V. Wiejskie rozrywki
V. Wiejskie rozrywki
Z kwadrans upłynął, zanim upakowano żeczy w powozie. Nareszcie Wokulski i baron usiedli, furman w piaskowej liberii mahnął batem w powietżu i para dzielnyh siwyh koni ruszyła wolnym kłusem.
— O, panią Wąsowską rekomenduję panu — muwił baron. — Brylant, nie kobieta, a jaka oryginalna!... Ani myśli iść drugi raz za mąż, hoć lubi pasjami, ażeby ją otaczano. Trudno jej, panie, nie uwielbiać, a uwielbiać żecz niebezpieczna. Starskiemu płaci dzisiaj za wszystkie jego bałamuctwa. Pan zna Starskiego?
— Widziałem go raz...
— Dystyngowany człowiek, ale niepżyjemny — muwił baron — antypatia mojej nażeczonej. Tak działa jej na nerwy, że biedaczka traci humor w jego toważystwie. I nie dziwię się, bo to są wprost pżeciwne natury: ona poważna — on letkiewicz, ona uczuciowa, nawet sentymentalna — on cynik.
Wokulski słuhając gawędy barona oglądał się po okolicy, ktura powoli zmieniała fizjognomię. W puł godziny za stacją ukazały się na widnokręgu lasy, bliżej wzguża; droga wiła się między nimi, wbiegała na ih szczyty lub spadała na duł.
Na jednym z takih wzniesień furman zwrucił się do nih i wskazując batem pżed siebie żekł:
— O, państwo tam jadą brekiem.
— Gdzie? kto? — zawołał baron, prawie wspinając się na kozioł. — A tak, to oni... Żułty brek i gniada czwurka... Ciekawym, kto jedzie? Nieh no pan spojży...
— Zdaje mi się, że widzę coś pąsowego — odparł Wokulski.
— A, to pani Wąsowska. Ciekawym, czy jest i moja nażeczona?... — dodał ciszej.
— Jest kilka pań — żekł Wokulski, kturemu w tej hwili pżypomniała się panna Izabela. „Jeżeli jedzie z nimi, to dobra wrużba” — pomyślał.
Oba ekwipaże szybko zbliżały się do siebie. Na breku gwałtownie stżelano z bata, wołano, wywijano hustkami, w powozie zaś baron coraz wyhylał się i drżał ze wzruszenia.
Powuz stanął, ale rozpędzony brek pżeleciał około niego jak buża śmiehuw i okżykuw i zatżymał się o kilkadziesiąt krokuw dalej. Widocznie naradzano się nad czymś w sposub hałaśliwy i zapewne coś uradzono, gdyż toważystwo wysiadło, a brek pojehał dalej.
— Dzień dobry, panie Wokulski! — zawołał z kozła ktoś wywijając długim batem. Wokulski poznał Ochockiego.
Baron pobiegł w stronę toważystwa. Napżeciw wysunęła się dama w białej nażutce, z białą koronkową parasolką i szła powoli z wyciągniętą do niego ręką, z kturej zdawał się opadać szeroki rękaw. Baron już z daleka zdjął kapelusz i dopadłszy nażeczonej, prawie zanużył się w jej rękawie. Po wybuhu czułości, ktury o ile był krutkim dla niego, o tyle wydał się bardzo długim dla widzuw, baron nagle opżytomniał i żekł:
— Pozwoli pani, że pżedstawię pana Wokulskiego, mego najlepszego pżyjaciela... Ponieważ zabawi tu dłużej, więc w tej hwili obliguję, ażeby w czasie mojej nieobecności zastępował pży pani moje miejsce...
Znowu złożył kilka pocałunkuw w głąb rękawa, skąd do Wokulskiego wysunęła się pżeśliczna ręka. Wokulski uścisnął ją i poczuł lodowaty hłud; spojżał na damę w białej nażutce i zobaczył pobladłą tważ z wielkimi oczyma, w kturyh widać było smutek i obawę.
„Szczegulna nażeczona!” — pomyślał.
— Pan Wokulski!... — zawołał baron zwruciwszy się do dwu pań i mężczyzny, ktuży już zbliżyli się do nih. — Pan Starski... — dodał.
— Już miałem pżyjemność... — odezwał się Starski uhylając kapelusz.
— I ja — odparł Wokulski.
— Jakże teraz usadowimy się? — spytał baron na widok nadjeżdżającego breku.
— Jedźmy wszyscy razem! — zawołała młoda blondynka, w kturej Wokulski domyślił się panny Felicji Janockiej.
— Bo w naszym powozie są dwa miejsca... — słodko zauważył baron.
— Rozumiem, ale nic z tego — odezwała się pięknym kontraltem dama w pąsowej sukni. — Nażeczeni pojadą z nami, a do powozu nieh siądą, jeżeli hcą, pan Ochocki z panem Starskim.
— Dlaczego ja? — zawołał z wysokości kozła Ochocki.
— Albo ja? — dodał Starski.
— Bo pan Ochocki źle powozi, a pan Starski jest nieznośny — odpowiedziała rezolutna wduwka.
Teraz Wokulski spostżegł, że dama ta ma pyszne kasztanowate włosy i czarne oczy, a całą fizjognomię wesołą i energiczną.
— Już mi pani daje dymisję! — westhnął komicznie Starski.
— Pan wie, że ja zawsze daję dymisję wielbicielom, ktuży mnie nudzą. No, ale siadajmy, moi państwo. Nażeczeni napżud. Fela obok Ewelinki.
— O nie! — zaprotestowała blondynka. — Siądę na końcu, bo babcia nie pozwala mi siadać pży nażeczonyh.
Baron z większą elegancją aniżeli zręcznością podsadził nażeczoną i sam usiadł napżeciw niej. Potem wduwka zajęła miejsce obok barona, Starski obok nażeczonej, a panna Felicja obok Starskiego.
— Prosimy — odezwała się wduwka do Wokulskiego zbierając w fałdy swoją pąsową suknię, ktura rozesłała się na połowie ławki.
Wokulski usiadł napżeciw panny Felicji i spostżegł, że dziewczynka patży na niego z pełnym zahwytu podziwem, rumieniąc się co hwilę.
— Czy nie moglibyśmy prosić pana Ochockiego, ażeby lejce oddał stangretowi? — żekła wduwka.
— Moja pani, cuż mi pani wiecznie robi jakieś awantury! — obużył się Ochocki. — Właśnie, że ja będę powoził.
— Więc daję słowo honoru, że wybiję pana, jeżeli nas wywrucisz.
— To się jeszcze pokaże — odparł Ochocki.
— Słyszeliście państwo, ten człowiek mi grozi! — zawołała wduwka. — Czy nie ma tu nikogo, ktury by się za mną ujął?
— Ja panią pomszczę — wtrącił Starski dość lihą polszczyzną. — Pżesiądźmy się we dwoje do tamtego powozu.
Piękna wdowa wzruszyła ramionami, baron znowu całował rączki swojej nażeczonej, ktura uśmiehając się rozmawiała z nim pułgłosem, ale ani na hwilę nie straciła wyrazu smutku i obawy.
Podczas gdy Starski pżekomażał się z wdową, a panna Felicja rumieniła się, Wokulski patżył na nażeczoną. Spostżegła to, odpowiedziała mu pogardliwym wejżeniem i nagle z bezbżeżnego smutku pżeszła do dziecinnej wesołości. Sama podała rękę baronowi do nowego pocałunku, a nawet niehcący potrąciła go nużką. Jej wielbiciel był tak wzruszony, że pobladł i posiniały mu usta.
— Ależ pan nie ma idei o powożeniu! — kżyknęła wdowa usiłując potrącić Ochockiego drutem parasolki.
W tej hwili Wokulski wyskoczył. Jednocześnie konie lejcowe skręciły na środek drogi, dyszlowe poszły za nimi i brek silnie pohylił się na lewo. Wokulski podparł go, konie, ściągnięte pżez stangreta, stanęły.
— Czy nie muwiłam, że ten potwur wywruci nas! — zawołała wdowa. — Cuż to znowu, panie Starski?...
Wokulski spojżał na brek i w ciągu jednej hwili zobaczył taką scenę: panna Felicja pokładała się ze śmiehu, Starski upadł tważą na kolana pięknej wduwki, baron tarmosił za kark stangreta, a jego nażeczona, blada z trwogi, jedną ręką hwyciła za pręt kozła, drugą wpiła w ramię Starskiego.
Mgnienie oka — brek wyprostował się i wszystko wruciło do pożądku. Tylko panna Felicja zanosiła się od śmiehu.
— Nie rozumiem, Felu, jak można śmiać się w takiej hwili — odezwała się nażeczona.
— Dlaczego nie mam się śmiać?... Cuż mogło stać się złego?... Pżecież jedzie z nami pan Wokulski... — muwiła panienka. Spostżegła się jednak i zarumieniona bardziej niż kiedykolwiek, napżud ukryła tważ w dłonie, a potem spojżała na Wokulskiego w sposub, ktury miał oznaczać, że jest bardzo obrażona.
— Co do mnie, gotuw jestem zaabonować kilka podobnyh wypadkuw — odezwał się Starski, wymownie patżąc na wduwkę.
— Pod warunkiem, że ja będę zabezpieczona od dowoduw pańskiej tkliwości. Felu, usiądź na moim miejscu — odpowiedziała wdowa marszcząc się i siadając napżeciw Wokulskiego.
— Cuż znowu, sama pani dziś powiedziała, że wdowom wszystko wolno.
— Ale wdowy nie na wszystko pozwalają. Nie, panie Starski, pan musi oduczyć się swoih japońskih zwyczajuw.
— To są zwyczaje wszehświatowe — odparł Starski.
— W każdym razie nie z tej połowy świata, do kturej ja pżywykłam — odcięła wduwka kżywiąc się i patżąc na drogę.
W breku zrobiło się ciho. Baron z zadowoleniem poruszał szpakowatymi wąsikami, a jego nażeczona posmutniała jeszcze bardziej. Panna Felicja, zająwszy miejsce wduwki obok Wokulskiego, odwruciła się do swego sąsiada prawie tyłem, od czasu do czasu żucając mu pżez ramię pogardliwe i melanholijne spojżenia. Ale za co? tego nie wiedział.
— Pan dobże jeździ konno? — zapytała Wokulskiego pani Wąsowska.
— Z czego pani wnosi?
— Ah, Boże! zaraz z czego? Pierwej nieh pan odpowie na moje pytanie.
— Nieszczegulnie, ale jeżdżę.
— Właśnie że musi pan dobże jeździć, gdyż od razu zgadł pan, co zrobią konie w rękah takiego mistża jak pan Julian. Będziemy jeździli razem... Panie Ochocki, od dzisiejszego dnia daję panu urlop ze spaceruw.
— Bardzo się z tego cieszę — odparł Ochocki.
— A, ładnie w taki sposub odpowiadać damom! — zawołała panna Felcia.
— Wolę odpowiadać aniżeli odbywać z nimi spacery. Kiedyśmy ostatni raz jeździli z panią Wąsowską, w ciągu dwu godzin sześć razy zsiadałem z konia, a pięciu minut nie miałem spokojności. Nieh teraz pan Wokulski sprubuje.
— Felu, powiedz temu człowiekowi, że z nim nie rozmawiam — odezwała się wduwka wskazując na Ochockiego.
— Człowieku, człowieku!... — zawołała Felcia. — Ta pani z wami nie rozmawia... Ta pani muwi, że jesteście ordynarni.
— A co, już zatęskniła pani do toważystwa ludzi z dobrymi manierami — odezwał się Starski. — Nieh pani sprubuje, może dam się pżeprosić.
— Dawno pan wyjehał z Paryża? — zapytała wduwka Wokulskiego.
— Jutro będzie tydzień.
— A ja już nie widziałam go cztery miesiące. Kohane miasto...
— Zasławek!... — kżyknął Ochocki i zamahnął batem do ogromnego wystżału, ktury mu się jednak nie udał, ponieważ bicz niezbyt szczęśliwie żucony w tył, zaplątał się między parasolki dam i kapelusze panuw.
— Nie, moi państwo — zawołała wduwka — jeżeli hcecie mnie miewać na pżejażdżkah, to wiążcie tego człowieka. On jest po prostu niebezpieczny...
Na breku znowu wszczął się hałas, ponieważ Ochocki miał swoje stronnictwo w osobie panny Felicji, ktura utżymywała, że jak na początkującego, dobże powozi i że najwytrawniejszym furmanom zdażają się wypadki.
— Moja Felciu — odparła wduwka — jesteś w tym wieku, że u ciebie każdy będzie dobrym furmanem, kto ma ładne oczy.
— Dopiero dziś będę miał dobry apetyt... — muwił baron do swej nażeczonej, lecz spostżegłszy, że muwi za głośno, począł znowu szeptać.
Znajdowali się już na terytorium należącym do prezesowej i właśnie Wokulski pżypatrywał się rezydencji. Na dość wysokim, hoć łagodnym wzgużu wznosił się piętrowy pałac z dwoma parterowymi skżydłami. Za nim zieleniły się stare dżewa parku, pżed nim rozścielała się jakby wielka łąka, popżecinana ścieżkami, tu i owdzie ozdobiona klombem, posągiem albo altanką. U stup wzguża połyskiwała obszerna płahta wody, oczywiście sadzawka, na kturej kołysały się łudki i łabędzie.
Na tle zieloności pałac jasnożułtej barwy z białymi słupami wyglądał okazale i wesoło. Na prawo i na lewo od niego widać było między dżewami murowane budynki gospodarskie.
Pży odgłosie wystżałuw z bata, kture tym razem udawały się Ochockiemu, brek po marmurowym moście zajehał pżed pałac zawadziwszy tylko jednym kołem o trawnik. Podrużni wysiedli, Ochocki jednak nie oddał lejcuw, lecz jeszcze odprowadził ekwipaż do stajni.
— A nieh pan pamięta, że o pierwszej śniadanie! — zawołała panna Felicja.
Do barona zbliżył się stary służący w czarnym surducie.
— Jaśnie pani — żekł — jest teraz w spiżarni. Może panowie pozwolą do siebie.
I zaprowadziwszy ih do prawej oficyny wskazał Wokulskiemu obszerny pokuj, kturego otwarte okna wyhodziły do parku. Po hwili wbiegł hłopiec w liberyjnej kurtce, pżyniusł wody i zajął się rozpakowaniem walizy.
Wokulski wyjżał oknem. Pżed nim rozciągał się trawnik ozdobiony kępami staryh świerkuw, modżewi, lip, poza kturymi daleko było widać lesiste wzguża. Tuż pży oknie stał kżak bzu, a w nim gniazdo, do kturego zlatywały się wruble. Ciepły wiatr wżeśniowy co hwilę wpadał do pokoju siejąc w nim niepohwytne wonie.
Gość patżył na obłoki, jakby dotykające wieżhołkuw dżew, na snopy światła, kture pżepływały między ciemnymi gałęźmi świerkuw, i było mu dobże. Nie myślał o pannie Izabeli. Jej wizerunek, palący mu duszę, rozwiał się wobec prostyh powabuw natury; hore serce umilkło i pierwszy raz od dawna zaległy w nim ukojenie i cisza.
Pżypomniawszy jednak sobie, że jest tu z wizytą, szybko począł się ubierać. Ledwie skończył, delikatnie zapukano do dżwi i wszedł stary służący.
— Jaśnie pani prosi do stołu.
Wokulski udał się za nim... Minął korytaż i po hwili znalazł się w obszernym pokoju jadalnym, kturego ściany do połowy były pżysłonięte taflami z ciemnego dżewa. Panna Felicja rozmawiała w oknie z Ochockim, pży stole zaś między panią Wąsowską i baronem siedziała prezesowa na fotelu z wysoką poręczą.
Zobaczywszy swego gościa wstała i wyszła parę krokuw napżud.
— Witam cię, panie Stanisławie — żekła — i dziękuję, żeś posłuhał mojej prośby.
Gdy zaś Wokulski pohylił się do jej ręki, pocałowała go w czoło, co na obecnyh zrobiło pewne wrażenie.
— Siadajże o tu, koło Kazi. A ty, proszę cię, pamiętaj o nim.
— Pan Wokulski zasługuje na to — odparła wduwka. — Gdyby nie jego pżytomność, pan Ochocki połamałby nam kości.
— Cuż znowu?...
— Nie umie powozić nawet parą koni, a rwie się do czwurki. Już wolałam go, kiedy sobie po całyh dniah łapał ryby.
— Boże! jakie szczęście, że nie ożenię się z tą kobietą — westhnął Ochocki, serdecznie witając Wokulskiego.
— O, panie, panie!... Tylko jeżeli ofiarujesz mi się na męża, to lepiej zostań furmanem — zawołała pani Wąsowską.
— Ci zawsze kłucą się! — żekła ze śmiehem prezesowa.
Weszła panna Ewelina Janocka, a w parę minut po niej, drugimi dżwiami, Starski.
Powitali prezesową, ktura odpowiedziała im życzliwie, lecz z powagą.
Podano śniadanie.
— U nas, panie Stanisławie — muwiła prezesowa — jest taki zwyczaj, że shodzimy się wszyscy obowiązkowo tylko do stołu. Poza tym każdy robi, co mu się podoba. Radzę ci więc, jeżeli boisz się nuduw, pilnować się Kazi Wąsowskiej.
— Ja też od razu biorę do niewoli pana Wokulskiego — odparła wduwka.
— Oh!... — szepnęła prezesowa spojżawszy pżelotnie na gościa.
Panna Felicja zarumieniła się, nie wiadomo ktury już raz dzisiaj, i kazała Ochockiemu, ażeby nalał jej wina.
— Nie, nie... proszę wody — poprawiła się.
Ochocki spełnił zlecenie tżęsąc pży tym głową i rozkładając ręce w sposub desperacki.
Po śniadaniu, w ciągu kturego panna Ewelina rozmawiała tylko z baronem, a Starski umizgał się do czarnookiej wdowy, goście pożegnawszy gospodynią rozeszli się. Ochocki poszedł na stryh pałacu, gdzie w pokoiku, świeżo na ten cel zbudowanym, użądzał obserwatorium meteorologiczne, baron z nażeczoną wybrali się do parku, a prezesowa zatżymała Wokulskiego.
— Powiedzże mi — żekła — bo to pierwsze wrażenia bywają najtrafniejsze, jak ci się podoba pani Wąsowską?
— Wygląda na dzielną i wesołą kobietę.
— Masz rację. A baron?
— Mało go znam. To stary człowiek.
— O stary, bardzo stary — westhnęła prezesowa — a pomimo to hce mu się żenić. A co powiesz o jego nażeczonej?
— Wcale jej nie znam, hociaż dziwi mnie, że upodobała sobie barona, ktury zresztą może być najzacniejszym człowiekiem.
— Tak, to jest dziwna dziewczyna — muwiła prezesowa — i powiem ci, że zaczynam tracić dla niej serce. Do jej małżeństwa nie mieszam się, skoro niejedna panna jej zazdrości, a wszyscy muwią, że robi świetną partię. Ale to, co miała dostać po mojej śmierci, pżejdzie na innyh. Kto ma krocie barona, nie potżebuje moih dwudziestu tysięcy.
Czuć było rozdrażnienie w głosie staruszki.
Niebawem pożegnała Wokulskiego radząc mu pżejść się po parku.
Wokulski wyszedł na dziedziniec i około lewej oficyny, gdzie była kuhnia, skręcił do parku.
Puźniej bardzo często pżyhodziły mu na myśl dwa najpierwsze spostżeżenia, jakie zrobił w Zasławku.
Pżede wszystkim niedaleko kuhni zobaczył budę, a pżed nią na łańcuhu psa, ktury spostżegłszy obcego począł tak szczekać, wyć i żucać się, jakby dostał wścieklizny. Widząc, że mimo to pies ma wesołe oczy i kręci ogonem, Wokulski pogłaskał go, co okrutnego zwieża wprawiło w taki humor, że nie pozwolił gościowi odejść od siebie. Wył, hwytał za ubranie, kładł się na ziemi, jakby domagając się pieszczot, a pżynajmniej widoku ludzkiej tważy.
„Dziwny pies łańcuhowy!” — pomyślał Wokulski.
W tej hwili z kuhni wyszło nowe dziwo: stary parobek otyły. Wokulski, ktury jeszcze nigdy nie spotkał otyłego hłopa, wdał się z nim w rozmowę.
— Po co wy tego psa tżymacie na łańcuhu?
— Ażeby był zły i nie puszczał do domu złodziejuw — odparł uśmiehając się parobek.
— Więc dlaczeguż od razu nie weźmiecie złego kundla?
— Kiej dziedziczka nie utżymałaby złego psa. U nas to i pies musi być łaskawy.
— A wy, ojcze, co tu robicie?
— Jo jestem pasiecznik, ale pżody byłem rataj. Ino jak mi wuł złamał ziobro, to mi jaśnie pani kazała do pasieki.
— I dobże wam?
— Z początku to ckliło mi się bez roboty, ale puźni pżywykem i jestem.
Pożegnawszy hłopa Wokulski skręcił do parku i długi czas pżehadzał się po lipowej alei nie myśląc o niczym. Zdawało mu się, że pżyjehał tu nasycony, zatruty zgiełkiem Paryża, hałasem Warszawy, dudnieniem kolei żelaznyh i że wszystkie te niepokoje, wszystkie boleści, jakie pżeżył, w tej hwili parują z niego. Gdyby go zapytano: czym jest wieś? odpowiedziałby, że jest ciszą.
Wtem usłyszał szybki bieg za sobą. Gonił go Ochocki niosąc na ramieniu dwie wędki.
— Nie było tu panny Felicji? — zapytał. — Miała pżyjść o wpuł do tżeciej i iść ze mną na ryby... Ale taka to babska punktualność. Może pan pujdzie z nami? Nie ma pan ohoty. To może pan woli grać ze Starskim w pikietę?... Do tego on zawsze gotuw, wyjąwszy, jeżeli znajdzie komplet do preferansa.
— Cuż tu robi ten pan Starski?
— Jakże co? Mieszka u swojej ciotecznej babki a razem hżestnej matki, prezesowej Zasławskiej, i jak teraz, martwi się, że zapewne nie odziedziczy po niej majątku. Ładny grosz, ze tżysta tysięcy rubli!... Ale prezesowa uważa, że lepiej wespżeć nim podżutkuw aniżeli kasę w Monako. Biedny hłopak!
— Cuż mu złego?
— Ale ba!... Po babci urwało się, z Kazią zerwało się i hoć w łeb sobie stżel.
Wiedz pan — ciągnął Ochocki majstrując coś około wędek — że kiedyś obecna pani Wąsowska, jeszcze jako panna, miała słabość do Starskiego. Kazio i Kazia, jaka dobrana para, co?... Zdaje się, że nawet pod wpływem tej idei pani Kazia zjehała do nas pżed tżema tygodniami (a ma także grosz po nieboszczyku, bodaj czy nie tyle, co prezesowa!). Byli nawet ze sobą kilka dni dobże i nawet Kazio na rahunek posagu zrealizował nowy weksel u pahciaża, gdy wtem... coś się zepsuło... Pani Wąsowska po prostu kpi sobie z Kazia, a on tylko udaje dobrą minę. Słowem kiepsko! Tżeba będzie wyżec się podruży i osiąść na piaszczystym folwarczku, dopuki nie umże stryjcio, co prawda już dawno hory na kamień.
— Ale co dotyhczas robił pan Starski?
— No, pżede wszystkim robił długi. Trohę grał, trohę podrużował (zdaje mi się jednak, że głuwnie po paryskih i londyńskih knajpah, bo w te jego Chiny wieżyć mi się nie hce), ale specjalnie trudnił się bałamuceniem młodyh mężatek. W tym to on mistż i już ma tak ustaloną reputację, że mężatki wcale mu się nie opierają, a panny wieżą, że do kturej zacznie się umizgać Starski, natyhmiast dostanie męża. Takie dobre zajęcie jak każde inne!...
„Zapewne — szepnął Wokulski, już nieco spokojniejszy o rywala. — Ten nie zbałamuci panny Izabeli.”
Dohodzili do końca parku, poza sztahetami kturego widać było szereg murowanyh budynkuw.
— O, ma pan, jaka to oryginalna kobieta z tej prezesowej! — żekł Ochocki wskazując na sztahety. — Widzi pan te pałace?... To wszystko czwurniaki, mieszkania parobkuw. A tamten dom — to ohrona dla parobcząt; bawi się ih ze tżydzieści sztuk, wszystkie umyte i obłatane jak książątka... A ta znowu willa to pżytułek dla starcuw, kturyh w tej hwili jest czworo; upżyjemniają sobie wakacje czyszcząc włosień na materace do gościnnyh pokojuw. Tułałem się po rozmaityh okolicah kraju i wszędzie widziałem, że parobcy mieszkają jak świnie, a ih dzieci harcują po błocie jak prosięta... Ale kiedym tu pierwszy raz zajehał, pżetarłem oczy. Zdawało mi się, że jestem na wyspie Utopii albo na kartce nudnego a cnotliwego romansu, w kturym autor opisuje, jakimi szlahcice być powinni, lecz jakimi nigdy nie będą. Imponuje mi ta staruszka... A gdybyś pan jeszcze wiedział, jaką ona ma bibliotekę, co czyta... Zgłupiałem, kiedy raz zażądała, abym jej objaśnił pewne punkta transformizmu, kturym dlatego tylko bżydzi się, że uznał walkę o byt za fundamentalne prawo natury.
Na końcu alei ukazała się panna Felicja.
— Cuż, idziemy, panie Julianie? — zapytała Ochockiego.
— Idziemy i pan Wokulski z nami.
— Aaa?... — zdziwiła się panienka.
— Pani nie życzy sobie? — spytał Wokulski.
— Owszem, ale... myślałam, że panu będzie pżyjemniej w toważystwie pani Wąsowskiej.
— Moja panno Felicjo! — zawołał Ochocki — tylko proszę nie bawić się w uszczypliwość, bo się to pani nie udaje.
Obrażona panna poszła napżud w stronę sadzawki, panowie za nią. Łowili ryby do piątej wieczorem, na spiekocie, gdyż dzień był gorący. Ochocki złapał dwucalowego kiełbia, a panna Felicja oberwała sobie koronkę u rękawa. Skutkiem czego wybuhnął między nimi spur o to, że młode panny nie mają pojęcia o tżymaniu wędki, a panowie nie mogą jednej hwili usiedzieć bez gadania.
Pogodził ih dopiero dzwonek wzywający na obiad.
Po obiedzie baron oddalił się do swego pokoju (o tej godzinie zawsze horował na migrenę), reszta zaś toważystwa miała zebrać się w parku, w altanie, gdzie zwykle jadano owoce.
Wokulski pżyszedł tam w puł godziny. Myślał, że będzie pierwszy, tymczasem zastał już wszystkie panie, kturym Starski coś wykładał. Siedział rozparty na bżozowym fotelu i muwił z miną znudzoną, udeżając szpicruzgą w koniec buta:
— Jeżeli w historii odegrały jakąś rolę małżeństwa, to bynajmniej nie te ze skłonności, ale te z rozsądku. Co wiedzielibyśmy dziś o Jadwidze albo o Marii Leszczyńskiej, gdyby panie te nie umiały zdecydować się na rozsądny wybur? Czym byłby Stefan Batory albo Napoleon I, gdyby nie pożenili się z kobietami mającymi wpływy? Małżeństwo jest zbyt doniosłym aktem, ażeby pżystępując do niego można było radzić się tylko serca. To nie jest poetyczny związek dwu dusz, to jest ważny wypadek dla mnustwa osub i interesuw. Nieh ja dziś ożenię się z pokojuwką, hoćby z guwernantką, a już jutro będę zgubiony w mojej sfeże. Nikt mnie nie zapyta: jaka była temperatura moih uczuć? ale — jakie mam dohody na utżymanie domu i kogo wprowadzam do rodziny?
— Co innego małżeństwa polityczne, a co innego małżeństwa dla pieniędzy z człowiekiem, kturego się nie koha — odpowiedziała prezesowa patżąc w ziemię i bębniąc palcami po stole. — To gwałt zadany najświętszym uczuciom.
— Ah, kohana babciu — odparł Starski z westhnieniem — łatwo to muwić o swobodzie uczuć, kiedy się ma dwadzieścia tysięcy rubli rocznie. „Podły pieniądz! bżydki pieniądz!” — wołają wszyscy. Ale dlaczeguż to wszyscy, począwszy od parobka, skończywszy na ministże, krępują swoją wolność pracą obowiązkową? Za co gurnik i marynaż narażają życie? Naturalnie, za uw podły pieniądz, bo podły pieniądz daje swobodę hoć pżez parę godzin na dzień, hoć pżez parę miesięcy na rok, hoć pżez kilka lat w życiu. Wszyscy obłudnie gardzimy pieniędzmi, lecz każdy z nas wie, że jest to mieżwa, z kturej wyrasta wolność osobista, nauka, sztuka, nawet idealna miłość. Gdzież to wreszcie urodziła się miłość ryceży i trubaduruw? Z pewnością nie między szewcami i kowalami, a nawet nie między doktorami i adwokatami. Wypielęgnowały ją klasy majętne, kture utwożyły kobietę z delikatną cerą i białą ręką, kture wydały mężczyznę mającego dosyć czasu na ubustwianie kobiety.
Jest tu wreszcie między nami pżedstawiciel ludzi czynu, pan Wokulski, ktury, jak muwi sama babcia, niejednokrotnie złożył dowody bohaterstwa. Co go ciągnęło do niebezpieczeństw?... Naturalnie pieniądz, ktury dziś w jego ręku jest potęgą...
Zrobiło się ciho, wszystkie panie spojżały na Wokulskiego. Ten odparł po hwili milczenia:
— Tak, ma pan rację, zdobyłem muj majątek wśrud ciężkih pżygud, ale czy pan wie, dlaczegom go zdobywał?...
— Za pozwoleniem — pżerwał Starski — nie robię panu zażutu, tylko owszem, uważam to za hlubny pżykład dla wszystkih. Skądże pan jednak wie, czy człowiek, ktury żeni się lub wyhodzi za mąż dla pieniędzy, nie ma ruwnież na widoku szlahetnyh celuw? Moi rodzice podobno pobrali się z czystej miłości; jednak pżez całe życie nie byli szczęśliwi, a o mnie, owocu ih uczuć, to już nie ma co muwić... Tymczasem moja czcigodna babka, tu obecna, wyszła za mąż wbrew skłonności i dziś jest błogosławieństwem całej okolicy. Nawet lepiej — dodał całując prezesowę w rękę — gdyż poprawia błędy moih rodzicuw, ktuży tak byli zajęci miłością, że zapomnieli o majątku dla mnie...
Zresztą — mamy drugi dowud w osobie uroczej pani Wąsowskiej...
— O, muj panie — pżerwała zarumieniona wdowa — muwisz tak, jakbyś był prokuratorem sądu ostatecznego. Ja także odpowiem jak pan Wokulski: czy wiesz, dlaczegom to zrobiła?...
— Ale pani to zrobiła i babcia to zrobiła, i my wszyscy to samo zrobimy — muwił z ironicznym hłodem Starski. — Wyjąwszy, rozumie się, pana Wokulskiego, ktury ma akurat tyle pieniędzy, ile ih potżeba dla pofolgowania uczuciom...
— I ja tak samo zrobiłem — odezwał się stłumionym głosem Wokulski.
— Ożenił się pan dla majątku? — spytała wduwka szeroko otwierając oczy.
— Nie dla majątku, ale dlatego, ażeby mieć pracę i nie umżeć z głodu. Znam dobże to prawo, o kturym muwi pan Starski...
— A co? — wtrącił Starski patżąc na babkę.
— I dlatego, że znam, żałuję tyh, ktuży muszą mu ulegać — zakończył Wokulski. — Jest to hyba największe nieszczęście w życiu.
— Masz rację — żekła prezesowa.
— Zaczyna mnie pan interesować, panie Wokulski — dodała pani Wąsowska, wyciągając do niego rękę.
Panna Ewelina pżez cały czas rozmowy była shylona nad haftem. W tej hwili podniosła głowę i spojżała na Starskiego z takim wyrazem rozpaczy, że Wokulski zdziwił się... Ale Starski wciąż udeżał szpicruzgą w koniec swego buta, gryzł cygaro i uśmiehał się na puł drwiąco, na puł smutnie.
Za altanką rozległ się głos Ochockiego:
— Widzisz, muwiłem ci, że tu jest pani...
— No, to w altance, ale nie w kżakah — odpowiedziała młoda dziewczyna z koszykiem w ręku.
— Ah, głupia jesteś! — mruknął Ochocki whodząc i niespokojnie patżąc na damy.
— Oho! pan Julian znowu wkracza do nas jako triumfator — żekła wduwka.
— Ależ słowo honoru daję, że tylko dla skrucenia drogi szedłem pżez klomby — tłomaczył się Ochocki.
— I tak pan zjehał z drogi, jak dziś wioząc nas...
— No, słowo honoru daję...
— Już lepiej podprowadź mnie, zamiast się tłomaczyć — pżerwała prezesowa.
Ochocki podał jej rękę, ale miał minę tak zakłopotaną i kapelusz tak wsadzony na bakier, że pani Wąsowska nie mogła pohamować nadmiaru wesołości, co na tważy panny Felicji wywołało nową serię rumieńcuw, a Ochockiego zmusiło do żucenia wduwce kilku gniewnyh spojżeń.
Całe toważystwo skręciło na lewo i boczną aleją szło do budynkuw folwarcznyh. Napżud prezesowa z Ochockim, za nimi dziewczyna z koszykiem, potem wduwka z panną Felicją, Wokulski, a za nim panna Ewelina ze Starskim. Pży furtce hałas na pżodzie spotęgował się, a w tej hwili Wokulskiemu pżywidziało się, że słyszy za sobą cihą rozmowę.
— Czasem zdaje mi się, że wolałabym w grobie leżeć... — szepnęła panna Ewelina.
— Odwagi... odwagi... — odpowiedział jej tym samym tonem Starski.
Wokulski teraz dopiero zrozumiał cel wyprawy na folwark, gdy w dziedzińcu wybiegło napżeciw prezesowej całe stado kur, kturym ona żucała ziarno z kosza. Za kurami ukazała się ih dozorczyni, stara Mateuszowa, donosząc pani, że wszystko jest dobże, tylko że z rana krążył nad dziedzińcem jastżąb, a po południu jedna z kur trohę udławiła się kamieniem, ale już ją minęło.
Po pżeglądzie drobiu, prezesowa obejżała obory i stajnie, gdzie parobcy, po większej części ludzie dojżałego wieku, składali jej raporta. Tu o mało nie zdażył się wypadek. Ze stajni bowiem nagle wybiegło spore źrebię i żuciło się na prezesową pżednimi nogami jak pies, ktury staje na dwu łapah. Szczęściem, Ochocki pohamował figlarne zwieżę, a prezesowa dała mu zwykłą porcję cukru...
— On babcię kiedy skaleczy — odezwał się niezadowolony Starski. — Kto widział pżyzwyczajać do takih pieszczot źrebięta, z kturyh puźniej wyrastają konie!
— Zawsze muwisz rozsądnie — odpowiedziała mu prezesowa głaszcząc źrebaka, ktury kładł głowę na jej ramieniu, a puźniej biegł za nią tak, że parobcy musieli go zawracać do stajni.
Nawet niekture krowy poznawały swoją panią i witały ją stłumionym rykiem, podobnym do mruczenia.
„Dziwna kobieta” — pomyślał Wokulski patżąc na staruszkę, ktura umiała budzić miłość dla siebie nie tylko w sercah zwieżąt, lecz — nawet ludzi.
Po kolacji prezesowa poszła spać, a pani Wąsowska zaproponowała spacer po parku.
Baron, lubo niehętnie, zgodził się na projekt; włożył gruby paltot, szyję okręcił hustką i wziąwszy pod rękę nażeczoną wysunął się z nią napżud. O czym muwili? Nikt nie wie, tyle tylko widziano, że ona była blada, a on miał wypieki na tważy.
Około jedynastej w nocy wszyscy rozeszli się, a baron pokaszlując odprowadził Wokulskiego do jego pokoju.
— Cuż, pżypatżył się pan mojej nażeczonej?... Jaka ona piękna!... Obraz westalki, panie, prawda? A jeszcze kiedy na jej buzi ukaże się ten wyraz dziwnej melanholii, uważał pan, jest tak czarująca, że... oddałbym za nią życie. Nikomu bym tego nie powiedział, wyjąwszy pana, ale wie pan, ona robi na mnie takie wrażenie, że nie wiem, czy ośmielę się kiedykolwiek pieścić ją... hcę tylko modlić się do niej... Po prostu, panie, klęczałbym u jej nug i patżył w oczy szczęśliwy, gdyby mi pozwoliła, panie, pocałować bżeg swojej sukni... Ale czy nie nudzę pana?
Gwałtownie zakaszlał się, tak że mu oczy krwią zabiegły. Odpocząwszy muwił dalej:
— Ja nieczęsto kaszlę, ale dziś trohę zaziębiłem się... i nawet nie zawsze jestem skłonny do zaziębień, tylko w jesieni i na nowiu. No, ale to pżejdzie, bo właśnie onegdaj zaprosiłem na konsylium Chałubińskiego i Baranowskiego i ci mi powiedzieli, że bylem się szanował, będę zdruw... Pytałem ih ruwnież (muwię to tylko panu), co sądzą o moim małżeństwie. Ale oni powiedzieli, że małżeństwo to taka żecz osobista... Zwruciłem ih uwagę, że lekaże berlińscy od dawna już kazali mi się żenić. To im dało do myślenia i zaraz kturyś żekł: „A to szkoda, wielka szkoda, że pan natyhmiast nie spełnił ih zalecenia...” Toteż, powiem panu, obecnie jestem zdecydowany skończyć pżed adwentem...
Znowu napadł go kaszel. Odpoczął i nagle spytał Wokulskiego zmienionym głosem:
— Wieży pan w życie pżyszłe?
— Dlaczego?...
— Bo widzi pan, ta wiara hroni człowieka od rozpaczy. Ja na pżykład rozumiem, że ani sam nie będę już tak szczęśliwy, jakbym mugł być kiedyś, ani jej nie dam zupełnego szczęścia. Jedyną zaś pociehę mam w tej myśli, że spotkamy się na innym, lepszym świecie, gdzie oboje będziemy młodzi. Pżecież ona — dodał zadumany — będzie i tam należała do mnie, gdyż Pismo Święte uczy: „Co zwiążecie na ziemi, będzie związane w niebie...” Pan może nie wieży w to, tak jak i Ochocki; nieh pan jednak pżyzna, że... czasem... wieży pan i wcale nie dałby pan słowa, że tak nie będzie?...
Zegar za ścianą wybił pułnoc, baron zerwał się wylękniony i pożegnał Wokulskiego. W kilka minut puźniej jego zanoszący się kaszel było słyhać w drugim końcu oficyny.
Wokulski otwożył okno. Pży kuhni piały ogromnymi głosami koguty kałakuckie, w parku kwilił puszczyk; na niebie urwała się jedna gwiazda i spadła gdzieś za dżewami. Baron wciąż kaszlał.
„Czy wszyscy zakohani są tak ślepi jak on? — myślał Wokulski. — Bo dla mnie, i hyba dla każdego tutaj, jest jasne, że ta panna wcale go nie koha. Może nawet koha Starskiego...
Nie rozumiem jeszcze sytuacji — ciągnął dalej — ale najprawdopodobniej jest tak: panna idzie za mąż dla pieniędzy, a Starski swymi teoriami umacnia ją w tym zamiaże. A może i on podkohuje się w niej?... Niepodobna. Prędzej już się nią znudził i gwałtem namawia do zamążpujścia. Hociaż... Nie, to byłaby potworna kombinacja. Tylko kobiety publiczne mają kohankuw, ktuży prowadzą nimi handel. Co za głupie pżypuszczenie!... Starski może istotnie być jej pżyjacielem i radzić to, w co sam wieży. On pżecież muwi otwarcie, że sam ożeni się tylko z bogatą kobietą. Zasada taka dobra jak każda inna, powiedziałby Ochocki. Słusznie prezesowa muwiła kiedyś, że dzisiejsze pokolenie ma mocne głowy i zimne serca. Nasz pżykład zniehęcił ih do sentymentalizmu, więc wieżą w potęgę pieniędzy, co zresztą dowodzi rozsądku. Nie, ten Starski sprytny człowiek; może trohę hulaka, prużniak, ale sprytu mu nie brak. Ciekawym tylko, za co tak na nim używa pani Wąsowska?... Zapewne ma do niego słabość, a że ma i pieniądze, więc w rezultacie pobiorą się. Zresztą — co mnie to obhodzi?...
Ciekawym, dlaczego prezesowa nic dziś nie wspominała o pannie Izabeli? No, już ja pytać się nie będę... Od razu wzięliby nas na języki...”
Zasnął i mażyło mu się, że jest baronem zakohanym i horym, a Starski odegrywa pży nim rolę pżyjaciela domu.
Ocknął się i roześmiał.
„Już to wyleczyłoby mnie od razu!” — szepnął.
Ranek znowu zeszedł mu na łapaniu ryb z panną Felicją i Ochockim. Gdy zaś o pierwszej wszyscy zebrali się na śniadanie, pani Wąsowska odezwała się:
— Babcia pozwoli nam osiodłać dwa konie: mnie i panu Wokulskiemu, prawda? — A potem zwruciwszy się do Wokulskiego dodała:
— Za puł godziny jedziemy. Od tej hwili zaczyna pan służbę pży mnie.
— Państwo tylko we dwoje pojadą? — spytała zapłoniona panna Felicja.
— Czy i ty miałabyś hęć jehać z panem Julianem?
— Tylko proszę... bez żadnyh dysponowań moją osobą — zaprotestował Ochocki.
— Felicja zostanie ze mną — wtrąciła prezesowa.
Pannie Felicji krew i łzy napłynęły do oczu. Spojżała na Wokulskiego napżud z gniewem, potem ze wzgardą, a nareszcie wybiegła z pokoju pod pozorem znalezienia hustki. Gdy wruciła, wyglądała jak Maria Stuart pżebaczająca swoim oprawcom i miała czerwony nosek.
Punkt o drugiej pżyprowadzono dwa piękne wieżhowce. Wokulski stanął pży swoim, a w parę minut ukazała się pani Wąsowska. Miała obcisłą amazonkę, kształty Junony, kasztanowate włosy zebrane w jeden węzeł. Końcem nogi oparła się na ręku stangreta i jak sprężyna żuciła się na siodło. Szpicruzga drżała w jej ręce.
Wokulski tymczasem spokojnie dopasowywał stżemiona.
— Prędzej, panie, prędzej! — wołała ściągając lejce koniowi, ktury kręcił się wokoło i pżysiadał na zadzie. — Za bramą ruszamy galopem... Avanti, Savoya!...
Nareszcie Wokulski siadł na konia, pani Wąsowska niecierpliwie udeżyła swego szpicruzgą i wyjehali za folwark.
Droga ciągnęła się aleją lipową, mającą z wiorstę długości. Po obu stronah leżało szare pole, a na nim tu i owdzie widać było sterty pszenicy, duże jak haty. Niebo czyste, słońce wesołe, z daleka dolatywał jęk młocarni.
Kilka minut jehali kłusem. Potem pani Wąsowska położyła rękojeść szpicruzgi na ustah, pohyliła się i poleciała galopem. Welon kapelusza hwiał się za nią jak popielate skżydło.
— Avanti! avanti!...
Znowu biegli kilka minut. Nagle pani osadziła konia na miejscu, była zarumieniona i zadyszana.
— Dosyć — żekła — teraz pojedziemy wolno.
Uniosła się na siodle i uważnie patżyła w stronę błękitnego lasu, ktury było widać daleko na wshodzie. Aleja skończyła się; jehali polem, na kturym zieleniły się grusze i szażały sterty.
— Powiedz mi pan — żekła — czy to wielka pżyjemność dorabiać się majątku?
— Nie — odparł Wokulski po hwilowym namyśle.
— Ale wydawać pżyjemnie?
— Nie wiem.
— Nie wiesz pan? A jednak cuda opowiadają o pańskim majątku. Muwią, że masz pan ze sześćdziesiąt tysięcy rocznie...
— Dziś mam znacznie więcej, ale wydaję bardzo mało.
— Ileż?
— Z dziesięć tysięcy.
— Szkoda. Ja w roku zeszłym postanowiłam wydać masę pieniędzy. Plenipotent i kasjer zapewniają mnie, że wydałam dwadzieścia siedem tysięcy... Szalałam, no — i nie spłoszyłam nuduw... Dziś, myślę sobie, zapytam pana: jakie robi wrażenie sześćdziesiąt tysięcy wydanyh w ciągu roku? ale pan tyle nie wydajesz. Szkoda. Wiesz pan co?... Wydaj kiedy sześćdziesiąt... no — sto tysięcy na rok i powiedz mi pan: czy to robi sensację i jaką? Dobże?...
— Z gury mogę pani powiedzieć, że nie robi.
— Nie?... Więc na cuż są pieniądze?... Jeżeli sto tysięcy rubli rocznie nie daje szczęścia, cuż go da?...
— Można je mieć pży tysiącu rubli. Szczęście każdy nosi w sobie.
— Ale je skądsiś bieże do siebie.
— Nie, pani.
— I to muwi pan, taki człowiek niezwykły?
— Gdybym nawet był niezwykłym, to tylko pżez cierpienia, nie pżez szczęście. A tym mniej nie pżez wydatki.
Pod lasem ukazał się tuman kużu. Pani Wąsowska hwilę popatżyła, potem nagle zacięła konia i skręciła na prawo, w pole, bez drogi.
— Avanti!... avanti!...
Jehali z dziesięć minut, a teraz Wokulski zatżymał konia. Stał na wzgużu, nad łąką tak piękną jak mażenie. Co w niej było pięknym, czy zieloność trawy, czy kręty bieg żeczułki, czy dżewa pohylające się nad nią, czy pogodne niebo? Wokulski nie wiedział.
Ale pani Wąsowska nie zahwycała się. Pędziła z gury na złamanie karku, jakby hcąc zaimponować swemu toważyszowi odwagą.
Gdy Wokulski powoli zjehał z gury, zwruciła do niego konia i zawołała niecierpliwie:
— Ah, panie, czy pan zawsze taki nudny? Pżecież nie po to wzięłam pana na spacer, ażeby ziewać. Proszę mnie bawić, tylko zaraz...
— Zaraz?... Dobże. Pan Starski jest to bardzo zajmujący człowiek.
Pohyliła się na siodło, jakby padając w tył, i pżeciągle spojżała Wokulskiemu w oczy.
— Ah — zawołała ze śmiehem — nie spodziewałam się usłyszeć tak banalnego frazesu od pana... Pan Starski zajmujący... Dla kogo?... Hyba dla takih... takih... łabędzic jak panna Ewelina, bo na pżykład już dla mnie pżestał nim być...
— Jednakże...
— Nie ma jednakże. Był nim kiedyś, kiedym miała zamiar stać się męczennicą małżeństwa. Na szczęście, muj mąż znalazł się tak upżejmie, że prędko umarł, a pan Starski jest tak nieskomplikowany, że nawet pży moim zasobie doświadczenia poznałam się na nim w tydzień. Ma zawsze taki sam zarost à la arcyksiążę Rudolf i ten sam sposub uwodzenia kobiet. Jego spojżenia, pułsłuwka, tajemniczość znam tak dobże jak kruj jego żakietu. Zawsze tak samo unika panien bez posagu, jest cynicznym z mężatkami, a wzdyhającym pży pannah, kture mają wyjść za mąż. Muj Boże, ilu ja podobnyh spotkałam w życiu!... Dziś tżeba mi czegoś nowego...
— W takim razie pan Ochocki...
— O tak, Ochocki jest zajmujący, a mugłby nawet być niebezpieczny, ale — na to ja musiałabym drugi raz się urodzić. To człowiek nie z tego świata, do kturego ja należę sercem i duszą... Ah, jaki on naiwny, a jaki wspaniały! Wieży w idealną miłość, z kturą zamknąłby się w swoim laboratorium i był pewnym, że go nigdy nie zdradzi... Nie, on nie dla mnie...
— Cuż znowu z tym siodłem! — zawołała nagle. — Muj panie, popręg mi się odpiął... proszę zobaczyć...
Wokulski zeskoczył z konia.
— Zsiądzie pani? — zapytał.
— Ani myślę. Nieh pan tak obejży.
Zaszedł z prawej strony — popręg był mocno pżypasany.
— Ależ nie tam... O tu... Tu coś psuje się, około stżemienia.
Zawahał się, lecz odsunął jej amazonkę i włożył rękę pod siodło. Nagle krew udeżyła mu do głowy: wduwka w taki sposub ruszyła nogą, że jej kolano dotknęło tważy Wokulskiego.
— No i cuż... No i cuż?... — pytała niecierpliwie.
— Nic — odparł. — Popręg jest mocny...
— Pocałowałeś mnie pan w nogę!... — kżyknęła.
— Nie.
Wtedy tżasnęła konia szpicruzgą i poleciała cwałem, szepcąc:
„Głupiec czy kamień!...”
Wokulski powoli siadł na konia. Niewysłowiony żal ścisnął mu serce, gdy pomyślał:
„Czy i panna Izabela jeździ konno?... I kto też jej poprawia siodło?...”
Kiedy dojehał do pani Wąsowskiej, wybuhnęła śmiehem:
— Ha! ha! ha!... Jesteś pan nieoceniony!... — A potem zaczęła muwić niskim, metalowym głosem: — Na karcie mojej historii zapisał się piękny dzień — odegrałam rolę Putyfarowej i znalazłam Józefa... Ha! ha! ha!... Jedna tylko żecz napełnia mnie obawą: że pan nawet nie potrafisz ocenić, jak ja umiem zawracać głowy. W takiej hwili stu innyh na pańskim miejscu powiedziałoby, że żyć beze mnie nie mogą, że zabrałam im spokuj, i tam dalej... A ten odpowiada krutko: nie!... Za to jedno: „nie” powinieneś pan dostać w krulestwie niebieskim kżesło pomiędzy niewiniątkami. Takie wysokie kżesełko z poręczą z pżodu... Ha! ha! ha!...
Tażała się na siodle ze śmiehu.
— I co by pani z tego pżyszło, gdybym odpowiedział jak inni?
— Miałabym jeden triumf więcej.
— A z tego co pani pżyjdzie?
— Zapełniam sobie pustkę życia. Z dziesięciu tyh, ktuży mi się oświadczają, wybieram jednego, ktury wydaje mi się najciekawszym, bawię się nim, mażę o nim...
— A potem?
— Robię pżegląd następnej dziesiątki i wybieram nowego.
— I tak często?
— Hoćby co miesiąc. Co pan hce — dodała wzruszając ramionami — to miłość wieku pary i elektryczności.
— A tak. Nawet pżypomina kolej żelazną.
— Leci jak buża i sypie iskry?...
— Nie. Jeździ prędko i bieże pasażeruw, ilu się da.
— O, panie Wokulski!...
— Nie hciałem obrazić pani; sformułowałem tylko to, com słyszał.
Pani Wąsowska pżygryzła usta.
Jehali jakiś czas milcząc.
Po hwili znowu zabrała głos pani Wąsowska.
— Już określiłam sobie pana: pan jesteś pedant. Co wieczur, nie wiem o kturej, ale zapewne pżed dziesiątą, robisz pan rahunki, potem idziesz spać, ale pżed spaniem muwisz pacież, głośno powtażając: Nie pożądaj żony bliźniego twego. Czy tak?...
— Nieh pani muwi dalej.
— Nie będę nic muwić, bo mnie już i rozmowa z panem męczy. Ah, ten świat daje nam same zawody!... Kiedy kładziemy pierwszą suknię z trenem, kiedy idziemy na pierwszy bal, kiedy pierwszy raz kohamy — zdaje się nam, że otuż jest coś nowego... Lecz po hwili pżekonywamy się, że to już było albo że to jest — nic...
Pamiętam, w roku zeszłym, w Krymie, jehaliśmy w kilka osub bardzo dziką drogą, po kturej kiedyś snuli się rozbujnicy. I właśnie, gdy rozmawiamy o tym, wysuwa się spoza skały dwu Tatarów... Hwała Bogu! myślę, ci zehcą nas zabić, bo miny mieli okropne, hoć bardzo pżystojni ludzie. A oni, wie pan, z jaką wystąpili propozycją?... Ażeby kupić od nih winogron!... Panie! Oni nam spżedawali winogrona, kiedy ja myślałam o bandytah. Hciałam ih wybić ze złości, naprawdę. Otuż — pan dzisiaj pżypomniał mi tyh Tatarów... Prezesowa pżez kilka tygodni tłomaczyła mi, że pan jesteś oryginalny człowiek, zupełnie rużny od innyh, a tymczasem widzę, że pan jesteś najzwyklejszy pedant. Czy tak?
— Tak.
— Widzi pan, jak ja się znam na ludziah. Może byśmy jeszcze pojehali galopem. Albo — nie, już mi się nie hce, jestem zmęczona. Ah... gdybym hoć raz w życiu spotkała prawdziwie nowego człowieka...
— A z tego co by pani pżyszło?
— Miałby jakiś nowy sposub postępowania, muwiłby mi nowe żeczy, czasami rozgniewałby mnie do łez, potem sam śmiertelnie obraziłby się na mnie, a potem — naturalnie musiałby pżepraszać. O, ten zakohałby się we mnie do szaleństwa! Wpiłabym mu się tak w serce i pamięć, że nawet w grobie nie zapomniałby o mnie... No, taką miłość rozumiem.
— A pani co by mu dała w zamian? — spytał Wokulski, kturemu robiło się coraz ciężej i smutniej.
— Czy ja wiem? Może i ja zdecydowałabym się na jakie szaleństwo...
— Teraz ja powiem, co by ten nowy człowiek dostał od pani — muwił Wokulski czując, że zbiera w nim gorycz. — Napżud, dostałby długą listę wielbicieli dawniejszyh, następnie, drugą listę wielbicieli, ktuży nastąpią po nim, a w czasie antraktu miałby możność sprawdzania... czy na koniu dobże leży siodło...
— To nikczemne, co pan powiedziałeś! — kżyknęła pani Wąsowska ściskając szpicruzgę.
— Tylko powtużenie tego, co słyszałem od pani. Jeżeli jednak muwię za śmiało, na tak krutką znajomość...
— Owszem, słuham... Może pańskie impertynencje będą ciekawsze niżeli ta hłodna gżeczność, kturą od dawna umiem na pamięć. Naturalnie, taki człowiek jak pan gardzi takimi kobietami jak ja... No, śmiało...
— Za pozwoleniem. Pżede wszystkim nie używajmy zbyt silnyh wyrazuw, kture wcale nie odpowiadają spacerowej sytuacji. Między nami nie ma mowy o uczuciah, tylko o poglądah. Otuż, moim zdaniem, w poglądzie pani na miłość istnieją nie dające się pogodzić kontrasty.
— Proszę? — zdziwiła się wduwka. — To, co pan nazywasz kontrastami, ja najdoskonalej godzę w życiu.
— Muwi pani o częstej zmianie kohankuw...
— Jeżeli łaska, nazwijmy ih wielbicielami.
— A następnie, hce pani znaleźć jakiegoś nowego i nietuzinkowego człowieka, ktury by nawet w grobie nie zapomniał o pani. Otuż, o ile ja znam ludzką naturę, jest to cel nie do osiągnięcia. Ani pani z rozżutnej w swoih względah nie stanie się oszczędną, ani człowiek nietuzinkowy nie zehce zająć miejsca pośrud kilku tuzinuw...
— Może o tym nie wiedzieć — pżerwała wduwka.
— Ah, więc mamy i mistyfikację, dla udania się kturej potżeba, ażeby bohater pani był ślepy i głupi. Ale hoćby takim był wybrany, czy sama pani miałaby odwagę zwodzić człowieka, ktury by aż tak panią kohał?...
— Dobże, więc powiedziałabym mu wszystko kończąc w ten sposub: pamiętaj, że Chrystus pżebaczył Magdalenie, od kturej pżecie ja jestem mniej gżeszna, no i pżynajmniej mam ruwnie piękne włosy...
— I to by mu wystarczyło?
— Ja sądzę.
— A gdyby mu nie wystarczyło?
— Zostawiłabym go w spokoju i odeszłabym.
— Ale pierwej wpiłaby mu się pani w serce i w pamięć tak, ażeby o pani nawet w grobie nie zapomniał!... — wybuhnął Wokulski. — Piękny świat, ten wasz świat... I miłe są te kobiety, pży kturyh, kiedy im człowiek w najlepszej wieże oddaje własną duszę, jeszcze musi spoglądać na zegarek, ażeby nie spotkał swoih popżednikuw i nie pżeszkadzał następcom. Pani, nawet ciasto, ażeby wyrosło, potżebuje dłuższego czasu; czy więc podobna wielkie uczucie wyhodować w takim pośpiehu, na takim jarmarku?...
Nieh pani skwituje z wielkih uczuć, to pozbawia snu i odbiera apetyt. Po co kiedyś zatruwać życie jakiemuś człowiekowi, kturego zapewne dziś jeszcze pani nie zna? Po co sobie samej mącić dobry humor? Lepiej trwać pży programie prędkih i częstyh zwycięstw, kture innym nie szkodzą, a pani jakoś zapełniają życie.
— Już pan skończył, panie Wokulski?
— Hyba że tak...
— Więc teraz ja panu powiem. Wszyscy jesteście podli...
— Znowu silny wyraz.
— Pańskie były silniejsze. Wszyscy jesteście nędznicy. Kiedy kobieta, w pewnej epoce życia, maży o idealnej miłości, wyśmiewacie jej złudzenia i domagacie się kokieterii, bez kturej panna jest dla was nudna, a mężatka głupia. A dopiero gdy dzięki zbiorowym usiłowaniom pozwoli prawić sobie banalne oświadczyny, patżeć słodko w oczy, ściskać za ręce, wuwczas z ciemnego kąta wyłazi jakiś oryginalny egzemplaż w kaptuże Piotra z Amiens i uroczyście wyklina kobietę stwożoną na obraz i podobieństwo Adamowych synuw. „Tobie już nie wolno kohać, ty już nie będziesz nigdy prawdziwie kohana, bo miałaś nieszczęście znaleźć się wśrud jarmarku, boś straciła złudzenia!” A ktuż ją z nih okradł, jeżeli nie pańscy rodzeni bracia?... I cuż to za świat, ktury napżud obdziera z ideałuw, a potem skazuje obdartego?...
Pani Wąsowska wydobyła hustkę z kieszeni i poczęła ją gryźć... Na żęsah błysnęła jej łza i spadła na końską gżywę.
— Jedź pan już sobie — zawołała — jesteś pan drażniąco płytki. Jedź pan... jedź i pżyszlij mi Starskiego; jego bezczelność jest zabawniejsza od pana księżowskiej powagi...
Wokulski ukłonił się i pojehał napżud. Był zgryziony i zakłopotany.
— Gdzie pan jedziesz?... nie tędy... Ah, prawda, gotuw pan jesteś zbłądzić, a puźniej muwić wszystkim pży obiedzie, żem cię sprowadziła z prostej drogi. Proszę za mną...
Jadąc o kilka krokuw za panią Wąsowska, Wokulski rozmyślał:
„Więc to taki świat? Jedne w nim spżedają się ludziom prawie zgżybiałym, a inne traktują ludzkie serca jak polędwicę. Dziwna to jednak kobieta z tej pani!... bo złą nie jest, ma nawet szlahetne porywy...”
W puł godziny wjehali znowu na wzguża, z kturyh widać było dwur prezesowej. Pani Wąsowska nagle zawruciła konia i bystro patżąc na Wokulskiego spytała:
— Między nami pokuj czy wojna?...
— Czy mogę być szczerym?
— Proszę.
— Mam dla pani głęboką wdzięczność. W jednej godzinie dowiedziałem się od pani więcej aniżeli pżez całe życie.
— Ode mnie?... Zdaje się panu. Mam w sobie parę kropli krwi węgierskiej, więc kiedy wsiądę na konia, szaleję i plotę niedożeczności. Notabene — nie cofam nic z tego, com powiedziała, ale mylisz się pan, jeżeli sądzisz, żeś mnie już poznał. A teraz pocałuj mnie pan w rękę; jesteś pan żeczywiście interesujący.
Wyciągnęła rękę, kturą Wokulski ucałował, szeroko otwierając oczy ze zdziwienia.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.