Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

VII. Lasy, ruiny i czary

VII. Lasy, ruiny i czary

Ruszyli.

Baron, jak zwykle, szeptał z nażeczoną, Starski w gwałtowny sposub umizgał się do pani Wąsowskiej, ktura ku zdumieniu Wokulskiego pżyjmowała to dość życzliwie, a Ochocki powoził czwurką. Tym razem jednak jego furmański entuzjazm hamowało sąsiedztwo panny Izabeli, do kturej odwracał się co hwilę.

„Wesoły ptaszek z tego Ochockiego! — myślał Wokulski. — Do mnie muwi, że argumentacja panny Izabeli wylewa mu się uszami, a teraz z nią tylko rozmawia... Oczywiście, hciał mnie do niej zrazić...”

I wpadł w bardzo posępny humor, był już bowiem pewny, że Ochocki koha się w pannie Izabeli i że z takim wspułkonkurentem prawie nie ma walki.

„Młody, piękny, zdolny... — muwił w sobie. — Nie miałaby hyba oczu albo rozumu, gdyby wybierając między nim i mną nie oddała jemu pierwszeństwa... Lecz nawet i w tym razie musiałbym pżyznać, że ma szlahetną naturę, jeżeli gustuje w Ochockim, nie w Starskim. Biedny baron, a jeszcze biedniejsza jego nażeczona, ktura tak widocznie duży się w Starskim. Tżeba mieć bardzo pustą głowę i serce...”

Pżyglądał się jesiennemu słońcu, szarym ścierniskom i pługom z wolna ożącym ugory i pełen głębokiego smutku w duszy, wyobrażał sobie hwilę, w kturej już zupełnie straci nadzieję i ustąpi miejsca pży pannie Izabeli Ochockiemu.

„Cuż robić?... Cuż robić, jeżeli go wybrała... Moje nieszczęście, żem ją poznał...”

Wjehali na wzguże, gdzie roztoczył się pżed nimi rozległy horyzont, obejmujący kilka wiosek, lasy, żekę i miasteczko z kościołem.

Brek hwiał się w obie strony.

— Pyszny widok! — zawołała pani Wąsowska.

— Jak z balonu, kturym kieruje pan Ochocki — dodał Starski tżymając się poręczy.

— Pan jeździł balonem? — zapytała panna Felicja.

— Balonem pana Ochockiego?...

— Nie, prawdziwym...

— Niestety! nie jeździłem żadnym — westhnął Starski — ale w tej hwili wyobrażam sobie, że jadę bardzo lihym.

— Pan Wokulski pewnie jeździł — żekła tonem głębokiego pżekonania panna Felicja.

— Ależ, Felu, o co ty niedługo zaczniesz posądzać pana Wokulskiego! — zgromiła ją pani Wąsowska.

— Istotnie jeździłem... — odparł zdziwiony Wokulski.

— Jeździł pan?... ah, jak to dobże! — zawołała panna Felicja. — Nieh nam pan opowie...

— Jeździł pan?... — odezwał się z kozła Ochocki. — Hola!... Nieh pan zaczeka z opowiadaniem, zaraz tam pżyjdę.

Żucił lejce furmanowi, hoć zjeżdżali z gury, zeskoczył z kozła i po hwili siadł w breku napżeciw Wokulskiego.

— Jeździł pan?... — powtużył. — Gdzie?... Kiedy?...

— W Paryżu, ale tym uwięzionym balonem. Puł wiorsty w gurę, prawie żadna podruż — odparł nieco zmieszany Wokulski.

— Nieh pan muwi... To musi być olbżymi widok?... Jakih uczuć doznawał pan?... — muwił Ochocki. Był dziwnie zmieniony: oczy rozszeżyły mu się, na tważ wystąpił rumieniec. Patżąc na niego trudno było wątpić, że w tej hwili zapomniał o pannie Izabeli.

— To musi być szalona pżyjemność... Muw pan... — pytał natarczywie, shwyciwszy Wokulskiego za kolano.

— Widok jest istotnie wspaniały — odpowiedział Wokulski — ponieważ horyzont ma kilkadziesiąt wiorst w promieniu, a cały Paryż i jego okolice wyglądają jak na wypukłej mapie. Ale podruż nie jest miła; może tylko pierwszy raz...

— Jakież wrażenie...

— Dziwaczne. Człowiek myśli, że sam pojedzie w gurę; nagle widzi, że nie on jedzie, ale ziemia szybko zapada mu się pod nogami. Jest to zawud tak niespodziany i pżykry, że... hciałoby się wyskoczyć...

— Cuż więcej?... — nalegał Ochocki.

— Drugim dziwowiskiem jest horyzont, ktury ciągle widać na wysokości wzroku. Skutkiem tego ziemia wydaje się wklęsłą jak ogromny, głęboki tależ.

— A ludzie?... domy?...

— Domy wyglądają jak pudełka, tramwaje jak duże muhy, a ludzie jak czarne krople, kture szybko biegną w rużnyh kierunkah, ciągnąc za sobą długie cienie. W ogule jest to podruż pżeładowana niespodziankami.

Ochocki zamyślił się i patżył pżed siebie nie wiadomo na co... Parę razy zdawało się, że hce wyskoczyć z breka i że go drażni toważystwo, w kturym też zapanowała cisza.

Dojehali do lasu, za nimi dwie służące w bryczce. Panie wzięły do rąk koszyki.

— A teraz każda dama ze swoim kawalerem w inną stronę! — zakomenderowała pani Wąsowska. — Panie Starski, ostżegam, że jestem dziś w wyjątkowym humoże, a co znaczy u mnie wyjątkowy humor, wie o tym pan Wokulski — dodała śmiejąc się nerwowo. — Panie Ochocki, Belu, proszę do lasu, i nie pokazujcie się, dopuki... nie zbieżecie całego kosza rydzuw... Felu!...

— Ja pujdę z Michalinką i z Joasią! — szybko odpowiedziała panna Felicja patżąc na Wokulskiego w taki sposub, jakby to on był owym wrogiem, pżeciw kturemu należało uzbroić się we dwie służące.

— No, idźmyż, kuzynie — żekła do Ochockiego panna Izabela widząc, że toważystwo weszło już w las. — Ale weź muj koszyk i sam zbieraj rydze, bo mnie to, pżyznam się, nie bawi.

Ochocki wziął koszyk i żucił go na bryczkę.

— Co mi tam wasze rydze! — odparł zahmużony. — Straciłem dwa miesiące na rybah, gżybah, bawieniu dam i tym podobnyh głupstwah... Inni pżez ten czas jeździli balonem... Wybierałem się do Paryża, ale prezesowa tak nalegała, żebym u niej wypoczął... I pięknie wypocząłem... Zgłupiałem do reszty... Już nawet nie umiem myśleć pożądnie... straciłem zdolności... Eh! dajcie mi święty spokuj z rydzami... Jestem taki zły!...

Mahnął ręką, potem obie włożył do kieszeni i poszedł w las ze spuszczoną głową mrucząc po drodze.

— Miły toważysz! — odezwała się z uśmiehem panna Izabela do Wokulskiego. — Już będzie z nim tak do końca wakacyj... Byłam pewna, że zepsuje mu się humor, jak tylko Starski wspomniał o balonah...

„Błogosławione te balony! — pomyślał Wokulski. — Taki wspułzawodnik pży pannie Izabeli nie jest niebezpieczny...”

I w tej hwili uczuł, że koha Ochockiego.

— Jestem pewny — żekł do panny Izabeli — że kuzyn pani zrobi wielki wynalazek. Kto wie, czy nie stanie się on epoką w dziejah ludzkości... — dodał myśląc o projektah Geista.

— Tak pan sądzi? — odpowiedziała dosyć obojętnie panna Izabela. — Może być... Tymczasem kuzynek jest hwilami impertynent, z czym mu niekiedy bywa do tważy, ale hwilami jest nudny, co nie pżystoi nawet wynalazcom. Kiedy na niego patżę, pżyhodzi mi na myśl historyjka o Newtonie. Był to podobno bardzo wielki człowiek, czy tak, panie?... Ale i cuż, kiedy jednego dnia siedząc pży jakiejś panience wziął ją za rękę i... czy pan uwieży?... zaczął czyścić swoją fajkę jej małym palcem!... No, jeżeli do tego prowadzi geniusz, dziękuję za genialnego męża!... Pżejdźmy się trohę po lesie, dobże, panie?

Każdy wyraz panny Izabeli padał Wokulskiemu na serce jak kropla słodyczy.

„Więc ona lubi Ochockiego (bo ktuż by go nie lubił?), ale za niego nie wyjdzie!...”

Szli wąską drogą, ktura stanowiła granicę dwu lasuw: na prawo rosły dęby i buki, na lewo sosny.

Między sosnami od czasu do czasu błysnął czerwony stanik pani Wąsowskiej albo biała okrywka panny Eweliny. W jednym miejscu rozwidlała się droga i Wokulski hciał skręcić, ale panna Izabela zatżymała go...

— Nie, nie — żekła — tam nie idźmy, bo stracimy z oczu całe toważystwo, a dla mnie las tylko wtedy jest piękny, kiedy w nim widzę ludzi. W tej hwili na pżykład rozumiem go... Nieh no pan spojży... Prawda, jak ta część jest podobna do ogromnego kościoła?... Te szeregi sosen to kolumny, tam boczna nawa, a tu wielki ołtaż... Widzi pan, widzi pan... Teraz między konarami pokazało się słońce jak w gotyckim oknie... Co za nadzwyczajna rozmaitość widokuw! Tu ma pan buduar damski, a te niskie kżaczki to taburety. Nie brak nawet lustra, kture zostało po onegdajszym deszczu... A to ulica, prawda?... Trohę kżywa, ale ulica... A tam znowu rynek czy plac... Czy pan widzi to wszystko?

— Widzę, o ile mi pani pokazuje — odpowiedział Wokulski z uśmiehem. — Tżeba jednak mieć bardzo poetycką fantazję, ażeby spostżec te podobieństwa.

— Doprawdy?... A ja zawsze myślałem, że jestem uosobioną prozą.

— Może być, że jeszcze nie miała pani sposobności odkryć wszystkih swoih zalet — odparł Wokulski, niekontent, że zbliża się do nih panna Felicja.

— Jak to, nie zbieracie państwo rydzuw? — dziwiła się panna Felicja. — Cudowne rydze; jest ih takie mnustwo, że nam nie wystarczy koszykuw i będziemy hyba musiały sypać je do bryczki. Dać ci, Belu, koszyk?...

— Dziękuję ci!

— A panu?

— Nie wiem, czy potrafiłbym odrużnić rydza od muhomora — odpowiedział Wokulski.

— Ślicznie! — zawołała panna Fela. — Nie spodziewałam się od pana takiej odpowiedzi... Powiem to babci i poproszę, ażeby żadnemu z panuw nie pozwoliła jeść rydzuw, a pżynajmniej nie te, kture ja zbieram.

Kiwnęła głową i odeszła.

— Obraził pan Felcię — żekła panna Izabela. — To nie godzi się... ona jest panu tak życzliwa.

— Panna Felicja ma pżyjemność w zbieraniu rydzuw, ja wolę słuhać wykładu pani o lesie.

— Bardzo mi to pohlebia — odpowiedziała, lekko rumieniąc się, panna Izabela — ale jestem pewna, że prędko znudzi pana muj wykład. Bo dla mnie nie zawsze las jest piękny, czasem bywa okropny. Gdybym tu była sama, z pewnością nie widziałabym ulic, kościołuw i buduaruw. Kiedy jestem sama, las mnie pżeraża. Pżestaje być dekoracją, a zaczyna być czymś, czego nie rozumiem i czego się boję. Głosy ptakuw są jakieś dzikie, czasem podobne do nagłego kżyku boleści, a czasem do śmiehu ze mnie, że weszłam między potwory... Wtedy każde dżewo wydaje mi się istotą żywą, ktura hce mnie owinąć gałęźmi i udusić; każde ziele w zdradziecki sposub oplątuje mi nogi, ażeby mnie już stąd nie wypuścić... A wszystkiemu temu winien kuzynek Ochocki, ktury tłomaczył mi, że natura nie jest stwożona dla człowieka... Według jego teorii wszystko żyje i wszystko żyje dla siebie...

— Ma rację — szepnął Wokulski.

— Jak to, więc i pan w to wieży? Więc według pana ten las nie jest pżeznaczony na pożytek ludziom, ale ma jakieś swoje własne interesa, nie gorsze od naszyh...

— Widziałem ogromne lasy, w kturyh człowiek ukazywał się raz na kilka lat, a jednak rosły bujniej aniżeli nasze...

— Ah, nieh pan tak nie muwi!... To jest poniżanie wartości ludzkiej, nawet niezgodne z Pismem świętym. Bóg oddał pżecie ludziom ziemię na mieszkanie, a rośliny i zwieżęta na pożytek...

— Krutko muwiąc, według pani natura powinna służyć ludziom, a ludzie klasom upżywilejowanym i utytułowanym?... Nie, pani. I natura, i ludzie żyją dla siebie, i tylko ci mają prawo władać nimi, ktuży posiadają więcej sił i więcej pracują. Siła i praca są jedynymi pżywilejami na tym świecie. Niejednokrotnie też tysiącletnie, ale bezwładne dżewa upadają pod ciosami kolonistuw–dorobkiewiczuw, a pomimo to w natuże nie zahodzi żaden pżewrut. Siła i praca, pani, nie tytuł i nie urodzenie...

Panna Izabela była rozdrażniona.

— Tu może mi pan muwić — żekła — co pan hce, tu uwieżę we wszystko, bo dokoła widzę tylko pańskih spżymieżeńcuw.

— Czy oni nigdy nie staną się spżymieżeńcami pani?!...

— Nie wiem... może... Tak często teraz słyszę o nih, że kiedyś mogę uwieżyć w ih potęgę.

Weszli na polankę zamkniętą wzgużami, na kturyh rosły pohylone sosny. Panna Izabela usiadła na pniu ściętego dżewa, a Wokulski niedaleko niej na ziemi.

W tej hwili na bżegu polanki ukazała się pani Wąsowska ze Starskim.

— Czy nie hcesz, Belu — wołała — wziąć sobie tego kawalera?

— Protestuję! — odezwał się Starski. — Panna Izabela jest całkiem zadowolona ze swego toważysza, a ja z mojej toważyszki...

— Czy tak, Belu?

— Tak, tak! — zawołał Starski.

— Nieh będzie tak... — powtużyła panna Izabela bawiąc się parasolką i patżąc w ziemię.

Pani Wąsowska i Starski znikli na wzgużu, panna Izabela coraz niecierpliwiej bawiła się parasolką. Wokulskiemu pulsa biły w skroniah jak dzwony. Ponieważ milczenie trwało zbyt długo, więc odezwała się panna Izabela:

— Prawie rok temu byliśmy w tym miejscu na wżeśniowej majuwce... Było ze tżydzieści osub z sąsiedztwa... O, tam palono ogień...

— Bawiła się pani lepiej niż dziś?

— Nie. Siedziałam na tym samym pniu i byłam jakaś smutna... Czegoś mi brakło... I co mi się bardzo żadko zdaża, myślałam: co też będzie za rok?...

— Dziwna żecz!... — szepnął Wokulski. — Ja także mniej więcej rok temu mieszkałem z obozem w lesie, ale w Bułgarii... Myślałem: czy za rok żyć będę i...

— I o czym jeszcze?

— O pani.

Panna Izabela niespokojnie poruszyła się i pobladła.

— O mnie?... — spytała. — Alboż pan mnie znał?...

— Tak. Znam panią już parę lat, ale niekiedy zdaje mi się, że znam panią od wiekuw... Czas ogromnie wydłuża się, kiedy o kimś myślimy ciągle, na jawie i we śnie...

Podniosła się z pnia, jakby hcąc uciekać. Wokulski także powstał.

— Nieh pani pżebaczy, jeżeli mimowolnie zrobiłem jej pżykrość. Może, według pani, tacy jak ja nie mają prawa myśleć o pani?... W waszym świecie nawet ten zakaz jest możliwy. Ale ja należę do innego... W moim świecie paproć i meh tak dobże mają prawo patżeć na słońce jak sosny albo... gżyby. Dlatego nieh mi pani wręcz powie: czy wolno mi, czy nie wolno myśleć o pani? Na dziś nie żądam nic innego.

— Ja pana prawie nie znam — szepnęła, widocznie zakłopotana, panna Izabela.

— Ja też dziś nic nie żądam. Pytam się tylko, czy nie uważa pani za obrazę dla siebie tego, że ja myślę o pani, nic — tylko myślę. Znam opinię klasy, wśrud kturej wyhowała się pani, o takih ludziah jak ja i wiem, że to, co muwię w tej hwili, nazwać można zuhwalstwem. Nieh mi więc pani powie wprost: a jeżeli aż taka istnieje między nami rużnica, nie będę się już dłużej starał o względy pani... Wyjadę dziś lub jutro bez cienia pretensji, owszem, zupełnie wyleczony.

— Każdy człowiek ma prawo myśleć... — odparła panna Izabela, coraz mocniej zmieszana.

— Dziękuję pani. Tym słuwkiem dała mi pani poznać, że w jej pżekonaniu nie stoję niżej od panuw Starskich, marszałkuw i im podobnyh... Rozumiem, że nawet w tyh warunkah mogę jeszcze nie zyskać sympatii pani... Do tego bardzo daleko... Ale wiem pżynajmniej, że już mam ludzkie prawa i że pani będzie od tej pory sądzić moje czyny, nie tytuły, kturyh nie posiadam.

— Jest pan pżecie szlahcicem, a muwi prezesowa, że tak dobrym, jak Starscy, a nawet Zasławscy...

— Owszem, jeżeli pani życzy sobie, jestem szlahcicem, nawet lepszym od niejednego z tyh, jakih spotykałem w salonah. Na moje nieszczęście, wobec pani, jestem także i kupcem.

— No, kupcem można być i można nie być, to zależy od pana... — odparła już śmielej panna Izabela.

Wokulski zamyślił się.

W tej hwili w lesie poczęto hukać i zwoływać się, a w parę minut puźniej całe toważystwo ze sługami, koszami i rydzami znalazło się na polance.

— Wracajmy do domu — żekła pani Wąsowska — bo mnie te rydze znudziły i czas na obiad.

Kilka dni następnyh upłynęły Wokulskiemu w sposub dziwny; gdyby go zapytano: czym były dla niego? zapewne odpowiedziałby, że snem szczęścia, jedną z tyh epok w życiu, dla kturyh, może być, natura powołała na świat człowieka.

Obojętny widz może nazwałby takie dnie jednostajnymi, a nawet nudnymi. Ochocki sposępniał i od rana do wieczora albo kleił, albo puszczał oryginalnej formy latawce. Pani Wąsowska z panną Felicją czytały albo zajmowały się szyciem ornatu dla miejscowego proboszcza. Starski z prezesową i baronem grali w karty.

I tym sposobem Wokulski i panna Izabela nie tylko byli zupełnie osamotnieni, ale jeszcze musieli być ciągle razem.

Hodzili po parku, czasem w pole, siedzieli pod wiekową lipą na podwużu, ale najczęściej pływali po stawie. On wiosłował, ona od czasu do czasu żucała okruhy ciastek łabędziom, kture ciho sunęły za nimi. Niejeden podrużny zatżymywał się na gościńcu za stawem i zdziwiony pżypatrywał się niezwykłej grupie, kturą twożyły: biała łudka z siedzącą w niej parą i dwa białe łabędzie ze skżydłami podniesionymi jak żagle.

Puźniej Wokulski nie umiał nawet pżypomnieć sobie, o czym muwili w podobnyh hwilah. Najczęściej milczeli. Raz zapytała go: dlaczego ślimaki pływają pod powieżhnią wody? drugi raz — dlaczego obłoki mają tak rozmaitą barwę? Tłomaczył jej i wuwczas zdawało mu się, że całą naturę od ziemi do nieba ogarnia w jednym uścisku i składa jej pod nogi.

Pewnego dnia pżyszło mu na myśl, że gdyby kazała mu żucić się w wodę i umżeć, umarłby błogosławiąc ją.

Podczas tyh wodnyh pżejażdżek, a także podczas spaceruw w parku i zawsze, gdy byli razem, czuł jakiś niezmierny spokuj, jakby cała dusza jego i cała ziemia od wshodnih do zahodnih kresuw napełniona była ciszą, wśrud kturej nawet turkot wozu, szczekanie psa albo szelest gałęzi wypowiadały się w cudownie pięknyh melodiah. Zdawało mu się, że już nie hodzi, lecz pływa w oceanie mistycznego odużenia, że już nie myśli, nie czuje, nie pragnie, tylko koha. Godziny umykały gdzieś jak błyskawice zapalające się i gasnące na dalekim nieboskłonie. Dopiero był ranek — już południe — już wieczur i — noc pełna pżebudzeń i westhnień. Niekiedy myślał, że dobę podzielono na dwa nieruwne okresy czasu: dzień krutszy od mgnienia powiek i noc długą jak wieczność dusz potępionyh.

Pewnego dnia wezwała go do siebie prezesowa.

— Siadajże, panie Stanisławie — żekła — cuż, dobże się u mnie bawisz?

Drgnął jak człowiek pżebudzony.

— Ja?... — spytał.

— Nudziłżebyś się?

— Za rok takih nuduw oddałbym życie.

Staruszka potżąsnęła głową.

— Tak czasem się zdaje — odpowiedziała. — Nie wiem, kto tam napisał, że człowiek jest wtedy najszczęśliwszy, kiedy dokoła siebie widzi to, co nosi w sobie samym... Ale ja muwię, że mniejsza, dlaczego jest szczęśliwy, byle nim był... Wybaczysz mi, jeżeli cię obudzę?...

— Słuham panią — odparł, mimo woli blednąc.

Prezesowa wciąż pżypatrywała mu się i z lekka hwiała głową.

— No, pżecie nie myśl, że obudzę cię złymi wiadomościami. Zbudzę cię w zwykły sposub. Myślałżeś co o tej cukrowni, kturą mi tu radzą budować?...

— Jeszcze nie...

— Nic pilnego. Ale o stryju zupełnie już zapomniałeś. A on, biedak, leży niedaleko stąd, o tży mile, w Zasławiu... Może byście tam jutro pojehali. Okolica ładna, są ruiny zamku... Moglibyście bardzo pżyjemnie czas pżepędzić i zrobić coś z tym kamieniem nagrobnym.

Wiesz co — dodała staruszka wzdyhając — namyśliłam się... Nie tżeba rozbijać kamienia pod zamkiem. Zostaw go tam i tylko każ wyryć na nim te wiersze: „Na każdym miejscu i o każdej dobie...” Znasz to?...

— O tak, znam...

— Pod zamkiem więcej bywa ludzi niż na cmentażu, prędzej pżeczytają i może zamyślą się nad ostatecznym kresem wszystkiego na tym świecie, nawet miłości...

Wokulski wyszedł od prezesowej silnie rozstrojony. „Co znaczy jej rozmowa?...” — pomyślał. Na szczęście, spotkał pannę Izabelę idącą w stronę stawu i zapomniał o wszystkim.

Na drugi dzień istotnie całe toważystwo pojehało do Zasławia. Mijali lasy, zielone pagurki, wąwozy z żułtymi ścianami. Okolica była piękna, jeszcze piękniejsza pogoda, ale Wokulski nie uważał na nic, zatopiony w smutnyh myślah... Już nie był sam z panną Izabelą, jak wczoraj jeszcze; nawet nie siedział w breku blisko niej, tylko napżeciw panny Felicji, a nade wszystko... Ale to już mu się tylko zdawało i nawet śmiał się w duszy ze swyh pżywidzeń. Zdawało mu się, że Starski w jakiś dziwny sposub spojżał na pannę Izabelę i że ją oblał rumieniec.

„Ah, głupstwo — muwił do siebie — po cuż miałaby mnie oszukiwać!... Ona mnie, ktury pżecie nie jestem nawet jej nażeczonym.”

Otżąsnął się ze swyh pżywidzeń i tylko było mu trohę pżykro, że Starski siedzi obok panny Izabeli. Ale tylko trohę...

„No, pżecież nie zabronię jej — myślał — siadać, pży kim zehce. I nie zniżę się do zazdrości, ktura bądź jak bądź jest podłym uczuciem, a najczęściej gruntuje się na pozorah... Zresztą, gdyby hcieli wymieniać ze Starskim tkliwe spojżenia, nie robiliby tego tak jawnie. Szaleniec jestem...”

W parę godzin znaleźli się na miejscu.

Zasław, niegdyś miasteczko, dziś liha osada, stoi w nizinie otoczonej mokrymi łąkami. Oprucz kościoła i dawnego ratusza wszystkie budowle są parterowe, drewniane i stare. Na środku rynku, a raczej placu pełnego ostuw i jam, wznosi się piętrowa kupa śmieci i studnia pod dziurawym dahem opartym na cztereh zgniłyh słupah.

Z powodu szabasu rynek był pusty, a wszystkie kramiki zamknięte.

Dopiero o wiorstę za miastem, w południowej stronie, leżała grupa wzguż. Na jednym stały ruiny zamku, składające się z dwu wież sześciokątnyh, gdzie ze szczytuw i okien zwieszały się bujne zielska; na drugim rosła kępa staryh dębuw.

Gdy podrużni zatżymali się w rynku, Wokulski wysiadł, ażeby zobaczyć się z proboszczem, Starski zaś objął komendę.

— Więc my — żekł — jedziemy brekiem do tyh dębuw i tam zjemy, co Bóg dał, a kuhaże pżygotowali. Następnie brek wruci się tu po pana Wokulskiego...

— Dziękuję — odparł Wokulski. — Nie wiem, jak długo zabawię, i wolę iść piehotą. Zresztą muszę jeszcze wstąpić do ruin...

— I ja z panem — odezwała się panna Izabela. — Hcę zobaczyć ulubiony kamień prezesowej... — dodała pułgłosem. — Proszę mi dać znać, jak pan tam będzie.

Brek odjehał, Wokulski wstąpił na plebanię i w ciągu kwadransa skończył interes. Proboszcz oświadczył mu, że nikt w mieście nie będzie miał pretensji, jeżeli na kamieniu zamkowym znajdzie się jaki napis, byle nie niepżyzwoity i nie bezbożny... Dowiedziawszy się zaś, że hodzi o pamiątkę po nieboszczyku kapitanie Wokulskim, kturego znał osobiście, proboszcz obiecał zająć się ułatwieniem tej sprawy.

— Jest tu — żekł — niejaki Węgiełek, sprytny hultaj, trohę kowal, trohę stolaż, więc może on potrafi wyżeźbić na kamieniu, co potżeba. Zaraz ja po niego poszlę.

W ciągu następnego kwadransa zjawił się i Węgiełek, hłopak dwudziestokilkoletni, z fizjognomią wesołą i inteligentną. Dowiedziawszy się od księżego sługi, że można coś zarobić, ubrał się w szaraczkowy surdut z krutkim stanem i połami do ziemi i obficie wytarł sobie włosy słoniną.

Ponieważ Wokulskiemu było pilno, więc pożegnał proboszcza i poszedł z Węgiełkiem w stronę ruin.

Gdy znaleźli się za nieczynną dziś rogatką osady, Wokulski zapytał hłopaka:

— Dobże umiesz pisać, muj bracie?

— Oj, oj!... Pżecie mi nieraz ze sądu dawali do pżepisywania, hoć nie mam lekkiej ręki. A te wiersze, co pan ekonom z Otrocza pisywał do leśniczanki, to wszystko moja robota. On tyle, że kupował papier i jeszcze mi do tej pory nie dopłacił czterdzieści groszy za pisanie. A o zakręty to tak się dopominał...

— I na kamieniu potrafisz pisać?

— Niby wklęsło, nie wypukło?... Co nie mam potrafić. Podjąłbym się pisania nawet na żelazie, a hoćby na szkle i literami, jakimi hcąc: pisanymi, drukowanymi, niemieckimi, żydowskimi... Pżecie ja tu, nie hwaląc się, wszystkie szyldy malowałem w mieście.

— I tego krakowiaka, co wisi nad szynkiem?

— A jużci.

— A gdzieżeś ty widział takiego krakowiaka?

— U pana Zwolskiego jest furman, co się nosi z krakowska, wiecem se go obejżał.

— I widziałeś, że ma obie nogi na lewym boku?

— Proszę łaski pana, ludzie z prowincji nie patżą na nogi, ino na butelkę. Jak dojży butelkę i kieliszek, to już nie hybi, ale trafi prosto do Szmula.

Wokulskiemu coraz więcej podobał się rezolutny hłopak.

— Nie ożeniłeś się jeszcze? — zapytał go.

— Nie. Z taką, co hodzi w hustce, to ja się nie ożenię, a kapeluszowa mnie by nie hciała.

— I cuż tu robisz, kiedy nie ma szylduw do malowania?

— O tak, panie: trohę to, trohę owo, a razem nic. Dawniej robiłem stolarszczyznę i nie mogłem nadążyć. Za jakie parę lat odłożyłbym z tysiąc rubli. Ale spaliłem się tamtego roku i już nie mogę pżyjść do siebie. Dżewo, warsztaty, wszystko poszło na węgiel, a muwię łasce pana, był taki ogień, że najtwardsze pilniki stopiły się jak smoła. Kiedym spojżał na pogożel, tom ino plunął ze złości, ale dziś nawet mi szkoda tej śliny...

— Odbudowałeś się? Masz warsztat?

— Ehe! panie... Odbudowałem w ogrodzie hałupę jak barak, żeby matka miała gdzie gotować, ale warsztaty... Toż by na to, panie, tżeba z pięćset rubli gotowego grosza, słowo honoru daję, jak mi Bóg miły... Ileż to pżecie lat ojciec nieboszczyk harował, nim postawił dom i zebrał naczynie.

Zbliżali się do ruin. Wokulski rozmyślał.

— Słuhaj, Węgiełek — żekł nagle — podobasz mi się. Będę w tej okolicy — dodał, ciho wzdyhając — będę jeszcze z tydzień... A jeżeli wyżeźbisz mi dobże napis, wezmę cię do Warszawy na jakiś czas... Tam pżekonam się, co jesteś wart, i... może odnajdą się twoje warsztaty.

Hłopak pohylał głowę na prawo i na lewo, pżypatrując się Wokulskiemu. Nagle pżyszło mu na myśl, że musi to być bardzo bogaty pan, a może nawet z takih panuw, kturyh niekiedy Bóg zsyła, ażeby opiekowali się ludźmi biednymi i — zdjął czapkę.

— Cużeś stanął? Nakryj głowę... — żekł Wokulski.

— Pżepraszam pana... może ja co złego powiedziałem?... Ale u nas, panie, to tacy panowie nie bywają... Podobno bywali dawnymi czasy... Nawet ojciec nieboszczyk gadał, że sam widział takiego pana, co wziął z Zasławia sierotę i zrobił z niej wielką panią, a jegomości zostawił tyle pieniędzy, że z nih wybudowali nową dzwonnicę...

Wokulski uśmiehał się patżąc na zakłopotaną minę hłopaka i z dziwnym uczuciem myślał, że za swuj jednoroczny dohud mugłby uszczęśliwić stu kilkudziesięciu takih jak ten oto...

„Pieniądz naprawdę jest wielką potęgą, tylko tżeba go umieć użyć...”

Byli już pod gurą zamkową, kiedy z sąsiedniej odezwał się głos panny Felicji:

— Panie Wokulski, my tu jesteśmy!...

Wokulski podniusł oczy i zobaczył między dębami wesoły ogień, dokoła kturego siedziało zasławskie toważystwo. O kilkanaście krokuw z boku hłopak kredensowy i pokojuwka nastawiali samowar.

— Nieh pan zaczeka, idę do pana! — zawołała panna Izabela podnosząc się z dywanu.

Starski podskoczył do niej.

— Sprowadzę kuzynkę — żekł.

— O, dziękuję, sama zejdę — odpowiedziała panna Izabela cofając się. Potem zaczęła iść ze stromej ściany z taką swobodą i wdziękiem, jakby to była ulica w parku.

„Podły jestem z moimi posądzeniami!” — szepnął Wokulski.

W tej hwili pżywidziało mu się, że jakiś tajemniczy głos każe mu robić wybur między tysiącami takih jak Węgiełek, ktuży potżebują pomocy, i jedną kobietą, ktura shodziła tam z gury.

„Już zrobiłem wybur!...” — pomyślał Wokulski.

— Ale do zamku nie wejdę sama, musi mi pan podać rękę — żekła panna Izabela stanąwszy pży Wokulskim.

— Może państwo pozwolą lżejszą drogą — odezwał się Węgiełek.

— Prowadź!

Okrążyli gurę i poczęli wspinać się na jej szczyt łożyskiem wyshłego potoku.

— Jaki dziwny kolor tyh kamieni — odezwała się panna Izabela patżąc na kawały wapienia poplamionego brunatnymi piętnami.

— Ruda żelazna — odparł Wokulski.

— O nie — wtrącił Węgiełek — to nie ruda, to krew...

Panna Izabela cofnęła się.

— Krew?... — powtużyła.

Stanęli na szczycie wzguża, zasłonięci od reszty toważystwa walącym się murem. Z tego miejsca widać było dziedziniec zamkowy zarośnięty cierniem i berberysem. Pod jedną z wież stał oparty o jej ścianę olbżymi granit.

— Oto jest kamień — żekł Wokulski.

— Ah, ten... Ciekawam, jak go tu wnieśli?... Muj człowieku, co muwiliście o krwi? — spytała panna Izabela Węgiełka.

— To dawna historia — odparł Węgiełek — jeszcze mi ją dziaduś opowiadał... Wreszcie tu wszyscy o niej wiedzą.

— Opowiedzcie ją — nalegała panna Izabela. — Między ruinami bardzo lubię słuhać legend. Nad Renem pełno tego...

Weszła na dziedziniec, ostrożnie wymijając cierniste kżaki, i usiadła na kamieniu.

— Opowiedzcie historię o tej krwi...

Węgiełek wcale nie zmieszał się tą propozycją; owszem, uśmiehnął się i zaczął:

— W dawnyh czasah, kiedy jeszcze muj dziaduś łapał ptaki między dębami, po tyh kamieniah, cośmy nimi szli, płynęła woda. Teraz ona pokazuje się tylko na wiosnę albo po wielkim deszczu, ale za małości dziadusia szła pżez cały rok. I był strumień w tym miejscu.

Na dnie potoku, jeszcze za małości dziadusia, leżał jeden spory kamień, jakby nim kto dziurę zatykał. W żeczy samej była tam dziura, właśnie nawet okno do podziemiuw, gdzie są zahowane wielkie skarby, jakih by na całym świecie nie znalazł. A między tymi majątkami, na szczerozłotym łużku, śpi panna, może nawet jaka hrabini, bardzo śliczności i bogato odziana. Muwią, że za to samo, co ona ma we włosah, kupiłby wszystkie dobra od Zasławia do Otrocza.

Ta zaś panna śpi pżez taki interes, że jej ktoś wbił złotą szpilkę w głowę, może ze zbytkuw, a może i z nienawiści; Bóg ih tam wie. Tak śpi i nie ocknie się, dopuki jej kto szpilki z głowy nie wyciągnie i potem się z nią nie ożeni. Ale to żecz ciężka i nawet niebezpieczna, bo tam w podziemiah pilnują skarbuw i samej panny rużne straszydła. A jakie one są, to wiem dobże, bo puki mi się dom nie spalił, howałem taki jeden ząb jak pięść, ktury ząb dziaduś znalazł w tym miejscu (sprawiedliwie muwię i nic nie kłamę). A jeżeli jeden ząb był jak pięść (widziałem go pżecie i miałem w rękah pżez długie czasy), to już łeb musiał być jak piec, a cała osoba hyba jak stodoła... Więc borykać się z takim było trudno i jeszcze nie z jednym, ale z wieloma. Dlatego najśmielszy człowiek, hoćby mu się i jak spodobała panna, a jeszcze lepiej jej majętności, wejść do podziemiuw nie miał odwagi, ażeby go co nie ujadło...

O tej pannie i o tyh majątkah — prawił dalej Węgiełek — wiedzieli ludzie od dawna; takim sposobem, że dwa razy do roku, na Wielkanoc i na święty Jan, usuwał się kamień, co leżał na dnie potoku, i jeżeli kto stał wtedy nad wodą, mugł zajżeć do othłani i widzieć tamtejsze dziwy.

Jednej Wielkanocy (dziadusia jeszcze wtedy nie było na świecie) pżyszedł tu do zamku młody kowal z Zasławia. Stanął nad potokiem i myśli: „Nie mogłyby się to mnie pokazać skarby?... Zaraz bym wlazł do nih, hoćby pżez najciaśniejszą dziurę, naładowałbym kieszenie i już nie potżebowałbym dymać miehem.” Ledwie tak pomyślał, aż naraz — usuwa się kamień, a muj ci kowal widzi wory pieniędzy, misy ze szczerego złota i tyle drogiej odzieży jak na jarmarku...

Ale najpierw wpadła mu pżed oczy śpiąca panna, taka, muwił dziaduś, śliczna, że kowal stanął słupem. Spała se i tylko jej łzy płynęły, a co ktura upadła, czy na jej koszulę, czy na łużko, czy na podłogę, zaraz zamieniała się w klejnot. Spała i wzdyhała z bulu od szpilki; a co westhnęła, to na dżewah nad potokiem zaszelepały liście z żalu nad jej strapieniem.

Już kowal hciał wejść do podziemiuw; ale że czas pżeszedł, więc znowu kamień zamknął się, aż zabulgotało w potoku.

Od tego dnia muj kowal nie mugł sobie miejsca znaleźć na świecie. Robota leciała mu z ręki. Gdzie nie spojżał, widział ino potok jak szybę, a za nią pannę, kturej łzy płynęły. Aż pomizerniał, bo go coś ciągle tżymało za serce rozpalonymi obcęgami. Zwyczajnie zamroczyło go.

Kiedy już całkiem nie mugł wytżymać z tęskności, poszedł do jednej baby, co znała się na ziołah, dał jej srebrnego rubla i spytał o radę.

— Ano — muwi baba — nie ma tu inszej rady, tylo musisz doczekać świętego Jana i kiedy się kamień odłoży, musisz leźć w othłań. Byleś pannie wyjął szpilkę z głowy, obudzi się, ożenisz się z nią i będziesz wielki pan, jakiego świat nie widział. Tylko wtedy o mnie nie zapomnij, że ci dobże poradziłam. I to se spamiętaj: kiedy cię strahy otoczą, a zaczniesz się bać, zaraz pżeżegnaj się i umykaj w imię boskie... Cała sztuka w tym, żebyś się nie zląkł; złe nie ima się nie bojącego człowieka.

— A powiedzcież mi — muwił kowal — jak poznać, że człowieka strah zdejmuje?...

— Takiś ty?... — muwiła baba. — No, to już idź do othłani, a jak wrucisz, o mnie pamiętaj.

Dwa miesiące hodził kowal po potoku, a na tydzień pżed świętym Janem wcale się stąd nie ruszył, tylko czekał. I doczekał. W samo południe kamień odsunął się, a muj kowal z siekierą w garści skoczył w jamę.

Co się tam — muwił dziaduś — koło niego nie działo, włosy na głowie stają. Otoczyły go pżecie takie poczwary, że inny umarłby od samego ih wejżenia. Były — muwił dziaduś — niedopyże wielkie jak psy, ale ino wahlowały nad nim skżydliskami. To zastąpiła mu drogę ropuha, duża jak ot ten kamień, to wąż zaplątał mu się między nogi, a kiedy kowal ciapnął go, wąż zaczął płakać ludzkim głosem. Były wilki takie na niego zajadłe, że co im piana padła z pyska, to buhnęła płomieniem, a w opoce wypalała dziury.

Wszystkie te potwory siadały mu na plecah, hwytały go za surdut, za rękawy, ale żaden nie śmiał go skżywdzić. Bo widzieli, że się kowal nie boi, zaś pżed nie bojącym się złe umyka jak cień pżed człowiekiem. „Zginiesz tu, kowalu!...” — wołały strahy, ale on tylko ściskał siekierę w garści i pżepraszam... tak im odpowiadał, że wstyd państwu powtużyć...

Dobrał się nareszcie muj kowal do złotego łużka, gdzie już nawet poczwary nie miały dostępu, ino stanęły wkoło, kłapiący zębami. On zaraz zobaczył w głowie panny złotą szpilkę, szarpnął i wyciągnął ją do połowy...

Aż krew trysnęła... Wtem panna łapie go rękami za surdut i woła z wielkim płaczem:

— Czego mi bul robisz, człowieku!...

Wtedy dopiero kowal się zląkł... Zatżąsł się i ręce mu opadły. Strahom tego tylko było tżeba. Ktury miał największy pysk, skoczył na kowala i tak go kłapnął, że krew trysnęła pżez okno i poplamiła kamienie, co państwo na własne oczy widzieli. Ale pży tym bestia wyłamał sobie ząb duży jak pięść, co go puźniej muj dziaduś znalazł w potoku.

Od tej pory kamień zatkał okno do podziemiuw, że go już nikt znaleźć nie może. Potok wysehł, a panna została w othłani na puł rozbudzona. Płacze teraz już tak głośno, że ją czasem i pastuhy słyszą na łąkah, i będzie płakać wiek wiekuw.

Węgiełek skończył. Panna Izabela spuściła głowę i końcem parasolki rysowała jakieś znaki na gruzah. Wokulski nie śmiał spojżeć na nią.

Po długim milczeniu odezwał się do Węgiełka:

— Ciekawa jest twoja historia... ale powiedz no mi: w jaki sposub zabieżesz się do wycięcia napisu?...

— Kiedy nie wiem, co mam wyciąć?

— Prawda.

Wokulski wydobył noteskę, ołuwek i napisawszy podał hłopcu.

— Tylko cztery wiersze!... — żekł Węgiełek. — Za tży dni, panie, będzie gotowe... Na tym kamieniu można wyciąć bodaj calowe litery... Oj, zapomniałem sznurka, żeby wymieżyć. Zejdę, panie, do furmanuw, to może oni mi dadzą... Zaraz wrucę.

Węgiełek zbiegł ze wzguża. Panna Izabela spojżała na Wokulskiego. Była blada i wzruszona.

— Co to za wiersze?... — spytała wyciągając rękę.

Wokulski podał jej kartkę; zaczęła czytać pułgłosem:

— „Na każdym miejscu i o każdej dobie, gdziem z tobą płakał, gdziem z tobą się bawił, zawsze i wszędzie będę ja pży tobie, bom wszędzie cząstkę mej duszy zostawił...”

Dokończyła szeptem. Usta jej drżały, oczy zaszły łzami. Pżez hwilę mięła kartkę w palcah, potem z wolna odwruciła głowę, i kartka upadła na ziemię...

Wokulski pżykląkł, ażeby podnieść papier. Wtem dotknął sukni panny Izabeli i już nie wiedząc, co robi, shwycił ją za rękę.

— Obudzisz się, ty, moja krulewno... — żekł.

— Nie wiem... może... — odpowiedziała.

— Hop!... hop!... — zawołał z dołu Starski. — a hodźcie już, państwo, bo obiad wystygnie...

Panna Izabela obtarła oczy i prędko opuściła ruinę. Za nią wyszedł Wokulski.

— Cużeście państwo tak długo robili? — pytał ze śmiehem Starski podając rękę pannie Izabeli, ktura pżyjęła ją pośpiesznie.

— Słyszeliśmy nadzwyczajną historię!... — odpowiedziała panna Izabela. — Doprawdy, nigdy nie myślałam, że w tym kraju mogą istnieć podobne legendy i że mogą je w tak zajmujący sposub opowiadać ludzie prości... Cuż nam dasz na obiad, kuzynie? Ah, ten hłopak jest niezruwnany!... Poproście go, ażeby ją wam powtużył...

Wokulskiego nie raziło już to, że panna Izabela idzie ze Starskim pod rękę, że opiera się na nim, a nawet, że go kokietuje. Wzruszenie, kturego był świadkiem, i jedno nic nie znaczące jej słuwko rozproszyło wszystkie jego obawy. Ogarnęło go spokojne zamyślenie, w kturym nie tylko Starski, ale całe toważystwo zniknęło mu spżed oczu.

Pamiętał, że wszedł na gurę pod dęby, że coś jadł z wielkim apetytem, że był wesoły, rozmowny i nawet umizgał się do panny Felicji. Ale o czym muwili?... co on im sam odpowiadał, nie wiedział...

Zahodziło słońce, a na niebie pokazały się hmury, kiedy Starski kazał służbie spżątnąć naczynia, kosze i dywan, a paniom zaproponował powrut.

Siedli do breku w tym samym pożądku co pierwej. Otuliwszy Ewelinę szalami baron pohylił się do Wokulskiego i szepnął z uśmiehem:

— Jeżeli jeszcze jeden dzień będziesz pan w takim humoże jak dzisiaj, pozawracasz głowy wszystkim paniom.

— Ah, tak!... — odparł Wokulski wzruszając ramionami.

Usiadł na końcu breka, napżeciw panny Felicji. Ochocki umieścił się pży furmanie i ruszyli.

Niebo hmużyło się, ciemność zapadała coraz szybciej. Na breku pomimo to było bardzo wesoło, dzięki kłutni pani Wąsowskiej z Ochockim, ktury zapomniał o swyh latawcah i pżełożywszy nogi pżez poręcz kozła, odwrucił się do toważystwa. Nagle, hcąc zapalić papierosa, potarł zapałkę i oświetlił cały brek, najlepiej zaś Starskiego.

W tej hwili Wokulski gwałtownie cofnął się; coś mignęło mu pżed oczyma.

„Głupstwo!... — pomyślał — piłem za wiele...”

Pani Wąsowska parsknęła kruciutkim śmiehem, lecz wnet opanowała się i zaczęła muwić:

— Cuż to za oryginalny sposub siedzenia, panie Ochocki!... Fe, jutro musi pan klęczeć!... Ah, niegodziwiec, ależ on niedługo postawi komu nogi na kolanah... Odwrućże się pan natyhmiast, bo każę furmanowi, ażeby pana zostawił na drodze...

Wokulskiemu zimny pot wystąpił na czoło; ale wzruszył ramionami i myślał: „Pżywidzenia... pżywidzenia!... Co za głupstwo...”

I nadludzkim wysiłkiem woli odegnał w końcu pżywidzenia. Znowu odzyskał humor i bardzo wesoło począł rozmawiać z panią Wąsowską.

Gdy zaś wrucili do Zasławka puźno w nocy, spał jak zabity i nawet śniło mu się coś zabawnego.

Nazajutż, gdy pżed śniadaniem wyszedł Wokulski na spacer, pierwszą osobą, kturą spotkał na dziedzińcu, była pokojuwka panny Izabeli; niosła kilka sukien, a za nią hłopak dźwigał kufer.

„Cuż to jest?... — pomyślał. — Dziś niedziela, więc hyba nie wyjedzie... Nie może wyjehać w niedzielę... Zresztą wspomniałaby mi coś o tym ona lub prezesowa...”

Poszedł nad staw, obleciał park wokoło, jakby hcąc zgubić w drodze złe pżeczucia. Na prużno. Uczepiła go się myśl, że panna Izabela może wyjehać. Tłumił ją i pżytłumił o tyle, że już nie rysowała mu się jasno, tylko gdzieś na dnie serca drażniła go nieznacznie.

Pży śniadaniu zdawało mu się, że prezesowa pżywitała go czulej niż zwykle, że wszyscy zahowują się uroczyściej, że panna Felicja wpatruje się w niego uporczywie i jakby z wyżutem. Po śniadaniu znowu pżywidziało mu się, że prezesowa dała jakiś znak pani Wąsowskiej.

„Oczywiście jestem hory” — myślał.

Wnet jednak ozdrowiał, gdy panna Izabela oświadczyła, że hce pżejść się po parku.

— Ma kto z państwa ohotę iść ze mną? — spytała.

Wokulski zerwał się z kżesła, inni siedzieli. Więc znalazł się sam z panną Izabelą w ogrodzie i znowu powrucił mu ten spokuj, jaki miał zawsze w jej obecności.

W połowie alei odezwała się panna Izabela:

— Bardzo mi żal będzie Zasławka...

„Żal?...” — pomyślał Wokulski, a ona prędko muwiła dalej:

— Muszę już jehać. Ciocia pisała jeszcze we środę, ażeby wracać, ale prezesowa nie pokazała mi listu, zatżymała mnie. Dopiero kiedy wczoraj pżybył umyślny posłaniec...

— Jedzie pani jutro?... — spytał Wokulski.

— Dziś po drugim śniadaniu... — odpowiedziała spuszczając głowę.

— Dziś!... — powtużył.

Właśnie pżehodzili mimo sztahet, za kturymi na dziedzińcu folwarcznym stał powuz, ten sam, kturym pżyjehała panna Izabela. Nawet około dyszla furman układał zapżęgi. Ale na Wokulskim ani wiadomość, ani pżygotowania do wyjazdu nie zrobiły tym razem wrażenia.

„No cuż — myślał — kto pżyjehał, musi odjehać... Żecz całkiem naturalna...”

Nawet dziwił go ten spokuj.

Pżeszli jeszcze kilkanaście krokuw pod zwieszającymi się gałęźmi i nagle — opanowała go straszna rozpacz. Zdawało mu się, że gdyby w tej hwili zajehał powuz po pannę Izabelę, on żuciłby się pod koła i nie pozwoliłby jej jehać. Niehby go roztratowali i niehby już raz pżestał cierpieć.

Wnet jednak pżyszła nowa fala spokoju i Wokulski znowu dziwił się, skąd mu się biorą takie żakowskie myśli. Pżecież panna Izabela ma prawo jehać, kiedy hce, gdzie hce i z kim jej się podoba...

— Długo pani jeszcze zabawi na wsi? — spytał.

— Najwyżej miesiąc.

— Miesiąc!... — powtużył. — Czy pżynajmniej wolno mi będzie po tym miesiącu odwiedzać państwa?...

— O tak, bardzo prosimy... — odparła. — Muj ojciec jest wielkim pżyjacielem pana.

— A pani?

Zarumieniła się i milczała.

— Nie odpowiada pani... — żekł Wokulski. — Nie domyśla się pani nawet, jak jest mi drogie każde jej słowo, kturyh tak mało słyszałem... I oto dziś odjeżdża pani nie zostawiając mi nawet cienia nadziei...

— Może czas to zrobi — szepnęła.

— Bodajby zrobił! — W każdym razie coś pani powiem. Widzi pani, w życiu można spotkać ludzi weselszyh ode mnie, eleganckih, z tytułami, nawet z majątkiem większym niż muj... Ale pżywiązania, jak moje, hyba pani nie znajdzie. Bo jeżeli miłość mieży się wielkością cierpień, takiej jak moja może jeszcze nie było na świecie.

I nie mam nawet prawa skarżyć się o to na kogokolwiek. Los to robi. Jakimiż bo on dziwnymi drogami prowadził mnie do pani! Ile klęsk musiało spaść na oguł, zanim ja, ubogi hłopak, mogłem zdobyć ukształcenie, kture mi dziś pozwala muwić z panią. Jaki traf pophnął mnie do teatru, gdzie pierwszy raz zobaczyłem panią. A na majątek, ktury posiadam, czy może nie złożył się szereg cuduw?...

Kiedy dziś myślę o tyh żeczah, zdaje mi się, że jeszcze pżed urodzeniem naznaczone mi było zejść się z panią. Gdyby muj biedny stryj nie kohał się za młodu i nie umarł osamotniony, ja dziś nie znajdowałbym się w tym miejscu. I nie jestże to dziwne, że ja sam, zamiast bawić się kobietami, jak robią inni, unikałem ih dotyhczas i prawie świadomie czekałem na jedną, na panią...

Panna Izabela nieznacznie otarła łzę... Wokulski nie patżąc na nią muwił:

— Nie dalej jak teraz, kiedy byłem w Paryżu, miałem pżed sobą dwie drogi. Jedna prowadzi do wielkiego wynalazku, ktury może zmieni dzieje świata, druga do pani. Wyżekłem się tamtej, bo mnie tu pżykuwa niewidzialny łańcuh: nadzieja, że mnie pani pokoha. Jeżeli to jest możliwym, wolę szczęście z panią od największej sławy bez pani; bo sława to liczman, za ktury własne szczęście poświęcamy dla innyh. Ale jeżeli się łudzę, tylko pani może zdjąć ze mnie to zaklęcie. Powiedz, że nie masz i nie będziesz miała nic dla mnie i... Wrucę tam, gdzie może od razu powinienem był zostać.

— Czy tak?... — dodał biorąc ją za rękę.

Nie odpowiedziała nic...

— Więc zostaję... — żekł po hwili. — Będę cierpliwym, a pani sama da mi znak, że spełniły się moje nadzieje.

Wrucili do pałacu. Panna Izabela była trohę zmieniona, ale rozmawiała ze wszystkimi wesoło. Wokulskiemu znowu powrucił spokuj. Nie rozpaczał już, że panna Izabela odjeżdża; powiedział sobie, że zobaczy ją za miesiąc, i to mu obecnie wystarczało.

Po śniadaniu zajehał powuz; zaczęto się żegnać. Na ganku panna Izabela szepnęła do pani Wąsowskiej:

— Mogłabyś też, Kaziu, już nie dręczyć tego biedaka...

— Koguż to?

— Twego imiennika.

— Ah, Starskiego... Zobaczymy.

Panna Izabela podała rękę Wokulskiemu.

— Do widzenia! — szepnęła z akcentem w głosie.

Odjehała. Całe toważystwo stało w ganku patżąc na powuz, ktury z początku oddalał się, potem skręcił za stawem, znikł za pagurkiem, znowu ukazał się i nareszcie został po nim tylko tuman żułtego kużu.

— Bardzo piękny dzień — żekł Wokulski.

— O, bardzo ładny — odparł Starski.

Pani Wąsowska spod spuszczonyh brwi pżypatrywała się Wokulskiemu.

Powoli rozeszli się wszyscy. Wokulski został sam. Wstąpił do swego pokoju, lecz wydał mu się bardzo pusty; potem hciał iść do parku, ale coś go stamtąd odephnęło... Potem pżywidziało mu się, że panna Izabela jeszcze musi być w pałacu, i w żaden sposub nie mugł zrozumieć, że wyjehała, że jest już o milę od Zasławka i że każda sekunda oddala ją od niego.

„A jednak wyjehała! — szepnął. — Wyjehała, więc i cuż?...”

Poszedł nad staw i pżypatrywał się białej łudce, dokoła kturej błyszczała woda, aż oczy bolały. Nagle jeden z łabędzi, pływającyh pży tamtym bżegu, spostżegł go i rozpuściwszy skżydła, z szelestem pżyleciał do czułna.

I dopiero w tej hwili shwycił Wokulskiego taki smutek, taki niezmierny, niezgruntowany smutek, jak gdyby już miał rozstać się z życiem...

Zatopiony we własnej goryczy, Wokulski nie bardzo uważał, co się dokoła niego dzieje. Mimo to nad wieczorem spostżegł, że toważystwo zasławskie po powrocie z parku jest skwaszone. Panna Felicja zamknęła się z panną Eweliną w jej pokoju, baron był rozdrażniony, a Starski ironiczny i zuhwały.

Po obiedzie wezwała Wokulskiego do siebie prezesowa. Na staruszce ruwnież było znać ślady irytacji, kturą starała się opanować.

— Myślałżeś co, panie Stanisławie, o tej cukrowni? — żekła wąhając swuj flakonik, co było znakiem wzruszenia. — Pomyśl o tym, proszę cię, i pogadaj ze mną, bo już mi zbżydły te komeraże...

— Ma pani jakie zmartwienie? — spytał Wokulski.

Mahnęła ręką.

— Eh! zmartwienie... Hciałabym tylko, ażeby albo skojażył się ten mariaż Eweliny z baronem, albo żeby się zerwał... Albo niehaj sobie jadą ode mnie oni oboje czy Starski... Wszystko jedno...

Wokulski spuścił głowę i milczał zgadując, że umizgi Starskiego do nażeczonej barona musiały już pżybrać bardziej widoczne formy. Lecz cuż jego to obhodziło?

— Głupiutkie są te panny — zaczęła po hwili prezesowa. — Im się zdaje, że jak złapie ktura bogatego męża, a poza nim pżystojnego kohanka, to już wypełni sobie życie... Głupiutkie. Ani wiedzą, że wnet spżykży się stary mąż i pusty kohanek i że prędzej czy puźniej każda zehce poznać prawdziwego człowieka. A jeżeli się taki trafi, na jej nieszczęście, co ona mu da?... Czy wdzięki, kture spżedała, czy serce zaszargane z takimi oto Starskimi?...

I pomyśleć, że prawie każda z nih musi pżejść podobną szkołę, zanim pozna ludzi. Pżedtem, hoćby się jej trafiał najszlahetniejszy, nie oceni go. Wybieże starego bogacza albo śmiałego hultaja, w ih toważystwie zmarnuje życie, a dopiero kiedyś hce się odrodzić... Zwykle za puźno i na prużno!...

Co mnie jednak dziwi najmocniej — prawiła — to okoliczność, że na podobnyh lalkah nie poznają się mężczyźni. Dla żadnej kobiety, począwszy od Wąsowskiej, kończąc na mojej pokojuwce, nie jest to sekret, że w Ewelinie nie zbudził się jeszcze ani rozum, ani serce; wszystko w niej śpi... A tymczasem baron widzi w niej bustwo i duży się, biedak, że ona go koha!

— Dlaczeguż go pani nie ostżeże? — odezwał się Wokulski stłumionym głosem.

— Dajże spokuj, to się na nic nie zda... Czy ja mu raz dawałam do zrozumienia, że Ewelina dziś jest tylko zepsute dziecko i lalka? Może kiedyś coś z niej wyrośnie, ale w tej hwili!... akurat Starski dla niej dobry.

— Cuż — dodała po pżerwie — pomyślisz o tej cukrowni?... Każ sobie jutro osiodłać konia, pżejedź się po polah sam, a jeszcze lepiej z Wąsowską... To kobieta dużo warta, muwię ci...

Wokulski opuścił prezesowę pżerażony.

„Co ona muwi — myślał — o baronie i Ewelinie?... Czy po prostu nie ostżega mnie?... Starski bodajże umizga się nie tylko do panny Eweliny. Co to było tam w breku?... Ah, wolałbym w łeb sobie palnąć...”

Wnet jednak opamiętał się.

„W breku — myślał — było albo pżywidzenie, albo fakt. Jeżeli pżywidzenie, w takim razie kżywdziłbym niewinną, a jeżeli fakt... No, to pżecież nie będę rywalem tego uwodziciela z operetek i nie poświęcę życia dla kobiety pżewrotnej. Wolno jej romansować, z kim hce, ale nie wolno oszukiwać człowieka, kturego jedynym występkiem jest, że ją koha... Tżeba wyjeżdżać z tej Kapui i wziąć się do roboty. W laboratorium Geista lepiej zapełnię życie aniżeli w salonah...”

Około dziesiątej wieczur wszedł do jego pokoju baron strasznie zmieniony. Z początku śmiał się i dowcipkował, następnie zadyszany upadł na kżesło, a po hwili żekł:

— Uważa pan, szanowny panie Wokulski, ja czasami myślę, nie z własnego doświadczenia, bo moja nażeczona jest najszlahetniejszą kobietą... ale czasami myślę, że kobiety to nas niekiedy zwodzą...

— Tak, niekiedy...

— Może nie jest to ih wina — muwił baron — tżeba jednak pżyznać, że niekiedy pozwalają bałamucić się zręcznym intrygantom...

— O, pozwalają.

Baron drżał tak, że hwilami zęby mu szczękały.

— Nie sądzisz pan — zapytał po namyśle — że jednak należałoby temu zapobiec?...

— W jaki sposub?...

— Hoćby usuwając kobietę od stosunkuw z intrygantami...

Wokulski głośno roześmiał się...

— Można kobietę uwolnić od intrygantuw, ale czy podobna uwolnić ją od jej własnyh instynktuw?... Co pan poradzisz, jeżeli ten, ktury w pańskih oczah jest tylko bałamutem czy intrygantem, dla niej jest — samcem tego co ona gatunku?...

Stopniowo opanowywał go wściekły gniew. Hodził po pokoju i muwił:

— Jaka walka jest możliwą z prawem natury, według kturego suka, hoćby najlepszej rasy, nie pujdzie za lwem, ale za psem? Postaw jej pan całą menażerię najszlahetniejszyh zwieżąt, a ona wyżeknie się jej dla kilku psuw... I trudno się temu dziwić, gdyż one stanowią jej gatunek.

— Więc według pana nie ma rady? — spytał baron.

— Dziś żadnej, a kiedyś będzie jedna: szczerość w ludzkih stosunkah i wolny wybur. Gdy kobieta nie będzie potżebowała udawać miłości ani kokietować wszystkih, wuwczas od razu odsunie tyh, ktuży jej nie są mili, i pujdzie za tym, ktury jej pżypada do gustu. Wuwczas nie będzie oszukiwanyh ani oszukującyh, stosunki upożądkują się w sposub naturalny.

Po odejściu barona Wokulski położył się. Nie spał całą noc, ale wrucił do ruwnowagi.

„Co ja mam za pretensje do panny Izabeli? — myślał. — Pżecie nie muwiła, że mnie koha; dała mi ledwie cień nadziei, że to może kiedyś nastąpić. Jest w pożądku, gdyż prawie mnie nie zna. I co za pżywidzenia snują mi się po głowie!... Starski?... Ależ ona hce wyswatać go z panią Wąsowską, więc hyba romansować z nim nie myśli. Prezesowa?... Prezesowa lubi pannę Izabelę, sama mi o tym muwiła, wreszcie kazała mi tu pżyjehać... Mam czas. Poznam się z nią bliżej, a jeżeli mnie pokoha, będę szczęśliwy i mogę być spokojny. Jeżeli nie — wrucę do Geista. Na wszelki wypadek spżedam kamienicę i sklep, a zostanę pży spułce do handlu z Rosją. To mi da za parę lat ze sto tysięcy rubli rocznie, a jej nie narazi na tytuł kupcowej galanterii.”

Nazajutż po pierwszym śniadaniu kazał osiodłać konia i wyjehał pod pozorem obejżenia okolicy. Nie myśląc skręcił na drogę, gdzie wczoraj toczył się powuz panny Izabeli i gdzie zdawało mu się, że jeszcze widać ślady kuł... Potem, ruwnież mahinalnie, zawrucił w stronę lasu, dokąd tak niedawno jeździli na rydze. W tym miejscu śmiała się, tu rozmawiała z nim, tu spoglądała na okolicę...

Podejżenia, gniewy, wszystko w nim wygasło.

Zamiast nih począł wpływać mu do serca żal strugą tak cienką jak łzy, a palącą jak ogień wieczny...

Wjehawszy do lasu zsiadł z konia i prowadził go za cugle.

Oto ścieżka, kturą wuwczas szli oboje, ale wydaje się jakaś inna. Ta część lasu miała być podobna do kościoła — dziś ani śladu podobieństwa. Dokoła szaro i ciho. Słyhać tylko krakanie wron, kture w tej hwili pżelatują nad lasem, i kżyk spłoszonej wiewiurki, co wdrapując się na dżewo szczeka jak mały piesek.

Wokulski doszedł do polanki, gdzie wuwczas rozmawiali z panną Izabelą; znalazł nawet pień, na kturym siedziała. Wszystko jest, jak było; tylko jej nie ma... Na kżakah leszczyny już żułkną liście, z sosen zwiesza się smutek, jak sieci pajęcze. Taki nieujęty, a tak go omotał!

„Co za głupstwo — myślał — robić się zależnym od jednej ludzkiej istoty! Wszakże ja dla niej tylko pracowałem, o niej myślę, nią żyję. Co gorsze — dla niej pożuciłem Geista... No, ale cuż lepszego miałbym u Geista? Byłbym tak samo zależny jak dziś, tylko zamiast pięknej kobiety panem moim byłby stary Niemiec. I tak samo pracowałbym, nawet ciężej; z tą rużnicą, że dziś pracuję dla mego szczęścia, a wuwczas dla szczęścia innyh, ktuży tymczasem bawiliby się i kohaliby się na muj rahunek.

Zresztą, czy ja mam prawo nażekać? Rok temu ledwie śmiałem mażyć o pannie Izabeli, a dziś już ją znam, staram się nawet o jej wzajemność... Czy ja ją aby znam?... Jest zakamieniałą arystokratką, no ale nie rozejżała się jeszcze w świecie... Ma duszę poetyczną czy może tak się tylko pżedstawia... Kokietka ona jest, ale i to się zmieni, jeżeli mnie pokoha... Słowem — nie jest źle, a za rok...”

W tej hwili koń jego wyżucił głową i zarżał; odpowiedziało mu w głębi lasu inne rżenie i tętent. Niebawem na końcu ścieżki pokazała się amazonka, w kturej Wokulski poznał panią Wąsowską.

— Hop! hop!... — zawołała śmiejąc się. Zeskoczyła z konia i oddała cugle Wokulskiemu.

— Pżywiąż go pan — żekła. — Ah, jak ja pana już znam!... Pytam się pżed godziną prezesowej: gdzie Wokulski? „Pojehał w pole oglądać miejsce na cukrownię.” „Akurat! — myślę. — On pojehał do lasu mażyć.” Kazałam sobie podać konia i otuż znajduję pana siedzącego na pniu, rozgorączkowanego... Ha!... ha!... ha!...

— Czy tak śmiesznie wyglądam?

— Nie! dla mnie nie wygląda pan śmiesznie, ale jakby tu powiedzieć?... niespodziewanie. Wyobrażałam sobie pana całkiem inaczej. Kiedy mi powiedziano, że pan jest kupcem, ktury w dodatku szybko zrobił majątek, pomyślałam:

„Kupiec?... Zatem pżyjehał na wieś albo starać się o posażną pannę, albo wydobyć od prezesowej pieniądze na jakieś pżedsiębiorstwa.”

W każdym razie sądziłam, że pan jest człowiek zimny, rahunkowy, ktury hodząc po lesie taksuje dżewo, a na niebo nie patży, bo to nie daje procentu. Tymczasem cuż widzę?... Mażyciela, średniowiecznego trubadura, ktury wymyka się do lasu, ażeby wzdyhać i wypatrywać zeszłotygodniowe ślady jej stup! Wiernego ryceża, ktury koha na życie i śmierć jedną kobietę, a innym robi impertynencje. Ah, panie Wokulski, jakie to zabawne... jakie to niedzisiejsze!...

— Już pani skończyła? — spytał zimno Wokulski.

— Już... Teraz pan zabieże głos?...

— Nie, pani. Zaproponuję, ażebyśmy wracali do domu.

Panią Wąsowską oblał mocny rumieniec.

— Za pozwoleniem — żekła biorąc konia za uzdę. — Czy nie myślisz pan, że muwię w ten sposub o pańskiej miłości, ażeby sama wydać się za pana?... Milczysz pan... Otuż muwmy serio. Była hwila, żeś mi się pan podobał; była i — już pżeszła. Ale hoćby nie pżeszła, hoćbym miała umżeć z miłości dla pana, co zapewne nie nastąpi, bo nie straciłam jeszcze ani snu, ani apetytu, nie oddałabym się panu, słyszysz pan... hoćbyś mi się u nug włuczył. Nie mogłabym żyć z człowiekiem, ktury tak kohał inną kobietę, jak pan to robisz. Jestem za dumna. Wieży mi pan?

— Tak!

— Pżypuszczam. Jeżeli więc dziś drasnęłam pana moimi żartami, to tylko pżez życzliwość dla pana. Imponuje mi pańskie szaleństwo, hciałabym, ażebyś był szczęśliwy, i dlatego muwię: wyżuć pan z siebie średniowiecznego trubadura, bo już mamy wiek dziewiętnasty, w kturym kobiety są inne, niż pan je sobie wyobraża, o czym wiedzą nawet dwudziestoletni hłopcy.

— Jakież są?

— Ładne, miłe, lubią was wszystkih prowadzić za nos, a kohają się tylko o tyle, o ile robi im to pżyjemność. Na miłość dramatyczną nie zgodzi się żadna, a pżynajmniej nie każda... Musiałaby pierwej znudzić się miłostkami, a następnie znaleźć dramatycznego kohanka.

— Krutko muwiąc, insynuuje pani, że panna Izabela...

— O, ja nic nie insynuuję pannie Izabeli — żywo zaprotestowała pani Wąsowska. — Jest w niej materiał na dzielną kobietę i ten, kogo ona pokoha, będzie szczęśliwy. Zanim jednak pokoha!... Pomuż mi pan wsiąść...

Wokulski podsadził ją i sam wsiadł na swego konia. Pani Wąsowska była rozdrażniona. Jakiś czas jehała napżud, milcząc; nagle odwruciła się i żekła:

— Ostatnie słowo. Znam ludzi lepiej, niż pan sądzisz, i... lękam się pańskiego rozczarowania. Otuż gdyby ono kiedy nadeszło, pżypomnij sobie moją radę: nie działaj pod wpływem uniesienia, tylko czekaj. Wiele żeczy na pozur wygląda gożej aniżeli w żeczywistości.

„Szatan!” — mruknął Wokulski. Cały świat zaczął pżed nim krążyć i nabiegać krwią.

Jehali, nic już nie muwiąc do siebie. Wruciwszy do Zasławka Wokulski poszedł do prezesowej.

— Jutro jadę — żekł. — A cukrowni nieh pani nie stawia.

— Jutro?... — powtużyła staruszka. — A cuż będzie z kamieniem?

— Właśnie, jeżeli pani pozwoli, pojadę na Zasław. Obejżę kamień, zresztą mam tam jeszcze interes.

— Ha! jedź z Bogiem... nie masz tu co robić. A w Warszawie zahodźże do mnie. Wrucę jednocześnie z hrabiną i z Łęckimi...

Wieczorem wpadł do niego Ochocki.

— Do liha! — kżyknął — tyle miałem z panem do pogadania... Ale cuż, pan ciągle okładałeś się babami, a teraz wyjeżdżasz...

— Nie lubisz pan kobiet? — żekł z uśmiehem Wokulski. — Może masz rację!...

— Nie to, żebym nie lubił. Ale od czasu jak pżekonałem się, że wielkie damy nie rużnią się od pokojuwek, wolę pokojuwki.

Te baby — prawił — to wszystko gęsi nie wyłączając najmądżejszyh. Wczoraj na pżykład puł godziny tłomaczyłem Wąsowskiej: na co pżyda się kierowanie balonami? Muwiłem o zniknięciu granic, o braterstwie luduw, o olbżymih postępah cywilizacji... Ona patżyła mi w oczy tak, iż głowę oddałbym, że mnie rozumie. A kiedy skończyłem, zapytała:

— Panie Ochocki, czemu się pan nie żeni?... — Słyszałeś pan!...

Naturalnie, pżez drugie puł godziny wykładałem jej, że ani myślę się żenić, że nie ożeniłbym się ani z panną Felicją, ani z panną Izabelą, ani nawet z nią. Diabli mi po żonie, ktura by się szastała po moih laboratoriah w sukni z długim ogonem, wyciągałaby mnie na spacery, wizyty, teatry... Dalibug, nie znam ani jednej kobiety, w kturej ciągłym toważystwie nie zgłupiałbym w puł roku.

Umilkł i hciał odhodzić.

— Słuwko — żekł Wokulski. — Kiedy pan wruci do Warszawy, nieh pan do mnie wstąpi. Może zakomunikuję panu wiadomość o wynalazku, ktury wprawdzie zabieże połowę życia, ale... pżypadnie panu do gustu.

— Balony?... — spytał Ochocki z pałającym wzrokiem.

— Coś lepszego. Dobranoc.

Na drugi dzień około południa Wokulski pożegnał dom prezesowej. W parę godzin puźniej był w Zasławiu. Odwiedził proboszcza i kazał Węgiełkowi zabierać się w drogę do Warszawy. Załatwiwszy to poszedł do ruin zamkowyh.

Na kamieniu już był wyryty czterowiersz. Wokulski pżeczytał go kilka razy i zatżymał wzrok na słowah:

Zawsze i wszędzie będę ja pży tobie...

„A jeżeli nie?...” — szepnął.

Na myśl o tym opanowała go rozpacz. W tej hwili miał jedno tylko pragnienie: ażeby ziemia rozstąpiła się pod nim i pohłonęła go razem z tymi ruinami, z tym kamieniem i z tym napisem...

Gdy wrucił do miasteczka, konie już były nakarmione; pży powozie stał Węgiełek z zieloną skżynką.

— A czy wiesz, kiedy tu wrucisz? — zapytał go Wokulski.

— Kiedy Bóg da, panie — odparł Węgiełek.

— Siadaj.

Sam żucił się na poduszki powozu i ruszyli. Z daleka stara kobieta pżeżegnała ih na drogę. Węgiełek spostżegł ją i zdjął czapkę.

— Nieh mama będzie zdrowa!... — zawołał z kozła.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)