oczy!... Pan się hyba nie znasz, panie Rzecki. A ja wyznam (bo mi to wolno w moim wieku), że lubo widziałam wielu pięknyh mężczyzn (Ludwik był także bardzo pżystojny), pżecież takiego jak Wokulski widzę pierwszy raz. On między tysiącem zwruciłby uwagę...
Dziwiłem się w duhu tym pohwałom. Bo hoć wiem, że Stach jest bardzo pżystojny, to jednak żeby aż tak... Ha, nie jestem kobietą!
Kiedy około dziesiątej wieczur żegnałem moje damy, pani Stawska była zmieniona i smutna i skarżyła się, że ją głowa boli. Oto osioł Stach! Taka kobieta szaleje za nim od jednego spojżenia, a on, wariat, ugania się za panną Łęcką. I czy jest jaki pożądek na tym świecie?
Gdybym to ja był Panem Bogiem... Ale co to gadać na prużno.
Muwią coś o kanalizacji Warszawy. Był nawet u nas książę i zaprosił Stacha na sesję w tej materii. Skończywszy zaś rozmowę o kanalizacji zagadnął go o kamienicę. Byłem pży tym i wszystko dobże pamiętam.
— Czy prawda (pżepraszam, że zapytuję o podobne żeczy), czy prawda, panie Wokulski, że za swuj dom hce pan od baronowej Krzeszowskiej sto dwadzieścia tysięcy?...
— Nieprawda — odpowiedział Stach. — Hcę sto tysięcy i nie odstąpię od nih.
— Baronowa to jakaś dziwaczka, histeryczka, ale... nieszczęśliwa kobieta — muwił książę. — Hce kupić ten dom raz dlatego, że w nim umarła jej ukohana cureczka, a po wture, ażeby zabezpieczyć resztę funduszuw pżed swoim mężem, ktury lubi trwonić pieniądze... Może by więc pan zrobił jej jakąś ulgę. To tak pięknie robić dobże nieszczęśliwym!... — zakończył książę z westhnieniem.
Wyznaję, że hoć jestem tylko subiektem, zadziwiła mnie ta dobroczynność z cudzej kieszeni. Stach uczuł to jeszcze mocniej, bo odpowiedział twardym tonem:
— Więc dlatego, że baron trwoni pieniądze, a jego żonie podoba się mieć muj dom, ja mam tracić kilka tysięcy rubli. Z jakiej racji?
— No, nie obrażaj się pan, szanowny panie — żekł książę ściskając Wokulskiego za rękę. — Wszyscy pżecież żyjemy z ludźmi; oni nam pomagają do naszyh celuw, więc i my mamy niejakie obowiązki.
— Mnie bodaj czy kto pomaga, a wielu pżeszkadza — odparł Stach.
Pożegnali się bardzo hłodno. Zauważyłem nawet, że książę był niekontent.
Osobliwi ludzie! Nie dość, że Wokulski, stwożywszy spułkę do handlu z cesarstwem, dał im okazję zarabiania piętnastu procent od ih kapitałuw, oni jeszcze hcą, ażeby na ih słowo darowywał baronowej kilka tysięcy rubli...
Ale co to za frant baba i gdzie ona nie trafi!... Bo już nawet był u Stacha jakiś ksiądz z religijnym upomnieniem, ażeby spżedał baronowej kamienicę za dziewięćdziesiąt pięć tysięcy. A ponieważ Stach odmuwił, więc zapewne niedługo usłyszymy, że jest bezbożnikiem.
Teraz następuje wypadek głuwny, ktury opowiem z szybkością udeżenia piorunu.
Kiedy znowu zaszedłem wieczorem do pani Stawskiej (było to w dzień objęcia żąduw pżez cesaża Wilhelma, po historii z Nobilingiem), kiedy zaszedłem tam, moje bustwo, ta nieoceniona kobieta była w cudnym humoże i pełna zahwytu dla... baronowej!...
— Nieh pan sobie wyobrazi — muwiła — jaka ta pani Krzeszowska, mimo swoih dziwactw, jest zacna kobieta. Spostżegła, że mi smutno bez Heluni, i prosiła mnie raz na zawsze, ażebym brała Helunię ze sobą do niej na te parę godzin...
— Na te sześć godzin za dwa ruble?... — wtrąciłem.
— Nie, pżecie nie sześć, najwyżej cztery... Helunia bawi się tam doskonale, bo hoć jej niczego dotykać nie wolno, ale za to jak ona się pżypatruje zabawkom po nieboszczce...
— To takie piękne zabawki? — spytałem robiąc sobie pewien plan w duhu.
— Pżeśliczne! — muwiła z ożywieniem pani Stawska. — Szczegulniej jest tam jedna ogromna lalka, ktura ma ciemne włosy, a kiedy nacisnąć ją... tu, pod gorsem — dodała zarumieniona.
— Czy nie w bżuszek?... za pozwoleniem pani — spytałem.
— Tak — żekła prędko. — Wtedy lalka rusza oczyma i woła: mama!... Ah, jaka ona zabawna, sama bym ją hciała mieć. Nazywa się Mimi. Kiedy Helunia zobaczyła ją pierwszy raz, złożyła ręce i stanęła jak posąg. A kiedy pani Krzeszowska dotknęła jej i lalka zaczęła muwić, Helunia zawołała:
„Ah, mamo, jaka ona piękna, jaka ona mądra!... czy ja ją mogę pocałować w buzię?...”
I pocałowała ją w koniec lakierowanego bucika.
Od tej pory muwi pżez sen o tej lalce; ledwie obudzi się, hce iść do pani baronowej, a kiedy tam jest, gotowa pżez cały czas wpatrywać się w lalkę złożywszy ręce jak do pacieża.
Doprawdy — zakończyła pani Stawska pułgłosem (Helunia bawiła się w drugim pokoju) — byłabym bardzo szczęśliwa, gdybym mogła kupić jej taką lalkę...
— Z pewnością musi to być bardzo droga zabawka — wtrąciła pani Misiewiczowa.
— Co tam droga, moja mamo. Kto wie, czy kiedykolwiek będę mogła sprawić jej tyle szczęścia, ile dziś jedną lalką — odpowiedziała pani Stawska.
— Zdaje mi się — żekłem — że u nas znajdzie się taka właśnie lalka. I gdyby pani raczyła wstąpić do sklepu...
Nie śmiałem zrobić prezentu pojmując, że matce pżyjemniej będzie, jeżeli sama pżyczyni się do radości dziecka.
Helunia, hoć rozmawialiśmy zniżonym głosem, usłyszała widać, że muwimy o lalce, i wybiegła z drugiego pokoju z błyszczącymi oczyma. Ażeby zwrucić jej uwagę na inny pżedmiot, spytałem:
— Cuż, podoba ci się, Heluniu, pani baronowa?
— Tak sobie — odpowiedziało dziecko opierając się na moim kolanie i patżąc na matkę. (Muj Boże, dlaczego ja nie jestem jej ojcem?)
— A rozmawia z tobą?
— Niewiele. Raz tylko wypytywała się, czy mnie bardzo pieści pan Wokulski.
— Tak?... I cuż ty na to?
— Ja powiedziałam, że nie wiem, ktury to pan Wokulski. A wtedy pani baronowa muwi... Ah, jak pański zegarek głośno puka. Nieh pan pokaże...
Wydobyłem zegarek i podałem go Heli.
— Cuż pani baronowa muwi? — spytałem.
— Pani baronowa muwi: „Jak to, nie wiesz, ktury jest pan Wokulski? Pżecież ten, co u was bywa z tym roz... z tym rozpsotnikiem Rzeckim...” Ha! ha! ha!... pan jest psotnik... Nieh mi pan pokaże zegarek we środku...
Spojżałem na panią Stawską. Była tak zdziwiona, że nawet zapomniała upomnieć Helunię.
Po herbatce z suhymi bułeczkami (bo jak muwiła służąca, masła nie można było dziś dostać), pożegnałem zacne damy pżysięgając sobie, że gdybym był na miejscu Stacha, nie odstąpiłbym baronowej kamienicy niżej stu dwudziestu tysięcy rubli.
Tymczasem jędza ta wyczerpawszy rozmaite protekcje i lękając się, ażeby Wokulski albo nie podniusł ceny, albo nawet nie spżedał kamienicy komu innemu, zdecydowała się ostatecznie kupić ją za sto tysięcy rubli!
Była podobno wściekła pżez kilka dni, dostała spazmuw, zbiła służącą, zwymyślała swego adwokata w biuże rejentalnym, ale podpisała akt nabycia.
Pżez kilka następnyh dni po kupieniu naszej kamienicy było ciho.
To jest o tyle ciho, że już nie słyszeliśmy nic o pani baronowej, tylko jej lokatorowie wpadali do nas z pretensjami.
Najpierw pżybiegł szewc, ten z tżeciego piętra w tylnej oficynie, płacząc, że nowa właścicielka podwyższyła mu komorne o tżydzieści rubli na rok. Gdym mu zaś w ciągu puł godziny wytłomaczył, że nas to nic nie obhodzi, otarł oczy, zmarszczył się i pożegnał mnie słowami:
— Pan Wokulski to widać nie ma Boga w sercu, żeby spżedać dom takiemu, co kżywdzi ludzi!...
Słyszeliście państwo coś podobnego?...
Na drugi dzień zjawia się właścicielka paryskiej pralni. Ma aksamitną salopę, dużo godności w ruhah i jeszcze więcej stanowczości w fizjognomii. Siada w sklepie na fotelu i ogląda się, jakby miała zamiar kupić parę japońskih wazonuw, a następnie zaczyna:
— A, dziękuję panu!... Pożądnie pan ze mną wyszedł, nie ma co muwić... Kupił pan kamienicę w lipcu, a spżedał ją w grudniu, ryhtyg jak na handel, nie upżedzając o tym nikogo...
Robi się czerwona i prawi dalej:
— Dziś ta flądra pżysyła do mnie jakiegoś draba z wymuwieniem komornego. Nie wiem nawet, co jej do łba stżeliło, bo płacę pżecież regularnie... A ona mi wymawia komorne, ta lafirynda, i jeszcze żuca cień na muj zakład... Muwi, że moje panny wdzięczyły się do studentuw, co łże, i myśli... Ona sobie myśli, że ja w środku zimy znajdę lokal... że się wyprowadzę z domu, do kturego pżywykli moi kundmani... Ależ ja mogę na tym stracić kilka tysięcy rubli, a kto mi to zwruci?...
Było mi na pżemian zimno i gorąco, kiedym słuhał tej perory wypowiadanej silnym kontraltem pży gościah. Ledwiem babę wyciągnął do mego mieszkania i uprosiłem, ażeby nam wytoczyła proces o szkody i straty.
W parę godzin po babie — traf! wpada student, ten brodacz, co to z zasady nie płaci komornego.
— A, jak się pan masz? — muwi. — Czy prawda, że ta diablica Krzeszowska kupiła od was dom?
— Prawda — muwię ja, w duhu jestem pewny, że ten hyba już mnie bić zehce.
— A do liha!... — muwi brodacz stżelając z palcuw. — Taki był dobry gospodaż z tego Wokulskiego (PS. Stach nie widział od nih ani grosza za lokal) i spżedał dom... Więc Krzeszowska może nas wylać z hałupy?
— Hum! hum!... — odpowiedziałem.
— I wyleje — dodał z westhnieniem. — Już był tam u nas jakiś bursz z żądaniem, ażebyśmy się wynosili... Ale zjedzą diabła, czy nas ruszą bez procesu, a jeżeli ruszą... Zrobimy uciehę całemu domowi! Żegnam pana.
„No — myślę — że pżynajmniej ten nie ma do nas pretensji. Zdaje się jednak, że oni naprawdę gotowi są zrobić uciehę baronowej...”
Nareszcie na następny dzień wpada Wirski.
— Wiesz, kolego — muwi wzbużony — wymuwiła mi baba żądcostwo i każe wynosić się od Nowego Roku.
— Wokulski — odparłem — już pomyślał o panu: dostaniesz posadę pży spułce do handlu z cesarstwem...
I tak słuhając jednyh, uspakajając drugih, pocieszając tżecih, pżetżymałem jakoś atak głuwny. Zrozumiałem ruwnież, że baronowa sroży się między lokatorami jak Tamerlan, i czułem instynktowny niepokuj o śliczną i cnotliwą panią Helenę.
W drugiej połowie grudnia patżę — otwierają się dżwi i whodzi pani Stawska. Śliczna jak nigdy (ona jest zawsze śliczna, i wtedy kiedy jest wesoła, i kiedy ma minę zakłopotaną). Patży na mnie swymi czarującymi oczyma i muwi cihym głosem:
— Czy zehce mi pan pokazać tę lalkę?
Lalka (a nawet tży podobne) od dawna była pżygotowana, ale tak się zmieszałem, że pżez parę minut nie mogłem jej znaleźć. Śmieszny jest Klejn ze swoimi minami; on gotuw myśleć, że ja koham się w pani Stawskiej.
W końcu wydobywam pudło — są tży duże lalki: brunetka, blondynka i szatynka. Każda ma prawdziwe włosy, każda, naciśnięta w bżuszek, pżewraca oczyma i wydaje głos, ktury dla pani Stawskiej bżmi jak „mama”, dla Klejna jest „tata”, a dla mnie jak „u–hu”...
— Pżeśliczna! — muwi Stawska — ale naprawdę musi być bardzo droga...
— Proszę pani — odpowiadam — jest to towar, kturego się pozbywamy, więc możemy go odstąpić bardzo tanio. Zaraz pujdę do pryncypała...
Stach pracował za szafami, lecz gdy mu powiedziałem, że jest pani Stawska i po co pżyszła, żucił rahunki i wbiegł do sklepu w doskonałym humoże. Spostżegłem nawet, że pżypatruje się pani Stawskiej tak życzliwie, jakby na nim zrobiła silne wrażenie. No, pżynajmniej teraz!... hwała Bogu.
Targ w targ, wytłomaczyliśmy pani Helenie, że lalkę, jako towar wybrakowany i nie znajdujący nabywcuw, możemy oddać za tży ruble: blondynkę albo brunetkę.
— Wezmę tę — odpowiedziała biorąc szatynkę — ponieważ jest zupełnie taka jak baronowej. Helcia będzie zahwycona.
Kiedy pżyszło do płacenia, panią Stawską znowu napadły skrupuły; zdawało jej się, że taka lalka musi być warta z piętnaście rubli, i dopiero połączonym usiłowaniom moim, Wokulskiego i Klejna udało się ją pżekonać, że biorąc tży ruble jeszcze mamy zarobek.
Wokulski wrucił do swoih zajęć, a ja zapytałem pani Heleny: co nowego w domu i w jakih jest stosunkah z baronową?
— Już w żadnyh — odparła rumieniąc się. — Pani Krzeszowska zrobiła mi taką scenę za to, że musiała zapłacić sto tysięcy za kamienicę, że ja nie protegowałam jej u pana Wokulskiego, i tak dalej, że... pożegnałam ją i już tam nigdy nie pujdę. Naturalnie, wymuwiła nam komorne od Nowego Roku.
— A czy pani zwruciła należność?
— Ah!... — westhnęła pani Stawska upuszczając na ziemię mufkę, kturą Klejn zaraz podniusł.
— Więc nie?
— Nie... powiedziała, że nie ma teraz pieniędzy ani pewności, czy muj rahunek jest dokładny.
Naśmieliśmy się oboje z panią Stawską z dziwactw baronowej i pożegnaliśmy się pełni otuhy. Gdy zaś wyhodziła, Klejn otwożył jej dżwi tak szarmancko, że jedno z dwojga: albo już ją uważa za naszą pryncypałową, albo — sam koha się w niej. Pułgłuwek!... On także mieszka w domu baronowej i niekiedy bywa u pani Stawskiej; ale podczas wizyt siedzi tak strasznie smutny, że Helunia pewnego wieczora zapytała babki: czy pan Klejn nie brał dziś olejku?... Mażyciel! Komu to myśleć o podobnej kobiecie...
A teraz opiszę tragedię, na wspomnienie kturej gniew mnie dusi.
W wigilię Wigilii r. 1878 jestem w sklepie, kiedy po południu odbieram od pani Stawskiej list, ażebym pżyszedł wieczorem. Pismo udeżyło mnie, znać było wzruszenie; więc pomyślałem, że może odebrała wiadomość o mężu.
„Pewnie wraca — pomyślałem. — Diabli z tymi zaginionymi mężami, ktuży po kilku latah opamiętują się.”
Ku wieczorowi wpada Wirski zadyszany i zmieszany; ciągnie mnie do mego mieszkania, zamyka dżwi, nie zdejmując futra żuca się na fotel i muwi:
— Wiesz pan, po co wczoraj Krzeszowska siedziała w mieszkaniu Maruszewicza do pułnocy?...
— Do pułnocy, u Maruszewicza?...
— Tak, i jeszcze z tym łotrem swoim adwokatem?...
Hultaj Maruszewicz wypatżył ze swyh okien, że pani Stawska ubiera lalkę, a baronowa poszła do niego z lornetką, ażeby to sprawdzić...
— Więc i cuż?... — pytam.
— To, że baronowej pżed kilkoma dniami zginęła lalka po nieboszczce curce i że dziś ta wariatka posądza panią Stawską...
— O co?
— O kradzież lalki!...
Pżeżegnałem się.
— Śmiej się pan z tego — żekłem — lalka u nas kupiona...
— Wiem — odparł. — Z tym wszystkim dziś, o dziewiątej, pani baronowa wpadła z rewirowym do mieszkania pani Stawskiej, kazała zabrać lalkę i spisać protokuł. Już poszła skarga do sądu.
— Oszalałeś, panie Wirski! lalka pżecież u nas...
— Wiem, wiem, ale co to wszystko znaczy, kiedy już jest skandal — muwi Wirski. — Co najgorsze (wiem to od rewirowego), że pani Stawska nie hcąc, ażeby Helunia dowiedziała się o lalce, z początku nie hciała jej pokazać, prosiła, ażeby muwić ciho, rozpłakała się... Rewirowy muwi, że sam był zakłopotany, bo pżede wszystkim nie wiedział, po co go baronowa ciągnie do mieszkania pani Stawskiej. Ale jak zaczęła jędza wżeszczeć: „Okradła mnie!... lalka zginęła tego samego dnia, kiedy Stawska była ostatni raz u mnie... aresztujcie ją, bo odpowiadam całym majątkiem za prawdziwość skargi!...” — tak tedy muj rewirowy wziął lalkę do cyrkułu i poprosił ze sobą panią Stawską... Skandal, no, straszny skandal...
— A cuż wy na to?... — zawołałem wściekły z gniewu.
— Mnie nie było już w domu. Służąca pani Stawskiej pogorszyła sprawę wymyślając rewirowemu na ulicy, za co nawet siedzi w kozie... Ta znowu właścicielka paryskiej pralni, ażeby pżypohlebić się baronowej, wymyślała pani Stawskiej... Tyle tylko mamy dziś satysfakcji, że poczciwe studenciny wylały na łeb baronowej coś tak obżydliwego, że się domyć nie może...
— Ależ sąd!... ależ sprawiedliwość!... — kżyczałem.
— Sąd panią Stawską uniewinni — żekł — to pżecie jasna sprawa. Ale co skandal jest, to jest... Biedna kobieta zgubiona; już nawet dziś poodprawiała uczennice i sama nie poszła na lekcje. Zapłakują się obie z matką.
Rozumie się, że nie czekając na zamknięcie sklepu (teraz zdaża mi się to coraz częściej), pobiegłem do pani Stawskiej, a nawet pojehałem dorożką.
W drodze pżyszła mi jedna z najszczęśliwszyh myśli, ażeby o sprawie zawiadomić Wokulskiego, do kturego też wstąpiłem, niepewny, czy jest w domu, bo coraz częściej pżesiadywał na służbie u panny Łęckiej.
Wokulski był u siebie, ale jakiś rozstrojony; konkury oczywiście nie wyhodziły mu na zdrowie. Gdym mu jednak opowiedział historię pani Stawskiej z baronową i z lalką, hłopak ożywił się, podniusł głowę i błysnęły mu oczy. (Nieraz spostżegłem, że najlepszym lekarstwem na nasze własne kłopoty jest cudze nieszczęście.)
Wysłuhał mnie z zajęciem (smutne myśli pieżhnęły mu gdzieś) i żekł:
— Zuh baba z tej baronowej... ale pani Stawska może spać spokojnie; sprawę ma jasną jak słońce. Czy to wreszcie na nią jedną żuca się ludzka podłość!
— Dobże ci tak muwić — odparłem — bo jesteś mężczyzna, a nade wszystko masz pieniądze... Tymczasem ona, biedaczka, skutkiem tej awantury już dziś straciła wszystkie lekcje, a raczej sama się ih wyżekła. Z czego więc będzie żyć?...
— Aj! — syknął Wokulski udeżając się w czoło. — Nie pomyślałem o tym...
Pżeszedł się parę razy po pokoju (silnie marszcząc brwi), potrącił kżesło, zabębnił na szybie i nagle stanął pżede mną.
— Dobże! — żekł. — Jedźże do tyh pań, a ja tam będę za godzinę. Zdaje mi się, że zrobimy interes z panią Milerową...
Spojżałem na niego z uwielbieniem. Pani Milerową straciła niedawno męża, kupca galanteryjnego tak jak i my; cały zaś jej sklep, majątek, kredyt zależał od Wokulskiego. Więc już prawie zgadywałem, co Stach zrobi dla pani Stawskiej...
Cwałuję tedy na ulicę, buh! w dorożkę, jadę jak tży lokomotywy i wpadam jak raca kongrewska do tej pięknej, tej szlahetnej, tej nieszczęśliwej, tej od wszystkih opuszczonej pani Heleny. Mam pełne piersi wesołyh okżykuw i otwierając dżwi hcę zawołać ze śmiehem: „Kpijcie, panie, z całego świata!...” Wtem whodzę i — cały muj dobry humor zostaje za progiem.
Bo proszę sobie wyobrazić, com znalazł. W kuhni Marianna ma zawiązaną głowę i obżmiałą fizjognomię, niewątpliwy dowud, że była dziś w cyrkule. Na kominie ciemno, naczynia od obiadu nie pozmywane, samowar nie nastawiony, a nad spuhniętą biedaczką siedzi strużowa, dwie służące i mleczarka, z minami jak na pogżebie.
Hłud pżeleciał mi po kościah, ale whodzę do salonu.
Prawie ten sam widok. Na środku siedzi w fotelu pani Misiewiczowa, ruwnież z obwiązaną głową, a dokoła niej pan Wirski, pani Wirska, właścicielka paryskiej pralni, ktura znowu pokłuciła się z baronową, i jeszcze jakihś parę dam, kture rozmawiają pułgłosem, ale za to ucierają nosy o całą oktawę wyżej aniżeli w codziennyh okolicznościah. Na domiar spostżegam pod piecem panią Stawską, ktura siedzi na stołeczku biała jak kreda.
Słowem, atmosfera katakumbowa, tważe blade lub żułte, oczy załzawione, nosy zaczerwienione. Tylko Helunia tżyma się jako tako. Siedzi pży fortepianie ze swą dawną laleczką i jej rękoma od czasu do czasu udeża w klawisz muwiąc:
— Ciho, Zosiu, ciho... Nie graj, bo babcię głowa boli.
Proszę dodać do tego pżyćmione światło lampy, ktura trohę filuje, i... poodsłaniane rolety, a każdy pojmie, jakie mnie uczucia ogarnęły.
Ujżawszy mnie pani Misiewiczowa zaczęła wylewać hyba już resztki łez.
— Ah, więc pżyszedłeś, szlahetny panie Rzecki?... nie wstydzisz się biednyh kobiet okrytyh hańbą?... O, nie całuj że mnie w rękę!... Nieszczęśliwa nasza rodzina... Niedawno Ludwiczek posądzony, a teraz na nas pżyszła kolej... Musimy się stąd wynieść hoćby na koniec świata... Mam pod Częstochową siostrę, tam pojedziemy dokonać złamanego życia...
Szepnąłem Wirskiemu, ażeby delikatnie wyprosił stąd gości, i zbliżyłem się do pani Stawskiej.
— Wolałabym nie żyć... — żekła mi na powitanie.
Wyznaję, że po kilkuminutowym pobycie zupełnie skołowaciałem. Byłbym pżysiągł, że pani Stawska, jej matka, a nawet jej obecne tu pżyjaciułki są naprawdę zhańbione i że nam wszystkim nie pozostaje nic innego, tylko śmierć. Pragnienie śmierci nie pżeszkodziło mi jednak poprawić filującej lampy, ktura zaczęła już cały pokuj zasypywać delikatną, ale bardzo czarną sadzą.
— No, moje panie — odezwał się nagle Wirski — wynośmy się stąd, bo pan Rzecki musi pogadać z panią Stawską.
Wizytujące damy, w kturyh wspułczucie nie osłabiło ciekawości, oświadczyły, że i one mogą z nami pogadać. Ale Wirski tak zamaszyście zaczął podawać im salopy, że zakłopotane biedaczki ucałowawszy panią Stawską, panią Misiewiczowa, Helunię i panią Wirską (myślałem, że w końcu zaczną całować kżesełka) wyniosły się nareszcie i nadto zmusiły małżonkuw Wirskich do wyjścia razem z nimi.
— Kiedy sekret, to sekret — żekła najrezolutniejsza z nih. — Państwo także nie jesteście tu potżebni.
Nastąpił nowy atak pożegnań, pocałunkuw, pocieszeń i ledwie że wyszli na złamanie karku całą bandą, ceremoniując się jeszcze we dżwiah i na shodah. Ah, te baby!... Czasem myślę, że Pan Bóg po to stwożył Ewę, ażeby obmieżić Adamowi pobyt w raju.
Zostaliśmy nareszcie w kułku familijnym, ale salonik był już tak nasycony kopciem i smutkiem, że ja sam straciłem wszelką energię. Biadającym głosem poprosiłem panią Stawską, ażeby mi było wolno otwożyć lufcik, i tonem mimowolnego wyżutu poradziłem jej, ażeby pżynajmniej od tej pory zasłaniała rolety w oknah.
— Pamięta pani — żekłem do pani Misiewiczowej — jak ja dawno zwracałem uwagę na te rolety?... Gdyby były zasłonięte, pani Krzeszowska nie mogłaby śledzić, co się dzieje w mieszkaniu pań.
— Prawda, ale ktuż się tego spodziewał? — odparła pani Misiewiczowa.
— Takie już nasze szczęście — szepnęła pani Stawska.
Usiadłem na fotelu, splotłem ręce tak, że mi kości w nih tżeszczały, i ze spokojną rozpaczą pżysłuhiwałem się jękliwym opowiadaniom pani Misiewiczowej o hańbie, jaka na ih rodzinę spada co kilka lat, o śmierci, ktura jest kresem ludzkih cierpień, o nankinowyh spodniah śp. Misiewicza i mnustwie tym podobnyh żeczy. Nim upłynęła godzina, byłem pewny, że sprawa o lalkę skończy się aktem jakiegoś ogulnego samobujstwa, pży kturym ja, konając u nug pani Stawskiej, ośmielę się wyznać, że ją koham.
Wtem ktoś mocno zadzwonił do kuhni.
— Rewirowy! — kżyknęła pani Misiewiczowa.
— Panie pżyjmują? — zapytał gość Marianny głosem tak pewnym, że od razu odzyskałem otuhę.
— Jest Wokulski — żekłem do pani Stawskiej i pokręciłem wąsa.
Na cudnej tważy pani Heleny ukazał się rumieniec podobny do listka bladej ruży na śniegu. Boska kobieta!... O, dlaczeguż ja nie jestem Wokulskim... Dopieroż bym...
Wszedł Stach. Pani Helena wysunęła się na jego spotkanie.
— Nie gardzi pan nami?... — spytała zdławionym głosem.
Wokulski ze zdziwieniem popatżył jej w oczy i... dwa razy, raz po raz... dwa razy, żebym tak zdruw był, pocałował ją w rękę. Z jaką zaś zrobił to tkliwością, najlepszy dowud, że nie było słyhać zwykłego w takih razah mlaśnięcia.
— Ah, więc pżyszedłeś, szlahetny panie Wokulski?... nie wstydzisz się nieszczęśliwyh kobiet okrytyh hańbą... — zaczęła nie wiem już ktury raz pani Misiewiczowa swoją mowę powitalną.
— Za pozwoleniem — pżerwał jej Wokulski. — Położenie pań jest niewątpliwie pżykre, ale nie widzę powodu do desperacji. Za parę tygodni sprawa wyjaśni się, a dopiero wtedy będzie mogła rozpaczać, ale nie żadna z pań, tylko ta wariatka baronowa. Jak się masz, Heluniu — dodał całując dziewczynkę.
Głos jego był tak spokojny i stanowczy, a całe zahowanie tak naturalne, że pani Misiewiczowa pżestała jęczeć, a pani Stawska jakby raźniej spojżała na mnie.
— Więc cuż mamy robić, szlahetny panie Wokulski, ktury nie wstydziłeś się... — zaczęła pani Misiewiczowa.
— Tżeba czekać na proces — pżerwał Wokulski — dowieść w sądzie pani baronowej, że kłamie, wytoczyć jej sprawę o oszczerstwo i jeżeli pujdzie za to do kozy, nie darować ani jednej godziny. Jakiś miesiąc pżepędzony w celi zrobi jej bardzo dobże. Zresztą muwiłem już z adwokatem, ktury jutro pżyjdzie do pań.
— Bóg cię zesłał, panie Wokulski!... — zawołała już zupełnie naturalnym głosem pani Misiewiczowa zrywając z głowy hustkę.
— Pżyszedłem tu w ważniejszym interesie — żekł Stach do pani Stawskiej (pilno mu widać było pożegnać ją, temu osłu!) — Pani żuciła swoje lekcje?
— Tak.
— Nieh je pani żuci raz na zawsze. To liha praca i niepopłatna. Nieh się pani weźmie do handlu.
— Ja?
— Tak, pani. Pani umie rahować?
— Uczyłam się buhalterii... — szepnęła pani Stawska. Była tak czegoś wzruszona, że usiadła.
— Wybornie. Otuż spadł tu na mnie jeszcze jeden sklep z jego właścicielką, wdową. Ponieważ prawie cały kapitał należy do mnie, więc w interesie tym muszę mieć kogoś ze swej ręki; wolałbym zaś kobietę ze względu na właścicielkę sklepu. Czy więc pżyjmie pani miejsce kasjerki z płacą... tymczasem siedemdziesięciu pięciu rubli na miesiąc?
— Słyszysz, Helenko? — zwruciła się do curki pani Misiewiczowa robiąc pży tym desperacko zdziwioną minę.
— Więc powieżyłby pan swoją kasę mnie, kturej wytoczono... — żekła pani Stawska i rozpłakała się.
Wnet jednak obie damy uspokoiły się, a w puł godziny puźniej piliśmy wszyscy herbatę, nie tylko rozmawiając, ale nawet śmiejąc się...
Wokulski to sprawił... Jedyny w świecie człowiek! I jak go tu nie kohać? Co prawda, może i ja miałbym ruwnie dobre serce, tylko brak mi do niego bagatelki... puł miliona rubli, kture posiada kohany Stach.
Zaraz po Bożym Narodzeniu zainstalowałem panią Stawską w sklepie Milerowej, ktura pżyjęła nową kasjerkę bardzo serdecznie i pżez puł godziny tłomaczyła mi, jaki ten Wokulski jest szlahetny, mądry, pżystojny... Jak to on sklep uratował od bankructwa, a ją i dzieci od nędzy, i jak by to było dobże, gdyby się taki człowiek ożenił.
Figlarna kobiecinka, pomimo swoih tżydziestu pięciu lat!... Ledwie jednego męża odwiozła na Powązki, a już (dałbym sobie rękę uciąć) sama pżejehałaby się drugi raz za mąż, naturalnie za Wokulskiego. Nie zliczyłbym, dalibug, ile tyh bab ugania się za Wokulskim (czy też za jego krociami?).
Pani Stawska ze swej strony zahwyca się wszystkim: i posadą, ktura pżynosi jej pensję, jakiej nie miała nigdy, i nowym mieszkaniem, kture jej znalazł Wirski.
Żeczywiście niezłe mieszkanko: mają pżedpokuj, kuhenkę ze zlewem i wodociągiem, tży pokoiki wcale zgrabne, a nade wszystko ogrudek. Tymczasem rosną w nim tży zeshłe kije i leży kupa cegieł; ale pani Stawska wyobraża sobie, że w ciągu lata zrobi z tego raj. Raj, ktury można by nakryć hustką od nosa!...
Rok 1879 zaczął się zwycięstwem Anglików w Afganistanie, ktuży pod jenerałem Robertsem weszli do Kabulu. Pewnie sos kabul zdrożeje!... Ale Roberts hwat; nie ma jednej ręki i pomimo to łupi Afgańczyków, aż się wata sypie... Hociaż takih dzikusuw walić nietrudno; lecz zobaczyłbym ja cię, panie Roberts, jak byś ty sobie poczynał mając sprawę z węgierską piehotą!...
Wokulski także miał po Nowym Roku batalię z tą spułką, kturą założył do handlu z cesarstwem. Myślę, że jeszcze jedna sesja, a rozpędzi swoih wspulnikuw na cztery wiatry. Cuż to za dziwni ludzie, hoć wszystko inteligencja: pżemysłowcy, kupcy, szlahta, hrabiowie! On im stwożył spułkę, a oni uważają go za wroga tej spułki i sobie tylko pżypisują zasługę. On im daje siedem procent za puł roku, a ci jeszcze się kżywią i hcieliby pozniżać pensje pracownikom.
A ci kohani pracownicy, za kturyh ujada się Wokulski!... Co oni na niego wygadują, jak nazywają go wyzyskiwaczem (NB. w naszym interesie są największe pensje i gratyfikacje!), a jak jedni pod drugimi kopią doły...
Ze smutkiem widzę, że od pewnego czasu między naszymi ludźmi zaczynają kwitnąć nie znane pżedtem obyczaje: mało robić, głośno nażekać, a po cihu snuć intrygi i puszczać plotki. Ale co mi tam do cudzyh spraw...
A teraz z nadzwyczajną szybkością dokończę opowiadania o tragedii, ktura powinna była wstżąsnąć każde szlahetne serce.
Już nawet zapomniałem o szkaradnym procesie pani Krzeszowskiej pżeciw tej niewinnej, tej czystej, tej cudnej pani Stawskiej, kiedy jakoś w końcu stycznia, spadły na nas dwa gromy: wieść o tym, że w Wietlance wybuhła dżuma, i awizacje z sądu do Wokulskiego i do mnie na jutro. Mnie nogi pocierpły i tak mi to cierpnięcie szło od pięt do kolan, puźniej do żołądka, celując oczywiście w stronę serca. Myślę: „Dżuma albo paraliż?...” Ale że Wokulski pżyjął awizacje bardzo obojętnie, więc i ja nabrałem otuhy.
Idę tedy wieczorem, wciąż pełen otuhy, do tyh pań, już na nowe ih mieszkanie, gdy naraz słyszę na środku ulicy: bżęk–bżęk... bżęk–bżęk!... O rany boskie, ależ to aresztantuw prowadzą!... Co za okropna wrużba...
Oj, jakież mnie smutne myśli opanowały: „A jeżeli sąd nie uwieży nam (boć pżecie omyłki są możliwe) i jeżeli tę najszlahetniejszą kobietę wtrącą do więzienia, hoćby na tydzień, hoćby na jeden dzień — cuż wtedy?... Ona tego nie pżeżyje ani ja... Gdybym zaś pżeżył, to hyba tylko — ażeby biedna Helunia miała opiekę...”
Tak! Ja muszę żyć. Ale jakie to będzie życie!...
Whodzę do tyh dam... A, znowu cała awantura! Pani Stawska siedzi blada na stołeczku, a pani Misiewiczowa ma na głowie hustkę zmoczoną w wodzie uśmieżającej. Pahnie staruszka o dwa łokcie kamforą i muwi lamentującym głosem:
— O, szlahetny panie Rzecki, ktury nie wstydzisz się nieszczęśliwyh, zhańbionyh kobiet... Wyobraź sobie, co za nieszczęście: jutro sprawa Helenki... I tylko pomyśl: co będzie, jeżeli się sąd omyli i tę nieszczęśliwą kobietę skaże do rot aresztanckih?... Ale uspokuj się, Helciu, bądź odważna, może to Bóg odwruci... Hociaż tej nocy miałam sen okropny...
(Ona miała sen, ja spotkałem aresztantuw... Nie obejdzie się bez katastrofy.)
— Ale — muwię — cuż znowu! Sprawa nasza jest jak złoto, wygramy ją... Zresztą co tam taka sprawa; gorsza historia z dżumą... — dodałem, ażeby zwrucić uwagę pani Misiewiczowej w innym kierunku.
I piękniem trafił!... Gdyż jak moja staruszka nie wżaśnie:
— Dżuma?... tu?... w Warszawie?... A co, Helenko, nie muwiłam?... Aaa... już zginęliśmy wszyscy!... Bo to w czasie dżumy każdy zamyka się w domu... jedzenie podają sobie na drągah... trupuw ściągają do dołuw hakami...
Uuu... widzę, że mi się rozhulała starowina, więc żeby ją pohamować na punkcie dżumy, napomknąłem znowu o procesie, na co ta kohana pani odpowiedziała mi długim wywodem o hańbie ścigającej jej rodzinę, o możliwym uwięzieniu pani Stawskiej, o tym, że się rozlutował samowar...
Krutko muwiąc, ostatni wieczur pżed sprawą, kiedy właśnie najpotżebniejsza była energia, ostatni ten wieczur upłynął nam pomiędzy dżumą i śmiercią a hańbą i kryminałem. W głowie mi się zamieszało tak, że kiedym się znalazł na ulicy, nie wiedziałem, gdzie iść: w lewo czy w prawo?
Na drugi dzień (sprawa miała być o dziesiątej) już o usmej pojehałem do moih pań i nie zastałem nikogo. Wszystkie poszły do spowiedzi: matka, curka, wnuczka i kuharka, i jednały się z Bogiem do wpuł do dziesiątej, a ja nieszczęśliwy (był pżecie styczeń) spacerowałem pżed bramą na mrozie i myślałem:
„Ładny interes! Spuźnią się do sądu, jeżeli się już nie spuźniły, sąd wyda wyrok zaoczny i naturalnie, nie tylko skaże panią Stawską, ale jeszcze uzna ją za zbiegłą, rozeszle listy gończe... Tak zawsze z tymi babami!...”
Nareszcie pżyszły wszystkie cztery z Wirskim (czy i ten pobożny człowiek hodził dziś do spowiedzi?) i — dwoma dorożkami pojehaliśmy na sprawę: ja z panią Stawską i Helunią, a Wirski z panią Misiewiczową i kuharką. Szkoda jeszcze, że nie wzięły ze sobą rondli, samowara i naftowej kuhenki!... Pżed sądem spotkaliśmy powuz Wokulskiego, kturym pżyjehał on i adwokat. Czekali nas pży shodah tak zabłoconyh, jak gdyby pżeszedł tędy batalion piehoty — i mieli miny zupełnie spokojne. Założyłbym się nawet, że rozmawiali o czym innym, nie o pani Stawskiej.
— O, zacny panie Wokulski, ktury nie wstydzisz się biednyh kobiet, okrytyh... — zaczęła pani Misiewiczowa.
Ale Stach podał jej rękę, adwokat pani Stawskiej, Wirski wziął za rączkę Helunię, a ja asystowałem Mariannie i tak weszliśmy do biura sędziego pokoju.
Sala pżypomniała mi szkołę: sędzia siedział na wzniesieniu jak profesor na katedże, a napżeciw niego, w dwu szeregah ławek, mieścili się oskarżeni i świadkowie. W tej hwili tak żywo stanęły mi w pamięci młode lata, że mimo woli żuciłem okiem pod piec, pewny, że zobaczę woźnego z ruzgą i ławkę, na kturej nas bito w skurę. Hciałem nawet pżez roztargnienie kżyknąć: „Puki życia nie będę, panie profesoże!...”, alem się w porę opamiętał.
Zaczęliśmy rozsadzać nasze damy w ławkah i spierać się pży tej okazji z Żydkami, ktuży, jak mi to puźniej objaśniono, są najcierpliwszymi audytorami spraw sądowyh, szczegulniej o kradzież i oszustwo. Znaleźliśmy nawet miejsce dla poczciwej Marianny, ktura usiadłszy zrobiła taką minę, jakby miała zamiar pżeżegnać się i zmuwić pacież.
Wokulski, nasz adwokat i ja uplacowaliśmy się w pierwszej ławce, obok jegomości z rozerwanym paltotem i podbitym okiem, na kturego bżydko spoglądał jeden z obecnyh rewirowyh.
„Pewnie znowu jakiś zatarg z policją” — pomyślałem.
Nagle usta same otwożyły mi się z podziwu; ujżałem bowiem pżed katedrą sędziego pokoju całą gromadę znanyh mi osub. Na lewo od stołu — pani Krzeszowska, jej robaczywy adwokat i ten hultaj Maruszewicz, a na prawo dwaj studenci. Jeden z nih odznaczał się bardzo wytartym mundurem i niezwykle obfitą wymową; drugi miał jeszcze mocniej wytarty mundur, kolorowy szalik na szyi i wyglądał, dalibug, jak emigrant z pżedpogżebowego domu.
Pżypatżyłem mu się lepiej. Tak, to on, to jest ten sam mizerny młody człowiek, ktury podczas pierwszej bytności Wokulskiego u pani Stawskiej żucił baronowej śledzia na głowę. Kohany hłopak!... Ale też nie zdażyło mi się widzieć nic ruwnie hudego i żułtego...
W pierwszej hwili myślałem, że między tymi pżyjemnymi młodzieńcami i baronową toczy się proces właśnie o owego śledzia. Wnet jednak pżekonałem się, że hodzi o co innego, że mianowicie pani Krzeszowska zostawszy właścicielką domu hce z niego wyżucić swoih najzapamiętalszyh wroguw, a zarazem najniewypłacalniejszyh lokatoruw.
Sprawa między baronową a młodymi ludźmi w tej hwili dosięgła najwyższego punktu.
Jeden ze studentuw, ładny hłopak z wąsikami i faworytami, wspinając się na palcah albo opadając na obcasy opowiadał coś sędziemu; pży czym prawą ręką wykonywał okrągłe ruhy, a lewą kokieteryjnie zakręcał wąsik, wysoko podnosząc mały palec, ozdobiony pierścionkiem bez oczka.
Drugi młodzieniec milczał posępnie i krył się za kolegę. W postawie jego zauważyłem pewną osobliwość: pżyciskał on do piersi obie ręce, a dłonie rozłożył w taki sposub, jakby w nih tżymał książkę albo obrazek.
— Więc jak się panowie nazywacie? — spytał sędzia.
— Maleski — odparł z ukłonem właściciel faworytuw — i Patkiewicz... — dodał wskazując gestem pełnym dystynkcji na ponurego toważysza.
— A tżeci pan gdzie?
— Jest cierpiący — odparł krygując się pan Maleski. — Jest to nasz sublokator i zresztą bardzo żadko mieszka z nami.
— Jak to? Bardzo żadko mieszka? Gdzież on siedzi w dzień?
— W uniwersytecie, w prosektorium, czasem na obiedzie.
— No, a w nocy?
— Pod tym względem mogę panu sędziemu dać tylko poufne objaśnienia.
— A gdzież on zapisany w księgi?
— O, zapisany jest ciągle w naszym domu, ponieważ nie hciałby robić władzom subiekcji — objaśnił pan Maleski z miną lorda.
Sędzia zwrucił się do pani Krzeszowskiej.
— Cuż, pani wciąż nie hce tżymać tyh panuw?
— Za żadne skarby! — jęknęła pani baronowa. — Po całyh nocah ryczą, tupią, pieją, gwiżdżą... Nie ma służącej w domu, kturej by nie zwabiali do siebie... Ah, Boże!... — kżyknęła odwracając głowę.
Sędzia był zdziwiony wykżyknikiem, ale ja nie... Spostżegłem bowiem, że pan Patkiewicz nie odejmując rąk od piersi nagle wywrucił oczy i opuścił dolną szczękę w taki sposub, że zrobił się podobny do stojącego trupa. Jego tważ i cała postawa istotnie mogła pżerazić nawet zdrowego człowieka.
— Najokropniejsze jest to, że ci panowie wylewają oknem jakieś płyny...
— Czy na panią? — spytał zuhwale pan Maleski.
Baronowa posiniała z gniewu, ale umilkła; wstyd jej było pżyznać się.
— Cuż dalej? — żekł sędzia.
— Ale najgorsze ze wszystkiego (pżez co nawet wpadłam w nerwową horobę), że ci panowie po kilka razy na dzień stukają do mego okna trupią głuwką...
— Tak panowie robią? — zapytał sędzia.
— Będę miał honor objaśnić pana sędziego — odparł Maleski, z postawą człowieka, ktury hce odtańczyć menueta. — Nam usługuje struż domu mieszkający na dole; ażeby więc nie marnować się shodzeniem i whodzeniem na tżecie piętro, mamy u siebie długi sznur, wieszamy na nim, co jest pod ręką (może czasem zdażyć się i trupia głuwka), i... pukamy do jego okna — zakończył tak słodkim tonem, że trudno było pżestraszyć się ruwnie delikatnego pukania.
— Ah, Boże!... — kżyknęła znowu pani baronowa zataczając się.
— Oczywiście, hora kobieta — mruknął Maleski.
— Nie hora! — zawołała baronowa. — Ale wysłuhaj mnie, panie sędzio!... Ja nie mogę patżeć na tego drugiego... bo on ciągle robi miny jak nieboszczyk... Ja niedawno straciłam curkę!... — zakończyła ze łzami.
— Słowo honoru, że ta pani ma halucynacje — żekł Maleski. — Kto tu jest podobny do nieboszczyka?... Patkiewicz?... taki pżystojny hłopak!... — dodał wypyhając napżud mizernego kolegę, ktury... w tej hwili właśnie już po raz piąty udawał trupa.
W sali wybuhnął śmieh; sędzia dla uratowania powagi zanużył głowę w papierah i po dłuższej pauzie surowo zapowiedział, że śmiać się nie wolno i że każdy, zakłucający pożądek, ulegnie każe pieniężnej.
Kożystając z zamieszania Patkiewicz szarpnął kolegę za rękaw i szepnął ponuro:
— Cuż ty, świnio, Maleski, kpisz sobie ze mnie w publicznym miejscu?
— Bo jesteś pżystojny, Patkiewicz. Kobiety wściekają się za tobą.
— To pżecież nie dlatego... — mruknął Patkiewicz znacznie spokojniejszym tonem.
— Kiedyż panowie zapłacą dwanaście rubli kopiejek pięćdziesiąt za miesiąc styczeń? — spytał sędzia.
Pan Patkiewicz tym razem udał człowieka, ktury ma bielmo na lewym oku i lewą część tważy sparaliżowaną; pan Maleski zaś pogrążył się w głębokim zamyśleniu.
— Gdybyśmy — żekł po hwili — mogli zostać do wakacyj, to... Ale tak!... Nieh nam pani baronowa zabieże umeblowanie.
— Ah, nic już nie hcę, nic... Tylko wyprowadźcie się, panowie! Nie mam żadnej pretensji o komorne... — zawołała baronowa.
— Jak się ta kobieta kompromituje — szepnął nasz adwokat. — Włuczy się po sądah, bieże takiego szubrawca na doradcę...
— Ale my mamy do pani pretensję o szkody i straty! — odezwał się Maleski. — Kto słyszał o tej poże wymawiać pżyzwoitym ludziom komorne?... Gdybyśmy nawet znaleźli lokal, to będzie taki podły, że pżynajmniej ze dwu z nas umże na suhoty...
Pan Patkiewicz zapewne w celu dodania większej wagi słowom muwcy zaczął poruszać uhem i skurą na głowie, co w sali wywołało nowy atak wesołości.
— Pierwszy raz widzę coś podobnego! — żekł nasz adwokat.
— Taką sprawę? — spytał Wokulski.
— Nie, ale żeby człowiek uhem ruszał. To artysta!...
Sędzia tymczasem napisał i pżeczytał wyrok, mocą kturego panowie: Maleski i Patkiewicz, zostali skazani na zapłacenie dwunastu rubli i pięćdziesięciu kopiejek komornego tudzież na opuszczenie lokalu pżed 8 lutym.
Tu zdażył się fakt nadzwyczajny. Pan Patkiewicz usłyszawszy wyrok doznał tak silnego wstżąsnienia moralnego, że tważ zrobiła mu się zieloną i — zemdlał. Szczęściem, padając trafił w objęcia pana Maleskiego; inaczej strasznie rozbiłby się nieborak.
Naturalnie, w sali odezwały się głosy wspułczucia, kuharka pani Stawskiej zapłakała. Żydki zaczęły pokazywać palcami na baronowę i hżąkać. Zakłopotany sędzia pżerwał posiedzenie i kiwnąwszy głową Wokulskiemu (skąd oni się znają?), poszedł do swego pokoju, a dwaj stujkowi prawie wynieśli na rękah nieszczęśliwego młodzieńca, ktury tym razem był naprawdę podobny do trupa.
Dopiero w pżedpokoju, gdy złożono go na ławce, a jeden z obecnyh zawołał, ażeby oblać go wodą, hory nagle zerwał się i żekł głośno:
— No, no!... tylko bez głupih żartuw...
Po czym natyhmiast sam ubrał się w palto, energicznie naciągnął niezbyt całe kalosze i lekkim krokiem opuścił sądową salę ku zdziwieniu stujkowyh, oskarżonyh i świadkuw.
W tej hwili zbliżył się do naszej ławki jakiś oficjalista sądowy i szepnął Wokulskiemu, że sędzia prosi go na śniadanie. Stach wyszedł, a pani Misiewiczowa zaczęła nawoływać mnie rozpaczliwymi znakami:
— Jezus! Maria!... — żekła — nie wiesz pan, po co sędzia wezwał tego najszlahetniejszego z ludzi?... Pewnie hce mu powiedzieć, że Helenka zgubiona!... O, ta niepoczciwa baronowa musi mieć wielkie stosunki... już jedną sprawę wygrała i pewnie będzie to samo z Helenką... O, ja nieszczęśliwa!... czy nie masz, panie Rzecki, jakih kropli tżeźwiącyh?
— Pani słabo?
— Jeszcze nie, hoć tu jest zaduh... Ale strasznie boję się o Helenkę... Jeżeli ją skażą, zemdleje i może umżeć, jeżeli prędko jej nie otżeźwimy... Czy nie sądzisz, kohany panie, że dobże bym zrobiła, gdybym upadła do nug sędziemu i zaklęła go...
— Ależ, pani, to wszystko niepotżebne... Właśnie muwił nasz adwokat, że baronowa może by i hciała cofnąć skargę, tylko już nie wolno.
— Ależ my ustąpimy! — zawołała staruszka.
— O, co to, to nie, szanowna pani — odezwałem się trohę niecierpliwie. — Albo wyjdziemy stąd kompletnie oczyszczeni, albo...
— Umżemy, hcesz powiedzieć? — pżerwała staruszka. — O, nie muw tego... Pan nawet nie wiesz, jak pżykro w moim wieku słyszeć o śmierci...
Cofnąłem się od zrozpaczonej staruszki i podszedłem do pani Stawskiej.
— Jakże się pani czuje?
— Doskonale! — odpowiedziała z mocą. — Jeszcze wczoraj bałam się okropnie; ale już po spowiedzi lżej odethnęłam, a od hwili kiedy tu jestem, czuję się zupełnie spokojną.
Uścisnąłem ją za rękę długo... długo... tak, jak umieją ściskać tylko prawdziwie kohający, i pobiegłem do swej ławki, gdyż Wokulski, a za nim sędzia weszli do sali.
Serce mi udeżyło jak młot. Spojżałem wokoło. Pani Misiewiczowa widocznie modliła się z zamkniętymi oczyma, pani Stawska była bardzo blada, lecz zdecydowana, pani baronowa szarpała swoją salopę, a nasz adwokat spoglądał na sufit i tłumił ziewanie.
W tej hwili i Wokulski spojżał na panią Stawską i — nieh mnie diabli wezmą — jeżeli nie dostżegłem w jego oczah żadko trafiającego się tam wyrazu rozczulenia!...
Żeby jeszcze parę takih procesuw, jestem pewny, że zakohałby się w niej na śmierć.
Sędzia pżez parę minut coś pisał, a skończywszy zawiadomił obecnyh, że teraz toczyć się będzie sprawa Krzeszowskiej pżeciw Stawskiej o kradzież lalki.
Jednocześnie zawezwał strony i ih świadkuw na środek.
Stałem pży ławkah, dzięki czemu mogłem słyszeć rozmowę dwu kumoszek, z kturyh młodsza i czerwona na tważy tłomaczyła starszej:
— To widzi pani: ta ładna pani ukradła tamtej pani lalkę...
— Także miała się na co łakomić!...
— Ha, trudno. Nie każdy może kraść magle...
— To pani ukradłaś magle — odezwał się spoza kumoszek gruby głos. — Nie ten złodziej, co zabiera swoją własność, ale ten, co da piętnaście rubli zadatku i myśli, że już kupił...
Sędzia wciąż pisał, a ja hciałem pżypomnieć sobie mowę, kturą ułożyłem wczoraj na obronę pani Stawskiej, a na pohańbienie baronowej. Ale że mi się w głowie plątały wyrazy i zdania, więc zacząłem oglądać się po sali.
Pani Misiewiczowa wciąż modliła się w ławce po cihu, a siedząca za nią Marianna płakała. Pani Krzeszowska miała szarą tważ, pżycięte usta i spuszczone oczy; ale z każdego fałdu jej ubrania wyglądała złość... Obok niej stał Maruszewicz wpatżony w ziemię, a za nim służąca baronowej, tak pżestraszona, jakby ją miano prowadzić na szafot...
Nasz adwokat tłumił ziewanie.
Wokulski ściskał pięści, a pani Stawska spoglądała kolejno na wszystkih z takim łagodnym spokojem, że gdybym był żeźbiażem, wziąłbym ją za model do posągu oskarżonej niewinności.
Wtem, pomimo protestu Marianny, Helunia wybiegła na salę i shwyciwszy matkę za rękę spytała pułgłosem:
— Mamo, czego ten pan kazał mamie tu pżyjść?... Ja coś powiem do uszka: pewnie mama była niegżeczna i teraz będzie stać w kącie...
— To wyuczone!... — żekła czerwona kumoszka do starszej.
— Żebyś pani tak zdrowa była! — mruknął za nią gruby głos..
— Pan będziesz zdruw za moją kżywdę... — odparła z gniewem kumoszka.
— A pani skonasz na konwulsje i będą cię w piekle maglować na moih maglah — odżekł jej antagonista.
— Ciszej! — zawołał sędzia. — Co pani Krzeszowska muwi o sprawie?
— Wysłuhaj mnie, panie sędzio! — zaczęła deklamować pani baronowa wysunąwszy nogę napżud. — Po zmarłym dziecku została mi, jako najdroższa pamiątka, lalka, ktura bardzo podobała się tej oto pani — wskazała na Stawską — i jej curce...
— Oskarżona bywała u pani?
— Tak, wynajmowałam ją do szycia...
— Alem jej nic nie zapłaciła! — huknął z końca sali Wirski.
— Ciszej! — zgromił go sędzia. — Tak i cuż?
— W dniu, w kturym tę panią oddaliłam od siebie — muwiła baronowa — zginęła mi lalka. Myślałam, że umrę z żalu, i zaraz na nią powzięłam podejżenie... Miałam dobre pżeczucie, gdyż w kilka dni puźniej pżyjaciel muj, pan Maruszewicz, zobaczył z okna, że ta pani (ktura mieszka vis a vis niego) ma u siebie moją lalkę i dla niepoznaki pżebiera ją w inną suknię.
Wtedy poszłam do jego mieszkania z moim doradcą prawnym i zobaczyłam pżez lornetkę, że moja lalka jest żeczywiście u tej pani. Na drugi dzień więc udałam się do niej, zabrałam lalkę, kturą tu widzę na stole, i podałam skargę.
— A pan Maruszewicz jest pewny, że to ta sama lalka, ktura była u pani Krzeszowskiej? — spytał sędzia.
— To jest... właściwie muwiąc... pewności nie mam żadnej.
— Tak dlaczeguż pan Maruszewicz powiedział to pani Krzeszowskiej?
— Właściwie... ja nie w tym znaczeniu...
— Nie kłam pan! — zawołała baronowa. — Pżybiegłeś do mnie, śmiejąc się, powiedziałeś, że Stawska ukradła lalkę i że to do niej podobne...
Maruszewicz zaczął mienić się, potnieć i nawet pżestępować z nogi na nogę, co jest hyba dowodem wielkiej skruhy.
— Podlec! — mruknął Wokulski dosyć głośno.
Spostżegłem jednak, że uwaga ta nie wzmocniła w Maruszewiczu otuhy. Owszem, zdawał się być jeszcze więcej zmieszany.
Sędzia zwrucił się do służącej pani Krzeszowskiej.
— U was była ta lalka?
— Nie wiem ktura... — szepnęła zapytana.
Sędzia wyciągnął do niej lalkę, ale służąca milczała mrugając oczyma i załamując ręce.
— Ah, to Mimi!... — zawołała Helunia.
— O, panie sędzio! — kżyknęła baronowa. — Curka świadczy pżeciw matce...
— Znasz tę lalkę? — spytał sędzia Heluni.
— O znam!... Zupełnie taka sama była u pani tam w pokoiku...
— Czy to jest ta sama?
— O, nie, nie ta... Tamta miała popielatą sukienkę i czarne buciki, a ta ma brązowe buciki!...
— Nu, tak... — mruknął sędzia kładąc lalkę na stole. — Co pani Stawska powie?... — dodał.
— Lalkę tę kupiłam w sklepie pana Wokulskiego...
— A ile pani dała za nią?... — syknęła baronowa.
— Tży ruble.
— Ha! ha! ha!... — zaśmiała się baronowa. — Ta lalka kosztuje piętnaście...
— Kto pani spżedał tę lalkę? — zapytał sędzia Stawskiej.
— Pan Rzecki — odparła rumieniąc się.
— Co powie pan Rzecki?... — żekł sędzia.
Tu właśnie była pora wypowiedzieć moją mowę. Jakoż zacząłem:
— Szanowny sędzio!... Z bolesnym zdumieniem pżyhodzi mi... To jest... widzę pżed sobą triumfującą złość i tego... uciśnioną...
Nagle tak mi zashło w ustah, że już nie mogłem słowa pżemuwić. Szczęściem, odezwał się Wokulski:
— Rzecki był tylko obecny pży kupnie, lalkę ja spżedałem.
— Za tży ruble? — spytała baronowa błysnąwszy oczyma jaszczurki.
— Tak, za tży ruble. Jest to towar wybrakowany, kturego się pozbywamy.
— Czy i mnie pan spżedałby taką lalkę za tży ruble? — indagowała baronowa.
— Nie! Pani już nic i nigdy nie spżedadzą w moim sklepie.
— Jaki pan ma dowud, że ta lalka jest kupiona u pana? — spytał sędzia.
— Otuż to! — zawołała baronowa. — Jaki dowud?...
— Ciszej!... — zgromił ją sędzia.
— Gdzie pani swoją lalkę kupiła? — spytał baronowę Wokulski.
— U Lessera.
— Więc mamy dowud — żekł Wokulski. — Lalki takie sprowadzałem z zagranicy w kawałkah: oddzielnie głowy, oddzielnie korpusy. Nieh więc pan sędzia odpruje głowę, a wewnątż znajdzie moją firmę.
Pani baronowa zaczęła się niepokoić.
Sędzia wziął do rąk lalkę, ktura tyle narobiła zgryzoty, i użędowym scyzorykiem rozciął jej napżud stanik, a następnie począł z wielką uwagą odpruwać głowę od tułowia. Helenka, z początku zdziwiona, pżypatrywała się tej operacji, następnie zwruciła się do matki muwiąc pułgłosem:
— Mamo, dlaczego ten pan rozbiera Mimi? Pżecież ona będzie się wstydzić...
Nagle zrozumiawszy, o co hodzi, wybuhnęła płaczem i kryjąc tważ w suknię pani Stawskiej, zawołała:
— Ah, mamo, po co on ją kraje?... To strasznie boli!... O mamo, mamo, już nie hcę, ażeby Mimi krajali...
— Nie płacz, Heluniu. Mimi będzie zdrowa i jeszcze ładniejsza — uspakajał ją Wokulski, wzruszony nie mniej od Helenki.
Tymczasem głowa Mimi spadła na papiery. Sędzia spojżał wewnątż i podając maskę pani baronowej żekł:
— Nu, nieh pani pżeczyta, co tam napisano?
Baronowa pżycięła usta i milczała.
— To nieh pan Maruszewicz pżeczyta głośno, co tam jest?
— Jan Mincel i Stanisław Wokulski... — jęknął Maruszewicz.
— Zatem nie Lesser?
— Nie.
Pżez cały ten czas służąca baronowej zahowywała się w sposub bardzo dwuznaczny: czerwieniła się, bladła, kryła się między ławki...
Sędzia patżył na nią spod oka; nagle żekł:
— Teraz panna nam powie, co to było z lalką? Tylko proszę prawdę, bo panna stanie do pżysięgi...
Zagadnięta, z najwyższym pżestrahem shwyciła się za głowę i pżypadłszy do stołu, prędko odpowiedziała:
— Lalka stukła się, panie...
— Ta wasza lalka, od pani Krzeszowskiej?...
— Ta...
— Nu, to stukła się jej tylko głowa, a reszta gdzie?...
— Na stryhu, panie... Oj, co ja będę miała!
— Nic panna nie będzie miała; gożej byłoby nie odpowiedzieć prawdy. A pani oskarżycielka słyszy, co jest?...
Baronowa spuściła oczy i skżyżowała ręce na piersi jak męczennica.
Sędzia zaczął pisać. Siedzący w drugiej ławce (maglaż oczywiście) odezwał się do damy czerwonej na tważy:
— A co, ukradła?... Widzisz pani, co się teraz zrobiło z paninej gęby?... Hę?...
— Jak kobieta jest ładna, to się i z kryminału wygżebie — żekła czerwona dama do swojej sąsiadki.
— Ale pani się nie wygżebiesz... — mruknął maglaż.
— Głupiś pan!...
— Paniś głupsza...
— Ciszej!... — zawołał sędzia.
Kazano nam wstać i usłyszeliśmy wyrok najzupełniej uniewinniający panią Stawską.
— Teraz — zakończył sędzia skończywszy czytanie — może pani podać skargę o potważ.
Zeszedł na salę, uścisnął za rękę panią Stawską i dodał:
— Bardzo mi pżykro, żem panią sądził, i bardzo mi pżyjemnie, że mogę powinszować.
Pani Krzeszowska dostała spazmuw, a dama z czerwoną tważą muwiła do swej sąsiadki:
— Na ładną buzię to i sędzia jest pażyrny... Ale nie tak to będzie w dniu ostatecznym! — westhnęła.
— Holera!... jak to bluźni... — mruknął maglaż.
Poczęliśmy wyhodzić. Wokulski podał rękę pani Stawskiej, z kturą wysunął się napżud, ja zaś ostrożnie zacząłem sprowadzać panią Misiewiczowę z brudnyh shoduw.
— Muwiłam, że się tak skończy — upewniała mnie staruszka — ale pan to nie miałeś wiary...
— Ja nie miałem wiary?...
— Tak, hodziłeś jak struty... Jezus! Maria... A to co?...
Ostatnie te słowa skierowane były do mizernego studenta, ktury wraz ze swoim toważyszem czekał pżed bramą, widocznie na panią Krzeszowską, a myśląc, że ona wyhodzi, uharakteryzował się na trupa pżed... panią Misiewiczową. Wnet poznał swoją omyłkę i zawstydził się tak, że pobiegł parę krokuw napżud.
— Patkiewicz!... stujże... już idą... — zawołał pan Maleski.
— Nieh cię diabli porwą!... — wybuhnął pan Patkiewicz. — Ty zawsze musisz mnie skompromitować.
Usłyszawszy jednak hałas w bramie zawrucił się i jeszcze raz pokazał nieboszczyka... Wirskiemu!...
To już młodyh ludzi ostatecznie zdetonowało; więc poszli do domu bardzo rozgniewani na siebie i każdy inną stroną ulicy.
Nimeśmy jednak dopędzili ih dorożkami, już znowu szli razem i ukłonili się nam z wielką galanterią.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.