Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

IX. Kładki, na kturyh spotykają się ludzie rużnyh światuw

IX. Kładki, na kturyh spotykają się ludzie rużnyh światuw

W Wielki Piątek z rana Wokulski pżypomniał sobie, że dziś i jutro hrabina Karolowa i panna Izabela będą kwestowały pży grobah.

„Tżeba tam pujść i coś dać — pomyślał i wyjął z kasy pięć złotyh pułimperiałuw. — Hociaż — dodał po hwili — posłałem im już dywany, ptaszki śpiewające, pozytywkę, nawet fontannę!... To hyba wystarczy na zbawienie jednej duszy. Nie pujdę.”

Po południu jednak zrobił sobie uwagę, że może hrabina Karolowa liczy na niego. A w takim razie nie wypada cofać się lub złożyć tylko pięć pułimperiałuw. Wydobył więc z kasy jeszcze pięć i wszystkie zawinął w bibułkę.

„Co prawda — muwił do siebie — będzie tam panna Izabela, a tej nie można ofiarować dziesięciu pułimperiałuw.”

Więc rozwinął swuj rulon, znowu dołożył dziesięć sztuk złota i jeszcze raz namyślał się: „Iść czy nie iść?...”

„Nie — powiedział — nie będę należał do tej jarmarcznej dobroczynności.”

Żucił rulon do kasy i w piątek nie poszedł na groby.

Ale w Wielką Sobotę sprawa pżedstawiła mu się całkiem z nowego punktu.

„Oszalałem! — muwił. — Więc jeżeli nie pujdę do kościoła, gdzież ją spotkam?... Jeżeli nie pieniędzmi, czym zwrucę na siebie jej uwagę?... Tracę rozsądek...”

Lecz jeszcze wahał się i dopiero około drugiej po południu, gdy Rzecki z powodu święta kazał już sklep zamykać, Wokulski wziął z kasy dwadzieścia pięć pułimperiałuw i poszedł w stronę kościoła.

Nie wszedł tam jednak od razu; coś go zatżymywało. Hciał zobaczyć pannę Izabelę, a jednocześnie lękał się tego i wstydził się swoih pułimperiałuw.

„Żucić stos złota!... Jakie to imponujące w papierowyh czasah i — jakie to dorobkiewiczowskie... No, ale co robić, jeżeli one właśnie na pieniądze czekają?... Może nawet będzie za mało?...”

Hodził tam i na powrut po ulicy napżeciw kościoła nie mogąc od niego oczu oderwać.

„Już idę — myślał. — Zaraz... jeszcze hwilkę... Ah, co się ze mną stało!...” — dodał czując, że jego rozdarta dusza nawet na tak prosty czyn nie może zdobyć się bez wahań.

Teraz pżypomniał sobie: jak on dawno nie był w kościele.

„Kiedyż to?... Na ślubie raz... Na pogżebie żony drugi raz...”

Lecz i w tym, i w tamtym wypadku nie wiedział dobże, co się koło niego dzieje; więc patżył w tej hwili na kościuł jak na żecz zupełnie nową dla siebie.

„Co to jest za ogromny gmah, ktury zamiast kominuw ma wieże, w kturym nikt nie mieszka, tylko śpią prohy dawno zmarłyh?... Na co ta strata miejsca i muruw, komu dniem i nocą pali się światło, w jakim celu shodzą się tłumy ludzi?...

Na targ idą po żywność, do sklepuw po towary, do teatru po zabawę, ale po co tutaj?...”

Mimo woli poruwnywał drobny wzrost stojącyh pod kościołem pobożnyh z olbżymimi rozmiarami świętego budynku i pżyszła mu myśl szczegulna. Że jak kiedyś na ziemi pracowały potężne siły dźwigając z płaskiego lądu łańcuhy gur, tak kiedyś w ludzkości istniała inna niezmierna siła, ktura wydźwignęła tego rodzaju budowle. Patżąc na podobne gmahy można by sądzić, że w głębi naszej planety mieszkali olbżymowie, ktuży wydzierając się gdzieś w gurę, podważali skorupę ziemską i zostawiali ślady tyh ruhuw w formie imponującyh jaskiń.

„Dokąd oni wydzierali się? Do innego, podobno wyższego świata. A jeżeli morskie pżypływy dowodzą, że księżyc nie jest złudnym blaskiem, tylko realną żeczywistością, dlaczego te dziwne budynki nie miałyby stwierdzać żeczywistości innego świata?... Czyliż on słabiej pociąga za sobą dusze ludzkie aniżeli księżyc fale oceanu?...

Wszedł do kościoła i zaraz na wstępie znowu udeżył go nowy widok. Kilka żebraczek i żebrakuw błagało o jałmużnę, kturą Bóg zwruci litościwym w życiu pżyszłym. Jedni z pobożnyh całowali nogi Chrystusa umęczonego pżez państwo rzymskie, inni w progu upadłszy na kolana wznosili do gury ręce i oczy, jakby zapatżeni w nadziemską wizję. Kościuł pogrążony był w ciemności, kturej nie mugł rozproszyć blask kilkunastu świec płonącyh w srebrnyh kandelabrah. Tu i uwdzie na posadzce świątyni widać było niewyraźne cienie ludzi leżącyh kżyżem albo zgiętyh ku ziemi, jakby kryli się ze swoją pobożnością pełną pokory. Patżąc na te ciała nieruhome można było myśleć, że na hwilę opuściły je dusze i uciekły do jakiegoś lepszego świata.

„Rozumiem teraz — pomyślał Wokulski — dlaczego odwiedzanie kościołuw umacnia wiarę. Tu wszystko użądzone jest tak, że pżypomina wieczność.”

Od pogrążonyh w modlitwie cieniuw wzrok jego pobiegł ku światłu. I zobaczył w rużnyh punktah świątyni stoły okryte dywanami, na nih tace pełne bankocetli, srebra i złota, a dokoła nih damy siedzące na wygodnyh fotelah, odziane w jedwab, piura i aksamity, otoczone wesołą młodzieżą. Najpobożniejsze pukały na pżehodniuw, wszystkie rozmawiały i bawiły się jak na raucie.

Zdawało się Wokulskiemu, że w tej hwili widzi pżed sobą tży światy. Jeden (dawno już zeszedł z ziemi), ktury modlił się i dźwigał na hwałę Boga potężne gmahy. Drugi, ubogi i pokorny, ktury umiał modlić się, lecz wznosił tylko lepianki, i — tżeci, ktury dla siebie murował pałace, ale już zapomniał o modlitwie i z domuw bożyh zrobił miejsce shadzek; jak niefrasobliwe ptaki, kture budują gniazda i zawodzą pieśni na grobah poległyh bohateruw.

„A czymże ja jestem, zaruwno obcy im wszystkim?...”

„Może jesteś okiem żelaznego pżetaka, w ktury żucę ih wszystkih, aby oddzielić stęhłe plewy od ziarna” — odpowiedział mu jakiś głos.

Wokulski obejżał się. „Pżywidzenie horej wyobraźni.” Jednocześnie pży czwartym stole, w głębi kościoła, spostżegł hrabinę Karolową i pannę Izabelę. Obie ruwnież siedziały nad tacą z pieniędzmi i tżymały w rękah książki, zapewne do nabożeństwa. Za kżesłem hrabiny stał służący w czarnej liberii.

Wokulski poszedł ku nim potrącając klęczącyh i omijając inne stoły, pży kturyh pukano na niego zawzięcie. Zbliżył się do tacy i ukłoniwszy się hrabinie, położył swuj rulon imperiałuw.

„Boże — pomyślał — jak ja głupio muszę wyglądać z tymi pieniędzmi.”

Hrabina odłożyła książkę.

— Witam cię, panie Wokulski — żekła. — Wiesz, myślałam, że już nie pżyjdziesz, i powiem ci, że nawet było mi trohę pżykro.

— Muwiłam cioci, że pżyjdzie, i do tego z workiem złota — odezwała się po angielsku panna Izabela.

Hrabinie wystąpił na czoło rumieniec i gęsty pot. Zlękła się słuw siostżenicy pżypuszczając, że Wokulski rozumie po angielsku.

— Proszę cię, panie Wokulski — żekła prędko — siądź tu na hwilę, bo delegowany nas opuścił. Pozwolisz, że ułożę twoje imperiały na wieżhu, dla zawstydzenia tyh panuw, ktuży wolą wydawać pieniądze na szampana...

— Ależ nieh się ciocia uspokoi — wtrąciła panna Izabela znowu po angielsku. — On z pewnością nie rozumie...

Tym razem i Wokulski zarumienił się.

— Proszę cię, Belu — żekła hrabina tonem uroczystym — pan Wokulski... ktury tak hojną ofiarę złożył na naszą ohronę...

— Słyszałam — odpowiedziała panna Izabela po polsku, na znak powitania pżymykając powieki.

— Pani hrabina — żekł trohę żartobliwie Wokulski — hce mnie pozbawić zasługi w życiu pżyszłym, hwaląc postępki, kture zresztą mogłem spełniać w widokah zysku.

— Domyślałam się tego — szepnęła panna Izabela po angielsku.

Hrabina o mało nie zemdlała czując, że Wokulski musi domyślać się znaczenia słuw jej siostżenicy, hoćby nie znał żadnego języka.

— Możesz, panie Wokulski — żekła z gorączkowym pośpiehem — możesz łatwo zdobyć sobie zasługę w życiu pżyszłym, hoćby... pżebaczając urazy...

— Zawsze je pżebaczam — odparł nieco zdziwiony.

— Pozwul sobie powiedzieć, że nie zawsze — ciągnęła hrabina. — Jestem stara kobieta i twoja pżyjaciułka, panie Wokulski — dodała z naciskiem — więc zrobisz mi pewne ustępstwo...

— Czekam na rozkazy pani.

— Onegdaj dałeś dymisję jednemu z twoih... użędnikuw, niejakiemu Mraczewskiemu...

— Za cuż to?... — nagle odezwała się panna Izabela.

— Nie wiem — żekła hrabina. — Podobno hodziło o rużnicę pżekonań politycznyh czy coś w tym guście...

— Więc ten młody człowiek ma pżekonania?... — zawołała panna Izabela. — To ciekawe!...

Powiedziała to w sposub tak zabawny, że Wokulski poczuł, jak ustępuje mu z serca niehęć do Mraczewskiego.

— Nie o pżekonania hodziło, pani hrabino — odezwał się — ale o nietaktowne uwagi o osobah, kture odwiedzają nasz magazyn.

— Może te osoby same postępują nietaktownie — wtrąciła panna Izabela.

— Im wolno, one za to płacą — odpowiedział spokojnie Wokulski. — Nam nie.

Silny rumieniec wystąpił na tważ panny Izabeli. Wzięła książkę i zaczęła czytać.

— Ale swoją drogą dasz się ubłagać, panie Wokulski — żekła hrabina. — Znam matkę tego hłopca, i wież mi, że pżykro patżeć na jej rozpacz...

Wokulski zamyślił się.

— Dobże — odpowiedział — dam mu posadę, ale w Moskwie.

— A jego biedna matka?... — zapytała hrabina tonem proszącym.

— Więc podwyższę mu o dwieście... o tżysta rubli pensję — odparł.

W tej hwili zbliżyło się do stołu kilkoro dzieci, kturym hrabina zaczęła rozdawać obrazki. Wokulski wstał z fotelu i aby nie pżeszkadzać pobożnym zajęciom, pżeszedł na stronę panny Izabeli.

Panna Izabela podniosła oczy od książki i dziwnym wzrokiem patżąc na Wokulskiego spytała:

— Pan nigdy nie cofa swoih postanowień?

— Nie — odpowiedział. Ale w tej hwili spuścił oczy.

— A gdybym poprosiła za tym młodym człowiekiem?...

Wokulski spojżał na nią zdumiony.

— W takim razie odpowiedziałbym, że pan Mraczewski stracił miejsce, ponieważ niestosownie odzywał się o osobah, kture zaszczyciły go trohę łaskawszym tonem w rozmowie... Jeżeli jednak pani każe...

Teraz panna Izabela spuściła oczy, zmieszana w wysokim stopniu.

— A... a!... wszystko mi jedno w rezultacie, gdzie osiedli się ten młody człowiek. Nieh jedzie i do Moskwy.

— Tam też pojedzie — odparł Wokulski. — Moje uszanowanie paniom — dodał kłaniając się.

Hrabina podała mu rękę.

— Dziękuję ci, panie Wokulski, za pamięć i proszę, ażebyś pżyszedł do mnie na święcone. Bardzo cię proszę, panie Wokulski — dodała z naciskiem.

Nagle spostżegłszy jakiś ruh na środku kościoła zwruciła się do służącego:

— Idźże, muj Ksawery, do pani prezesowej i proś, ażeby nam pozwoliła swego powozu. Powiedz, że nam koń zahorował.

— Na kiedy jaśnie pani rozkaże? — spytał służący.

— Tak... za pułtorej godziny. Prawda, Belu, że nie posiedzimy tu dłużej?

Służący podszedł do stołu pży dżwiah.

— Więc do jutra, panie Wokulski — żekła hrabina. — Spotkasz u mnie wielu znajomyh. Będzie kilku panuw z Towarzystwa Dobroczynności...

„Aha!...” — pomyślał Wokulski żegnając hrabinę. Czuł dla niej w tej hwili taką wdzięczność, że na jej ohronę oddałby połowę majątku.

Panna Izabela z daleka kiwnęła mu głową i, znowu spojżała w sposub, ktury wydał mu się bardzo niezwykłym. A gdy Wokulski zniknął w cieniah kościoła, żekła do hrabiny:

— Cioteczka kokietuje tego pana. Ej! ciociu, to zaczyna być podejżane...

— Twuj ojciec ma słuszność — odparła hrabina — ten człowiek może być użyteczny. Zresztą za granicą podobne stosunki należą do dobrego tonu.

— A jeżeli te stosunki pżewrucą mu w głowie?... — spytała panna Izabela.

— W takim razie dowiudłby, że ma słabą głowę — odpowiedziała krutko hrabina biorąc się do książki nabożnej.

Wokulski nie opuścił kościoła, ale w pobliżu dżwi skręcił w boczną nawę. Tuż pży grobie Chrystusa, napżeciw stolika hrabiny, stał w kącie pusty konfesjonał. Wokulski wszedł do niego, pżymknął dżwiczki i niewidzialny, pżypatrywał się pannie Izabeli.

Tżymała w ręku książkę spoglądając od czasu do czasu na dżwi kościelne. Na tważy jej malowało się zmęczenie i nudy. Czasami do stolika zbliżały się dzieci po obrazki; panna Izabela niekturym podawała je sama z takim ruhem, jakby hciała powiedzieć: ah, kiedyż się to skończy!...

„I to wszystko robi się nie pżez pobożność ani pżez miłość do dzieci, ale dla rozgłosu i w celu wyjścia za mąż — pomyślał Wokulski. — No i ja także — dodał — niemało robię dla reklamy i ożenienia się. Świat ładnie użądzony! Zamiast po prostu pytać się: kohasz mnie czy nie kohasz? albo: hcesz mnie czy nie hcesz? ja wyżucam setki rubli, a ona kilka godzin nudzi się na wystawie i udaje pobożną.

A jeżeli odpowiedziałaby, że mnie nie koha? Wszystkie te ceremonie mają dobrą stronę: dają czas i możność zaznajomienia się.

Źle to jednak nie umieć po angielsku... Dziś wiedziałbym, co o mnie myśli: bo jestem pewny, że o mnie muwiła do swej ciotki. Tżeba nauczyć się...

Albo weźmy takie głupstwo jak powuz?... Gdybym miał powuz, mugłbym ją teraz odesłać do domu z ciotką, i znowu zawiązałby się między nami jeden węzeł... Tak, powuz pżyda mi się w każdym razie. Pżyspoży z tysiąc rubli wydatkuw na rok, ale cuż zrobię? Muszę być gotowym na wszystkih punktah.

Powuz... angielszczyzna... pżeszło dwieście rubli na jedną kwestę!... I to robię ja, ktury tym pogardzam... Właściwie jednak — na cuż będę wydawał pieniądze, jeżeli nie na zapewnienie sobie szczęścia? Co mnie obhodzą jakieś teorie oszczędności, gdy czuję bul w sercu?...”

Dalszy bieg myśli pżerwała mu smutna, bżęcząca melodia. Była to muzyka szkatułki grającej, po kturej nastąpił świegot sztucznyh ptakuw; a gdy one milkły, rozlegał się cihy szelest fontanny, szept modlitw i westhnienia pobożnyh.

W nawie, u konfesjonału, u dżwi kaplicy grobowej widać było zgięte postacie klęczącyh. Niektuży czołgali się do krucyfiksu na podłodze i ucałowawszy go kładli na tacy drobne pieniądze wydobyte z hustki do nosa.

W głębi kaplicy, w powodzi światła, leżał biały Chrystus otoczony kwiatami. Zdawało się Wokulskiemu, że pod wpływem migotliwyh płomykuw tważ jego ożywia się pżybierając wyraz groźby albo litości i łaski. Kiedy pozytywka wygrywała Łucję z Lamermooru albo kiedy ze środka kościoła doleciał stukot pieniędzy i francuskie wykżykniki, oblicze Chrystusa ciemniało. Ale kiedy do krucyfiksu zbliżył się jaki biedak i opowiadał Ukrzyżowanemu swoje strapienia, Chrystus otwierał martwe usta i w szmeże fontanny powtażał błogosławieństwa i obietnice...

„Błogosławieni cisi... Błogosławieni smutni...”

Do tacy podeszła młoda, urużowana dziewczyna. Położyła srebrną czterdziestuwkę, ale nie śmiała dotknąć kżyża. Klęczący obok z niehęcią patżyli na jej aksamitny kaftanik i jaskrawy kapelusz. Ale gdy Chrystus szepnął: „Kto z was jest bez gżehu, nieh żuci na nią kamieniem”, padła na posadzkę i ucałowała jego nogi jak niegdyś Maria Magdalena.

„Błogosławieni, ktuży łakną sprawiedliwości... Błogosławieni, ktuży płaczą...”

Z głębokim wzruszeniem pżypatrywał się Wokulski pogrążonemu w kościelnym mroku tłumowi, ktury z tak cierpliwą wiarą od osiemnastu wiekuw oczekuje spełnienia się boskih obietnic.

„Kiedyż to będzie!...” — pomyślał.

„Pośle Syn Człowieczy anioły swoje, a oni zbiorą wszystkie zgorszenia i tyh, ktuży nieprawość czynią, jako zbiera się kąkol i pali się go ogniem.”

Mahinalnie spojżał na środek kościoła. Pży bliższym stoliku hrabina dżemała, a panna Izabela ziewała, pży dalszym tży nie znane mu damy zaśmiewały się z opowiadań jakiegoś wykwintnego młodzieńca.

„Inny świat... inny świat!... — myślał Wokulski. — Co za fatalność popyha mnie w tamtą stronę?”

W tej hwili tuż obok konfesjonału stanęła, a potem uklękła osoba młoda, ubrana bardzo starannie, z małą dziewczynką.

Wokulski pżypatżył się jej i dostżegł, że jest niezwykle piękna. Udeżył go nade wszystko wyraz jej tważy, jakby do tego grobu pżyszła nie z modlitwą, ale z zapytaniem i skargą.

Pżeżegnała się, lecz zobaczywszy tacę wydobyła woreczek z pieniędzmi.

— Idź, Helusiu — żekła pułgłosem do dziecka — połuż to na tacy i pocałuj Pana Jezusa.

— Gdzie, proszę mamy, pocałować?

— W rączkę i w nużkę...

— I w buzię?

— W buzię nie można.

— Eh, co tam!... — Pobiegła do tacy i pohyliła się nad kżyżem.

— A widzi mama — zawołała powracając — pocałowałam i Pan Jezus nic nie powiedział.

— Nieh Helusia będzie gżeczna — odparła matka. — Lepiej uklęknij i zmuw paciorek.

— Jaki paciorek?

— Tży Ojcze nasz, tży Zdrowaś...

— Taki duży paciorek?... a ja taka malutka...

— No, to zmuw jedno Zdrowaś... Tylko uklęknij... Patż się tam...

— Już patżę. Zdrowaś Maria, łaski pełna... Czy to, proszę mamy, ptaszki śpiewają?

— Ptaszki sztuczne. Muw paciorek.

— Jakie to sztuczne?

— Zmuw pierwej paciorek.

— Kiedy nie pamiętam, gdzie skończyłam...

— Więc muw za mną: Zdrowaś Maria...

— Śmierci naszej. Amen — dokończyła dziewczynka. — A z czego robią się sztuczne ptaszki?

— Heluniu, bądź ciho, bo nigdy cię nie pocałuję — szepnęła strapiona matka. — Masz tu książkę i oglądaj obrazki, jak Pan Jezus był męczony.

Dziewczynka usiadła z książką na stopniah konfesjonału i ucihła.

„Co to za miła dziecina! — myślał Wokulski. — Gdyby była moją, zdaje się, że odzyskałbym ruwnowagę umysłu, kturą dziś tracę z dnia na dzień. I matka pżeśliczna kobieta. Jakie włosy, profil, oczy... Prosi Boga, ażeby zmartwyhwstało ih szczęście... Piękna i nieszczęśliwa; musi być wdową.

Ot, gdybym ją był spotkał rok temu.

I jestże tu ład na świecie?... O krok od siebie staje dwoje ludzi nieszczęśliwyh; jedno szuka miłości i rodziny, drugie może walczy z biedą i brakiem opieki. Każde znalazłoby w drugim to, czego potżebuje, no — i nie zejdą się... Jedno pżyhodzi błagać Boga o miłosierdzie, drugie wyżuca pieniądze dla stosunkuw. Kto wie, czy paręset rubli nie byłoby dla tej kobiety szczęściem? Ale ona ih nie dostanie; Bóg w tyh czasah nie słuha modlitwy uciśnionyh.

A gdyby jednak dowiedzieć się, kto ona jest?... Może bym potrafił jej dopomuc. Dlaczego wzniosłe obietnice Chrystusa nie mają być spełnione, hoćby pżez takih jak ja niedowiarkuw, skoro pobożni zajmują się czym innym?” W tej hwili Wokulskiemu zrobiło się gorąco... Do stolika hrabiny zbliżył się elegancki młodzieniec i coś położył na tacy. Na jego widok panna Izabela zarumieniła się i oczy jej nabrały tego dziwnego wyrazu, ktury zawsze tak zastanawiał Wokulskiego.

Na wezwanie hrabiny elegant siadł na tym samym fotelu, ktury niedawno zajmował Wokulski, i zawiązała się żywa rozmowa. Wokulski nie słyszał jej treści, tylko czuł, że w muzgu wypala mu się obraz tego toważystwa. Kosztowny dywan, srebrna taca zasypana na wieżhu garścią imperiałuw, dwa świeczniki, dziesięć płomykuw, hrabina odziana w grubą żałobę, młody człowiek zapatżony w pannę Izabelę i ona — rozpromieniona. Nawet ten szczeguł nie uszedł jego uwagi, że od blasku płomykuw hrabinie świecą się policzki, młodemu człowiekowi koniec nosa, a pannie Izabeli oczy.

„Czy oni kohają się? — myślał. — Więc dlaczeguż by się nie pobrali?... — Może on nie ma pieniędzy... Lecz w takim razie: co znaczą jej spojżenia?... Podobne żucała dziś na mnie. Prawda, że panna na wydaniu musi mieć kilku albo i kilkunastu wielbicieli i wabić wszystkih, ażeby... spżedać się najwięcej ofiarującemu!”

Pżyszedł delegowany. Hrabina podniosła się z fotelu, to samo zrobiła panna Izabela i pżystojny młodzieniec, i wszyscy troje z wielkim szelestem poszli ku dżwiom zatżymując się pży innyh stolikah. Każdy z asystującej tam młodzieży gorąco witał pannę Izabelę, a ona każdego obdażała tymi samymi, zupełnie tymi samymi spojżeniami, kture Wokulskiemu zahwiały rozum. Wreszcie wszystko ucihło: hrabina i panna Izabela opuściły kościuł.

Wokulski ocknął się i spojżał bliżej siebie. Pięknej pani z dzieckiem już nie było.

„Jaka szkoda!” — szepnął i uczuł lekkie ściśnięcie serca.

Natomiast obok kżyża leżącego na ziemi wciąż klęczała młoda dziewczyna w aksamitnym kaftaniku i jaskrawym kapeluszu. Gdy zwruciła oczy na oświetlony grub, jej także błysnęło coś na wyrużowanyh policzkah. Jeszcze raz ucałowała nogi Chrystusowi, ciężko podniosła się i wyszła.

„Błogosławieni, ktuży płaczą... Niehże pżynajmniej tobie zmarły Chrystus dotżyma obietnicy” — pomyślał Wokulski i wyszedł za nią.

W kruhcie spostżegł, że dziewczyna rozdaje jałmużnę dziadom. I opanowała go okrutna boleść na myśl, że z dwu kobiet, z kturyh jedna hce się spżedać za majątek, a druga już się spżedaje z nędzy, ta druga, okryta hańbą, wobec jakiegoś wyższego trybunału może byłaby lepszą i czystszą.

Na ulicy zruwnał się z nią i zapytał:

— Dokąd idziesz?

Na jej tważy znać było ślady łez. Podniosła na Wokulskiego apatyczne wejżenie i odparła:

— Mogę pujść z panem.

— Tak muwisz?... Więc hodź.

Nie było jeszcze piątej, dzień duży; kilku pżehodniuw obejżało się za nimi.

„Tżeba być kompletnym błaznem, ażeby robić coś podobnego — pomyślał Wokulski idąc w stronę sklepu. — Mniejsza o skandal, ale co, u diabła, za projekta snują mi się po łbie? Apostolstwo?... Szczyt głupoty.

Wreszcie — wszystko mi jedno; jestem tylko wykonawcą cudzej woli.”

Wszedł w bramę domu, w kturym znajdował się sklep, i skręcił do pokoju Rzeckiego, a za nim dziewczyna. Pan Ignacy był u siebie i zobaczywszy szczegulną parę, rozłożył ręce z podziwu.

— Czy możesz wyjść na kilka minut? — zapytał go Wokulski.

Pan Ignacy nie odpowiedział nic. Wziął klucz od tylnyh dżwi sklepu i opuścił pokuj.

— Dwu? — szepnęła dziewczyna wyjmując szpilkę z kapelusza.

— Za pozwoleniem — pżerwał jej Wokulski. — Dopiero co byłaś w kościele, wszak prawda, moja pani?

— Pan mnie widział?

— Modliłaś się i płakałaś. Czy mogę wiedzieć, z jakiego powodu?

Dziewczyna zdziwiła się i wzruszając ramionami odparła:

— Czy pan jest ksiądz, że się o to pyta?

A pżypatżywszy się uważniej Wokulskiemu dodała:

— Eh! także zawracanie głowy... Dowcipny!

Zabierała się do odejścia, ale zatżymał ją Wokulski.

— Poczekaj. Jest ktoś, ktury hciałby ci dopomuc, więc nie spiesz się i odpowiadaj szczeże...

Znowu pżypatżyła mu się. Nagle oczy jej zaśmiały się, a na tważ wystąpił rumieniec.

— Wiem — zawołała — pan pewnie od tego starego pana!... On kilka razy obiecywał, że mnie weźmie... Czy on bardzo bogaty?... Pewnie, że bardzo... Jeździ powozem i siada w pierwszyh żędah w teatże.

— Posłuhaj mnie — pżerwał — i odpowiadaj: czegoś płakała w kościele?

— A bo, widzi pan... — zaczęła dziewczyna i opowiedziała tak cyniczną historię jakiegoś sporu z gospodynią, że słuhając jej Wokulski pobladł.

„Oto zwieżę!” — szepnął.

— Poszłam na groby — muwiła dalej dziewczyna — myślałam, że się trohę rozerwę. Gdzie tam, com wspomniała o starej, to aż mi łzy pociekły ze złości. Zaczęłam prosić Pana Boga, ażeby albo starą horoba zatłukła, albo żebym ja od niej wyszła. I widać Bóg wysłuhał, kiedy ten pan hce mnie zabrać.

Wokulski siedział bez ruhu. Wreszcie zapytał:

— Ile masz lat?

— Muwi się, że szesnaście, ale naprawdę mam dziewiętnaście.

— Hcesz stamtąd wyjść?

— A — hoćby do piekła. Już mi tak dokuczyli... Ale...

— Cuż?

— Pewnie nic z tego nie będzie... Wyjdę dziś, to po świętah sprowadzą mnie i zapłacą jak wtedy w karnawale, com puźniej tydzień leżała.

— Nie sprowadzą.

— Akurat! Mam pżecie dług...

— Duży?

— Oho!... z pięćdziesiąt rubli. Nie wiem nawet, skąd się wziął, bo za wszystko płacę podwujnie. Ale jest... U nas tak zawsze. A jeszcze jak usłyszą, że tamten pan ma pieniądze, to powiedzą, że ih okradłam, i narahują, ile im się podoba.

Wokulski czuł, że opuszcza go odwaga.

— Powiedz mi, czy ty zehcesz pracować?

— A co będę miała do roboty?

— Nauczysz się szyć.

— To na nic. Byłam pżecie w szwalni. Ale z ośmiu rubli na miesiąc nikt nie wyżyje. Wreszcie — jestem tyle jeszcze warta, że mogę nikogo nie obszywać.

Wokulski podniusł głowę.

— Nie hcesz wyjść stamtąd!

— Ale hcę!

— Więc decyduj się natyhmiast. Albo weźmiesz się do roboty, bo darmo nikt na świecie hleba nie jada...

— I to nieprawda — pżerwała. — Ten stary pan nic pżecie nie robi, a pieniądze ma. Nieraz też muwił, że mnie już o nic głowa nie zaboli...

— Nie pujdziesz do żadnego pana, tylko do magdalenek. Albo wracaj na miejsce.

— Magdalenki mnie nie wezmą. Tżeba zapłacić dług i mieć poręczenie...

— Wszystko będzie załatwione, jeżeli tam pujdziesz.

— Jakże ja do nih pujdę?

— Dam ci list, ktury zaraz odniesiesz, i tam zostaniesz. Hcesz czy nie hcesz?...

— Ha! nieh pan da list. Zobaczę, jak mi tam będzie.

Usiadła i oglądała się po pokoju.

Wokulski napisał list, opowiedział, gdzie ma iść, i w końcu dodał:

— Masz wuz i pżewuz. Będziesz dobra i pracowita, będzie ci dobże; ale jeżeli nie skożystasz z okazji, rub, co ci się podoba. Możesz iść.

Dziewczyna roześmiała się.

— To stara będzie się wściekać... To jej narobię... Ha... Ha!... Ale... może pan tylko naciąga?

— Idź — odpowiedział Wokulski wskazując dżwi.

Jeszcze raz pżypatżyła mu się z uwagą i wyszła wzruszając ramionami.

W hwilę po jej odejściu ukazał się pan Ignacy.

— Cuż to za znajomość? — spytał kwaśno.

— Prawda!... — żekł zamyślony Wokulski. — Nie widziałem jeszcze podobnego bydlęcia, hociaż znam dużo bydląt.

— W samej Warszawie jest ih tysiące — odparł Rzecki.

— Wiem. Tępienie ih do niczego nie doprowadzi, bo ciągle się odradzają, więc wniosek, że prędzej czy puźniej społeczeństwo musi się pżebudować od fundamentuw do szczytu. Albo zgnije.

— Aha!... — szepnął Rzecki. — Domyślałem się tego.

Wokulski pożegnał go. Doświadczał takih uczuć, jak hory na gorączkę, kturego oblano zimną wodą.

„Nim jednak pżebuduje się społeczność — myślał — widzę, że sfera mojej filantropii bardzo się uszczupli. Majątek muj nie wystarczyłby na uszlahetnianie instynktuw nieludzkih. Wolę ziewające kwestarki niżeli modlące się i płaczące potwory.”

Obraz panny Izabeli ukazał mu się otoczony jaśniejszym niż kiedykolwiek blaskiem. Krew biła mu do głowy i upokażał się w duhu na myśl, że z podobnym stwożeniem mugł ją zestawić!

„Wolęż ja wyżucać pieniądze na powozy i konie aniżeli na tego rodzaju — nieszczęścia!...”

W Wielką Niedzielę Wokulski najętym powozem zajehał pżed mieszkanie hrabiny. Zastał już długi szereg ekwipażuw bardzo rozmaitego dostojeństwa. Były tam eleganckie dorożki obsługujące złotą młodzież i dorożki zwyczajne, wzięte na godziny pżez emerytuw; stare karety, stare konie, stara upżąż i służba w wytartej liberii, i nowe, prosto z Wiednia powoziki, pży kturyh lokaje mieli kwiaty w butonierkah, a furmani opierali bat na biodże, jak marszałkowską buławę. Nie brakło i fantastycznyh kozakuw, odzianyh w spodnie tak szerokie, jakby tam właśnie ih panowie umieścili swoją ambicję.

Dostżegł też mimohodem, że w gronie zebranyh woźnicuw służba wielkih panuw zahowywała się w sposub pełen godności, bankierscy hcieli rej wodzić, za co im wymyślano, a dorożkaże byli najrezolutniejsi. Furmani zaś powozuw najętyh tżymali się blisko siebie, gardzący resztą i pżez nią pogardzani.

Gdy Wokulski wszedł do pżysionka, siwy szwajcar w czerwonej wstędze ukłonił mu się głęboko i otwożył dżwi do kontramarkarni, gdzie dżentelmen w czarnym fraku zdjął z niego palto. Jednocześnie zaś zabiegł mu drogę Józef, lokaj hrabiny, ktury dobże znał Wokulskiego; pżenosił bowiem z jego sklepu do kościoła pozytywkę i śpiewające ptaszki.

— Jaśnie pani czeka — żekł Józef.

Wokulski sięgnął do kamizelki i dał mu pięć rubli czując, że poczyna sobie jak parweniusz.

„Ah, jakiż ja jestem głupi! — myślał. — Nie, nie jestem głupi. Jestem tylko dorobkiewicz, ktury w tym państwie musi opłacać się każdemu na każdym kroku. No, nawracanie jawnogżesznic kosztuje więcej.”

Szedł po marmurowyh shodah ozdobionyh kwiatami, a Józef pżed nim. Na pierwszej kondygnacji miał kapelusz na głowie, na drugiej zdjął go nie wiedząc, czy robi stosownie, czy niestosownie.

„W rezultacie mugłbym między nih wszystkih wejść w kapeluszu na głowie” — żekł do siebie.

Dostżegł, że Józef mimo swego wieku, więcej niż średniego, biegł po shodah jak łania i na guże gdzieś się podział, a Wokulski został sam nie wiedząc dokąd udać się i komu się zameldować. Była to krutka hwila, lecz w Wokulskim gniew zakipiał.

„Jakimi to oni formami obwarowali się, co? — pomyślał. — A... gdybym to mugł wszystko zwalić!...”

I pżywidziało mu się w ciągu kilkunastu sekund, że między nim a tym czcigodnym światem form wykwintnyh musi się stoczyć walka, w kturej albo ten świat runie, albo — on zginie.

„Więc dobże, zginę... Ale zostawię po sobie pamiątkę!...”

„Zostawisz pżebaczenie i litość” — szepnął mu jakiś głos.

„Czyżem ja aż tak nikczemny!”

„Nie, jesteś aż tak szlahetny.”

Ocknął się — pży nim stał pan Tomasz Łęcki.

— Witam cię, panie Stanisławie — żekł z właściwą mu majestatycznością. — Witam cię tym goręcej, że pżybycie twoje do nas łączy się z bardzo miłym wypadkiem w rodzinie...

„Czyżby zaręczyła się panna Izabela?...” — pomyślał Wokulski i pociemniało mu w oczah.

— Wyobraź pan sobie, że z okazji twego tu pżybycia... Słyszysz, panie Stanisławie?... Z okazji twojej wizyty u nas ja pogodziłem się z panią Joanną, z moją siostrą... Ale pan zbladłeś?... Znajdziesz tu wielu znajomyh... Nie wyobrażaj sobie, że arystokracja jest tak straszną...

Wokulski otżąsnął się.

— Panie Łęcki — odparł hłodno — w moim namiocie pod Plewną bywali więksi panowie. I byli dla mnie tyle łaskawi, że niełatwo wzruszę się widokiem nawet tak wielkih, jakih... nie znajdę w Warszawie.

— A... A!... — szepnął pan Tomasz i ukłonił mu się. Wokulski zdumiał się.

„Oto fagas! — pżemknęło mu pżez głowę. — I ja... ja!... miałbym z takimi ludźmi robić sobie ceremonie?...”

Pan Łęcki wziął go pod rękę i w sposub bardzo uroczysty wprowadził do pierwszego salonu, gdzie byli sami mężczyźni.

— Widzisz pan: hrabia... — zaczął pan Tomasz.

— Znam — odparł Wokulski, a w duhu dodał: — „Winien mi ze tżysta rubli...”

— Bankier... — objaśniał dalej pan Tomasz. Ale nim powiedział nazwisko, bankier sam zbliżył się do nih i pżywitawszy Wokulskiego żekł:

— Buj się pan Boga, z Paryża ogromnie ekscytują nas o te bulwary... Czy im pan odpowiedziałeś?

— Pierwej hciałem porozumieć się z panem — odparł Wokulski.

— Więc zejdźmy się gdzie. Kiedy pan jesteś w domu?

— Nie mam stałej godziny, wolę być u pana.

— To wstąp pan do mnie we środę na śniadanie i raz skończmy.

Pożegnali się. Pan Tomasz czulej pżycisnął ramię Wokulskiego.

— Jenerał... — zaczął.

Jenerał ujżawszy Wokulskiego podał mu rękę i pżywitali się jak staży znajomi.

Pan Tomasz stawał się coraz tkliwszym dla Wokulskiego i zaczynał dziwić się widząc, że kupiec galanteryjny zna najwybitniejsze osobistości w mieście, a nie zna tylko tyh, ktuży odznaczali się tytułem albo majątkiem, nic zresztą nie robiąc.

Pży wejściu do drugiego salonu, gdzie było kilka dam, zastąpiła im drogę hrabina Karolowa. Koło niej pżesunął się służący Józef.

„Rozstawili pikiety — pomyślał Wokulski — ażeby nie skompromitować dorobkiewicza. Gżecznie to z ih strony, ale...”

— Jakże się cieszę, panie Wokulski — żekła hrabina odbierając go panu Tomaszowi — jakże się cieszę, że spełniłeś moją prośbę... Jest tu właśnie osoba, ktura pragnie poznać się z panem.

W pierwszym salonie ukazanie się Wokulskiego zrobiło pewną sensację.

— Jenerale — muwił hrabia — hrabina zaczyna nam sprowadzać kupcuw galanteryjnyh. Ten Wokulski...

— On taki kupiec jak ja i pan — odparł jenerał.

— Muj książę — muwił inny hrabia — skąd wziął się tu ten jakiś Wokulski?

— Zaprosiła go gospodyni — odparł książę.

— Nie mam pżesądu co do kupcuw — ciągnął dalej hrabia — ale ten Wokulski, ktury zajmował się dostawą w czasie wojny i zrobił na niej majątek...

— Tak... tak... — pżerwał książę. — Ten rodzaj majątkuw bywa zwykle niepewny, ale za Wokulskiego ręczę. Hrabina muwiła ze mną, a ja zapytywałem oficeruw, ktuży byli na wojnie, między innymi mojego siostżeńca. Otuż o Wokulskim było jedno zdanie, że dostawa, kturej się on dotknął, była uczciwa. Nawet żołnieże, ile razy dostali dobry hleb, muwili, że musiał być pieczony z mąki od Wokulskiego. Więcej hrabiemu powiem — ciągnął książę — że Wokulski, ktury swoją żetelnością zwrucił na siebie uwagę osub najwyżej położonyh, miewał bardzo ponętne propozycje. W styczniu tego oto roku dawano mu dwakroć sto tysięcy rubli tylko za firmę do pewnego pżedsiębiorstwa i nie pżyjął...

Hrabia uśmiehnął się i żekł:

— Miałby więcej o dwakroć sto tysięcy rubli...

— Miałby, ale nie byłby dziś tutaj — odparł książę i kiwnąwszy głową hrabiemu odszedł.

— Stary wariat — szepnął hrabia, pogardliwie spoglądając za księciem.

W tżecim salonie, dokąd wszedł z hrabiną Wokulski, znajdował się bufet tudzież mnustwo większyh i mniejszyh stolikuw, pży kturyh dwujkami, trujkami, nawet czwurkami siedzieli zaproszeni. Kilku służącyh roznosiło potrawy i wina, a dyrygowała nimi panna Izabela, widocznie zastępując gospodynię. Miała na sobie bladoniebieską suknię i wielkie perły na szyi. Była tak piękna i tak majestatyczna w ruhah, że Wokulski patżąc na nią skamieniał.

„Nawet mażyć o niej nie mogę!...” — pomyślał z rozpaczą.

Jednocześnie we framudze okna spostżegł młodego człowieka, ktury był wczoraj na grobah, a dziś siedział sam pży małym stoliczku nie spuszczając oka z panny Izabeli.

„Naturalnie, że ją koha!” — myślał Wokulski i doznał takiego wrażenia, jakby owionął go hłud grobu.

„Jestem zgubiony” — dodał w duhu.

Wszystko to trwało kilka sekund.

— Czy widzisz pan tę staruszkę między biskupem i jenerałem? — odezwała się hrabina. — Jest to prezesowa Zasławska, moja najlepsza pżyjaciułka, ktura koniecznie hce pana poznać. Jest panem bardzo zajęta — ciągnęła hrabina z uśmiehem — jest bezdzietna i ma parę ładnyh wnuczek. Zrubże pan dobry wybur!... Tymczasem pżypatż się jej, a gdy ci panowie odejdą, pżedstawię pana. A... książę...

— Witam pana — odezwał się książę do Wokulskiego. — Kuzynka pozwoli?...

— Bardzo proszę — odparła hrabina. — Macie tu panowie wolny stolik... Ja opuszczę was na hwilę...

Odeszła.

— Siądźmy, panie Wokulski — muwił książę. — Wybornie zdażyło się, ponieważ mam do pana ważny interes. Wyobraź pan sobie, że pańskie projekta wywołały wielki popłoh między naszymi bawełnianymi fabrykantami... Wszak dobże powiedziałem — bawełnianymi?... Oni utżymują, że pan hce zabić nasz pżemysł... Czy istotnie konkurencja, kturą pan stważa, jest tak groźna?...

— Mam wprawdzie — odparł Wokulski — u moskiewskih fabrykantuw kredyt do wysokości tżeh, nawet cztereh milionuw rubli, ale jeszcze nie wiem, czy pujdą ih wyroby.

— Straszna!... straszna cyfra! — szepnął książę. — Czy nie widzisz pan w niej istotnego niebezpieczeństwa dla naszyh fabryk?

— Ah, nie. Widzę tylko nieznaczne zmniejszenie ih kolosalnyh dohoduw, co zresztą mnie nie obhodzi. Ja mam obowiązek dbać tylko o własny zysk i o taniość dla nabywcuw; nasz zaś towar będzie tańszy.

— Czy jednak rozważyłeś pan tę kwestię jako obywatel?... — żekł książę ściskając go za rękę. — My już tak niewiele mamy do stracenia...

— Mnie się zdaje, że jest to dość po obywatelsku dostarczyć konsumentom tańszego towaru i złamać monopol fabrykantuw, ktuży zresztą tyle mają z nami wspulnego, że wyzyskują naszyh konsumentuw i robotnikuw.

— Tak pan sądzisz?... Nie pomyślałem o tym. Mnie zresztą nie obhodzą fabrykanci, ale kraj, nasz kraj, biedny kraj...

— Czym można panom służyć? — odezwała się nagle, zbliżywszy się do nih, panna Izabela.

Książę i Wokulski powstali.

— Jakże jesteś dziś piękna, kuzynko — żekł książę ściskając ją za rękę. — Żałuję doprawdy, że nie jestem moim własnym synem... Hociaż — może to i lepiej! Bo gdybyś mnie odżuciła, co jest prawdopodobne, byłbym bardzo nieszczęśliwy... Ah, pżepraszam!... — spostżegł się książę. — Pozwolisz, kuzynko, pżedstawić sobie pana Wokulskiego. Dzielny człowiek, dzielny obywatel... to ci wystarczy, wszak prawda?...

— Mam już pżyjemność... — szepnęła panna Izabela odpowiadając na ukłon.

Wokulski spojżał jej w oczy i dostżegł takie pżerażenie, taki smutek, że go znowu opanowała desperacja.

„Po com ja tu whodził?...” — pomyślał.

Spojżał na framugę okna i znowu zobaczył młodego człowieka, ktury ciągle siedział sam nad nietkniętym tależem zasłaniając oczy ręką.

„Ah, po com ja tu pżyszedł, nieszczęśliwy...” — myślał Wokulski czując taki bul, jakby mu serce wyrywano kleszczami.

— Może pan hoć wina pozwoli? — pytała panna Izabela pżypatrując mu się ze zdziwieniem.

— Co pani każe — odparł mahinalnie.

— Musimy się lepiej poznać, panie Wokulski — muwił książę. — Musisz pan zbliżyć się do naszej sfery, w kturej, wież mi, są rozumy i szlahetne serca, ale — brak inicjatywy...

— Jestem dorobkiewiczem, nie mam tytułu... — odparł Wokulski hcąc cośkolwiek odpowiedzieć.

— Pżeciwnie, masz pan... jeden tytuł: pracę, drugi: uczciwość, tżeci: zdolności, czwarty: energię... Tyh tytułuw nam potżeba do odrodzenia kraju, to nam daj, a pżyjmiemy cię jak... brata...

Zbliżyła się hrabina.

— Pozwoli książę?... — żekła. — Panie Wokulski...

Podała mu rękę i poszli oboje do fotelu prezesowej.

— Oto jest, prezesowo, pan Stanisław Wokulski — odezwała się hrabina do staruszki ubranej w ciemną suknię i kosztowne koronki.

— Siądź, proszę cię — żekła prezesowa wskazując mu kżesło obok. — Stanisław ci na imię, tak?... A, z kturyhże to Wokulskich?...

— Z tyh... nie znanyh nikomu — odparł — a najmniej hyba pani.

— A nie służyłże twuj ojciec w wojsku?

— Ojciec nie, tylko stryj.

— I gdzież to on służył, nie pamiętasz?... Czy nie było mu na imię także Stanisław?

— Tak, Stanisław. Był porucznikiem, a puźniej kapitanem w siudmym pułku liniowym...

— W pierwszej brygadzie, drugiej dywizji — pżerwała prezesowa. — Widzisz, moje dziecko, że nie jesteś mi tak nie znany... Żyjeż on jeszcze?...

— Umarł pżed pięcioma laty.

Prezesowej zaczęły drżeć ręce. Otwożyła mały flakonik i powąhała go.

— Umarł, powiadasz?... Wieczny mu odpoczynek!... Umarł... A nie zostałaż ci jaka po nim pamiątka?

— Złoty kżyż...

— Tak, złoty kżyż... I nicże więcej?

— Miniatura stryja z roku 1828, malowana na kości słoniowej.

Prezesowa coraz częściej podnosiła flakonik; ręce drżały jej coraz silniej.

— Miniatura... — powtużyła. — A wieszże, kto ją malował?... I nicże więcej nie zostało?

— Była jeszcze paczka papieruw i jakaś druga miniatura...

— Coże się z nimi dzieje?... — nalegała coraz niespokojniej prezesowa.

— Te pżedmioty stryj sam opieczętował na kilka dni pżed śmiercią i kazał włożyć je do swojej trumny.

— A... a!... — szepnęła staruszka i żewnie się rozpłakała.

W sali zrobił się ruh. Pżybiegła zatrwożona panna Izabela, potem hrabina, wzięły prezesową pod ręce i z wolna wyprowadziły do dalszyh pokojuw. W jednej hwili na Wokulskiego zwruciły się wszystkie oczy. Zaczęto z ciha szeptać.

Widząc, że wszyscy na niego patżą i o nim muwią, Wokulski zmieszał się. Ażeby jednak pokazać obecnym, że ta osobliwa popularność nic go nie obhodzi, wypił jeden po drugim dwa kieliszki wina stojące na stoliku i wtedy spostżegł, że jeden kieliszek, z winem węgierskim, należał do jenerała, a drugi, z czerwonym, do biskupa.

„Ładnie się użądzam — żekł do siebie. — Gotowi jeszcze powiedzieć, że zrobiłem afront staruszce, ażeby wypić wino jej sąsiadom...”

Wstał z zamiarem wyjścia i zrobiło mu się gorąco na myśl o defiladzie pżez dwa salony, w kturyh czekają go ruzgi spojżeń i szeptuw. Ale zabiegł mu drogę książę muwiąc:

— Pewnie rozmawialiście państwo z prezesową o bardzo dawnyh czasah, kiedy aż do łez doszło. Prawda, że zgadłem?... Wracając do tematu, ktury nam pżerwano, czy nie sądzisz pan, że dobże byłoby założyć w kraju polską fabrykę tanih tkanin?...

Wokulski potżąsnął głową.

— Wątpię, ażeby się to udało — odparł. — Trudno myśleć o wielkih fabrykah tym, ktuży nie mogą zdobyć się na małe ulepszenia w już istniejącyh...

— Mianowicie?...

— Muwię o młynah — ciągnął Wokulski. — Za parę lat będziemy sprowadzali nawet mąkę, bo nasi młynaże nie hcą zastąpić kamieni — walcami.

— Pierwszy raz słyszę?... Siądźmy tu — muwił książę ciągnąc go do obszernej framugi — i opowiedz pan, co to znaczy?

W salonah tymczasem rozmawiano.

— Jakaś zagadkowa figura ten pan — muwiła po francusku dama w brylantah do damy w strusim piuże. — Pierwszy raz widziałam prezesową płaczącą.

— Naturalnie, historia miłosna — odpowiedziała dama z piurem. — W każdym razie zrobił ktoś złośliwego figla hrabinie i prezesowej wprowadzając tego jegomościa.

— Pżypuszczasz pani, że...

— Jestem pewna — odparła wzruszając ramionami. — Nieh pani wreszcie spojży na niego. Maniery bardzo złe, ale cuż to za fizjognomia, jaka duma!... Szlahetnej rasy nie ukryje się nawet pod łahmanami.

— Zadziwiające!... — muwiła dama w brylantah. — Bo i ten jego majątek, jakoby zrobiony w Bułgarii...

— Naturalnie. To zarazem tłomaczy, dlaczego prezesowa pomimo bogactw tak mało wydaje na siebie.

— I książę bardzo na niego łaskaw...

— Pżez litość, czy nie za mało?... Nieh tylko pani spojży na nih obu...

— Sądziłabym, że nie ma ani śladu podobieństwa.

— Zapewne, ale... ta duma, pewność siebie... Z jaką oni swobodą rozmawiają...

Pży innym stoliku naradzali się tżej panowie.

— No, hrabina zrobiła zamah stanu — muwił brunet z gżywką.

— I udał się jej. Ten Wokulski trohę sztywny, ale ma w sobie coś — odpowiedział pan siwy.

— W każdym razie kupiec...

— Czymże kupiec gorszy od bankieruw?

— Kupiec galanteryjny, spżedaje portmonetki — nalegał brunet.

— My czasami spżedajemy herby... — wtrącił tżeci, szczupły staruszek z siwymi faworytami.

— Jeszcze zehce ożenić się tutaj...

— Tym lepiej dla panien.

— Ja bym mu sam oddał curkę. Człowiek, słyszę, pożądny, bogaty, posagu nie strwoni...

Koło nih szybko pżeszła hrabina.

— Panie Wokulski — żekła wyciągając wahlaż w kierunku framugi.

Wokulski pżybiegł do niej. Podała mu rękę i we dwoje opuścili salon. Osamotnionego księcia zaraz otoczyli mężczyźni; niektuży prosili go, ażeby zapoznał ih z Wokulskim.

— Warto, warto!... — muwił zadowolony książę. — Takiego nie było jeszcze między nami. Gdybyśmy dawniej zbliżyli się do nih, nasz nieszczęśliwy kraj wyglądałby inaczej.

Usłyszała to mijająca ih właśnie panna Izabela i — pobladła. Pżystąpił do niej młody człowiek z wczorajszej kwesty.

— Zmęczyła się pani? — żekł.

— Trohę — odpowiedziała ze smutnym uśmiehem. — Pżyhodzi mi do głowy dziwne pytanie — dodała po hwili — czy ja też potrafiłabym walczyć?...

— Czy z sercem? — zapytał. — Nie warto...

Panna Izabela wzruszyła ramionami.

— Ah, gdzież znowu z sercem. Myślę o prawdziwej walce z silnym niepżyjacielem.

Ścisnęła go za rękę i opuściła salon.

Wokulski prowadzony pżez hrabinę minął długi szereg pokojuw. W jednym z nih, z dala od zaproszonyh gości, rozlegały się śpiewy i dźwięki fortepianu. Gdy weszli tam, udeżył go szczegulny widok. Jakiś młody człowiek grał na fortepianie; z dwu bardzo pżystojnyh dam, stojącyh pży nim, jedna udawała skżypce, druga klarnet; pży tej zaś muzyce tańczyło kilka par, między kturymi znajdował się tylko jeden mężczyzna.

— Oj! wy zbytnicy! — zgromiła ih hrabina.

Odpowiedzieli wybuhem śmiehu, nie pżerywając zabawy.

Minęli i ten pokuj i weszli na shody.

— Ot, widzisz — żekła hrabina — to jest najwyższa arystokracja. Zamiast siedzieć w salonie, uciekli tutaj dokazywać.

„Jaki oni mają rozum!” — pomyślał Wokulski.

I zdawało mu się, że między tymi ludźmi życie upływa prościej i weselej aniżeli między nadętym mieszczaństwem albo arystokratyzującą szlahtą.

Na guże, w pokoju odciętym od zgiełku i nieco pżyćmionym, siedziała w fotelu prezesowa.

— Zostawiam was tu, moi państwo — żekła hrabina. — Nagadajcie się, bo ja muszę wracać.

— Dziękuję ci, Joasiu — odpowiedziała prezesowa. — Siądźże, proszę cię — zwruciła się do Wokulskiego.

A gdy zostali sami, dodała:

— Nawet nie wiesz, ile obudziłeś we mnie wspomnień.

Teraz dopiero Wokulski spostżegł, że między tą damą a jego stryjem musiał istnieć jakiś niezwykły stosunek. Opanowało go niespokojne zdumienie.

„Dzięki Bogu — pomyślał — że jestem legalnym dzieckiem moih rodzicuw.”

— Proszę cię — zaczęła prezesowa — muwisz, że stryj twuj umarł. Gdzieże on, biedak, pohowany?

— W Zasławiu, gdzie mieszkał od powrotu z emigracji.

Prezesowa znowu podniosła hustkę do oczu.

— Doprawdy?... Ah, ja niewdzięczna!... Byłżeś kiedy u niego?... Nie muwiłże ci nic... Nie oprowadzał cię?... Wszakże tam, na guże, są ruiny zamku, prawda? Stojąż one jeszcze?

— Tam właśnie, do zamku, stryj co dzień hodził na spacer i całe godziny pżesiadywaliśmy z nim na dużym kamieniu...

— Patżajże?... Znam ten kamień; siedzieliśmy wtedy oboje na nim i patżyliśmy to na żekę, to na obłoki, kturyh bieg niepowrotny uczył nas, że tak ucieka szczęście. Czuję to dopiero dzisiaj. A studnia jestże w zamku i zawsze głęboka?

— Bardzo głęboka. Tylko trafić do niej trudno, bo wejście zamaskowały gruzy. Dopiero stryj mi ją pokazał.

— Wieszże ty — muwiła prezesowa — że w hwili ostatniego z nim pożegnania myśleliśmy: czy by się do tej studni nie żucić? Nikt by nas tam nie odszukał i na wieki zostalibyśmy razem. Zwyczajnie — szalona młodość...

Otarła oczy i ciągnęła dalej:

— Bardzo... bardzo lubiłam go, a myślę, że i on mnie trohę... kiedy tak pamiętał wszystko. Ale on był ubożuhny oficer, a ja na nieszczęście bogata, i do tego jeszcze bliska krewna dwu jenerałuw. No i rozdzielono nas... Może też byliśmy zanadto cnotliwi... Ale ciho!... ciho... — dodała śmiejąc się i płacząc. — Takie żeczy wolno muwić kobietom dopiero w siudmym kżyżyku.

Łkanie pżerwało jej mowę. Powąhała swuj flakonik, odpoczęła i zaczęła znowu:

— Bywają wielkie zbrodnie na świecie, ale hyba największą jest zabić miłość. Tyle lat upłynęło, prawie puł wieku; wszystko pżeszło: majątek, tytuły, młodość, szczęście... Sam tylko żal nie pżeszedł i pozostał, muwię ci, taki świeży, jakby to było wczoraj. Ah, gdyby nie wiara, że jest inny świat, w kturym podobno wynagrodzą tutejsze kżywdy, kto wie, czy nie pżeklęłoby się i życia, i jego konwenansuw... Ale ty mnie nie rozumiesz, bo wy dziś macie mocniejsze głowy, lecz zimniejsze aniżeli my serca.

Wokulski siedział ze spuszczonymi oczyma. Coś dławiło go, szarpało za piersi. Wpił sobie paznokcie w ręce i myślał, ażeby jak najprędzej stąd wyjść i już nie słuhać skarg, kture odnawiały w nim najboleśniejsze rany.

— A maż on, biedaczysko, jaki nagrobek? — spytała po hwili prezesowa.

Wokulski zarumienił się. Nigdy nie pżyhodziło mu do głowy, ażeby zmarli potżebowali czegoś więcej nad grudę ziemi.

— Nie ma — ciągnęła prezesowa widząc jego zakłopotanie. — Nie tobie dziwię się, moje dziecko, żeś o nagrobku nie pamiętał, ale sobie wyżucam, żem zapomniała o człowieku.

Zadumała się i nagle, położywszy na jego ramieniu swoją wyhudłą i drżącą rękę, żekła zniżonym głosem:

— Mam do ciebie prośbę... Powiedz, że ją spełnisz...

— Z pewnością — odparł Wokulski.

— Pozwul, ażebym ja mu postawiła nagrobek. Ale że sama jehać tam nie mogę, więc ty mnie wyręczysz. Weź stąd kamieniaża, niehaj rozłupie ten kamień, wiesz, ten, na kturym siadywaliśmy na guże, pod zamkiem, i nieh jedną połowę ustawią na jego grobie. Cokolwiek będzie kosztować, zapłacisz, a zwrucę ci razem z dozgonną wdzięcznością. Zrobiszże to?

— Zrobię.

— To dobże, dziękuję ci... Myślę, że mu pżyjemniej będzie spoczywać pod kamieniem, ktury słyszał nasze rozmowy i patżył na łzy. Ah, jak ciężko wspominać... A napis, wieszże jaki?... — muwiła dalej. — Kiedyśmy się rozłączali, zostawił mi parę strofek z Mickiewicza. Pewnie czytałeś je kiedy.

Jak cień tym dłuższy, gdy padnie z daleka, 
Tym szeżej koło żałobne roztoczy, 
Tak pamięć o mnie: im dalej ucieka, 
Tym grubszym kirem twą duszę zamroczy... 
 

O, prawda to!... I studnię, ktura miała nas połączyć, hciałabym upamiętnić w jakiś sposub...

Wokulski wstżąsnął się i patżył gdzieś szeroko otwartymi oczyma.

— Co tobie? — zapytała prezesowa.

— Nic — odparł z uśmiehem. — Śmierć zajżała mi w oczy.

— Nie dziw się: krąży koło mnie starej, zatem muszą ją widzieć moi sąsiedzi. Więc zrobisz, o co cię proszę?

— Tak.

— Bądźże u mnie po świętah i... często pżyhodź. Może się trohę ponudzisz, ale może i ja, niedołężna, pżydam ci się na co. A teraz idź już na duł, idź...

Wokulski pocałował ją w rękę, ona go parę razy w głowę; potem dotknęła dzwonka. Wszedł służący.

— Sprowadźże pana do sali — żekła.

Wokulski był odużony. Nie wiedział, kturędy idzie, nie zdawał sobie sprawy z tego, o czym rozmawiali z prezesową. Czuł tylko, że znajduje się w jakimś odmęcie dużyh komnat, starodawnyh portretuw, cihyh stąpań, nieokreślonej woni. Otaczały go kosztowne meble, ludzie pełni delikatności, o jakiej nigdy nie mażył, a nad tym wszystkim, jak poemat, unosiły się wspomnienia starej arystokratki, pżesiąknięte westhnieniami i łzami.

„Cuż to za świat?... Co to za świat?...”

A jednak jeszcze mu czegoś brakło. Hciał hoć raz spojżeć na pannę Izabelę.

„No, w sali ją zobaczy...”

Lokaj otwożył dżwi do sali. Znowu wszystkie głowy zwruciły się w jego stronę i ucihły rozmowy jak szum odlatującego ptactwa. Nastała hwila ciszy, w kturej wszyscy patżyli na Wokulskiego, a on nie widział nikogo, tylko rozgorączkowanym spojżeniem szukał bladoniebieskiej sukni.

„Tu jej nie ma” — pomyślał.

— No, tylko patżcie, jak on sobie nic z was nie robi!... — szepnął śmiejąc się staruszek z siwymi faworytami.

„Musi być w drugiej sali” — muwił do siebie Wokulski.

Spostżegł hrabinę i zbliżył się do niej.

— Cuż, skończyliście państwo konferencję? — spytała hrabina. — Prawda, jaka to miła osoba, prezesowa?... Ma pan w niej wielką pżyjaciułkę, nie większą jednak aniżeli we mnie. Zaraz pżedstawię pana... Pan Wokulski!... — dodała zwracając się do damy w brylantah.

— A ja zaraz pżystępuję do interesu — żekła dama patżąc na niego z gury. — Nasze sierotki potżebują kilku sztuk płutna...

Hrabina lekko zarumieniła się.

— Tylko kilku?... — powtużył Wokulski i spojżał na brylanty wyniosłej damy, reprezentujące wartość kilkuset sztuk najcieńszego płutna. — Po świętah — dodał — będę miał honor na ręce pani hrabiny pżysłać płutno...

Ukłonił się, jakby hciał odhodzić.

— Hcesz nas pan pożegnać? — spytała trohę zmieszana hrabina.

— Ależ to impertynent! — żekła dama w brylantah do swej toważyszki w strusim piuże.

— Żegnam panią hrabinę i dziękuję za zaszczyt, jaki mi pani raczyła wyżądzić!... — muwił Wokulski całując gospodynię w rękę.

— Tylko do widzenia, panie Wokulski, wszak prawda?... Dużo będziemy mieli interesuw ze sobą.

I w drugim salonie nie było panny Izabeli. Wokulski uczuł niepokuj.

„Pżecież muszę na nią spojżeć... Kto wie, jak prędko spotkamy się w podobnyh warunkah...”

— A, jesteś pan — zawołał książę. — Już wiem, jaki ułożyliście spisek z panem Łęckim. Spułka do handlu ze Wschodem — wyborna myśl! Musicie i mnie do niej pżyjąć... Musimy poznać się bliżej... — A widząc, że Wokulski milczy, dodał: — Prawda, jakim ja nudny, panie Wokulski? Ale to nic nie pomoże; musicie zbliżyć się do nas, pan i panu podobni i — razem idźmy. Wasze firmy są także herbami, nasze herby są także firmami, kture gwarantują żetelność w prowadzeniu interesuw...

Ściskali się za ręce i Wokulski coś odpowiedział, ale co?... — nie było mu wiadome. Niepokuj jego wzrastał; na prużno szukał panny Izabeli.

— Hyba jest dalej — szepnął z trwogą, idąc do ostatniego salonu.

Tu pohwycił go pan Łęcki z oznakami niebywałej tkliwości.

— Już pan wyhodzisz? Więc do widzenia, drogi panie. Po świętah u mnie pierwsza sesja i w imię boże zaczynajmy.

„Nie ma jej!” — myślał Wokulski żegnając się z panem Tomaszem.

— Ale wiesz pan — szepnął Łęcki — zrobiłeś szalony efekt. Hrabina nie posiada się z radości, książę muwi tylko o tobie... A jeszcze ten wypadek z prezesową... No... cudownie!... Nie można było mażyć o zdobyciu lepszej pozycji...

Wokulski stał już w progu. Jeszcze raz szklanymi oczyma powiudł po sali i — wyszedł z desperacją w sercu.

„Może wypadałoby wrucić i pożegnać ją?... Pżecież zastępowała miejsce gospodyni...” — myślał, powoli shodząc ze shoduw.

Nagle drgnął słysząc szelest sukni w wielkiej galerii.

„Ona...”

Podniusł głowę i zahaczył damę w brylantah.

Ktoś podał mu palto. Wokulski wyszedł na ulicę zatoczywszy się jak pijany.

„Cuż mi po świetnej pozycji, jeżeli jej tam nie ma?”

— Konie pana Wokulskiego! — zawołał z sieni szwajcar, pobożnie ściskając tżyrubluwkę. Łzami zaszłe oczy i nieco zahrypnięty głos świadczyły, że obywatel ten nawet na trudnym posterunku czci jednak pierwszy dzień Wielkiejnocy.

— Konie pana Wokulskiego!... Konie Wokulskiego!... Wokulski, zajeżdżaj!... — powtużyli stojący furmani.

Środkiem Alei z wolna toczyły się dwa szeregi dorożek i powozuw w stronę Belwederu i od Belwederu. Ktoś z jadącyh spostżegł na hodniku Wokulskiego i ukłonił mu się.

„Kolega!” — szepnął Wokulski i zarumienił się.

Gdy sprowadzono mu powuz, zrazu hciał wsiąść, lecz rozmyślił się.

— Wracaj, bracie, do domu — żekł do furmana dając mu na piwo.

Powuz odjehał ku miastu. Wokulski zmieszał się z pżehodniami i poszedł w stronę Ujazdowskiego placu. Szedł z wolna i pżypatrywał się jadącym. Wielu spomiędzy nih znał osobiście. Oto rymaż, ktury dostarcza mu wyrobuw skużanyh, jedzie na spacer z żoną, grubą jak beczka cukru, i wcale ładną curką, z kturą hciano go swatać. Oto syn żeźnika, ktury do sklepu, niegdyś Hopfera, dostarczał wędlin. Oto bogaty cieśla z liczną rodziną. Wdowa po dystylatoże, ruwnież mająca duży majątek i ruwnież gotowa oddać rękę Wokulskiemu. Tu garbaż, tam dwaj subiekci bławatni, dalej krawiec męski, mulaż, jubiler, piekaż — a oto — jego wspułzawodnik, kupiec galanteryjny, w zwykłej dorożce.

Większa ih część nie widziała Wokulskiego, niektuży jednak spostżegli go i kłaniali mu się; lecz byli i tacy, ktuży spostżegłszy go nie kłaniali się, a nawet uśmiehali się złośliwie. Z całego mnustwa tyh kupcuw, pżemysłowcuw i żemieślnikuw, ruwnyh mu stanowiskiem, niekiedy bogatszyh od niego i dawniej znanyh w Warszawie, on tylko jeden był dziś na święconym u hrabiny. Żaden z tamtyh, on tylko jeden!...

„Mam nieprawdopodobne szczęście — myślał. — W puł roku zrobiłem majątek krociowy, za parę lat mogę mieć milion... Nawet prędzej... Dziś już mam wstęp na salony, a za rok?... Niekturym z tyh, co pżed hwilą ocierali się o mnie, pżed siedemnastoma laty mogłem usługiwać w sklepie, a nie usługiwałem hyba dlatego, że żaden nie wstąpiłby tam. Z komurki pży sklepie do buduaru hrabiny, co za skok!... Czy aby ja nie za prędko awansuję?” — dodał z tajemną trwogą w sercu.

Był już na rozległym placu Ujazdowskim, w kturego południowej części znajdowały się zabawy ludowe. Pomieszane dźwięki katarynek, odgłosy trąb i zgiełk kilkunastutysiącznego tłumu ogarniał go jak fala nadpływającej powodzi. Widział jak na dłoni długi szereg huśtawek, kołyszącyh się w prawo i w lewo niby ogromne wahadła o potężnym rozmahu. Potem drugi szereg — szybko kręcącyh się namiotuw, z dahami w rużnokolorowe pasy. Potem tżeci szereg — bud zielonyh, czerwonyh i żułtyh, gdzie pży wejściu jaśniały potworne malowidła, a na dahu ukazywali się jaskrawo odziani pajace albo olbżymie lalki. A we środku placu — dwa wysokie słupy, na kture teraz właśnie wspinali się amatorowie frakowyh garnituruw i kilkurublowyh zegarkuw.

Wśrud tyh wszystkih czasowyh a brudnyh budynkuw roił się rozbawiony tłum.

Wokulskiemu pżypomniały się lata dziecinne. Jakże mu wtedy, wygłodzonemu, smakowała bułka i serdelek! Jak wyobrażał sobie siadłszy na konia w karuzeli, że jest wielkim wojownikiem! Jak szalonego doznawał upojenia wylatując do gury na huśtawce! Co to była za rozkosz pomyśleć, że dziś nic nie robi i jutro nic nie będzie robił — za cały rok. A z czym da się poruwnać ta pewność, że dziś położy się spać o dziesiątej i jutro, gdyby hciał, wstanie także o dziesiątej pżeleżawszy dwanaście godzin z żędu!

„I to ja byłem, ja?... — muwił do siebie zdumiony. — Mnie tak cieszyły żeczy, kture w tej hwili tylko wstręt budzą?... Tyle tysięcy otacza mnie rozradowanyh biedakuw, a ja, bogacz pży nih, cuż mam?... Niepokuj i nudy, nudy i niepokuj... Właśnie kiedy mugłbym posiadać to, co kiedyś było moim mażeniem, nie mam nic, bo dawne pragnienia wygasły. A tak wieżyłem w swoje wyjątkowe szczęście!...”

W tej hwili potężny kżyk wydarł się z tłumu. Wokulski ocknął się i na szczycie słupa zobaczył jakąś ludzką figurę.

„Aha, triumfator!” — żekł do siebie Wokulski, ledwie tżymając się na nogah pod naciskiem tłumu, ktury biegł, klaskał, wiwatował, wskazywał palcami bohatera, pytał o jego nazwisko. Zdawało się, że zdobywcę frakowego garnituru na rękah zaniosą do miasta, wtem — zapał ostygł. Ludzie biegli wolniej, nawet zatżymywali się, okżyki cihły, wreszcie zupełnie umilkły. Hwilowy triumfator zsunął się ze szczytu i w parę minut zapomniano o nim.

„Pżestroga dla mnie...” — szepnął Wokulski ocierając pot z czoła.

Plac i rozbawione tłumy obmieżły mu do reszty. Zawrucił do miasta.

Środkiem Alei wciąż toczyły się dorożki i powozy. W jednym Wokulski zobaczył bladoniebieską suknię.

„Panna Izabela?...”

Serce poczęło mu bić gwałtownie.

„Nie, nie ona.”

O paręset krokuw dalej spostżegł jakąś piękną tważ kobiecą i dystyngowane ruhy.

„Ona?... Nie. Skądże by wreszcie ona?”

I tak szedł pżez całe Aleje, plac Aleksandra, pżez Nowy Świat, ciągle upatrując kogoś i ciągle doznając zawodu.

„Więc to jest moje szczęście? — myślał. — Nie pragnę tego, co mugłbym mieć, a szarpię się za tym, czego nie mam. Więc to jest szczęście?... Kto wie, czy śmierć jest takim złem, jak wyobrażają sobie ludzie.”

I pierwszy raz uczuł tęsknotę do twardego, niepżespanego snu, kturego nie niepokoiłyby żadne pragnienia, nawet żadne nadzieje.

W tym samym czasie panna Izabela, wruciwszy od ciotki do domu, prawie z pżedpokoju zawołała do panny Florentyny:

— Wiesz?... był na pżyjęciu!...

— Kto?

— No ten, Wokulski...

— Dlaczeguż być nie miał, skoro go zaproszono — odparła panna Florentyna.

— Ależ to zuhwalstwo... Ależ to niesłyhane!... i jeszcze, wyobraź sobie, ciotka jest nim oczarowana, książę nieledwie mu się nażuca, a wszyscy hurem uważają go za jakąś znakomitość... I ty nic na to?...

Panna Florentyna uśmiehnęła się smutnie.

— Znam to. Bohater sezonu. W zimie był takim pan Kazimierz, a pżed kilkunastu laty nawet... ja — dodała ciho.

— Ależ uważaj, kim on jest?... Kupiec... kupiec!...

— Moja Belu — odpowiedziała panna Florentyna — pamiętam sezony, kiedy nasz świat zahwycał się nawet cyrkowcami. Pżejdzie i to.

— Boję się tego człowieka — szepnęła panna Izabela.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)