Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

XVII. Kiełkowanie rozmaityh zasiewuw i złudzeń

XVII. Kiełkowanie rozmaityh zasiewuw i złudzeń

Było już wpuł do dziewiątej wieczorem, kiedy Wokulski wracał do domu. Słońce niedawno zaszło, lecz silny wzrok mugł już dopatżeć większe gwiazdy pżebłyskujące na złotawolazurowym niebie. Po ulicah rozlegał się wesoły gwar pżehodniuw; w sercu Wokulskiego zasiadł radosny spokuj.

Pżypominał sobie każdy ruh, każdy uśmieh, każde spojżenie i każdy wyraz panny Izabeli, z podejżliwą troskliwością wyszukując w nih śladu niehęci albo dumy. Na prużno. Traktowała go jak ruwnego sobie i jak pżyjaciela, zapraszała, aby ih częściej odwiedzał, ba!... nawet żądała, aby ją o co prosił...

„A gdybym się był w tej hwili oświadczył — pżyszło mu na myśl — to co?...”

I pilnie wpatrywał się w rysy jej widma, kture mu napełniało duszę; ale — znowu nie dostżegł ani śladu niehęci. Owszem — figlarny uśmieh.

„Odpowiedziałaby — myślał — że za mało jeszcze się znamy, że powinienem zasłużyć na nią... Tak... niezawodnie tak by odpowiedziała” — powtażał, ciągle pżypominając sobie niewątpliwe oznaki sympatii.

„W ogule — muwił — byłem niesprawiedliwie upżedzony do wielkih panuw. A oni są pżecie takimi jak i my ludźmi; może nawet mają więcej subtelnyh uczuć. Wiedząc, że jesteśmy goniącymi za zyskiem gburami, unikają nas. Ale poznawszy w nas uczciwe serca, pżygarniają do siebie... Cuż to za rozkoszna żona może być z takiej kobiety! Naturalnie, że powinienem na nią zasłużyć. Jeszcze jak!...”

I pod wpływem tyh myśli czuł, że budzi się w nim jakaś wielka życzliwość, ktura ogarnia napżud dom Łęckich, potem dalszą ih rodzinę, potem jego sklep i wszystkih ludzi, ktuży w nim pracowali, potem, wszystkih kupcuw, ktuży mieli z nim stosunki, a nareszcie — cały kraj i całą ludzkość. Zdawało się Wokulskiemu, że każdy uliczny pżehodzień jest jego krewnym, bliższym lub dalszym, wesołym lub smutnym. I niewiele brakowało, żeby stanąwszy na hodniku zaczepiał jak żebrak ludzi i pytał: „Może ktury z was czego potżebuje?... Żądajcie, rozkazujcie, proszę was... w jej imieniu...”

„Podle mi dotyhczas życie shodziło — muwił sobie. — Byłem egoistą. Ochocki — oto wspaniała dusza: hce pżypiąć skżydła ludzkości i dla tej idei zapomina o własnym szczęściu. Sława, naturalnie, jest głupstwem, ale praca dla pomyślności ogułu — to grunt... — A potem dodał z uśmiehem: — Ta kobieta już zrobiła ze mnie bogacza i człowieka z reputacją, lecz jeżeli upże się, zrobi ze mnie — czy ja wiem co?... Hyba świętego męczennika, ktury swoją pracę, nawet życie odda dla dobra innyh... Naturalnie, że oddam, gdy ona tego zehce!...”

Sklep jego był już zamknięty, ale pżez otwory okiennic wyglądało światło.

„Coś jeszcze robią” — pomyślał Wokulski.

Skręcił w bramę i pżez tylne dżwi wszedł do sklepu. Na progu zetknął się z wyhodzącym Ziębą, ktury pożegnał go niskim ukłonem; w głębi zaś sklepu było jeszcze kilka osub. Klejn wdrapywał się na drabinkę, ażeby coś poprawić na pułkah. Lisiecki ubierał się w palto, za kantorem nad księgą siedział Rzecki, a pżed nim stał jakiś człowiek i płakał.

— Stary jedzie! — zawołał Lisiecki.

Rzecki pżysłaniając oczy ręką spojżał na Wokulskiego; Klejn ukłonił mu się parę razy ze szczytu drabinki, a płaczący człowiek zwrucił się nagle i z głośnym jękiem objął go za nogi.

— Co to jest?... — spytał zdziwiony Wokulski poznając w płaczącym starego inkasenta Obermana.

— Zgubił czterysta kilkadziesiąt rubli — odparł Rzecki surowo. — Naturalnie, że nie było nadużycia, głowę dam za to, ale i firma tracić nie może, tym bardziej, że pan Oberman ma u nas kilkaset rubli oszczędności. Jedno więc z dwojga — prawił rozdrażniony Rzecki — albo pan Oberman zapłaci, albo pan Oberman straci miejsce... Piękne robilibyśmy interesa mając wszystkih takih inkasentuw jak pan Oberman...

— Zapłacę, panie — muwił szlohając inkasent — zapłacę, ale nieh mi pan rozłoży hoć na parę lat. Toż te pięćset rubli, co mam u panuw, to muj cały majątek. Hłopiec skończył szkoły i hce uczyć się na doktora, a i starość za pasem... Bóg i pan wie, co się człowiek napracuje, nim zbieże taki grosz... Musiałbym się drugi raz urodzić, ażeby znowu go zebrać...

Klejn i Lisiecki, obaj ubrani, czekali na wyrok pryncypała.

— Tak — odezwał się Wokulski — firma nie może tracić. Oberman zapłaci.

— Słuham pana — wyszeptał nieszczęśliwy inkasent.

Panowie Klejn i Lisiecki pożegnali się i wyszli. Za nimi, wzdyhając zbierał się i Oberman do opuszczenia sklepu. Lecz gdy zostali tylko we tżeh, Wokulski dodał szybko:

— Oberman, zapłacisz, a ja ci zwrucę...

Inkasent żucił mu się do nug.

— Za pozwoleniem!... za pozwoleniem — pżerwał Wokulski podnosząc go. — Jeżeli słuwko powiesz komu o naszym układzie, cofnę prezent, uważasz, Oberman?... Inaczej wszyscy zehcą gubić pieniądze. Idź więc do domu i milcz...

— Rozumiem. Nieh Bóg zeszle na pana wszystko najlepsze — odparł inkasent i wyszedł, na prużno starając się ukryć radość.

— Już zesłał najlepsze — żekł Wokulski myśląc o pannie Izabeli.

Rzecki był niekontent.

— Wiesz, muj Stachu — odezwał się, gdy zostali sami — że lepiej zrobisz nie mieszając się do sklepu. Z gury wiedziałem, że całej sumy nie każesz mu zwracać; ja sam nie żądałbym tego. Ale ze sto rubli, tytułem kary, powinien był gałgan zapłacić... Zresztą, pal diabli, można mu było i wszystko darować: ale należało hoć z parę tygodni utżymać w niepewności... Inaczej lepiej od razu zamknąć budę.

Wokulski śmiał się.

— Lękałbym się — odparł — gniewu boskiego, gdybym w takim dniu skżywdził człowieka.

— W jakim dniu?... — spytał Rzecki, szeroko otwierając oczy.

— Mniejsza o to. Dziś dopiero widzę, że tżeba być litościwym.

— Byłeś nim zawsze i aż zanadto — obużył się pan Ignacy — i pżekonasz się, że dla ciebie ludzie takimi nie będą.

— Już są — żekł Wokulski i podał mu rękę na pożegnanie.

— Już są?... — powtużył pan Ignacy pżedżeźniając go. — Już są!... Nie życzę ci, abyś potżebował kiedy wystawiać na prubę ih wspułczucia...

— Mam je bez prub. Dobranoc.

— Masz!... masz!... Zobaczymy, jak ono będzie wyglądało w razie potżeby. Dobranoc, dobranoc... — muwił stary subiekt, z hałasem howając księgi.

Wokulski szedł do swego mieszkania i myślał:

„Tżeba nareszcie złożyć wizytę Krzeszowskiemu... Pujdę jutro... W całym znaczeniu pżyzwoity człowiek... pżeprosił pannę Izabelę. Jutro podziękuję mu i — nieh mnie liho weźmie — jeżeli nie sprubuję dopomuc. Hoć z takim prużniakiem i letkiewiczem ciężka sprawa... Ale mniejsza o to, sprubuję... On pżeprosił pannę Izabelę, ja wydobędę go z długuw.”

Uczucia spokoju i niezahwianej pewności tak w tej hwili gurowały nad wszelkimi innymi w duszy Wokulskiego, że gdy wrucił do domu, zamiast mażyć (co mu się zwykle zdażało), wziął się do roboty. Wydobył gruby kajet, już w większej części zapisany, potem książkę z polsko-angielskimi ćwiczeniami i zaczął pisać zdania wymawiając je pułgłosem i usiłując jak najdokładniej naśladować nauczyciela swego, pana Wiliama Colinsa.

W kilkuminutowyh zaś pżerwah myślał to o jutżejszej wizycie u barona Krzeszowskiego i o sposobie wydobycia go z długuw, to o Obermanie, kturego wybawił z nieszczęścia.

„Jeżeli błogosławieństwo ma jaką wartość — muwił do siebie — cały kapitał błogosławieństw Obermana, wraz ze składanym procentem, ceduję jej...”

Potem pżyszło mu na myśl, że nie jest to zbyt świetnym prezentem dla panny Izabeli — uszczęśliwić jednego tylko człowieka. Całego świata — nie może; ale warto by z okazji bliższego poznania się z panną Izabelą podźwignąć bodaj kilka osub.

„Drugim będzie Krzeszowski — myślał — ale ratować takih zuhuw — żadna zasługa... Aha!...”

Udeżył się ręką w czoło i pożuciwszy ćwiczenia angielskie wydobył arhiwum swoih korespondencyj prywatnyh. Była to safianowa okładka, gdzie podług dat umieszczał nadhodzące listy, kturyh spis znajdował się na początku.

„Aha! — muwił — list mojej magdalenki i jej opiekunek, stronica sześćset tży...”

Znalazł stronicę i z uwagą pżeczytał dwa listy: jeden pisany elegancko, drugi — jakby go kreśliła dziecinna ręka. W pierwszym zawiadomiono go, że taka to a taka Maria, niegdyś dziewczyna złego prowadzenia, obecnie nauczyła się szyć bielizny, krawiectwa i odznacza się pobożnością, posłuszeństwem, łagodnością i dobrymi obyczajami. W drugim liście sama owa Maria dziękowała mu za dotyhczasową pomoc i prosiła tylko o wyszukanie jakiego zajęcia.

„Nieh już wielmożny i dobrotliwy pan — pisała — kiedy z łaski Boga ma takie duże fundusze, na mnie gżeszną ih nie wydaje. Bo ja teraz sama sobie poradzę, bylem miała o co ręce zaczepić, a ludzi, co potżebują gożej niż ja, nieszczęśliwa, zhańbiona, w Warszawie nie brak...”

Wokulskiemu pżykro się zrobiło, że podobna prośba kilka dni czekała na odpowiedź. Natyhmiast odpisał i zawołał służącego.

— List ten żekł — odeślesz rano do magdalenek...

— Zrobi się — odparł służący usiłując zapanować nad ziewaniem.

— Sprowadzisz mi także furmana Wysockiego, tego z Tamki, wiesz?...

— O! jeszcze nie miałbym wiedzieć. Ale pan słyszał...

— Tylko żeby mi tu pżyszedł z rana...

— O!... czemu nie. Ale pan słyszał, że Oberman zgubił wielkie pieniądze? Był tu z wieczora i pżysięgał, że zabije się albo zrobi sobie co złego, jeżeli pan nie okaże nad nim litości. Ja muwię: „Nie bądźcie głupi, nie zabijajcie się, poczekajcie... Nasz stary ma miętkie szercze...” A on gada: „Ja se też tak kalkuluję, ale zawsze będzie heca, bo mi hoć trohę strącą, a tu syn idzie na medyka, a tu starość hwyta człowieka za poły...”

— Proszę cię, idź spać — pżerwał mu Wokulski.

— Pujść pujdę — odparł z gniewem służący — ale u pana to taka służba, że gożej niż w kryminale: nawet szpać nie można iść, kiedy się hce...

Zabrał list i wyszedł.

Na drugi dzień około dziewiątej rano służący obudził Wokulskiego, donosząc mu, że czeka Wysocki.

— Nieh no wejdzie.

Po hwili wszedł furman. Był pżyzwoicie ubrany, miał czerstwą cerę i wesołe spojżenie. Zbliżył się do łużka i ucałował Wokulskiemu ręce.

— Muj Wysocki, podobno pży twoim mieszkaniu jest wolny pokuj?

— A tak, wielmożny panie, bo mi stryjek umarł, a jego bestie lokatory nie hciały płacić, wiecem wygnał. Na wudkę to łobuz ma, a na komorne go nie stać...

— Ja wynajmę od ciebie ten pokuj — muwił Wokulski — tylko tżeba go odczyścić...

Furman patżył na Wokulskiego zdziwiony.

— Będzie tam mieszkać młoda szwaczka — muwił dalej Wokulski. — Nieh stołuje się u was, nieh jej twoja żona pieże bieliznę... Nieh zobaczy: czego jej brak? Na spżęty i na bieliznę ja dam pieniędzy... Potem będziecie uważali, czy nie sprowadza kogo do domu...

— O ni! — zawołał z ożywieniem furman. — Ile razy będzie wielmożnemu panu potżebna, ja ją sam zawiodę; ale żeby kto zaś z miasta — to ni!... Z takiego interesu wielmożny pan mugłby się tylko nabawić nieszczęścia...

— Głupiś, muj Wysocki. Ja jej widywać nie potżebuję. Byle była pożądna w domu, shludna, pracowita, to nieh sobie hodzi, gdzie hce. Tylko nieh do niej nie hodzą. Więc rozumiesz: tżeba w pokoju odświeżyć ściany, umyć podłogę, kupić spżęty tanie, ale nowe i dobre, znasz się na tym?...

— I jak jeszcze. Hem się w życiu mebli nawoził...

— Dobże. A twoja żona nieh zobaczy, co jej potżeba z bielizny i odzienia, i da mi znać.

— Rozumiem wszystko, wielmożny panie — odparł Wysocki, znowu całując go w rękę.

— Ale... A cuż z twoim bratem?...

— Niezgożej, wielmożny panie. Siedzi, dziękować Bogu i wielmożnemu panu, w Skierniewicach, ma grunt, najął parobka i tera z niego wielki pan. Za parę lat jeszcze ziemi dokupi, bo stołuje się u niego jeden drużnik i struż, i dwa smarowniki. Nawet mu tera kolej pensji dodała...

Wokulski pożegnał furmana i zaczął się ubierać.

„Hciałbym pżespać ten czas, dopuki znowu jej nie zobaczę” — myślał Wokulski.

Do sklepu nie hciało mu się iść. Wziął jakąś książkę i czytał postanawiając sobie między pierwszą i drugą wybrać się do barona Krzeszowskiego.

O jedynastej w pżedpokoju rozległ się dzwonek i tżask otwieranyh dżwi. Wszedł służący.

— Jakaś panna czeka...

— Proś do sali — żekł Wokulski.

W sali zaszeleściła kobieca suknia. Wokulski, stanąwszy na progu, zobaczył swoją magdalenkę.

Zdumiały go nadzwyczajne zmiany w niej. Dziewczyna była czarno ubrana, miała bladawą, ale zdrową cerę i nieśmiałe spojżenie. Spostżegłszy Wokulskiego zarumieniła się i zaczęła drżeć.

— Nieh pani siądzie, panno Mario — odezwał się wskazując jej kżesło.

Usiadła na bżegu aksamitnego spżętu, jeszcze mocniej zawstydzona. Powieki szybko zamykały się jej i otwierały; patżyła w ziemię, a na żęsah jej błysnęły krople łez. Inaczej wyglądała pżed dwoma miesiącami.

— Więc już pani umie krawiecczyznę, panno Mario?

— Tak.

— I gdzież pani ma zamiar umieścić się?

— Może by do jakiego magazynu albo w służbę... do Rosji...

— Dlaczeguż tam?

— Tam podobno łatwiej dostanę robotę, a tu... ktuż mnie pżyjmie? — szepnęła.

— A gdyby tu jaki skład brał u pani bieliznę, czy nie opłaciłoby się zostać?

— O tak... Ale tu tżeba mieć własną maszynę i mieszkanie, i wszystko... Kto tego nie ma, musi iść w służbę.

Nawet głos jej się zmienił. Wokulski pilnie pżypatrywał się jej, nareszcie żekł:

— Zostanie pani tymczasem w Warszawie. Mieszkać będzie pani na Tamce, pży rodzinie furmana Wysockiego. To bardzo dobży ludzie. Pokuj będzie pani miała osobny, stołować się pani będzie u nih, a maszyna i wszystko, co się okaże potżebnym do szycia bielizny, znajdzie się także. Rekomendacje do składu bielizny dam pani, a po paru miesiącah zobaczymy, czy utżyma się pani z tej roboty. — Oto adres Wysockich. Proszę tam zaraz pujść, kupić z Wysocką spżęty, dopilnować, ażeby upożądkowali pokuj. Maszynę pżyślę pani jutro... A oto pieniądze na zagospodarowanie się. Pożyczam je; zwruci mi je pani ratami, jak już zacznie iść robota.

Podał jej kilkadziesiąt rubli zawiniętyh w kartkę do Wysockiego. A kiedy ona wahała się, czy ma brać, wcisnął jej zwitek w rękę i żekł:

— Proszę, bardzo proszę natyhmiast iść do Wysockich. Za parę dni on pżyniesie pani list do składu bielizny. W nagłym wypadku proszę odwołać się do mnie. Żegnam panią...

Ukłonił się i cofnął do swego gabinetu.

Dziewczyna hwilę jeszcze postała na środku sali; potem otarła łzy i wyszła pełna jakiegoś uroczystego zdziwienia.

„Zobaczymy, jak powiedzie się jej w nowyh warunkah” — żekł do siebie Wokulski i znowu zasiadł do czytania.

O pierwszej w południe udał się Wokulski do barona Krzeszowskiego, po drodze wyżucając sobie, że tak puźno składa wizytę swojemu ekspżeciwnikowi.

„Mniejsza o to — pocieszał się. — Nie mogłem go pżecie nahodzić, kiedy był hory. A bilet posłałem.”

Zbliżywszy się do domu, w kturym lokował się baron, Wokulski mimohodem zauważył, że ściany kamienicy mają tak niezdrową barwę zielonawą, jak Maruszewicz żułtawą, i że rolety w mieszkaniu Krzeszowskiego są podniesione.

„Widać już zdruw — myślał. — Nie wypada jednak od razu pytać o jego długi. Zrobię to za drugą lub tżecią wizytą; potem spłacę lihwiaży i biedny baron odethnie. Nie mogę być obojętnym dla człowieka, ktury pżeprosił pannę Izabelę...”

Wszedł na piętro i zadzwonił. W mieszkaniu słyhać było kroki, ale nie śpieszono się z otwieraniem. Zadzwonił drugi raz. Hodzenie, a nawet pżesuwanie spżętuw odbywało się w dalszym ciągu za dżwiami, ale znuw nie otwierano. Zniecierpliwiony, szarpnął dzwonek tak gwałtownie, że o mało go nie urwał. Wuwczas dopiero zbliżył się ktoś do dżwi i począł flegmatycznie zdejmować łańcuszek, kręcić kluczem i odciągać zasuwkę mrucząc:

— Widać swuj... Żyd by tak nie dzwonił...

Nareszcie otwożyły się dżwi i stanął w progu lokaj Konstanty. Na widok Wokulskiego pżymrużył oczy i wysunąwszy dolną wargę spytał:

— A co to?...

Wokulski odgadł, że nie cieszy się łaskami wiernego sługi, ktury był pży pojedynku.

— Pan baron w domu? — spytał.

— Pan baron leży hory; i nikogo nie pżyjmuje, bo teraz jest doktur.

Wokulski wydobył swuj bilet i dwa ruble.

— Kiedyż mniej więcej można odwiedzić pana?

— Bardzo, bardzo nie zaraz.... — odparł trohę łagodniej Konstanty. — Bo pan jest hory z postżału i doktoży kazali mu dziś — jutro jehać do ciepłyh krajuw albo na wieś.

— Więc pżed wyjazdem nie można widzieć się?...

— O, wcale nie można... — Doktoży ostro zakazali nie pżyjmować nikogo. Pan ciągle w gorączce...

Dwa stoliki do kart, z kturyh jeden miał złamaną nogę, a drugi gęsto zapisane sukno, tudzież kandelabry z niedopałkami świec woskowyh kazały powątpiewać o dokładności patologicznyh określeń Konstantego. Mimo to Wokulski jeszcze dodał mu rubla i odszedł, bynajmniej nie zadowolony z pżyjęcia.

„Może baron — myślał — po prostu nie hce mojej wizyty? Ha! w takim razie nieh płaci lihwiażom i zabezpiecza się od nih aż czterema sposobami zamknięć...”

Wrucił do siebie.

Baron istotnie miał zamiar wyjehać na wieś i nie był zdruw, ale i nie tak hory. Rana w policzku goiła mu się bardzo powoli; nie dlatego, ażeby miała być ciężką, ale że organizm pacjenta był mocno podszarpany. W hwili wizyty Wokulskiego baron był wprawdzie obwiązany jak stara kobieta na mrozie, ale nie leżał w łużku, tylko siedział na fotelu i miał pży sobie nie doktora, ale hrabiego Licińskiego.

Właśnie nażekał pżed hrabią na opłakany stan zdrowia.

— Nieh diabli wezmą — muwił — tak podłe życie! Ojciec zostawił mi wprawdzie puł miliona rubli w dziedzictwie, ale zarazem cztery horoby, z kturyh każda warta milion... Co za niewygoda bez binokli!... No i wyobraź sobie hrabia: pieniądze rozeszły się, ale horoby zostały. Że zaś ja sam dorobiłem sobie parę nowyh horub i trohę długuw, więc — sytuacja jasna: bylem się szpilką zadrasnął, muszę posyłać po trumnę i rejenta.

— Tek! — odezwał się hrabia. — Nie sądzę jednak, ażebyś pan w podobnej sytuacji rujnował się na rejentuw.

— Właściwie to mnie rujnują komornicy...

Baron, opowiadając, niecierpliwie hwytał odgłosy dolatujące go z pżedpokoju, ale — nic nie mugł zmiarkować. Dopiero gdy usłyszał zamykanie dżwi, zasuwanie zatżasku i zakładanie łańcuha, nagle wżasnął:

— Konstanty!...

Po hwili wszedł służący nie zdradzając zbytecznego pośpiehu.

— Kto był?... Pewnie Goldcygier... Powiedziałem ci, ażebyś z tym łotrem nie wdawał się w żadne rozprawy, tylko porwał za łeb i zżucił ze shoduw. Wyobraź pan sobie — zwrucił się do Licińskiego — ten podły Żyd nahodzi mnie ze sfałszowanym wekslem na czterysta rubli i ma bezczelność żądać zapłaty!...

— Tżeba wytoczyć proces, tek...

— Ja nie wytoczę... Nie jestem prokuratorem, ktury ma obowiązek ścigać fałszeży. Zresztą nie hcę dawać inicjatywy do gubienia jakiegoś zapewne biedaka, ktury zabija się pracą nad naśladowaniem cudzyh podpisuw... Czekam więc, ażeby Goldcygier wystąpił z akcją, a dopiero wuwczas nikogo nie oskarżając pżyznam, że to nie muj podpis.

— A właśnie, że to nie był Goldcygier — odezwał się Konstanty.

— Więc kto?... Żądca... może krawiec?...

— Nie... Ten pan... — żekł służący i podał bilet Krzeszowskiemu. — Pożądny człowiek, alem go wygnał, kiedy tak pan baron kazał...

— Co?... — spytał zdziwiony hrabia spoglądając na bilet. — Nie kazałeś pan pżyjmować Wokulskiego?...

— Tak — potwierdził baron. — Liha figura, a pżynajmniej... nie do toważystwa...

Hrabia Liciński z pewnym akcentem poprawił się na fotelu.

— Nie spodziewałem się usłyszeć takiego zdania o tym panu... od pana... Tek...

— Nie bież pan tego, co muwię, w jakimś hańbiącym znaczeniu — pośpieszył objaśnić baron. — Pan Wokulski nie zrobił nic podłego, tylko... takie małe świństewko, kture może uhodzić w handlu, ale nie w toważystwie...

Hrabia z fotelu, a Konstanty z progu uważnie pżypatrywali się Krzeszowskiemu.

— Sam hrabia osądź — muwił dalej baron. — Klacz moją ustąpiłem pani Krzeszowskiej (pżed Bogiem i ludźmi prawnie zaślubionej mi małżonce) za osiemset rubli. Pani Krzeszowska na złość mnie (nie wiem nawet za co!) postanowiła koniecznie ją spżedać. No i trafił się nabywca, pan Wokulski, ktury kożystając z afektu kobiety postanowił zarobić na klaczy... dwieście rubli!... dał bowiem za nią tylko sześćset...

— Miał prawo, tek — wtrącił hrabia.

— Eh! Boże... Wiem, że miał prawo... Ale człowiek, ktury dla pokazania się wyżuca tysiące rubli, a gdzieś w kącie zarabia na histeryczkah po dwadzieścia pięć procent, taki człowiek nie jest smaczny... To nie dżentelmen... Zbrodni nie popełnił, ale... jest tak nieruwny w stosunkah, jak ktoś, kto rozdając znajomym w prezencie dywany i szale wyciągałby nieznajomym hustki do nosa. Zapżeczy pan temu...

Hrabia milczał i dopiero po hwili odezwał się:

— Tek!... Czy to jednak pewne?

— Najpewniejsze. Układy między panią Krzeszowska i tym panem prowadził muj Maruszewicz i wiem to od niego.

— Tek. W każdym razie pan Wokulski jest dobrym kupcem i naszą spułkę poprowadzi...

— Jeżeli was nie okpi...

Tymczasem Konstanty, wciąż stojąc na progu, zaczął z politowaniem kiwać głową, aż zniecierpliwiony odezwał się:

— Eh!... co też pan wygaduje... Tfy... zupełnie jak dziecko...

Hrabia spojżał na niego ciekawie, a baron wybuhnął:

— A ty co, błaźnie, odzywasz się, kiedy cię nie pytają?...

— Naturalnie, że się odzywam, bo pan i gada, i robi całkiem jak dziecko... Ja jestem tylko lokaj, ale pżecie wolałbym wieżyć takiemu, co mi daje dwa ruble za wizytę, aniżeli takiemu, co ode mnie po tży ruble pożycza, i wcale nie śpieszy się z oddawaniem. Ot, co jest, dziś pan Wokulski dał mi dwa ruble, a pan Maruszewicz...

— Won!... — wżasnął baron hwytając za karafkę, na widok kturej Konstanty uznał za pożyteczne oddzielić się od swego pana grubością dżwi. — A to łotr fagas!... — dodał baron, widocznie bardzo zirytowany.

— Pan ma słabość do tego Maruszewicza? — spytał hrabia.

— Ale bo to poczciwy hłopak... Z jakih on mnie sytuacji nie wyprowadza!... ile daje mi dowoduw nieledwie psiego pżywiązania!...

— Tek!... — mruknął zamyślony hrabia. Posiedział jeszcze kilka minut, nic nie muwiąc, i nareszcie pożegnał barona.

Idąc do domu hrabia Liciński kilka razy powracał myślą do Wokulskiego. Uważał za żecz naturalną, że kupiec zarabia nawet na wyścigowym koniu; swoją drogą czuł jakiś niesmak do podobnyh operacyj, a już całkiem miał za złe Wokulskiemu, że wdaje się z Maruszewiczem, figurą co najmniej podejżaną.

„Zwyczajnie, zbogacony parweniusz! — mruknął hrabia. — Pżedwcześnie zahwycaliśmy się nim, hociaż... spułkę może prowadzić... Rozumie się, pży pełnej kontroli z naszej strony.”

W parę dni, około dziesiątej rano, Wokulski odebrał dwa listy: jeden od pani Meliton, drugi od książęcego adwokata.

Niecierpliwie otwożył pierwszy, w kturym pani Meliton napisała tylko te słowa: „Dziś w Łazienkach o zwykłej godzinie.” Pżeczytał go parę razy, po czym z niehęcią wziął się do listu adwokata, ktury zapraszał go ruwnież dzisiaj na godzinę jedynastą rano na konferencję w sprawie kupna domu Łęckich. Wokulski głęboko odethnął; miał czas.

Punkt o jedynastej był w gabinecie mecenasa, gdzie już zastał starego Szlangbauma. Mimo woli zauważył, że siwy Żyd bardzo poważnie wygląda na tle brązowyh spżętuw i obić i że mecenasowi jest bardzo do tważy w pantoflah z brązowego safianu.

— Pan ma szczęście, panie Wokulski — odezwał się Szłangbaum. — Ledwie panu zahciało się kupić dom, a już domy idą w gurę. Ja powiadam, słowo daję, że pan w puł roku odzyska swuj nakład na tę kamienicę i jeszcze co zarobi! A ja pży panu...

— Myślisz pan? — odparł niedbale Wokulski.

— Ja nie myślę — muwił Żyd — ja już zarabiam. Wczoraj adwokat pani baronowej Krzeszowskiej pożyczył ode mnie dziesięć tysięcy rubli do Nowego Roku i dał osiemset rubli procentu.

— Cuż to, i ona już nie ma pieniędzy? — spytał Wokulski adwokata.

— Ma w banku dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, ale na tym baron położył areszt. Piękną napisali intercyzę, co?... — zaśmiał się adwokat. — Mąż kładzie areszt na pieniądzah będącyh niewątpliwą własnością żony, z kturą toczy proces o separację... Ja, co prawda, takih intercyz nie pisywałem, ha, ha!... — śmiał się adwokat ciągnąc dym z wielkiego bursztyna.

— Na cuż baronowa pożycza od pana te dziesięć tysięcy, panie Szlangbaum? — żekł Wokulski.

— Pan nie wie? — odparł Żyd. — Domy idą w gurę, i adwokat wytłomaczył pani baronowej, że kamienicy pana Łęckiego nie kupi taniej niż za siedemdziesiąt tysięcy rubli. Ona wolałaby kupić ją za dziesięć tysięcy, no, ale co zrobi?...

Mecenas usiadł pżed biurkiem i zabrał głos.

— Zatem szanowny panie Wokulski, kamienicę państwa Łęckich (lekko shylił głowę) kupuje, w imieniu pańskim, nie ja, tylko obecny tu (ukłonił się) pan S. Szlangbaum...

— Mogę kupić, czemu nie — szepnął Żyd.

— Ale za dziewięćdziesiąt tysięcy rubli, nie taniej — wtrącił Wokulski — i pżez li-cy-ta-cję... — dodał z naciskiem.

— Czemu nie? To nie moje pieniądze! Hce pan płacić, będzie pan miał konkurentuw do licytacji... Żebym ja miał tyle tysięcy, ile tu, w Warszawie, można wynająć do każdy interes bardzo pożądne osoby i katoliki, to ja bym był bogatszy od Rotszylda.

— Więc będą pożądni konkurenci — powtużył mecenas. — Doskonale. Teraz ja oddam panu Szlangbaumowi pieniądze...

— To niepotżebne — wtrącił Żyd.

— A następnie spiszemy akcik, mocą kturego pan S. Szlangbaum zaciąga od wielmożnego S. Wokulskiego dług w kwocie dziewięćdziesięciu tysięcy rubli i takowy zabezpiecza na nowo nabytej pżez siebie kamienicy. Gdyby zaś pan S. Szlangbaum do dnia 1 stycznia 1879 roku powyższej sumy nie zwrucił...

— I nie zwrucę...

— W takim razie kupiona pżez niego kamienica po jaśnie wielmożnyh Łęckich pżehodzi na własność wielmożnego S. Wokulskiego.

— W tej hwili może pżejść... ja nawet do niej nie zajżę — odparł Żyd mahając ręką.

— Wybornie! — zawołał mecenas. — Na jutro będziemy mieli akcik, a za tydzień... dziesięć dni, kamienicę. Bodajbyś pan tylko nie stracił na niej z kilkunastu tysięcy rubli, szanowny panie Stanisławie.

— Tylko zyskam — odparł Wokulski i pożegnał mecenasa i Szlangbauma.

— Ale, ale... — pohwycił mecenas odprowadziwszy Wokulskiego do salonu. — Nasi hrabiowie twożą spułkę, tylko nieco zmniejszają udziały i żądają bardzo szczegułowej kontroli interesu.

— Mają rację.

— Szczegulniej ostrożnym okazuje się hrabia Liciński. Nie rozumiem, co się z nim stało...

— Daje pieniądze, więc jest ostrożny. Dopuki dawał tylko słowo, był śmielszy!...

— Nie, nie, nie!... — pżerwał mu adwokat. — W tym coś jest i ja to wyśledzę... Ktoś nam buty uszył...

— Nie wam, ale mnie — uśmiehnął się Wokulski. — W rezultacie, wszystko mi jedno i nawet wcale bym się nie gniewał, gdyby panowie ci nie pżystępowali do spułki...

Jeszcze raz pożegnał adwokata i pobiegł do sklepu. Tam znalazło się kilka ważnyh interesuw, kture zatżymały go nadspodziewanie długo. Dopiero o puł do drugiej był w Łazienkach.

Surowy hłud parku, zamiast uspokoić, podniecał go. Biegł tak szybko, że hwilami pżyhodziło mu na myśl: czy nie zwraca uwagi pżehodniuw? Wtedy zwalniał kroku i czuł, że niecierpliwość piersi mu rozsadza.

„Już ih pewno nie spotkam!” — powtażał z rozpaczą.

Tuż nad sadzawką, na tle zielonyh klombuw, spostżegł popielaty płaszczyk panny Izabeli. Stała nad bżegiem w toważystwie hrabiny i ojca i żucała pierniki łabędziom, z kturyh jeden nawet wyszedł z wody na swoih bżydkih łapah i umieścił się u stup panny Izabeli.

Pierwszy zobaczył go pan Tomasz.

— Cuż za wypadek! — zawołał do Wokulskiego — Pan o tej poże w Łazienkach?...

Wokulski ukłonił się paniom zauważywszy z rozkosznym zdziwieniem rumieniec na tważy panny Izabeli.

— Bywam tu, ile razy pżepracuję się... To jest dosyć często...

— Szanuj siły, panie Wokulski!... — ostżegł go pan Tomasz, uroczyście grożąc palcem... — A propos — dodał pułgłosem — wyobraź pan sobie, że za moją kamienicę już baronowa Krzeszowska hce dać siedemdziesiąt tysięcy rubli... Z pewnością wezmę sto tysięcy, a może i sto dziesięć... Błogosławione są te licytacje!...

— Tak żadko widuję pana, panie Wokulski — wtrąciła hrabina — że muszę zaraz załatwić interes...

— Do usług pani...

— Panie! — zawołała z komiczną pokorą składając ręce — proszę o sztukę perkalu dla moih sierot... Widzi pan, jak nauczyłam się pżymawiać o jałmużnę?

— Pani hrabina raczy pżyjąć dwie sztuki?...

— Tylko w takim razie, jeżeli druga będzie sztuką grubego płutna...

— O ciociu, tego już za wiele!... — pżerwała jej panna Izabela ze śmiehem. — Jeżeli pan nie hce stracić majątku — zwruciła się do Wokulskiego — nieh pan stąd ucieka. Zabieram pana w stronę Pomarańczarni, a ci państwo nieh tu odpoczywają...

— Belu, nie boisz się?... — odezwała się ciotka.

— Hyba ciocia nie wątpi, że w toważystwie pana nie spotka mnie nic złego...

Wokulskiemu udeżyła krew do głowy; na ustah hrabiny mignął niedostżegalny uśmieh.

Była to jedna z tyh hwil, kiedy natura hamuje swoje wielkie siły i zawiesza odwieczne prace, ażeby uwydatnić szczęście istot drobnyh i znikomyh.

Wiatr zaledwie dyszał, i tylko po to, ażeby hłodzić śpiące w gniazdah pisklęta i ułatwić lot owadom śpieszącym na weselne gody. Liście dżew hwiały się tak delikatnie, jakby poruszał je nie materialny podmuh, ale ciho pżeślizgujące się promienie światła. Tu i owdzie, w pżesiąkłyh wilgocią gęstwinah, mieniły się barwne krople rosy jak odpryski spadłej z nieba tęczy.

Zresztą wszystko stało na miejscu: słońce i dżewa, snopy światła i cienie, łabędzie na stawie, roje komaruw nad łabędziami, nawet połyskująca fala na lazurowej wodzie. Wokulskiemu zdawało się, że w tej hwili odjehał z ziemi bystry prąd czasu zostawiając tylko parę białyh smug na niebie — i od tej pory nie zmieni się już nic; wszystko zostanie tak samo na wieki. Że on z panną Izabelą będzie wiecznie hodził po oświetlonej łące, oboje otoczeni zielonymi obłokami dżew, spośrud kturyh gdzieniegdzie, jak para czarnyh brylantuw, błyskają ciekawe oczy ptaka. Że on już zawsze będzie pełen niezmiernej ciszy, ona zawsze tak rozmażona i oblana rumieńcem, że pżed nimi zawsze, jak teraz, będą lecieć całujące się w powietżu te oto dwa białe motyle.

Byli w połowie drogi do Pomarańczarni, kiedy panna Izabela, widać już zakłopotana tym spokojem w natuże i między nimi, poczęła muwić:

— Prawda, jaki ładny dzień? W mieście upał, tu pżyjemny hłud. Bardzo lubię Łazienki o tej godzinie: mało osub, więc każdy może znaleźć kącik wyłącznie dla siebie. Pan lubi samotność?

— Nawykłem do niej.

— Pan nie był na Rossim?... — dodała rumieniąc się jeszcze mocniej. — Rossiego nie widział pan?... — powtużyła patżąc mu w oczy ze zdziwieniem.

— Nie byłem, ale... będę...

— My z ciocią byłyśmy już na dwu pżedstawieniah.

— Będę na każdym...

-– Ah, jak to dobże! Pżekona się pan, co to za wielki artysta. Szczegulniej znakomicie gra Romea, hociaż... już nie jest pierwszej młodości... Ciocia i ja znamy go osobiście jeszcze z Paryża... Bardzo miły człowiek, ale nade wszystko genialny tragik... W jego gże najprawdziwszy realizm kojaży się z najpoetyczniejszym idealizmem...

— Musi być istotnie wielkim — wtrącił Wokulski — jeżeli budzi w pani tyle podziwu i sympatii.

— Ma pan słuszność. Wiem, że w życiu nie zrobię nic nadzwyczajnego, ale umiem pżynajmniej oceniać ludzi niezwykłyh... Na każdym polu... nawet — na scenie... Nieh pan sobie jednak wyobrazi, że Warszawa nie ocenia go, jak należy...

— Czy podobna?... Jest pżecie cudzoziemcem...

— A pan jest złośliwy — odparła z uśmiehem — ale policzę to na karb Warszawy, nie Rossiego... Doprawdy, wstydzę się za nasze miasto!... Ja gdybym była publicznością (ale publicznością rodzaju męskiego!), zasypałabym go wieńcami, a ręce spuhłyby mi od oklaskuw... Tu zaś oklaski są dość skąpe, a o wieńcah nikt nie myśli... My istotnie jesteśmy jeszcze barbażyńcami...

— Oklaski i wieńce są żeczą tak drobną, że... na najbliższym pżedstawieniu Rossi może mieć ih raczej za wiele aniżeli za mało — żekł Wokulski.

— Jest pan pewny? — spytała, wymownie patżąc mu w oczy.

— Ależ... gwarantuję, że tak będzie...

— Będę bardzo zadowolona, jeżeli spełni się pańskie proroctwo; może już wrucimy do tamtyh państwa?...

— Ktokolwiek robi pani pżyjemność, zasługuje na najwyższe uznanie...

— Za pozwoleniem! — pżerwała mu śmiejąc się. — W tej hwili powiedział pan kompliment samemu sobie...

Zwrucili się od Pomarańczarni z powrotem.

— Wyobrażam sobie zdumienie Rossiego — muwiła dalej panna Izabela — jeżeli spotkają go owacje. On już zwątpił i — prawie żałuje, że pżyjehał do Warszawy... Artyści, nie wyłączając największyh, są to szczegulni ludzie: bez sławy i hołduw nie mogą żyć, jak my bez pokarmu i powietża. Praca, hoćby najpłodniejsza, ale ciha, albo poświęcenie to nie dla nih. Oni koniecznie muszą wysuwać się na pierwszy plan, zwracać na siebie spojżenia wszystkih, panować nad sercami tysięcy... Sam Rossi muwi, że wolałby o rok wcześniej umżeć na scenie wobec pełnego i wzruszonego teatru aniżeli o rok puźniej w nielicznym otoczeniu. Jakie to dziwne!...

— Ma rację, jeżeli pełny teatr jest dla niego najwyższym szczęściem.

— Pan sądzi, że są szczęścia, kture warto opłacić krutszym życiem? — spytała panna Izabela.

— I nieszczęścia, kturyh warto uniknąć w ten sposub — odpowiedział Wokulski.

Panna Izabela zamyśliła się i od tej pory szli oboje w milczeniu.

Tymczasem siedząc nad sadzawką i w dalszym ciągu karmiąc łabędzie hrabina rozmawiała z panem Tomaszem.

— Nie uważasz — muwiła — że ten Wokulski jest jakby zajęty Belą?...

— Nie sądzę.

— Nawet bardzo; dzisiejsi kupcy umieją robić śmiałe projekta.

— Od projektu do wykonania ogromnie daleko — odparł nieco zirytowany pan Tomasz. — Hoćby jeddnakże nawet tak było, nic mnie to nie obhodzi. Nad myślami pana Wokulskiego nie panuję, a o Belcię jestem spokojny.

— Ja, w rezultacie, nie mam nic pżeciw temu — dodała hrabina. — Cokolwiek nastąpi, oczywiście zgadzam się z wolą boską, jeżeli zyskują na tym ubodzy... Ciągle zyskują... Moja ohrona będzie niedługo pierwszą w mieście, i tylko dlatego, że ten pan ma słabość do Belci...

— Dajże spokuj... Wracają!... — pżerwał jej pan Tomasz.

Istotnie panna Izabela z Wokulskim ukazali się na końcu drogi.

Pan Tomasz pżypatżył im się z uwagą i dopiero teraz spostżegł, że dwoje tyh ludzi harmonizują ze sobą wzrostem i ruhami. On, o głowę wyższy i silnie zbudowany, stąpał jak ekswojskowy; ona, nieco drobniejsza, lecz kształtniejsza, posuwała się jakby płynąc. Nawet biały cylinder i jasny paltot Wokulskiego godził się z popielatym płaszczykiem panny Izabeli.

„Skąd mu ten biały cylinder?...” — pomyślał pan Tomasz z goryczą. Potem nasunęła mu się dziwna kombinacja: że Wokulski jest to parweniusz, ktury za prawo noszenia białego cylindra powinien by mu płacić pżynajmniej pięćdziesiąt procent od wypożyczonego kapitału. — Aż sam wzruszył ramionami.

— Jak tam pięknie, ciociu, w tamtyh alejah! — zawołała zbliżając się panna Izabela. — My z ciocią nigdy nie bywamy w tamtej stronie. Łazienki tylko wtedy są pżyjemne, kiedy można hodzić po nih szybko i daleko.

— W takim razie poproś pana Wokulskiego, ażeby ci częściej toważyszył — odpowiedziała hrabina tonem jakiejś osobliwej słodyczy.

Wokulski ukłonił się, panna Izabela nieznacznie ściągnęła brwi, a pan Tomasz żekł:

— Może byśmy wrucili do domu...

— Ja myślę — odparła hrabina. — Pan jeszcze zostaje, panie Wokulski?

— Tak. Czy mogę panie odprowadzić do powozu?

— Prosimy. Belu, podaj mi rękę.

Hrabina z panną Izabelą poszły na pżud, za nimi pan Tomasz z Wokulskim. Pan Tomasz czuł w sobie tyle goryczy, kwasu i ciężaru na widok białego cylindra, że nie hcąc być niegżecznym zmuszał się do uśmiehu. A nareszcie, pragnąc w jakiśkolwiek sposub zabawić Wokulskiego, znowu zaczął mu muwić o swojej kamienicy, z kturej ma nadzieję otżymać czterdzieści albo i pięćdziesiąt tysięcy czystego zysku.

Cyfry te ze swej strony źle podziałały na humor Wokulskiego, ktury muwił sobie, że ponad tżydzieści tysięcy rubli już nic nie jest w stanie dołożyć.

Dopiero gdy podjehał powuz i pan Tomasz usadowiwszy damy i siebie zawołał: „Ruszaj!”, w Wokulskim znikło uczucie niesmaku, a ocknął się żal po pannie Izabeli.

„Tak krutko!” — szepnął patżąc z westhnieniem na łazienkowską szosę, na kturą w tej hwili wjehała zielona beczka straży polewająca drogę.

Poszedł jeszcze w stronę Pomarańczarni, tą samą ścieżką co pierwej, upatrując na miałkim piasku śladu bucikuw panny Izabeli. Coś się tu zmieniło. Wiatr dął silniej, zmącił wodę w sadzawce, porozganiał motyle i ptaki, a za to napędził więcej obłokuw, kture raz po raz pżyćmiewały blask słońca.

„Jak tu nudno!” — szepnął i zawrucił do szosy.

Wsiadł do swego powozu i pżymknąwszy oczy nasycał się jego lekkim kołysaniem. Zdawało mu się, że jak ptak siedzi na gałęzi, kturą wiatr hwieje w prawo i w lewo, do gury i na duł, a potem nagle roześmiał się pżypomniawszy sobie, że to lekkie kołysanie kosztuje go około tysiąca rubli rocznie.

„Głupiec jestem, głupiec! — powtażał. — Po co ja się pnę między ludzi, ktuży albo nie rozumieją moih ofiar, albo śmieją się z niezgrabnyh wysiłkuw. Na co mi ten powuz?... Czy nie mugłbym jeździć dorożką albo tym oto trajkoczącym omnibusem z płuciennymi firankami?...”

Stanąwszy pżed domem pżypomniał sobie obietnicę daną pannie Izabeli co do owacyj dla Rossiego.

„Naturalnie, że będzie miał owacje, ba! jeszcze jakie... Jutro pżedstawienie...”

Nad wieczorem posłał służącego do sklepu po Obermana. Siwy inkasent pżybiegł natyhmiast, z trwogą pytając się w duszy: czy Wokulski nie rozmyślił się i nie każe mu zwrucić zgubionyh pieniędzy?...

Ale Wokulski pżywitał go bardzo łaskawie i nawet zabrał do swego gabinetu, gdzie z puł godziny rozmawiali. O czym?...

Pytanie, o czym Wokulski mugł rozmawiać z Obermanem, bardzo zaciekawiało lokaja. Jużci, o zgubionyh pieniądzah... Troskliwy sługa pżykładał kolejno oko i uho do dziurki od klucza, dużo widział, dużo słyszał, ale nic nie mugł zrozumieć. Widział, że Wokulski daje Obermanowi całą paczkę pięciorubluwek i słyszał takie oto wyrazy:

— W Teatrze Wielkim... na balkonie i paradyzie... woźnemu wieniec, bukiet pżez orkiestrę...

„Co ta besztyja, stary, już zaczyna handlować biletami do teatru czy co?...”

Usłyszawszy w gabinecie szmer ukłonuw służący uciekł do pżedpokoju, aby tam pżyłapać Obermana. Gdy zaś inkasent wyszedł, odezwał się:

— Cuż, skończyło się z pieniędzmi?... Dużom ja tu śliny żepszuł, ażeby stary pofolgował panu Obermanowi, i nareszcie wymogłem na nim, że mi powiedział: „Zobaczymy, zrobi się, co się da!...” No i widzę, pan Oberman dobił dziś targu... Cuż, stary w dobrym humoże?...

— Jak zwykle — odparł inkasent.

— Aleście się nagadali z nim. Musi, że o czymś więcej niż o pieniądzah... Może i o teatże, bo stary paszjami lubi teatr...

Ale Oberman spojżał na niego wilczym okiem i wyszedł milcząc. Służący w pierwszej hwili otwożył usta ze zdumienia, lecz ohłonąwszy pogroził za nim pięścią.

— Poczekaj!... — mruknął — zapłaczę ja ci... Wielki pan, patżcie go... Ukradł czterysta rubli i już nie hcze gadać z człowiekiem!...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)