VI. Pod jednym dahem
VI. Pod jednym dahem
W tej samej poże, kiedy Wokulski z panią Wąsowską kłucił się albo galopował po łące, z majątku hrabiny do Zasławka dojeżdżała panna Izabela. Wczoraj otżymała od prezesowej list, wyprawiony pżez umyślnego posłańca, a dziś na wyraźne żądanie swej ciotki wyjehała, lubo niehętnie. Była pewna, że w Zasławku już znajduje się mocno protegowany pżez prezesowę Wokulski; taka więc nagła podruż wydała jej się niewłaściwą.
„Hoćbym nawet musiała kiedyś wyjść za niego — muwiła sobie — to jeszcze nie mam racji śpieszyć na powitanie.”
Ale ponieważ żeczy spakowano, powuz zajehał, a nawet z pżedniego siedzenia wyglądała już jej pokojuwka, więc panna Izabela zdecydowała się na wyjazd.
Pożegnanie jej z rodziną było pełne znaczenia. Pan Łęcki, ciągle rozstrojony, pżecierał oczy, a hrabina wsunąwszy jej w rękę aksamitny woreczek z pieniędzmi pocałowała ją w czoło i żekła:
— Nie radzę ani odradzam. Masz rozum, wiesz, jakie jest położenie, więc sama musisz coś postanowić i pżyjąć konsekwencje.
Co postanowić?... jakie pżyjąć konsekwencje?... o tym nie wspomniała hrabina.
Tegoroczny pobyt na wsi głęboko zmodyfikował niekture poglądy panny Izabeli; nie sprawiło tego jednak świeże powietże ani piękne krajobrazy, ale wypadki i możność spokojnego zastanowienia się nad nimi.
Pżyjehała tu na wyraźne żądanie ciotki, dla Starskiego, o kturym powszehnie muwiono, że odziedziczy majątek po prezesowej. Tymczasem prezesowa pżypatżywszy się swemu ciotecznemu wnukowi oświadczyła, że co najwyżej zapisze mu tysiąc rubli dożywotniej renty, ktura zapewne bardzo mu się pżyda na starość. Cały zaś majątek postanowiła zapisać na podżutkuw i ih nieszczęśliwe matki.
Od tej hwili Starski w oczah hrabiny stracił wszelką wartość. Stracił ją i u panny Izabeli oświadczywszy pewnego razu, że nigdy nie ożeniłby się z „gołą panną”; raczej z Chinką albo z Japonką, byle miała kilkadziesiąt tysięcy rubli rocznie.
— Za mniejszy dohud nie warto ryzykować pżyszłości — powiedział.
Ponieważ tak powiedział, więc panna Izabela pżestała go traktować jako poważnego epuzera. Ale ponieważ muwiąc to, z ciha westhnął i spojżał na nią pżelotnie, więc panna Izabela pomyślała, że piękny Kazio musi mieć jakąś sercową tajemnicę i że szukając bogatej żony robi ofiarę. Dla kogo?... Może dla niej... Biedny hłopiec, ale trudno. Kiedyś może znajdzie się sposub osłodzenia jego cierpień, lecz dziś należy go tżymać z daleka. Co pżyhodziło tym łatwiej, że Starski począł gwałtownie zalecać się do bogatej pani Wąsowskiej i krążyć z daleka koło panny Eweliny Janockiej, zapewne dla zatarcia do reszty śladuw, że kiedyś kohał się w pannie Izabeli.
„Biedny hłopiec, ale trudno. Życie ma swoje obowiązki, kture tżeba spełnić, hoć są ciężkie.”
W taki sposub Starski, może najstosowniejszy dla panny Izabeli epuzer, wykreślony został z listy jej konkurentuw. Nie mugł żenić się z panną ubogą, musiał szukać żony bogatej; były to dwie niepżebyte między nimi pżepaście.
Drugi jej konkurent, baron, wykreślił się sam, zaręczywszy się z panną Eweliną. Panna Izabela czuła wstręt do barona, dopuki starał się o jej względy; lecz gdy ją tak nagle opuścił, prawie że się zatrwożyła. Jak to, więc na świecie są kobiety, dla kturyh można wyżec się jej?!... Jak to, więc może nadejść hwila, w kturej pannę Izabelę opuszczą nawet tak podeszłego wieku wielbiciele?...
Zdawało jej się, że ziemia drży jej pod nogami, i pod wpływem nieokreślonyh obaw, jakie ją wuwczas ogarnęły, panna Izabela odezwała się do prezesowej o Wokulskim dosyć życzliwie. Kto wie nawet, czy nie powiedziała tyh słuw:
— Co się też dzieje z panem Wokulskim? Bardzo żałuję, że może mieć żal do mnie. Nieraz wyżucam sobie, że nie postępowałam z nim tak, jak zasługiwał.
Spuściła oczy i zarumieniła się w ten sposub, że prezesowej wydało się koniecznym zaprosić Wokulskiego na wieś.
„Nieh się sobie pżypatżą na świeżym powietżu — myślała staruszka — a będzie, co Bóg da. On brylant między mężczyznami, ona także dobre dziecko, więc może się porozumieją. Bo że on ma do niej słabość, to prawie bym się założyła.”
W kilka dni panna Izabela ohłonąwszy z niepżyjemnyh wrażeń poczęła żałować swojej wzmianki o Wokulskim pżed prezesową.
„Jeszcze gotuw pomyśleć, że wyszłabym za niego...” — żekła do siebie.
Tymczasem prezesowa zwieżyła się pżed bawiącą u niej panią Wąsowską, że pżyjedzie do Zasławka Wokulski, bardzo bogaty wdowiec, człowiek ze wszeh miar niepospolity, kturego hciałaby ożenić i ktury kto wie, czy nie koha się w pannie Izabeli...
Pani Wąsowska bardzo obojętnie słuhała o majątku, o wdowieństwie i o matrymonialnyh kwalifikacjah Wokulskiego. Lecz gdy prezesowa nazwała go człowiekiem niepospolitym, zaciekawiła się; dowiedziawszy się zaś, że może kohać pannę Izabelę, żuciła się jak rumak szlahetnej krwi, niebacznie dotknięty ostrogą.
Pani Wąsowską była najlepszą kobietą, nie myślała powturnie wyhodzić za mąż, a tym mniej odbierać innym paniom konkurentuw. Dopuki jednak żyła na świecie, nie mogła pozwolić na to, ażeby jaki mężczyzna mugł kohać się w jakiejś innej kobiecie, nie w niej. Żenić się dla interesu ma prawo; pani Wąsowska gotowa mu była nawet pomagać, ale uwielbiać — można było tylko ją. Nie dlatego nawet, ażeby uważała się za najpiękniejszą, ale że... taką już miała słabość.
Dowiedziawszy się, że panna Izabela dziś pżyjeżdża, pani Wąsowska gwałtem zabrała na spacer Wokulskiego. Gdy zaś na gościńcu pod lasem zobaczyła tuman kużu, wzniecony pżez powuz jej rywalki, skręciła na łąkę i tam zrobiła wielką scenę z siodłem, ktura jej się nie udała.
Tymczasem panna Izabela dojehała do dworu. Całe toważystwo pżyjęło ją na ganku witając prawie tymi samymi wyrazami:
— Wiesz — szepnęła jej prezesowa — pżyjehał Wokulski.
— Tylko pani nam brakło — zawołał baron — ażeby Zasławek był podobny do raju. Bo już mamy tu bardzo pżyjemnego toważysza i znakomitego gościa...
Panna Felcia Janocka wzięła na bok pannę Izabelę i ze łzami w głosie poczęła jej opowiadać:
— Wiesz, pżyjehał tu pan Wokulski... Ah, gdybyś wiedziała, co to za człowiek!... Ale wolę ci nic nie muwić, bo i ty jeszcze pomyślisz, że jestem nim zajęta... No i wyobraź sobie: pani Wąsowska kazała mu jehać ze sobą na spacer, sam na sam... Gdybyś wiedziała, jak się biedak rumienił!... A ja za nią. Bo i ja hodziłam z nim na ryby, ale tylko tu, do sadzawki, i jeszcze był z nami pan Julian. Ale żebym miała tylko z nim jehać konno?... Za nic w świecie!... wolałabym umżeć...
Uwolniwszy się od witającyh panna Izabela poszła do pżeznaczonego dla niej pokoju.
„Drażni mnie ten Wokulski!... — szepnęła.
W gruncie żeczy nie było to rozdrażnienie, ale coś innego. Jadąc tu panna Izabela czuła niehęć do prezesowej za jej gwałtowne zaprosiny, do ciotki, że jej kazała natyhmiast jehać, a nade wszystko do Wokulskiego.
„Więc naprawdę — muwiła sobie — hcą mnie oddać temu parweniuszowi?... A, zobaczy, jak na tym wyjdzie!...”
Była pewna, że pierwszym człowiekiem, ktury ją powita, będzie Wokulski, i postanowiła traktować go z najwyższą pogardą.
Tymczasem Wokulski nie tylko nie wybiegł na jej spotkanie, ale — pojehał na spacer z panią Wąsowską.
To w pżykry sposub dotknęło pannę Izabelę i pomyślała:
„Zawsze kokietka z niej, hoć już ma lat tżydzieści!...”
Gdy baron nazwał Wokulskiego znakomitym gościem, panna Izabela uczuła jakby dumę, ale było to bardzo pżelotne uczucie. Gdy zaś panna Felicja w niedwuznaczny sposub zdradziła się, że jest o Wokulskiego zazdrosną, pannę Izabelę ogarnął jakby niepokuj, ale tylko na hwilę.
„Naiwna jest ta Felcia” — żekła do siebie.
Krutko muwiąc: pżez całą drogę planowana wzgarda dla Wokulskiego całkiem zniknęła wobec mieszaniny takih uczuć, jak lekki gniew, lekkie zadowolenie i lekka obawa. W tej hwili Wokulski pżedstawiał się pannie Izabeli inaczej niż dotyhczas. Nie był to już jakiś tam kupiec galanteryjny, ale człowiek, ktury wracał z Paryża, miał ogromny majątek i stosunki, kturym zahwycał się baron, kturego kokietowała Wąsowska...
Ledwie panna Izabela miała czas pżebrać się, do pokoju jej weszła prezesowa.
— Moja Belu — żekła staruszka ucałowawszy ją jeszcze raz — dlaczeguż to Joasia nie hce pżyjehać do mnie?
— Papo jest niezdruw, więc nie hce go opuszczać.
— Proszę cię... proszę cię, tylko tego mi nie muw. Nie pżyjedzie, bo nie hce spotkać się z Wokulskim, oto cały sekret... — muwiła nieco wzruszona prezesowa. — On dla niej wtedy dobry, kiedy sypie pieniądze na jej ohronę... Powiem ci, Belu, że twoja ciotka nigdy już nie będzie mieć rozumu...
W pannie Izabeli odezwały się dawne gorycze.
— Może ciocia nie uważa za stosowne okazywać tylu względuw kupcowi — żekła rumieniąc się.
— Kupiec!... kupiec!... — wybuhnęła prezesowa. — Wokulscy są tak dobrą szlahtą jak Starscy, a nawet Zasławscy... A co się tyczy kupiectwa... Moja Belu, Wokulski nie spżedawał tego, co dziadek twojej ciotki... Możesz jej to powiedzieć pży okazji. Wolę uczciwego kupca aniżeli dziesięciu austriackih hrabiuw. Znam ja dobże wartość ih tytułuw.
— Pżyzna pani jednak, że urodzenie...
Prezesowa roześmiała się ironicznie.
— Wież mi, Belu, że urodzenie jest najmniejszą zasługą tyh, ktuży się rodzą. A co do czystości krwi... Ah, Boże! wielkie to szczęście, że nie bardzo zajmujemy się sprawdzaniem tyh żeczy. Powiadam ci, że o czyimś urodzeniu nie warto rozmawiać z ludźmi starymi jak ja. Tacy bowiem zwykle pamiętają dziaduw i ojcuw i nieraz dziwią się: dlaczego wnuk jest podobny do kamerdynera, a nie do ojca. No, wiele się tłomaczy zapatżeniem.
— Pani jednak bardzo lubi pana Wokulskiego — szepnęła panna Izabela.
— Tak jest, bardzo! — zawołała z mocą staruszka. — Kohałam jego stryja, pżez całe życie byłam nieszczęśliwa dlatego tylko, że oderwano mnie od niego, i to z tyh samyh pobudek, dla kturyh twoja ciotka usiłuje dziś lekceważyć Wokulskiego. Ale on nie da sobą pomiatać, o nie!... — muwiła prezesowa. — Kto z takiej nędzy potrafił wydobyć się, kto bez cienia zażutu zrobił majątek, wykształcił się tak jak on, ten może nie dbać o opinie salonuw. Wiesz hyba, jaką on dziś gra rolę i po co jeździł do Paryża... Otuż zapewniam cię, że nie on do salonuw, ale salony do niego pżyjdą, a pierwszą będzie twoja ciotka, jeżeli zdaży się interes. Ja znam salony lepiej niż ty, moje dziecko, i wież mi, że one bardzo prędko znajdą się w pżedpokoju Wokulskiego. To nie taki prużniak jak Starski ani mażyciel jak książę, ani pułgłuwek jak Krzeszowski... To człowiek czynu... Szczęśliwą będzie kobieta, kturą on wybieże za żonę... Na nieszczęście, nasze panny mają więcej wymagań aniżeli doświadczenia i serca. Hoć nie wszystkie... No, ale pżepraszam cię, jeżeli wypowiedziałam ostżejszy wyraz. Zaraz będzie obiad.
Po tyh słowah prezesowa wyszła zostawiając pannę Izabelę pogrążoną w głębokim namyśle.
„Z pewnością mugłby zastąpić barona, o jeszcze i jak... — muwiła w sobie panna Izabela. — Tamto człowiek zużyty i śmieszny, tego pżynajmniej szanują ludzie. Kazia Wąsowska zna się na tym, toteż wzięła go na spacer... Ha, zobaczymy, czy pan Wokulski potrafi być wiernym... Ładna wierność jeździć z inną kobietą na spacery!... To bardzo po rycersku...”
Prawie w tej hwili Wokulski wracał z panią Wąsowską z pżejażdżki i na folwarcznym dziedzińcu zobaczył powuz, od kturego odpżęgano konie. Tknęło go jakieś nieokreślone pżeczucie, ale nie śmiał pytać; nawet udał, że nie patży na powuz.
Pżed pałacem oddał konia hłopcu, a innemu hłopcu kazał pżynieść wody do swego pokoju. I właśnie kiedy miał zapytać: kto pżyjehał? coś ścisnęło go za gardło i nie mugł słowa pżemuwić.
„Co za głupstwo! — myślał. — Hoćby nawet i ona, więc cuż z tego?... Jest taką samą kobietą jak pani Wąsowska, panna Felicja, panna Ewelina... A ja znowu nie jestem takim jak baron...”
Ale tak muwiąc czuł, że ona dla niego jest inną niż inne kobiety i że gdyby zażądała, złożyłby u jej nug majątek, nawet życie.
„Głupstwo! głupstwo!... — szepnął hodząc po pokoju. — Jest tu pżecie jej wielbiciel, pan Starski, z kturym umawiali się, że wesoło pżepędzą wakacje... Pamiętam te spojżenia, ah...”
Gniew w nim zakipiał.
„Zobaczymy, panno Izabelo: kim ty jesteś i co jesteś warta? Teraz ja będę twoim sędzią...” — pomyślał.
Zapukano do dżwi, wszedł stary lokaj. Obejżał się po pokoju i żekł pżyciszonym głosem:
— Jaśnie pani kazała powiedzieć, że jest panna Łęcka i że jeżeli jaśnie pan gotuw, to prosi na obiad...
— Powiedzcie, że natyhmiast służę — odparł Wokulski.
Po wyjściu służącego hwilę postał w oknie patżąc na park oświetlony ukośnymi promieniami słońca i na kżak bzu, na kturym wesoło świegotały ptaki. Patżył, ale serce nurtowała mu głuha obawa na myśl, w jaki sposub pżywita się z panną Izabelą...
„Co ja jej powiem i jak będę wyglądał?”
Zdawało mu się, że wszystkie oczy zwrucą się na nih i że on musi skompromitować się jakimś niewłaściwym czynem.
„Alboż nie powiedziałem jej, że jestem dla nih wiernym sługą... jak pies!...
Tżeba jednak iść tam...”
Wyszedł, znowu wrucił do siebie i znowu wyszedł na korytaż. Zbliżał się do dżwi powoli, noga za nogą, czując, że zamiera w nim wszelka energia, że jest jak prostak, ktury ma stanąć pżed krulem.
Wziął za klamkę, lecz zatżymał się... W pokoju jadalnym rozlegał się śmieh kobiecy. Pociemniało mu w oczah, hciał uciec i powiedzieć pżez służącego, że jest hory. Nagle usłyszał za sobą czyjeś kroki i pophnął dżwi.
W głębi pokoju zobaczył całe toważystwo, a pżede wszystkim pannę Izabelę rozmawiającą ze Starskim. Ona tak samo patżyła na Starskiego, a on miał ten sam ironiczny uśmieh jak wuwczas w Warszawie...
Wokulski w jednej hwili odzyskał energię; fala gniewu udeżyła mu do muzgu. Wszedł z podniesioną głową, pżywitał prezesową i ukłonił się pannie Izabeli, ktura zarumieniwszy się wyciągnęła do niego rękę.
— Witam panią. Jakże się miewa pan Łęcki?
— Papo trohę pżyszedł do siebie... Zasyła panu ukłony...
— Bardzo jestem obowiązany za łaskawą pamięć. A pani hrabina?
— Ciocia jest zupełnie zdrowa.
Prezesowa siadła na fotelu; obecni poczęli zajmować miejsca pży stole.
— Panie Wokulski, pan siada pży mnie — odezwała się pani Wąsowska.
— Z największą hęcią, o ile żołnież ma prawo siadać w obecności swego komendanta.
— Czy już wzięła cię pod komendę, panie Stanisławie? — zapytała z uśmiehem prezesowa.
— Ale jak! Nieczęsto odbywa się podobną musztrę...
— Mści się za to, że wodziłam go po manowcah — wtrąciła pani Wąsowska.
— Po manowcah jeździć najpżyjemniej — odparł Wokulski.
— Byłem pewny, że tak będzie, ale nie sądziłem, że tak prędko... — odezwał się baron ukazując swuj piękny garnitur sztucznyh zębuw.
— Nieh mi kuzyn pżysunie sul — żekła panna Izabela do Starskiego.
— Służę... Ah, rozsypałem!... Pokłucimy się.
— Już hyba nam ten wypadek nie grozi — odparła panna Izabela z komiczną powagą.
— Czy zobowiązaliście się nigdy nie kłucić? — zapytała pani Wąsowska.
— Nie mamy zamiaru nigdy pżepraszać się — odpowiedziała panna Izabela.
— Ładnie! — żekła pani Wąsowska. — Na pańskim miejscu, panie Kazimierzu, teraz straciłabym wszelką nadzieję.
— Alboż mi ją wolno było kiedy mieć! — westhnął Starski.
— Prawdziwe szczęście dla nas obojga... — szepnęła panna Izabela.
Wokulski słuhał i patżył. Panna Izabela rozmawiała naturalnie, w bardzo spokojny sposub, żartując ze Starskiego, ktury wcale nie zdawał się tym martwić. Natomiast od czasu do czasu spoglądał ukradkiem na pannę Ewelinę Janocką, ktura szepcząc z baronem, rumieniła się i bladła.
Wokulski uczuł, że z serca usuwa się mu ogromny ciężar.
„Oczywiście — myślał — jeżeli w tym toważystwie Starski zajmuje się kimś, to tylko panną Eweliną, a ona nim...”
W tej hwili obudziła się w nim radość i wielka życzliwość dla oszukiwanego barona.
„Już ja go nie będę ostżegał!” — żekł w duhu. A potem dodał — „że takie zadowolenie z cudzej biedy jest jednak bardzo podłym uczuciem.”
Obiad skończył się, panna Izabela zbliżyła się do Wokulskiego.
— Wie pan — żekła — jakiego doznałam uczucia na widok pana? Oto żalu. Pżypomniałam sobie, że mieliśmy we troje jehać do Paryża: ja, ojciec i pan, i że z naszej trujki los był dobry tylko dla pana. Bawił się pan pżynajmniej?... Za nas troje?... Musi mi pan odstąpić tżecią część doznanyh wrażeń.
— A gdyby nie były wesołe?
— Dlaczego?
— Hoćby dlatego, że pani nie było tam, gdzie mieliśmy być razem.
— O ile wiem, umie pan jednak bawić się dobże tam, gdzie mnie nie ma — odparła panna Izabela i odeszła.
— Panie Wokulski!... — zawołała pani Wąsowska. Lecz spojżawszy na niego i na pannę Izabelę żekła tonem niehęci:
— Albo nie... już nic... Daję panu na dziś urlop. Moi państwo, hodźmy do parku. Panie Ochocki...
— Pan Ochocki ma mnie dziś uczyć meteorologii — odezwała się panna Felicja.
— Meteorologii?... — powtużyła pani Wąsowska.
— A tak... Właśnie zaraz idziemy na gurę do obserwatorium...
— Czy pan tylko meteorologię ma zamiar wykładać? — spytała pani Wąsowska. — Na wszelki jednak wypadek radziłabym zapytać babci, co ona sądzi o tej meteorologii...
— Pani zawsze musi mi zrobić jakiś skandal! — obużył się Ochocki. — Pani może ze mną jeździć po wertepah, ale pannie Felicji nie wolno nawet zajżeć do obserwatorium.
— Ależ zaglądajcie sobie, moi kohani, tylko już raz idźmy do parku. Baronie... Belu...
Wyszli. W pierwszą parę pani Wąsowska z panną Izabelą, za nimi Wokulski, dalej baron z nażeczoną, a na końcu panna Felicja z Ochockim, ktury rozżucał rękoma i prawił:
— Nic nigdy nie pozna pani nowego, hyba cudacki kapelusz albo siudmą czy usmą figurę kontredansa, jeżeli jaki pułgłuwek wymyśli ją. Nic i nigdy!... — dodał dramatycznym głosem — bo zawsze znajdzie się jakaś baba...
— Fe! panie Julianie, ktuż tak muwi?...
— Tak, nieznośna baba, ktura będzie uważać to za niepżyzwoite, że pani ze mną pujdzie do laboratorium...
— Bo może to naprawdę jest źle...
— Tak, źle!... Dekoltować się do pasa jest dobże, brać lekcje śpiewu od jakiegoś Włocha, ktury nie czyści paznokci...
— Ale widzi pan... Bo gdyby młode panny ciągle sam na sam pżebywały z młodymi ludźmi, to mogłaby się ktura zakohać...
— Więc cuż z tego? Nieh się koha. Czy lepiej, ażeby i nie kohała się, i była głupia?... Pani jest dzika kobieta, panno Felicjo...
— O panie...
— No, nieh mi pani nie zawraca głowy swymi wykżyknikami. Albo pani hce uczyć się meteorologii, a w takim razie idźmy na gurę...
— Ale z Ewelinką albo z panią Wąsowską.
— Dobże, dobże... Dajmy już spokuj tej zabawie — zakończył Ochocki, na znak gniewu kładąc ręce w kieszenie.
Młoda para rozmawiała tak kżykliwie, że słyhać ją było w całym parku, ku wielkiemu zadowoleniu pani Wąsowskiej, ktura zanosiła się ze śmiehu. Gdy umilkli, do uszu Wokulskiego doleciał szept barona i panny Eweliny.
— Prawda — muwił baron — jak ten Starski traci?... Z każdym dniem, panie, traci. Pani Wąsowska żartuje z niego, panna Izabela lekceważy go w najwyższym stopniu, a nawet nie zajmuje się nim panna Felicja. Zauważyła pani?...
— Tak — ciho szepnęła nażeczona.
— Jest to jeden z tyh młodyh ludzi, kturyh całą ozdobę stanowiły widoki na duży spadek. Czy nie mam racji?...
— Tak.
— Gdy zaś upadła nadzieja zapisu prezesowej, Starski pżestał być interesującym. Wszak prawda?...
— Tak — odparła panna Ewelina z ciężkim westhnieniem. — Siądę tu — dodała głośno — a pan może mi pżyniesie szal z pokoju... Pżepraszam...
Wokulski odwrucił głowę. Panna Ewelina upadła na ławkę blada i zmęczona, a baron wdzięczył się do niej.
— Idę natyhmiast — żekł. — Panie Wokulski... — dodał spostżegłszy Wokulskiego — może pan zehce mnie zastąpić... Biegnę i wracam za hwilę...
Pocałował nażeczoną w rękę i poszedł ku pałacowi.
Teraz dopiero Wokulski spostżegł, że baron ma nogi bardzo cienkie i nieosobliwie nimi włada.
— Pan dawno zna barona? — spytała panna Ewelina Wokulskiego. — Pżejdźmy się trohę ku altance...
— Właśnie dopiero w tyh dniah miałem pżyjemność zbliżyć się z nim.
— On dla pana jest z wielkim uwielbieniem... Muwi, że pierwszy raz spotkał człowieka tak miłego w rozmowie...
Wokulski uśmiehnął się.
— Zapewne — żekł — dlatego, że on sam ciągle muwi do mnie o pani.
Panna Ewelina mocno się zarumieniła.
— Tak, to bardzo zacny człowiek, bardzo mnie koha... Jest wprawdzie między nami rużnica wieku, ale i cuż to szkodzi? Doświadczone panie utżymują, że im mąż starszy, tym wierniejszy, a wszakże dla kobiety pżywiązanie męża jest wszystkim, prawda, panie? Każda z nas szuka w życiu miłości, kto mi zaś zaręczy, że spotkam drugą, podobną do tej?... Są ludzie młodsi od niego, pżystojniejsi, może nawet zdolniejsi; żaden z nih jednak nie powiedział mi z tak serdecznym zapałem, że ostatnie szczęście jego życia jest w moim ręku. Czy można się temu opżeć, hoćby nawet zezwolenie z naszej strony wymagało pewnej ofiary, nieh pan sam powie?
Zatżymała się w alei i patżyła mu w oczy, z niepokojem oczekując na odpowiedź.
— Nie wiem, pani. To sprawa uczuć osobistyh — odparł.
— To źle, że mi pan tak odpowiada. Babcia muwi, że pan jest człowiekiem wielkiego harakteru; ja dotyhczas nigdy nie spotykałam ludzi z wielkim harakterem, a sama mam bardzo słaby. Nie umiem opżeć się niczemu, lękam się odmawiać... Może źle robię, a pżynajmniej niekture osoby dają mi do zrozumienia, że źle robię wyhodząc za barona. Czy i pan tak sądzi? Czy pan potrafiłby usunąć się od kogoś, kto by powiedział, że pana koha nad własną duszę, że bez wzajemności pana niewielka reszta życia, jaka została, zejdzie mu w osamotnieniu i rozpaczy? Gdyby ktoś w oczah pańskih zapadał w pżepaść i błagał o ratunek, czy nie podałby mu pan ręki i w ten sposub nie pżykuł się do niego, dopuki nie nadeszłaby pomoc?
— Nie jestem kobietą i nigdy nie byłem proszony o spętanie mego życia na czyjąś kożyść, więc nie wiem, co bym zrobił — odparł wzbużony Wokulski. — To tylko wiem jako mężczyzna, że nie potrafiłbym żebrać nawet o miłość.
I jeszcze pani powiem — dodał patżącej na niego z odhylonymi ustami — nie tylko nie prosiłbym, ale wprost nie pżyjąłbym wyżebranej ofiary z czyjegoś serca. Takie dary zwykle bywają tylko połowiczne...
Boczną ścieżką biegł do nih Starski, bardzo zaaferowany, muwiąc:
— Panie Wokulski, damy szukają pana w lipowej alei... Jest moja babka, pani Wąsowska...
Wokulski zawahał się, co ma robić w tej hwili.
— O, nieh się pan mną nie krępuje — żekła, mocniej niż zwykle zaczerwieniona, panna Ewelina. — Zresztą zaraz nadejdzie baron i we troje dogonimy państwa...
Wokulski pożegnał ih i poszedł.
„Piękne żeczy! — myślał. — Panna Ewelina pżez litość wyhodzi za barona i zapewne pżez litość romansuje ze Starskim... Rozumiem kobietę, ktura wyhodzi za mąż dla pieniędzy, hoć to głupi rodzaj zarobku... Rozumiem nawet mężatkę, ktura po szczęśliwym pożyciu nagle zakoha się i oszukuje męża... Nieraz zmusza ją do tego obawa skandalu, dzieci, tysiące pęt... Ale panna oszukująca nażeczonego jest zupełnie nowym zjawiskiem...”
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — wołał baron zbliżając się w stronę Wokulskiego.
Ten nagle skręcił i wpadł między gazony.
„Ciekawym — szepnął — co mu powiem, jeżeli mnie spotka?... Po diabła ja wlazłem w to błoto?...”
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — wołał baron już znacznie dalej.
„Słowik wabi samiczkę — myślał Wokulski. — Właściwie jednak, czy można absolutnie potępiać nawet tę kobietę?... Sama pżyznaje głośno, że nie ma harakteru, a po cihu — że tżeba jej pieniędzy, kturyh nie posiada i bez kturyh, jak ryba bez wody, żyć nie potrafi. Więc cuż ma robić?... Wyhodzi nieszczęśliwa bogato za mąż. A że jednocześnie serce odzywa się w niej, wielbiciel namawia ją, ażeby szła za mąż, i oboje sądzą, że pieszczota starego męża nie zepsuje im smaku, więc robią nowy wynalazek: zdradę pżed ślubem, nie starając się nawet o patent. Wreszcie może są aż tak cnotliwi, że umuwili się, iż zdradzą go dopiero po ślubie... Bardzo ładne toważystwo!... Społeczność wytważa niekiedy ciekawe produkta... I pomyśleć, że każdemu z nas może trafić się podobny specjał!... Doprawdy, należałoby trohę mniej ufać poetom, kiedy zahwalają miłość jako najwyższe szczęście...”
— Panno Ewelino!... Panno Ewelino!... — odzywał się jękliwie baron.
„Cuż to za podła rola — szepnął Wokulski. — Wolałbym w łeb sobie stżelić aniżeli wyjść na podobnego błazna.”
W bocznej alei, pży folwarku, spotkał panie, z kturymi była prezesowa i jej pokojuwka ze swym koszem.
— A, jesteś — żekła staruszka do Wokulskiego — to dobże. Poczekajcież tutaj na Ewelinkę z baronem, ktury ją może nareszcie znajdzie — dodała lekko marszcząc brwi — a my z Kazią pujdziemy do koni.
— Pan Wokulski mugłby także poczęstować cukrem swego konia, ktury tak go dziś dobże nosił — wtrąciła nieco zadąsana pani Wąsowska.
— Dajże mu spokuj — pżerwała prezesowa. — Mężczyźni lubią tylko jeździć, ale nie pieścić się.
— Niewdzięcznicy! — szepnęła pani Wąsowska podając rękę prezesowej.
Odeszły i wkrutce znikły za furtką. Pani Wąsowska obejżała się, lecz spostżegłszy, że Wokulski patżył na nią, szybko odwruciła głowę.
— Czy szukamy nażeczonyh? — spytała panna Izabela.
— Jak pani każe — odparł Wokulski.
— To może lepiej zostawić ih w spokoju. Podobno szczęśliwi nie lubią świadkuw.
— Pani nigdy nie była szczęśliwa?...
— Ah, ja!... Owszem... Ale nie w ten sposub jak Ewelinka i baron.
Wokulski uważnie spojżał na nią.
Była zamyślona i spokojna jak posągi greckih bogiń.
„No, już ta nie będzie oszukiwać” — pomyślał Wokulski.
Szli jakiś czas w milczeniu ku najdzikszej stronie parku. Kiedy niekiedy spomiędzy staryh dżew mignęło okno pałacu, połyskujące czerwonymi blaskami zahodu.
— Pan był pierwszy raz w Paryżu? — spytała panna Izabela.
— Pierwszy.
— Prawda, jakie to cudowne miasto?!... — zawołała nagle, patżąc mu w oczy. — Nieh muwią, co hcą, ale Paryż, nawet zwyciężony nie pżestał być stolicą świata. Czy i na panu zrobił takie wrażenie?...
— Imponujące. Zdaje mi się, że po kilkutygodniowym pobycie pżybyło mi sił i odwagi. Naprawdę, tam dopiero nauczyłem się być dumnym z tego, że pracuję.
— Nieh mi pan to objaśni.
— Bardzo łatwo. U nas praca ludzka wydaje mierne rezultaty: jesteśmy ubodzy i zaniedbani. Ale tam praca jaśnieje jak słońce. Cuż to za gmahy, od dahuw do hodnikuw pokryte ozdobami jak drogocenne szkatułki. A te lasy obrazuw i posąguw, całe puszcze mahin, a te odmęty wyrobuw fabrycznyh i rękodzielniczyh!... Dopiero w Paryżu zrozumiałem, że człowiek jest tylko na pozur istotą drobną i wątłą. W żeczywistości jest to genialny i nieśmiertelny olbżym, ktury z ruwną łatwością pżeżuca skały, jak i żeźbi z nih coś subtelniejszego od koronek.
— Tak — odpowiedziała panna Izabela. — Arystokracja francuska miała możność i czas twożyć te arcydzieła.
— Arystokracja?... — spytał Wokulski.
Panna Izabela zatżymała się w alei.
— Hyba nie zehce pan twierdzić, że galerie Lurwru stwożyła Konwencja albo pżedsiębiercy artykułuw paryskih?
— Z pewnością, że nie, ale też nie stwożyli ih magnaci. Jest to zbiorowe dzieło francuskih budowniczyh, mulaży, cieśluw, wreszcie malaży i żeźbiaży całego świata, ktuży nic wspulnego nie mają z arystokracją. Wyborne jest to wieńczenie prużniakuw zasługami i pracą ludzi genialnyh, a hoćby tylko — pracującyh!...
— Prużniacy i arystokracja! — zawołała panna Izabela. — Myślę, że zdanie to jest raczej silne aniżeli słuszne.
— Pozwoli mi pani zadać jedno pytanie? — spytał Wokulski.
— Słuham.
— Napżud cofnę wyraz: prużniacy, jeżeli on panią razi, a następnie... Nieh mi pani raczy wskazać człowieka z tej sfery, o jakiej muwimy, ktury by coś robił?... Znam tyh panuw około dwudziestu, są to ruwnież znajomi pani. Cuż więc robią oni wszyscy, począwszy od księcia, najzacniejszej w świecie osobistości, ktury wreszcie może tłomaczyć się wiekiem, a skończywszy... hoćby na panu Starskim, ktury swoih wiecznie trwającyh wakacyj nie może tłomaczyć nawet położeniem majątkowym...
— Ah, muj kuzynek!... On hyba nigdy nie miał zamiaru służyć w czymkolwiek za pżykład. Zresztą nie muwimy o naszej arystokracji, tylko o francuskiej.
— A tamci co robią?
— O, panie Wokulski, tamci dużo robili. Pżede wszystkim stwożyli Francję, byli jej ryceżami, wodzami, ministrami i kapłanami. A nareszcie zgromadzili te skarby sztuki, kture pan sam podziwia.
— Nieh pani powie: tamci dużo rozkazywali i wydawali pieniędzy, stwożył jednak Francję i sztukę kto inny. Twożyli ją źle wynagradzani żołnieże i marynaże, pżywaleni podatkami rolnicy i rękodzielnicy, a nareszcie uczeni i artyści. Jestem człowiekiem doświadczonym i zapewniam panią, że łatwiej projektować aniżeli wykonywać i łatwiej wydawać pieniądze aniżeli je gromadzić.
— Pan jest niepżejednanym wrogiem arystokracji.
— Nie, pani, nie mogę być wrogiem tyh, ktuży w niczym mi nie szkodzą. Sądzę tylko, że zajmują oni upżywilejowane miejsca bez zasługi i że dla utżymania się na nih apostołują w społeczeństwah pogardę dla pracy, a cześć dla prużniaczego zbytku.
— Jest pan upżedzony, gdyż nawet i ta, jak pan muwi, prużnująca arystokracja odgrywa ważną rolę na świecie. To, co pan nazywa zbytkiem, jest właściwie wygodą, pżyjemnością i polorem, kturej od arystokracji uczą się nawet niższe stany i tym sposobem cywilizują się. Słyszałam od bardzo liberalnyh ludzi, że w społeczeństwah muszą być klasy pielęgnujące nauki, sztuki i wykwintne obyczaje, raz dlatego, ażeby inni mieli w nih żywe wzory, a po wture, ażeby mieli podnietę do szlahetnyh czynuw. Toteż w Anglii i Francji niejeden człowiek, nawet prostego pohodzenia, skoro tylko zdobędzie majątek, pżede wszystkim użądza sobie dom, aby mugł w nim pżyjąć ludzi z dobrego toważystwa, a następnie stara się tak postępować, ażeby sam został pżyjęty.
Silny rumieniec wystąpił na tważ Wokulskiego. Panna Izabela nie patżąc spostżegła to i muwiła dalej:
— Nareszcie to, co pan nazywa arystokracją, a co ja nazwałabym klasą wyższą, stanowi dobrą rasę. Może być, że pewna część jej za wiele prużnuje; lecz gdy ktury weźmie się do czegokolwiek, natyhmiast odznaczy się: energią, rozumem, a hoćby tylko szlahetnością. Pżepraszam, że zacytuję tutaj słowa, kture często książę powtażał mi o panu: „Gdyby Wokulski nie był dobrym szlahcicem, nie byłby tym, czym jest dzisiaj...”
— Myli się książę — odparł suho Wokulski. — Tego, co posiadam i co umiem, nie dało mi szlahectwo, ale ciężka praca. Robiłem więcej, więc mam więcej niż inni.
— Ale czy mugłby pan robić więcej urodziwszy się kimś innym? — spytała panna Izabela. — Muj kuzyn Ochocki jest pżyrodnikiem i demokratą, jak pan, a mimo to wieży w dobre i złe rasy, tak samo jak książę. On ruwnież pżytaczał pana jako dowud dziedziczności. „Wokulski — muwił — od losu ma powodzenie, ale tęgość duha ma od rasy.”
— Bardzo jestem wdzięczny tym wszystkim, ktuży robią mi zaszczyt zaliczaniem do jakiejś upżywilejowanej rasy — żekł Wokulski. — Pomimo to nigdy nie uwieżę w pżywileje bez pracy i zawsze będę wyżej stawiał źle urodzone zasługi od dobże urodzonyh pretensyj.
— Więc według pana nie jest zasługą pielęgnowanie delikatniejszyh uczuć i wykwintniejszyh obyczajuw?
— Owszem, jest, ale taką rolę w społeczeństwie odgrywają kobiety. Im natura dała tkliwsze serca, ruhliwszą wyobraźnię, subtelniejsze zmysły, i one to, nie zaś arystokracja, utżymują w życiu codziennym wykwintność, w obyczajah łagodność, a nawet umieją budzić w nas najwznioślejsze uczucia. Tą lampą, kturej blaski ozłacają drogę cywilizacji, jest kobieta. Ona też bywa niewidzialną sprężyną czynuw wymagającyh niezwykłego natężenia sił...
Teraz panna Izabela zarumieniła się. Szli jakiś czas w milczeniu. Słońce już showało się za widnokrąg, a między dżewami parku na zahodzie błyszczał sierp księżyca. Wokulski, głęboko zamyślony, poruwnywał w duhu dwie dzisiejsze rozmowy, jedną z panią Wąsowską, drugą z panną Izabelą.
„Jakie to inne kobiety!... I czy nie miałem racji pżywiązać się do tej oto...”
— Czy mogę zadać panu drażliwe pytanie? — odezwała się nagle panna Izabela miękkim głosem.
— Hoćby najdrażliwsze.
— Prawda, że wyjeżdżał pan do Paryża bardzo obrażony na mnie?...
Hciał odpowiedzieć, że to było coś gorszego od obrazy; gdyż posądzenie o obłudę, ale milczał.
— Jestem winną wobec pana... Posądzałam pana...
— Czy nie o malwersację w nabyciu domu ojca pani za pośrednictwem Żydów? — spytał uśmiehając się Wokulski.
— O nie! — odparła żywo. — Pżeciwnie, posądzałam pana o czyn wysoce hżeścijański, kturego jednak nie mogłabym nikomu pżebaczyć. Pżez hwilę myślałam, że nasz dom kupił pan... za drogo...
— Dziś hyba uspokoiła się pani.
— Tak. Już wiem, że baronowa Krzeszowska hce za niego dać dziewięćdziesiąt tysięcy.
— Doprawdy? Jeszcze nie rozmawiała ze mną, hoć pżewidywałem, że to nastąpi.
— Bardzo cieszę się, że się tak stało, że pan nic nie straci, gdyż... dopiero teraz mogę panu podziękować z całego serca — muwiła panna Izabela podając mu rękę. — Rozumiem doniosłość pańskiej usługi. Muj ojciec miał być skżywdzony, po prostu obdarty pżez baronowę, a pan uratował go od ruiny, może od śmierci... Takih żeczy nie zapomina się...
Wokulski pocałował ją w rękę.
— Już wieczur — żekła zmieszana — wracajmy do domu... Całe toważystwo pewnie wyszło z parku...
„Jeżeli ona nie jest aniołem, to ja jestem psem!...” — pomyślał Wokulski.
Wszyscy już byli w pałacu, gdzie wkrutce podano kolację. Wieczur zeszedł wesoło. Około jedynastej Ochocki odprowadził Wokulskiego do jego mieszkania.
— Cuż? — żekł Ochocki — słyszę, że rozmawialiście państwo z kuzynką Izabelą o arystokracji?... Pżekonałeś ją pan, że to hołota?...
— Nie! Panna Izabela zanadto dobże broni swoih tez. Jak ona świetnie rozmawia!... — odparł Wokulski usiłując ukryć pomieszanie.
— Musiała panu muwić, że arystokracja pielęgnuje nauki i sztuki, że jest mistżynią dobryh obyczajuw, a jej stanowisko celem, do kturego dążą demokraci, i tym sposobem uszlahetniają się... Ciągle słyszę te argumenta; uszami już mi się wylewają.
— Sam pan wieżysz jednak w dobrą krew — żekł pżykro dotknięty Wokulski.
— Rozumie się... Ale ta dobra krew musi być ciągle odświeżana, gdyż inaczej prędko się psuje — odpowiedział Ochocki. — No, ale dobranoc panu. Zobaczę, co muwi aneroid, gdyż barona łamie po kościah i jutro możemy mieć słotę.
Ledwie wyszedł Ochocki, w pokoju Wokulskiego ukazał się baron kaszlący, rozgorączkowany, ale uśmiehnięty.
— A, a... ładnie! — muwił, a powieki drgały mu nerwowo. — A ładnie... zdradził mnie pan... zostawił pan moją nażeczoną samą w parku... Żartuję... żartuję — dodał ściskając Wokulskiego za rękę — ale... Hoć naprawdę mugłbym mieć do pana pretensję, gdyby nie to, że wruciłem dość wcześnie i... akurat zetknąłem się z panem Starskim, ktury z pżeciwnego końca alei szedł ku naszej stronie...
Wokulski już po raz drugi tego wieczora zarumienił się jak wyrostek.
„Po co ja wpadłem w tę sieć intryg i oszustw!” — pomyślał, ciągle jeszcze rozdrażniony słowami Ochockiego.
Baron zakaszlał się i odpocząwszy prawił dalej zniżonym głosem:
— Nieh pan jednak nie pżypuszcza, że jestem zazdrosny o nażeczoną... Byłoby to bardzo niskie z mojej strony... To nie kobieta, to anioł, kturemu każdej hwili powieżyłbym cały majątek, życie... Co muwię, życie?... Złożyłbym w jej ręce życie wieczne, tak spokojny, tak pewny o siebie jak to, że jutro słońce wejdzie... Słońca mogę nie zobaczyć, bo, muj Boże, każdy z nas jest śmiertelny, ale... Ale o nią nie mam obawy, cienia obawy, daję panu słowo, panie Wokulski... Oczom własnym nie wieżyłbym, nie tylko czyimś tam podejżeniom albo pułsłuwkom... — zakończył głośniej.
Ale, widzi pan — zaczął po hwili — ten Starski to obżydliwa figura. Nikomu nie powiedziałbym tego, ale... wie pan, jak on postępuje z kobietami?... Myśli pan, że wzdyha, umizga się, błaga o dobre słuwko, o uścisk ręki?... Nie, on je traktuje jak samice, w najbrutalniejszy sposub... Działa im na nerwy rozmową, spojżeniami...
Baron zaciął się, oczy mu krwią nabiegły; Wokulski słuhał go i nagle żekł cierpkim tonem:
— Kto wie, muj baronie, czy Starski nie ma racji. Nas nauczono widzieć w kobietah anioły i tak też je traktujemy. Jeżeli one jednak są pżede wszystkim samicami, to my wydajemy się w ih oczah głupsi i niedołężniejsi, niż jesteśmy, a Starski musi triumfować. Ten jest panem kasy, kto posiada właściwy klucz do zamku, baronie! — zakończył ze śmiehem.
— Pan to muwisz, panie Wokulski?...
— Ja, panie, i nieraz pytam się, czy my nie zanadto ubustwiamy kobiety, czy w ogule nie traktujemy ih zbyt poważnie; poważniej i uroczyściej niż siebie samyh...
— Panna Ewelina należy do wyjątkuw!... — zawołał baron.
— Istnieniu wyjątkuw nie pżeczę, kto wie jednak, czy taki Starski nie odkrył ogulnego prawidła.
— Może być — odparł zirytowany baron — ale to prawidło nie stosuje się do panny Eweliny. I jeżeli hronię ją... a raczej nie życzę jej stosunkuw ze Starskim, gdyż ona sama się hroni, to tylko dlatego, ażeby podobny człowiek nie skalał jej czystej myśli jakim wyrazem... No, ale pan jest znużony... Pżepraszam za wizytę w tak niewłaściwej poże.
Baron wyszedł, ciho zamykając dżwi; Wokulski został sam, pogrążony w niewesołyh myślah:
„Co ten Ochocki muwił, że argumenta panny Izabeli już mu się wylewają uszami? Więc to, co słyszałem od niej, nie było wybuhem zadraśniętego uczucia, ale dawno wyuczoną lekcją?... Więc jej dowodzenia, uniesienia, a nawet wzruszenia są tylko sposobami, za pomocą kturyh dobże wyhowane panny czarują takih jak ja głupcuw?...
A może po prostu on koha się w niej i hce ją zdyskredytować w moih oczah?... No, jeżeli koha, po cuż ją ma dyskredytować; nieh powie, a ona nieh wybiera... Naturalnie, że Ochocki ma więcej szans aniżeli ja; tak jeszcze nie straciłem rozumu, ażeby tego nie oceniać... Młody, piękny, genialny... Ha!... nieh wybiera: sławę czy pannę Izabelę...
Zresztą — ciągnął dalej w myśli — co mnie obhodzi, że panna Izabela używa zawsze tyh samyh argumentuw w swoih dysputah. Ani ona nie jest Duchem Świętym, ażeby wymyślać coraz nowe, ani ja jestem taką osobliwością, ażeby dla mnie warto było silić się na oryginalność. Nieh sobie muwi, jak hce... Ważniejsze to, że hyba do niej nie stosuje się ogulne prawidło o kobietah... Pani Wąsowska to pżede wszystkim piękna samica, ale ona nie...
Czy nie tak samo muwił baron o swojej pannie Ewelinie?...”
Lampa gasła. Wokulski zdmuhnął ją i żucił się na łużko.
Pżez dwa następne dnie padał deszcz i goście zasławscy nie opuszczali pałacu. Ochocki wziął się do książek i prawie nie pokazywał się, panna Ewelina horowała na migrenę, panny Izabela i Felicja czytały francuskie ilustracje, a reszta toważystwa, pod pżewodnictwem prezesowej, zasiadła do wista.
Pży tej okazji Wokulski spostżegł, że pani Wąsowska zamiast kokietować go, do czego ciągle nastręczała się sposobność, zahowuje się bardzo obojętnie. Udeżyło go zaś, że gdy Starski hciał ją raz pocałować w rękę, wyrwała ją i obrażona zapowiedziała mu, ażeby nigdy nie ważył się tego robić. Gniew jej był tak szczery, że sam Starski zdziwił się i zmieszał, a baron, hoć mu nie szła karta, był w doskonałym humoże.
— Czy i mnie nie pozwoli pani ucałować swej rączki?... — żekł baron w jakiś czas po owym wypadku.
— Panu owszem — odparła podając mu rękę.
Baron ucałował ją jak relikwię spoglądając z triumfem na Wokulskiego, ktury pomyślał, że jego utytułowany pżyjaciel może nie ma powodu do zbyt wielkiej uciehy.
Starski z takim zajęciem patżył w karty, że zdawał się nie uważać na to, co zaszło.
Na tżeci dzień wypogodziło się, a na czwarty było już tak pięknie i suho, że panna Felicja zaproponowała spacer na rydze.
Prezesowa tego dnia kazała podać wcześniej drugie śniadanie, a puźniej obiad. Około wpuł do pierwszej pżed pałac zajehał brek i pani Wąsowska dała hasło do wsiadania.
— Śpieszmy się, bo szkoda czasu... Gdzie twuj szal, Ewelinko?... Służące nieh siądą do bryczki i zabiorą kosze. A teraz — dodała, pżelotnie spojżawszy na Wokulskiego — każdy z panuw wybieże sobie damę...
Panna Felicja hciała protestować, ale w tej hwili baron podskoczył do panny Eweliny, a Starski do pani Wąsowskiej, ktura pżygryzając usta żekła:
— Myślałam, że już mnie pan nigdy nie wybieże...
I posłała Wokulskiemu piorunujące wejżenie.
— To my, kuzynko, będziemy tżymać się razem — odezwał się Ochocki do panny Izabeli. — Ale w takim razie musi pani siąść pży koźle, bo ja powożę.
— Pani Wąsowska nie pozwala, bo pan wywruci! — zawołała panna Felicja, kturej los pżeznaczył Wokulskiego.
— Owszem, nieh powozi, nieh wywraca... — żekła pani Wąsowska. — Jestem dziś w takim usposobieniu, że zgadzam się na łamanie nam nug... Biedny ten rydz, ktury dostanie się w moje ręce!...
— Jestem pierwszy z nih — odezwał się Starski — jeżeli hodzi o zjedzenie...
— Owszem, jeżeli zgodzisz się pan na popżednie ucięcie głowy — odpowiedziała pani Wąsowska.
— Już jej dawno nie mam...
— Nie dawniej, aniżeli ja to spostżegłam, ale siadajmy i jedźmy...
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.