VIII. Medytacje
VIII. Medytacje
Znalazłszy się na ulicy Wokulski stanął na hodniku, jakby namyślając się, dokąd iść. Nie ciągnęło go nic w żadną stronę. Dopiero gdy pżypadkiem spojżał w prawo, na swuj nowo wykończony sklep, pżed kturym już zatżymywali się ludzie, odwrucił się ze wstrętem i poszedł w lewo.
„Dziwna żecz, jak mnie to wszystko mało obhodzi” — żekł do siebie. Potem myślał o tyh kilkunastu ludziah, kturym już daje zajęcie, i o tyh kilkudziesięciu, ktuży od pierwszego maja mieli dostać u niego zajęcie, o tyh setkah, dla kturyh w ciągu roku miał stwożyć nowe źrudła pracy, i o tyh tysiącah, ktuży dzięki jego tanim towarom mogliby sobie poprawić nędzny byt — i — czuł, że ci wszyscy ludzie i ih rodziny nic go w tej hwili nie interesują.
„Sklep odstąpię, nie zawiążę spułki i wyjadę za granicę” — myślał.
„A zawud, jaki zrobisz ludziom, ktuży w tobie położyli nadzieję?”
„Zawud?... Alboż mnie samego nie spotkał zawud?...”
Wokulski idąc poczuł jakąś niewygodę; lecz dopiero zastanowiwszy się osądził, że męczy go ciągłe ustępowanie z drogi; pżeszedł więc na drugą stronę ulicy, gdzie ruh był mniejszy.
„A jednak ten Mraczewski jest infamis! — myślał. — Jak można muwić takie żeczy w sklepie? »Za parę dni otżymam bilecik, a potem — shadzka!... Ha, sama sobie winna, nie tżeba kokietować błaznuw... Zresztą — wszystko mi jedno.”
Czuł w duszy dziwną pustkę, a na samym jej dnie coś, jakby kroplę piekącej goryczy. Żadnyh sił, żadnyh pragnień, nic, tylko tę kroplę tak małą, że jej niepodobna dojżeć, a tak gożką, że cały świat można by nią zatruć.
„Hwilowa apatia, wyczerpanie, brak wrażeń... Za dużo myślę o interesah” — muwił.
Stanął i patżył. Dzień pżedświąteczny i ładna pogoda wywabiły mnustwo ludzi na bruk miejski. Sznur powozuw i pstrokaty falujący tłum między Kopernikiem i Zygmuntem wyglądał jak stado ptakuw, kture właśnie w tej hwili unosiły się nad miastem dążąc ku pułnocy.
„Szczegulna żecz — muwił. — Każdy ptak w guże i każdy człowiek na ziemi wyobraża sobie, że idzie tam, dokąd hce. I dopiero ktoś stojący na boku widzi, że wszystkih razem pha napżud jakiś fatalny prąd, mocniejszy od ih pżewidywań i pragnień. Może nawet ten sam, ktury unosi smugę iskier wydmuhniętyh pżez lokomotywę podczas nocy?... Błyszczą pżez mgnienie oka, aby zgasnąć na całą wieczność, i to nazywa się życiem.
Gdzie ja to czytałem?... Wszystko jedno.”
Nieustanny turkot i szmer wydał się Wokulskiemu nieznośnym, a wewnętżna pustka straszliwą. Hciał czymś się zająć i pżypomniał sobie, że jeden z zagranicznyh kapitalistuw pytał go o zdanie w kwestii bulwaruw nad Wisłą. Zdanie już miał wyrobione: Warszawa całym swoim ogromem ciąży i zsuwa się ku Wiśle. Gdyby bżeg żeki obwarować bulwarami, powstałaby tam najpiękniejsza część miasta: gmahy, sklepy, aleje...
„Tżeba spojżeć, jak by to wyglądało?” — szepnął Wokulski i skręcił na ulicę Karową.
Pży bramie wiodącej tam zobaczył bosego, pżewiązanego sznurami tragaża, ktury pił wodę prosto z wodotrysku; zahlapał się od stup do głuw, ale miał bardzo zadowoloną minę i śmiejące się oczy.
„Jużci, ten ma, czego pragnął. Ja, ledwiem zbliżył się do źrudła, widzę, że nie tylko ono znikło, ale nawet wysyhają moje pragnienia. Pomimo to mnie zazdroszczą, a nad nim każą się litować. Co za potworne nieporozumienie!”
Na Karowej odethnął. Zdawało mu się, że jest jedną z plew, kture już odżucił młyn wielkomiejskiego życia, i że powoli spływa sobie gdzieś na duł tym rynsztokiem zaciśniętym odwiecznymi murami.
„Cuż bulwary?... — myślał. — Postoją jakiś czas, a potem będą walić się, zarośnięte zielskiem i odrapane, jak te oto ściany. Ludzie, ktuży je budowali z wielką pracą, mieli także na celu zdrowie, bezpieczeństwo, majątek, a może zabawy i pieszczoty. I gdzie oni są?... Zostały po nih spękane mury, jak skorupa po ślimaku dawnej epoki. A cały pożytek z tego stosu cegieł i tysiąca innyh stosuw będzie, że pżyszły geolog nazwie je skałą ludzkiego wyrobu, jak my dziś koralowe rafy albo kredę nazywamy skałami wyrobu pierwotniakuw.
Gdziem ja to czytał, gdzie?... Mniejsza o to.”
Zatżymał się w połowie drogi i patżył na ciągnącą się u jego stup dzielnicę między Nowym Zjazdem i Tamką. Udeżyło go podobieństwo do drabiny, kturej jeden bok stanowi ulica Dobra, drugi — linia od Garbarskiej do Topieli, a kilkanaście uliczek popżecznyh formują jakby szczeble.
„Nigdzie nie wejdziemy po tej leżącej drabinie — myślał. — To hory kąt, dziki kąt.”
I rozważał pełen goryczy, że ten płat ziemi nadżecznej, zasypany śmieciem z całego miasta, nie urodzi nic nad parterowe i jednopiętrowe domki barwy czekoladowej i jasnożułtej, ciemnozielonej i pomarańczowej. Nic, oprucz białyh i czarnyh parkanuw, otaczającyh puste place, skąd gdzieniegdzie wyskakuje kilkupiętrowa kamienica jak sosna, ktura ocalała z wyciętego lasu, pżestraszona własną samotnością.
„Nic, nic!...” — powtażał tułając się po uliczkah, gdzie widać było rudery zapadnięte niżej bruku, z dahami porosłymi mhem, lokale z okiennicami dniem i nocą zamkniętymi na sztaby, dżwi zabite gwoździami, napżud i w tył powyhylane ściany, okna łatane papierem albo zatkane łahmanem. Szedł, pżez brudne szyby zaglądał do mieszkań i nasycał się widokiem szaf bez dżwi, kżeseł na tżeh nogah, kanap z wydartym siedzeniem, zegaruw o jednej skazuwce z porozbijanymi cyferblatami.
Szedł i ciho śmiał się na widok wyrobnikuw wiecznie czekającyh na robotę, żemieślnikuw, ktuży trudnią się tylko łataniem starej odzieży, pżekupek, kturyh całym majątkiem jest kosz zeshłyh ciastek — na widok obdartyh mężczyzn, mizernyh dzieci i kobiet niezwykle brudnyh.
„Oto miniatura kraju — myślał — w kturym wszystko dąży do spodlenia i wytępienia rasy. Jedni giną z niedostatku, drudzy z rozpusty. Praca odejmuje sobie od ust, ażeby karmić niedołęguw; miłosierdzie hoduje bezczelnyh prużniakuw, a ubustwo nie mogące zdobyć się na spżęty otacza się wiecznie głodnymi dziećmi, kturyh największą zaletą jest wczesna śmierć.
Tu nie poradzi jednostka z inicjatywą, bo wszystko spżysięgło się, ażeby ją spętać i zużyć w pustej walce — o nic.”
Potem w wielkih konturah pżyszła mu na myśl jego własna historia. Kiedy dzieckiem będąc łaknął wiedzy — oddano go do sklepu z restauracją. Kiedy zabijał się nocną pracą będąc subiektem — wszyscy szydzili z niego, zacząwszy od kuhcikuw, skończywszy na upijającej się w sklepie inteligencji. Kiedy nareszcie dostał się do uniwersytetu — pżeśladowano go porcjami, kture niedawno podawał gościom.
Odethnął dopiero na Syberii. Tam mugł pracować, tam zdobył uznanie i pżyjaźń Czerskich, Czekanowskich, Dybowskich. Wrucił do kraju prawie uczonym, lecz gdy w tym kierunku szukał zajęcia, zakżyczano go i odesłano do handlu...
„To taki piękny kawałek hleba w tak ciężkih czasah!”
No i wrucił do handlu, a wtedy zawołano, że się spżedał i żyje na łasce żony, z pracy Minclów.
Traf zdażył, iż po kilku latah żona umarła zostawiając mu dość spory majątek. Pohowawszy ją, Wokulski odsunął się nieco od sklepu, a znowu zbliżył się do książek. I może z galanteryjnego kupca zostałby na dobre uczonym pżyrodnikiem, gdyby znalazłszy się raz w teatże nie zobaczył panny Izabeli.
Siedziała w loży z ojcem i panną Florentyną, ubrana w białą suknię. Nie patżyła na scenę, ktura w tej hwili skupiała uwagę wszystkih, ale gdzieś pżed siebie, nie wiadomo gdzie i na co. Może myślała o Apollinie?...
Wokulski pżypatrywał się jej cały czas.
Zrobiła na nim szczegulne wrażenie. Zdawało mu się, że już kiedyś ją widział i że ją dobże zna. Wpatżył się lepiej w jej rozmażone oczy i nie wiadomo skąd pżypomniał sobie niezmierny spokuj syberyjskih pustyń, gdzie bywa niekiedy tak ciho, że prawie słyhać szelest duhuw wracającyh ku zahodowi. Dopiero puźniej pżyszło mu na myśl, że on nigdzie i nigdy jej nie widział, ale — że jest tak coś — jakby na nią od dawna czekał.
„Tyżeś to czy nie ty?...” — pytał się w duhu, nie mogąc od niej oczu oderwać.
Odtąd mało pamiętał o sklepie i o swoih książkah, lecz ciągle szukał okazji do widywania panny Izabeli w teatże, na koncertah lub na odczytah. Uczuć swoih nie nazwałby miłością i w ogule nie był pewny, czy dla oznaczenia ih istnieje w ludzkim języku odpowiedni wyraz. Czuł tylko, że stała się ona jakimś mistycznym punktem, w kturym zbiegają się wszystkie jego wspomnienia, pragnienia i nadzieje, ogniskiem, bez kturego życie nie miałoby stylu, a nawet sensu. Służba w sklepie kolonialnym, uniwersytet, Syberia, ożenienie się z wdową po Minclu, a w końcu mimowolne pujście do teatru, gdy wcale nie miał hęci — wszystko to były ścieżki i etapy, kturymi los prowadził go do zobaczenia panny Izabeli.
Od tej pory czas miał dla niego dwie fazy. Kiedy patżył na pannę Izabelę, czuł się absolutnie spokojnym i jakby większym; nie widząc — myślał o niej i tęsknił. Niekiedy zdawało mu się, że w jego uczuciah tkwi jakaś omyłka i że panna Izabela nie jest żadnym środkiem jego duszy, ale zwykłą, a może nawet bardzo pospolitą panną na wydaniu. A wuwczas pżyhodził mu do głowy dziwaczny projekt:
„Zapoznam się z nią i wprost zapytam: czy ty jesteś tym, na co pżez całe życie czekałem?... Jeżeli nie jesteś, odejdę bez pretensji i żalu...”
W hwilę puźniej spostżegał, że projekt ten zdradza umysłowe zboczenie. Kwestię więc: czym jest, a czym nie jest, odłożył na bok, a postanowił, bądź co bądź, zapoznać się z panną Izabelą.
Wtedy pżekonał się, że między jego znajomymi nie ma człowieka, ktury mugłby go wprowadzić do domu Łęckich. Co gorsze: pan Łęcki i panna byli klientami jego sklepu, lecz taki stosunek, zamiast ułatwić, utrudniał raczej znajomość.
Stopniowo sformułował sobie warunki zapoznania się z panną Izabelą. Ażeby mugł nic więcej tylko szczeże rozmuwić się z nią, należało:
Nie być kupcem albo być bardzo bogatym kupcem.
Być co najmniej szlahcicem i posiadać stosunki w sferah arystokratycznyh.
Nade wszystko zaś mieć dużo pieniędzy.
Wylegitymowanie się ze szlahectwa nie było żeczą trudną.
W maju roku zeszłego Wokulski wziął się do tej sprawy, kturą jego wyjazd do Bułgarii o tyle pżyspieszył, że już w grudniu miał dyplom, z majątkiem było znacznie trudniej; w tym pżecie dopomugł mu los.
W początkah wojny wshodniej pżejeżdżał pżez Warszawę bogaty moskiewski kupiec, Suzin, pżyjaciel Wokulskiego jeszcze z Syberii. Odwiedził Wokulskiego i gwałtem zahęcał go do pżyjęcia udziału w dostawah dla wojska.
— Zbież pieniędzy, Stanisławie Piotrowiczu, ile się da — muwił — a uczciwe słowo, zrobisz okrągły milionik!...
Następnie pułgłosem wyłożył mu swoje plany.
Wokulski wysłuhał jego projektuw. Do wykonania jednyh nie hciał należeć, inne pżyjął, lecz wahał się. Żal mu było opuścić miasto, w kturym pżynajmniej widywał pannę Izabelę. Ale gdy w czerwcu ona wyjehała do ciotki, a Suzin począł naglić go depeszami, Wokulski zdecydował się i podniusł całą gotuwkę po żonie w ilości rs tżydzieści tysięcy, kturą nieboszczka tżymała nietykalną w banku.
Na kilka dni pżed wyjazdem zaszedł do znajomego lekaża Szumana, z kturym pomimo obustronnej życzliwości widywali się nieczęsto. Lekaż, Żyd, stary kawaler, żułty, mały, z czarną brodą, miał reputację dziwaka. Posiadając majątek leczył darmo i o tyle tylko, o ile było mu to potżebnym do studiuw etnograficznyh; pżyjaciołom zaś swoim raz na zawsze dał jedną receptę:
„Używaj wszystkih środkuw, od najmniejszej dozy oleju do największej dozy stryhniny, a coś ci z tego pomoże, nawet na — nosaciznę.”
Gdy Wokulski zadzwonił do mieszkania lekaża, ten właśnie był zajęty gatunkowaniem włosuw rozmaityh osobnikuw rasy słowiańskiej, germańskiej i semickiej i pży pomocy mikroskopu mieżył dłuższe i krutsze średnice ih pżekrojuw.
— A, jesteś?... — żekł do Wokulskiego odwracając głowę. — Nałuż sobie fajkę, jeżeli hcesz, i kładź się na kanapie, jeżeli się zmieścisz.
Gość zapalił fajkę i położył się, jak mu kazano, doktur robił swoje. Pżez pewien czas obaj milczeli, wreszcie odezwał się Wokulski:
— Powiedz mi: czy medycyna zna taki stan umysłu, w kturym człowiekowi wydaje się, że jego rozproszone dotyhczas wiadomości i... uczucia złączyły się jakby w jeden organizm?
— Owszem. Pży ciągłej pracy umysłowej i dobrym odżywianiu mogą wytwożyć się w muzgu nowe komurki albo — skojażyć się między sobą dawne. No i wuwczas z rozmaityh departamentuw muzgu i z rozmaityh dziedzin wiedzy twoży się jedna całość.
— A co znaczy taki stan umysłu, w kturym człowiek obojętnieje dla śmierci, ale za to poczyna tęsknić do legend o życiu wiecznym?...
— Obojętność dla śmierci — odpowiedział doktur — jest cehą umysłuw dojżałyh, a pociąg do życia wiecznego — zapowiedzią nadhodzącej starości.
Znowu umilkli. Gość palił fajkę, gospodaż kręcił się nad mikroskopem.
— Czy myślisz — spytał Wokulski — że można... kohać kobietę w sposub idealny, nie pożądając jej?
— Naturalnie. Jest to jedna z masek, w kturą lubi pżebierać się instynkt utrwalenia gatunku.
— Instynkt — gatunek — instynkt utrwalenia czegoś i — utrwalenie gatunku!... — powtużył Wokulski. — Tży wyrazy, a cztery głupstwa.
— Zrub szuste — odpowiedział doktur nie odejmując oka od szkła — i ożeń się.
— Szuste?... — żekł Wokulski podnosząc się na kanapie. — A gdzież piąte?
— Piąte już zrobiłeś: zakohałeś się.
— Ja?... W moim wieku?...
— Czterdzieści pięć lat — to epoka ostatniej miłości, najgorszej — odpowiedział doktur.
— Znawcy muwią, że pierwsza miłość jest najgorsza — szepnął Wokulski.
— Nieprawda. Po pierwszej czeka cię sto innyh, ale po setnej pierwszej — już nic. Żeń się; jedyny to ratunek na twoją horobę.
— Dlaczegożeś ty się nie ożenił?
— Bo mi nażeczona umarła — odpowiedział doktur pohyliwszy się na tył fotelu i patżąc w sufit. — Więc zrobiłem, com mugł: otrułem się hloroformem. Było to na prowincji. Ale Bóg zesłał dobrego kolegę, ktury wysadził dżwi i uratował mnie. Najpodlejszy rodzaj miłosierdzia!... Ja zapłaciłem za dżwi zepsute, a kolega odziedziczył moją praktykę ogłosiwszy, żem wariat...
Znowu wrucił do włosuw i mikroskopu.
— A jaki z tego sens moralny dla ostatniej miłości? — spytał Wokulski.
— Ten, że samobujcom nie należy pżeszkadzać — odpowiedział doktur.
Wokulski poleżał jeszcze z kwadrans, potem podniusł się, postawił w kącie fajkę i shyliwszy się nad doktorem ucałował go.
— Bywaj zdruw, Michale.
Doktur zerwał się od stołu.
— No?...
— Wyjeżdżam do Bułgarii
— Po co?
— Zostanę wojskowym dostawcą. Muszę zrobić duży majątek!... — odparł Wokulski.
— Albo?...
— Albo... nie wrucę.
Doktur popatżył mu w oczy i mocno ścisnął go za rękę.
— Sit tibi terra levis — żekł spokojnie. Odprowadził go do dżwi i znowu wziął się do swojej roboty.
Już Wokulski był na shodah, gdy doktur wybiegł za nim i zawołał wyhylając się pżez poręcz:
— Gdybyś jednak wrucił, nie zapomnij pżywieźć mi włosuw: bułgarskih, tureckih i tak dalej, od obu płci. Tylko pamiętaj: w oddzielnyh pakietah z notatkami. Wiesz pżecie, jak to robić...
...Wokulski ocknął się z tyh dawnyh wspomnień.
Nie ma doktora ani jego mieszkania i nawet ih od dziesięciu miesięcy nie widział. Tu jest błotnista ulica Radna, tam Browarna. Na guże spoza nagih dżew wyglądają żułte gmahy uniwersyteckie; na dole parterowe domki, puste place i parkany, a niżej — Wisła.
Obok niego stał jakiś człowiek w wypłowiałej kapocie z rudawym zarostem. Zdjął czapkę i pocałował Wokulskiego w rękę. Wokulski pżypatżył mu się uważniej.
— Wysocki?... — żekł. — Co ty tu robisz?
— Tu mieszkamy, wielmożny panie, w tym domu — odpowiedział człowiek wskazując na niską lepiankę.
— Dlaczego nie pżyjeżdżasz po transporta? — pytał Wokulski.
— Czym pżyjadę, panie, kiedy jeszcze na Nowy Rok koń mi padł.
— Cuż robisz?
— A ot tak — razem nic. Zimowaliśmy u brata, co jest drużnikiem na Wiedeńskiej Kolei. Ale i jemu bieda, bo go ze Skierniewic pżenieśli pod Częstochowę. W Skierniewicach ma tży morgi i żył jak bogacz, a dzisiaj i on kiepski, i grunt wynędznieje bez dozoru.
— No, a z wami co teraz?
— Kobieta niby trohę pieże, ale takim, co nie bardzo mają czym płacić, a ja — ot tak... Marniejemy, panie... nie pierwsi i nie ostatni. Jeszcze puki wielkiego postu, to człowiek kżepi się muwiący: dzisiaj pościsz za dusze zmarłe, jutro na pamiątkę, że Chrystus Pan nic nie jadł, pojutże, na intencję, ażeby Bóg złe odmienił. Zaś po świętah nie będzie nawet sposobu i dzieciom wytłomaczyć, na jaką intencję nie jedzą...
Ale i wielmożny pan coś markotnie wygląda? Taki już widać czas nastał, że wszyscy muszą zginąć — westhnął ubogi człowiek.
Wokulski zamyślił się.
— Komorne wasze zapłacone? — spytał.
— Nawet nie ma, panie, co płacić, bo nas i tak wypędzą.
— A dlaczego nie pżyszedłeś do sklepu, do pana Rzeckiego? — spytał Wokulski.
— Nie śmiałem, panie. Koń odszedł, wuz u Żyda, kubrak na mnie jak na dziadzie... Z czymże było pżyjść i jeszcze ludziom głowę zapżątać?...
Wokulski wydobył portmonetkę.
— Masz tu — żekł — dziesięć rubli na święta. Jutro w południe pżyjdziesz do sklepu i dostaniesz kartkę na Pragę. Tam u handlaża wybieżesz sobie konia, a po świętah pżyjeżdżaj do roboty. U mnie zarobisz ze tży ruble na dzień, więc dług spłacisz łatwo. Zresztą dasz sobie radę.
Ubogi człowiek dotknąwszy pieniędzy zaczął się tżąść.
Uważnie słuhał Wokulskiego, a łzy spływały mu po wyhudzonej tważy.
— Czy panu powiedział kto — zapytał po hwili — że z nami jest... ot tak?... Bo już nam ktoś — dodał szeptem — pżysyłał siostrę miłosierdzia, będzie z miesiąc. Muwiła, że muszę być ladaco, i dała nam kartkę na pud węgla z Żelaznej ulicy. Czy może pan tak sam z siebie?...
— Idź do domu, a jutro bądź w sklepie — odparł Wokulski.
— Idę, panie — odpowiedział człowiek kłaniając się do ziemi.
Odszedł, lecz pżystawał na drodze; widocznie rozmyślał nad niespodziewanym szczęściem.
W tej hwili Wokulskiego tknęło szczegulne pżeczucie.
— Wysocki!... — zawołał. — A twemu bratu jak na imię?
— Kasper — odpowiedział człowiek wracając pędem.
— Pży jakiej mieszka stacji?
— Pży Częstochowie, panie.
— Idź do domu. Może Kaspra pżeniosą do Skierniewic.
Ale ten zamiast iść, zbliżył się.
— Pżepraszam, wielmożny panie — żekł nieśmiało — ale jak mnie kto zaczepi: skąd mam tyle pieniędzy?...
— Powiedz, że na rahunek wziąłeś ode mnie.
— Rozumiem, panie... Bóg... nieh Bóg...
Ale Wokulski już nie słuhał; szedł w stronę Wisły myśląc:
„Jakże oni szczęśliwi, ci wszyscy, w kturyh tylko głud wywołuje apatię, a jedynym cierpieniem jest zimno. I jak łatwo ih uszczęśliwić!... Nawet moim skromnym majątkiem mugłbym wydźwignąć parę tysięcy rodzin. Nieprawdopodobne, a pżecież — tak jest.”
Wokulski doszedł do bżegu Wisły i zdumiał się. Na kilkumorgowej pżestżeni wznosił się tu pagurek najobżydliwszyh śmieci, cuhnącyh, nieomal ruszającyh się pod słońcem, a o kilkadziesiąt krokuw dalej leżały zbiorniki wody, kturą piła Warszawa.
„O, tutaj — myślał — jest ognisko wszelkiej zarazy. Co człowiek dziś wyżuci ze swego mieszkania, jutro wypije; puźniej pżenosi się na Powązki i z drugiej znowu strony miasta razi bliźnih pozostałyh pży życiu.
Bulwar tutaj, kanały i woda źrudlana na guże i — można by ocalić rokrocznie kilka tysięcy ludzi od śmierci, a kilkadziesiąt tysięcy od horub... Niewielka praca, a zysk nieobliczony; natura umie wynagradzać.”
Na stoku i w szczelinah obmieżłego wzguża spostżegł niby postacie ludzkie. Było tu kilku dżemiącyh na słońcu pijakuw czy złodziei, dwie śmieciarki i jedna kohająca się para, złożona z trędowatej kobiety i suhotniczego mężczyzny, ktury nie miał nosa. Zdawało się, że to nie ludzie, ale widma ukrytyh tutaj horub, kture odziały się w wykopane w tym miejscu szmaty. Wszystkie te indywidua zwietżyły obcego człowieka; nawet śpiący podnieśli głowy i z wyrazem zdziczałyh psuw pżypatrywali się gościowi.
Wokulski uśmiehnął się.
„Gdybym tu pżyszedł w nocy, na pewno wyleczyliby mnie z melanholii. Jutro już spoczywałbym pod tymi śmieciami, kture — wreszcie — są tak wygodnym grobem jak każdy inny. Na guże zrobiłby się wżask, ścigano by i wyklinano tyh poczciwcuw, a oni — może wyświadczyliby mi łaskę.
Ależ ja zaczynam być naprawdę sentymentalny?... muszę mieć nerwy dobże rozbite. Bulwar jednak nie wytępiłby takih oto Mohikanów; pżenieśliby się na Pragę albo za Pragę, uprawialiby w dalszym ciągu swoje żemiosło, kohaliby się jak ta dwujeczka, ba, nawet mnożyliby się. Co za piękne, ojczyzno, będziesz miała potomstwo, urodzone i wyhowane na tym śmietniku, z matki okrytej wysypką i beznosego ojca!...
Moje dzieci byłyby inne; po niej wzięłyby piękność, po mnie siłę... No, ale ih nie będzie. W tym kraju tylko horoba, nędza i zbrodnia znajdują weselne łożnice, nawet pżytułki dla potomstwa.
Strah, co tu się stanie za kilka generacji... A pżecie jest proste lekarstwo: praca obowiązkowa — słusznie wynagradzana. Ona jedna może wzmocnić lepsze indywidua, a bez kżyku wytępić złe i... mielibyśmy ludność dzielną, jak dziś mamy zagłodzoną lub horą.”
A potem, nie wiadomo z jakiej racji, pomyślał:
„Cuż z tego, że trohę kokietuje?... Kokieteria u kobiet jest jak barwa i zapah u kwiatuw. Taka już ih natura, że każdemu hcą się podobać, nawet Mraczewskim...
Dla wszystkih kokieteria, a dla mnie: »zapłać temu panu!...« Może ona myśli, że ja oszukałem ih na kupnie srebra?... To byłoby kapitalne!”
Nad samym bżegiem Wisły leżał stos belek. Wokulski uczuł znużenie, siadł i patżył. W spokojnej powieżhni wody odbijała się Saska Kępa, już zieleniejąca, i praskie domy z czerwonymi dahami; na środku żeki stała nieruhoma berlinka. Nie większym wydawał się ten okręt, ktury zeszłego lata widział Wokulski na Morzu Czarnym, unieruhomiony z powodu zepsucia się mahin.
„Leciał jak ptak i nagle utknął; zabrakło w nim motoru. Spytałem się wuwczas: a może i ja kiedyś stanę w biegu? — no, i stanąłem. Jakież to pospolite sprężyny wywołują ruh w świecie: trohę węgla ożywia okręt, trohę serca — człowieka...”
W tej hwili żułtawy, za wczesny motyl pżeleciał mu nad głową w stronę miasta.
„Ciekawym, skąd on się wziął? — myślał Wokulski. — Natura miewa kaprysy i — analogie — dodał. — Motyle istnieją także w rodzaju ludzkim: piękna barwa, latanie nad powieżhnią życia, karmienie się słodyczami, bez kturyh giną — oto ih zajęcie. A ty, robaku, nurtuj ziemię i pżerabiaj ją na grunt zdolny do siewu. Oni bawią się, ty pracuj; dla nih istnieje wolna pżestżeń i światło, a ty ciesz się jednym tylko pżywilejem: zrastania się, jeżeli cię rozdepcze ktoś nieuważny.
I tobież to wzdyhać do motyla, głupi?... I dziwić się, że ma wstręt do ciebie?... Jakiż łącznik może istnieć między mną i nią?...
No, gąsienica jest także podobna do robaka, puki nie zostanie motylem. Ah więc to ty masz zostać motylem, kupcze galanteryjny? Dlaczeguż by nie? Ciągłe doskonalenie się jest prawem świata, a ileż to kupieckih roduw w Anglii zostało lordowskimi mościami?
W Anglii!... Tam jeszcze istnieje epoka twurcza w społeczeństwie; tam wszystko doskonali się i wstępuje na wyższe szczeble. Owszem, tam nawet ci wyżsi pżyciągają do siebie nowe siły. Lecz u nas wyższa warstwa zakżepła jak woda na mrozie i nie tylko wytwożyła osobny gatunek, ktury nie łączy się z resztą, ma do niej wstręt fizyczny, ale jeszcze własną martwotą krępuje wszelki ruh z dołu. Co się tu łudzić: ona i ja to dwa rużne gatunki istot, naprawdę jak motyl i robak. Mam dla jej skżydeł opuszczać swoją norę i innyh robakuw?... To są moi — ci, ktuży leżą tam na śmietniku, i może dlatego są nędzni, a będą jeszcze nędzniejsi, że ja hcę wydawać po tżydzieści tysięcy rubli rocznie na zabawę w motyla. Głupi handlażu, podły człowieku!...
Tżydzieści tysięcy rubli znaczą tyle, co sześćdziesiąt drobnyh warsztatuw albo sklepikuw, z kturyh żyją całe rodziny. I to ja mam byt ih zniszczyć, wyssać z nih ludzkie dusze i wypędzić na ten śmietnik?...
No dobże, ale gdyby nie ona, czy miałbym dziś majątek?... Kto wie, co się stanie ze mną i z tymi pieniędzmi bez niej? Może właśnie dopiero pży niej nabiorą one twurczyh własności; może hoć kilkanaście rodzin z nih skożysta?...”
Wokulski odwrucił się i nagle zobaczył na ziemi swuj własny cień. Potem pżypomniał sobie, że ten cień hodzi pżed nim, za nim albo obok niego zawsze i wszędzie, jak myśl o tamtej kobiecie hodziła za nim wszędzie i zawsze, na jawie i we śnie, mieszając się do wszystkih jego celuw, planuw i czynuw.
„Nie mogę wyżec się jej” — szepnął rozkładając ręce, jakby tłomaczył się komuś.
Wstał z belek i wrucił do miasta.
Idąc pżez ulicę Oboźną, pżypomniał sobie furmana Wysockiego, kturemu koń padł, i zdawało mu się, że widzi cały szereg wozuw, pżed kturymi leżą padłe konie, cały szereg rozpaczającyh nad nimi furmanuw, a pży każdym gromadę mizernyh dzieci i żonę, ktura pieże bieliznę takim, co płacić nie mogą.
„Koń?...” — szepnął Wokulski i czegoś serce mu się ścisnęło.
Raz w marcu pżehodząc Aleją Jerozolimską zobaczył tłum ludzi, czarny wuz węglarski stojący w popżek drogi pod bramą, a o parę krokuw dalej wypżężonego konia.
— Co się to stało?
— Koń złamał nogę — odparł wesoło jeden z pżehodniuw, ktury miał fiołkowy szalik na szyi i tżymał ręce w kieszeniah.
Wokulski mimohodem spojżał na delikwenta. Hudy koń z wytartymi bokami stał pżywiązany do młodego dżewka unosząc w gurę tylną nogę. Stał ciho, patżył wywruconym okiem na Wokulskiego i gryzł z bulu gałązkę okrytą szronem.
„Dlaczego dziś dopiero pżypomniał mi się ten koń? — myślał Wokulski — dlaczego ogarnia mnie taki żal?”
Szedł Oboźną pod gurę, rozmażony, i czuł, że w ciągu kilku godzin, kture spędził w nadżecznej dzielnicy, zaszła w nim jakaś zmiana. Dawniej — dziesięć lat temu, rok temu, wczoraj jeszcze, pżehodząc ulicami nie spotykał na nih nic szczegulnego. Snuli się ludzie, jeździły dorożki, sklepy otwierały gościnne objęcia dla pżehodniuw. Ale teraz pżybył mu jakby nowy zmysł. Każdy obdarty człowiek wydawał mu się istotą wołającą o ratunek tym głośniej, że nic nie muwił, tylko żucał trwożne spojżenia jak uw koń ze złamaną nogą. Każda uboga kobieta wydawała mu się praczką, ktura wyżartymi od mydła rękami powstżymuje rodzinę nad bżegiem nędzy i upadku. Każde mizerne dziecko wydawało mu się skazanym na śmierć pżedwczesną albo na spędzanie dni i nocy w śmietniku pży ulicy Dobrej.
I nie tylko obhodzili go ludzie. Czuł zmęczenie koni ciągnącyh ciężkie wozy i bul ih karkuw tartyh do krwi pżez homąto. Czuł obawę psa, ktury szczekał na ulicy zgubiwszy pana, i rozpacz hudej suki z obwisłymi wymionami, ktura na prużno biegała od rynsztoka do rynsztoka szukając strawy dla siebie i szczeniąt. Jeszcze, na domiar cierpień, bolały go dżewa obdarte z kory, bruki podobne do powybijanyh zębuw, wilgoć na ścianah, połamane spżęty i podarta odzież.
Zdawało mu się, że każda taka żecz jest hora albo zraniona, że skarży się: „Patż, jak cierpię...”, i że tylko on słyszy i rozumie jej skargi. A ta szczegulna zdolność odczuwania cudzego bulu urodziła się w nim dopiero dziś, pżed godziną.
Żecz dziwna! pżecie miał już ustaloną opinię hojnego filantropa. Członkowie Towarzystwa Dobroczynności we frakah składali mu podziękowania za ofiarę dla wiecznie łaknącej instytucji; hrabina Karolowa we wszystkih salonah opowiadała o pieniądzah, kture złożył na jej ohronę; jego służba i subiekci sławili go za podwyższenie im pensji. Ale Wokulskiemu żeczy te nie sprawiały żadnej pżyjemności, tak jak on sam nie pżywiązywał do nih żadnej wagi. Żucał tysiące rubli do kas użędowyh dobroczyńcuw, ażeby kupić za to rozgłos nie pytając, co się zrobi z pieniędzmi.
I dopiero dziś, kiedy dziesięcioma rublami wydobył człowieka z niedoli, kiedy nikt nie mugł głosić pżed światem o jego szlahetności, dopiero dziś poznał: co to jest ofiara. Dopiero dziś pżed jego zdumionym okiem stanęła nowa, nie znana dotyhczas część świata — nędza, kturej tżeba pomagać.
„Tak, alboż ja dawniej nie widywałem nędzy?...” — szepnął Wokulski.
I pżypomniał sobie całe szeregi ludzi obdartyh, mizernyh, a szukającyh pracy, hudyh koni, głodnyh psuw, dżew z obdartą korą i połamanymi gałęźmi. Wszystko to pżecie spotykał bez wrażenia. I dopiero gdy wielki bul osobisty zaorał mu i zbronował duszę, na tym gruncie użyźnionym krwią własną i skropionym niewidzialnymi dla świata łzami wyrosła osobliwa roślina: wspułczucie powszehne, ogarniające wszystko — ludzi, zwieżęta, nawet pżedmioty, kture nazywają martwymi.
„Doktur powiedziałby, że utwożyła mi się nowa komurka w muzgu albo że połączyło się kilka dawnyh” — pomyślał.
„Tak, ale co dalej?...”
Dotyhczas bowiem miał tylko jeden cel: zbliżyć się do panny Izabeli. Dziś pżybył mu drugi: wydobyć z niedostatku Wysockiego.
„Mała żecz!...”
„Pżenieść jego brata pod Skierniewice...” — dodał jakiś głos.
„Drobnostka.”
Ale poza tymi dwoma ludźmi stanęło zaraz kilku innyh, za nimi jeszcze kilku, potem olbżymi tłum borykający się z wszelkiego rodzaju nędzą i wreszcie — cały ocean cierpień powszehnyh, kture wedle sił należało zmniejszać, a pżynajmniej powściągnąć od dalszego rozlewu.
„Pżywidzenia... abstrakcyjne... zdenerwowanie!” — szepnął Wokulski.
To była jedna droga. Na końcu bowiem drugiej widział cel realny i jasno określony — pannę Izabelę.
„Nie jestem Chrystusem, ażeby poświęcać się za całą ludzkość.”
„Więc na początek zapomnij o Wysockich” — odparł głos wewnętżny.
„No, głupstwo! Jakkolwiek jestem dziś rozkołysany, ależ nie mogę być śmieszny — myślał Wokulski. — Zrobię, co się da i komu można, lecz osobistego szczęścia nie wyżeknę się, to darmo...”
W tej hwili stanął pżed dżwiami swego sklepu i wszedł tam.
W sklepie zastał Wokulski tylko jedną osobę. Była to dama wysoka, w czarnyh szatah, nieokreślonego wieku. Pżed nią leżał stos neseserek: drewnianyh, skużanyh, pluszowyh i metalowyh, prostyh i ozdobnyh, najdroższyh i najtańszyh, a — wszyscy subiekci byli na służbie. Klein podawał coraz nowe neseserki, Mraczewski hwalił towar, a Lisiecki akompaniował mu ruhami ręki i brody. Tylko pan Ignacy wybiegł napżeciw pryncypała.
— Z Paryża pżyszedł transport — żekł do Wokulskiego. — Myślę, że tżeba odebrać jutro.
— Jak hcesz.
— Z Moskwy obstalunki za dziesięć tysięcy rubli, na początek maja.
— Spodziewałem się.
— Z Radomia za dwieście rubli, ale furman upomina się na jutro.
Wokulski ruszył ramionami.
— Tżeba raz zerwać z tym kramarstwem — odezwał się po hwili. — Interes żaden, a wymagania ogromne.
— Zerwać z naszymi kupcami?... — spytał zdziwiony Rzecki.
— Zerwać z Żydami — wtrącił pułgłosem Lisiecki. — Bardzo dobże robi szef wycofując się z tyh parszywyh stosunkuw. Nieraz aż wstyd wydawać reszty, tak pieniądze zalatują cebulą.
Wokulski nic nie odpowiedział. Usiadł do swej księgi i udawał, że rahuje, ale naprawdę nie robił nic, nie miał siły. Pżypomniał sobie tylko swoje niedawne mażenia o uszczęśliwieniu ludzkości i osądził, że musi być mocno zdenerwowany.
„Rozigrał się we mnie sentymentalizm i fantazja — myślał. — Zły to znak. Mogę ośmieszyć się, zrujnować...”
I mahinalnie pżypatrywał się niezwykłej fizjognomii damy, ktura wybierała neseserki. Była ubrana skromnie, miała gładko uczesane włosy. Na jej tważy białej i razem żułtej malował się głęboki smutek; spoza ust pżyciętyh wyglądała złość, a ze spuszczonyh oczu błyskał czasami gniew, niekiedy pokora.
Muwiła głosem cihym i łagodnym, a targowała się jak stu skąpcuw. To było za drogie, tamto za tanie; tu plusz stracił barwę, tam zaraz odlezie skurka, a uwdzie ukazuje się rdza na okuciah. Lisiecki już cofnął się od niej rozgniewany, Klejn odpoczywał, a tylko Mraczewski rozmawiał z nią jak z osobą znajomą.
W tej hwili otwożyły się dżwi sklepu i ukazał się w nih — jeszcze oryginalniejszy jegomość. Lisiecki powiedział o nim, że jest podobny do suhotnika, kturemu w trumnie zaczęły odrastać wąsy i faworyty. Wokulski zauważył, że gość ma gapiowato otwarte usta, a za ciemnymi binoklami nosi duże oczy, z kturyh pżeglądało jeszcze większe roztargnienie.
Gość wszedł kończąc rozmowę z kimś na ulicy, lecz wnet cofnął się, aby swego toważysza pożegnać. Potem znowu wszedł i znowu cofnął się zadzierając do gury głowę, jakby czytał szyld. Nareszcie wszedł na dobre, ale dżwi za sobą nie zamknął. Wypadkowo spojżał na damę i — spadły mu z nosa ciemne binokle.
— A... a... a!... — zawołał.
Ale dama gwałtownie odwruciła się od niego do neseserek i upadła na kżesło.
Do pżybysza wybiegł Mraczewski i uśmiehając się dwuznacznie, zapytał:
— Pan baron rozkaże?...
— Spinki, uważa pan, spinki zwyczajne, złote albo stalowe... Tylko, rozumie pan, muszą być w kształcie czapki dżokejskiej i — z biczem...
Mraczewski otwożył gablotkę ze spinkami.
— Wody... — odezwała się dama słabym głosem.
Rzecki nalał jej wody z karafki i podał z oznakami wspułczucia.
— Pani dobrodziejce słabo?... Może by doktora...
— Już mi lepiej — odparła.
Baron oglądał spinki, ostentacyjnie odwracając się tyłem do damy.
— A może, czy nie sądzi pan, byłyby lepsze spinki w formie podkuw? — pytał Mraczewskiego.
— Myślę, że panu baronowi potżebne są i te, i te. Sportsmeni noszą tylko oznaki sportsmeńskie, ale lubią odmianę.
— Powiedz mi pan — odezwała się nagle dama do Klejna — na co podkowy ludziom, ktuży nie mają za co utżymywać koni?...
— Otuż, proszę pana — muwił baron — wybrać mi jeszcze parę drobiazguw w formie podkowy...
— Może by popielniczkę? — zapytał Mraczewski.
— Dobże, popielniczkę — odparł baron.
— Może gustowny kałamaż z siodłem, dżokejką, szpicrutą?
— Proszę o gustowny kałamaż z siodłem i dżokejką...
— Powiedz mi pan — muwiła dama do Klejna podniesionym głosem — czy wam nie wstyd zwozić tak kosztowne drobiazgi, kiedy kraj jest zrujnowany?... Czy nie wstyd kupować konie wyścigowe...
— Drogi panie — zawołał nie mniej głośno baron do Mraczewskiego — zapakuj wszystkie te garnitury, popielniczkę, kałamaż i odeszlij mi do domu. Macie pżeśliczny wybur towaruw... Serdecznie dziękuję... Adieu!...
I wybiegł ze sklepu wracając się parę razy i spoglądając na szyld nad dżwiami.
Po odejściu oryginalnego barona w sklepie zapanowało milczenie. Rzecki patżył na dżwi, Klejn na Rzeckiego, a Lisiecki na Mraczewskiego, ktury znajdując się z tyłu damy kżywił się w sposub bardzo dwuznaczny.
Dama z wolna podniosła się z kżesła i zbliżyła się do kantorka, za kturym siedział Wokulski.
— Czy mogę spytać — żekła drżącym głosem — ile panu winien jest ten pan, ktury dopiero co wyszedł?...
— Rahunki tego pana ze mną, szanowna pani, gdyby je miał, należą tylko do niego i do mnie — odpowiedział Wokulski kłaniając się.
— Panie — ciągnęła dalej rozdrażniona dama — jestem Krzeszowska, a ten pan jest moim mężem. Długi jego obhodzą mnie, ponieważ on zagarnął muj majątek, o ktury w tej hwili toczy się między nami proces...
— Daruje pani — pżerwał Wokulski — ale stosunki między małżonkami do mnie nie należą.
— Ah, więc tak?... Zapewne, że dla kupca jest to najwygodniej. Adieu.
I opuściła sklep tżaskając dżwiami.
W kilka minut po jej odejściu wbiegł do sklepu baron. Parę razy wyjżał na ulicę, a następnie zbliżył się do Wokulskiego.
— Najmocniej pżepraszam — żekł usiłując utżymać binokle na nosie — ale jako stały gość pański, ośmielę się w zaufaniu zapytać: co muwiła dama, ktura wyszła pżed hwilą?... Bardzo pżepraszam za moją śmiałość, ale w zaufaniu...
— Nic nie muwiła, co by kwalifikowało się do powtużenia — odparł Wokulski.
— Bo uważa pan, jest to, niestety! moja żona... Pan wie, kto jestem... Baron Krzeszowski... Bardzo zacna kobieta, bardzo światła, ale skutkiem śmierci naszej curki trohę zdenerwowana i niekiedy... Pojmuje pan?... Więc nic?...
— Nic.
Baron ukłonił się i już we dżwiah skżyżował spojżenia z Mraczewskim, ktury mrugnął na niego.
— Więc tak?... — żekł baron, ostro patżąc na Wokulskiego.
I wybiegł na ulicę. Mraczewski skamieniał i oblał się rumieńcem powyżej włosuw. Wokulski trohę pobladł, lecz spokojnie usiadł do rahunkuw.
— Cuż to za oryginalne diabły, panie Mraczewski? — spytał Lisiecki.
— A to cała historia! — odparł Mraczewski pżypatrując się spod oka Wokulskiemu. — Jest to baron Krzeszowski, wielki dziwak, i jego żona, trohę narwana. Nawet skuzynowani ze mną, ale cuż!... — westhnął spoglądając w lustro. — Ja nie mam pieniędzy, więc muszę być w handlu; oni jeszcze mają, więc są moimi kundmanami...
— Mają bez pracy!... — wtrącił Klejn. — Ładny pożądek świata, co?
— No, no... już mnie pan do swoih pożądkuw nie nawracaj — odparł Mraczewski. — Otuż pan baron i pani baronowa od roku prowadzą ze sobą wojnę. On hce rozwodu, na co ona się nie zgadza; ona hce pżepędzić go od zażądu swoim majątkiem, na co on się nie zgadza. Ona nie pozwala mu tżymać koni, szczegulniej jednego wyścigowca; a on nie pozwala jej kupić kamienicy po Łęckich, w kturej pani Krzeszowska mieszka i gdzie straciła curkę. Oryginały!... Bawią ludzi wymyślając jedno na drugie...
Opowiadał lekkim tonem i kręcił się po sklepie z miną panicza, ktury pżyszedł tu na hwilkę, ale zaraz wyjdzie. Wokulski mienił się siedząc na fotelu; już nie mugł znieść głosu Mraczewskiego.
„Kuzyn Krzeszowskich... — myślał. — Dostanie bilet miłosny od panny Izabeli... A, infamis!...”
I pżemugłszy się wrucił do swej księgi. Do sklepu znowu poczęli whodzić goście, wybierać towary, targować się, płacić. Ale Wokulski widział tylko ih cienie, pogrążony w pracy. A im dłuższe sumował kolumny, im większe wypadały mu sumy, tym bardziej czuł, że w sercu kipi mu jakiś gniew bezimienny. O co?... na kogo?... mniejsza. Dosyć, że ktoś za to zapłaci, pierwszy z bżegu.
Około siudmej sklep już stanowczo wyludnił się, subiekci rozmawiali, Wokulski wciąż rahował. Wtem znowu usłyszał nieznośny głos Mraczewskiego, ktury muwił aroganckim tonem:
— Co mi pan, panie Klejn, będzie zawracał głowę!... Wszyscy socjaliści są złodzieje, bo hcieliby dzielić się cudzym, i — szubrawcy, bo mają na dwu jedną parę butuw i nie wieżą w hustki do nosa.
— Nie muwiłbyś pan tak — odparł smutnie Klejn — gdybyś pżeczytał hoć z parę broszurek, nawet niedużyh.
— Błazeństwo... — pżerwał Mraczewski włożywszy ręce w kieszenie. — Będę czytał broszury, kture hcą zniszczyć rodzinę, wiarę i własność!... No, takih głupih nie znajdziesz pan w Warszawie.
Wokulski zamknął księgę i włożył ją do kantorka. W tej hwili znowu weszły do sklepu tży panie żądając rękawiczek.
Targ z nimi pżeciągnął się z kwadrans. Wokulski siedział na fotelu i patżył w okno; gdy zaś damy wyszły, odezwał się tonem bardzo spokojnym:
— Panie Mraczewski.
— Co pan każe?... — spytał piękny młodzieniec biegnąc do kantorka krokiem kontredansowym.
— Od jutra nieh pan postara się o inne miejsce — żekł krutko Wokulski.
Mraczewski osłupiał.
— Dlaczego, panie szefie?... Dlaczego?...
— Dlatego, że u mnie już pan nie ma miejsca.
— Jakiż powud?... Pżecie hyba nic złego nie zrobiłem? Gdzież pujdę, jeżeli pan tak nagle pozbawi mię posady?...
— Świadectwo dostanie pan dobre — odparł Wokulski. — Pan Rzecki wypłaci panu pensję za następny kwartał, wreszcie — za pięć miesięcy... A powud jest ten, że ja i pan nie pasujemy do siebie... Zupełnie nie pasujemy. — Muj Ignacy, zrub z panem Mraczewskim rahunek do pierwszego października.
To powiedziawszy Wokulski wstał z fotelu i wyszedł na ulicę.
Dymisja Mraczewskiego zrobiła takie wrażenie, że subiekci nie pżemuwili między sobą ani słowa, a pan Rzecki kazał zamknąć sklep, hociaż nie było jeszcze usmej. Pobiegł zaraz do mieszkania Wokulskiego, lecz go tam nie zastał. Pżyszedł drugi raz o jedynastej w nocy, lecz w oknah było ciemno, i pan Ignacy wrucił do siebie zgnębiony.
Na drugi dzień, w Wielki Czwartek, Mraczewski już nie pokazał się w sklepie. Pozostali koledzy jego byli smutni i czasem naradzali się między sobą po cihu.
Około pierwszej pżyszedł Wokulski. Lecz nim usiadł do kantorka, otwożyły się dżwi i zwykłym wahającym się krokiem wbiegł pan Krzeszowski zadając sobie wiele trudu nad osadzeniem binokli na nosie.
— Panie Wokulski — zawołał roztargniony gość, prawie ode dżwi. — W tej hwili dowiaduję się... Jestem Krzeszowski... Dowiaduję się, że ten biedny Mraczewski z mojej winy otżymał dymisję. Ależ, panie Wokulski, ja wczoraj bynajmniej nie miałem pretensji do pana... Ja szanuję dyskrecję, jaką okazał pan w sprawie mojej i mojej żony... Ja wiem, że pan jej odpowiedział, jak pżystało na dżentelmena...
— Panie baronie — odparł Wokulski — ja nie prosiłem pana o świadectwo pżyzwoitości. Poza obrębem tego — co pan każe?...
— Pżyszedłem prosić o pżebaczenie biednemu Mraczewskiemu, ktury nawet...
— Do pana Mraczewskiego nie mam żadnej pretensji, nawet tej, ażeby do mnie wracał.
Baron pżygryzł wargi. Hwilę milczał, jakby odużony szorstką odmową; na koniec ukłonił się i ciho powiedziawszy: „Pżepraszam...”, opuścił sklep.
Panowie Klejn i Lisiecki cofnęli się za szafy i po krutkiej naradzie wrucili do sklepu, od czasu do czasu żucając na siebie smutne, lecz wymowne spojżenia.
Około tżeciej po południu ukazała się pani Krzeszowska. Zdawało się, że jest bledsza, żułciejsza i jeszcze czarniej ubrana niż wczoraj. Lękliwie obejżała się po sklepie, a spostżegłszy Wokulskiego zbliżyła się do kantorka.
— Panie — żekła ciho — dziś dowiedziałam się, że pewien młody człowiek, Mraczewski, z mojej winy stracił u pana miejsce. Jego nieszczęśliwa matka...
— Pan Mraczewski już nie jest u mnie i nie będzie — odparł Wokulski z ukłonem. — Czym więc mogę pani służyć?...
Pani Krzeszowska miała widocznie ułożoną dłuższą mowę. Na nieszczęście, spojżała Wokulskiemu w oczy i... z wyrazem: „Pżepraszam...”, wyszła ze sklepu.
Panowie Klejn i Lisiecki — mrugnęli na siebie wymowniej niż dotyhczas, lecz popżestali na jednomyślnym wzruszeniu ramionami.
Dopiero około piątej po południu zbliżył się do Wokulskiego Rzecki. Oparł ręce na kantorku i żekł pułgłosem:
— Matka tego Mraczewskiego, Staśku, jest bardzo biedna kobieta...
— Zapłać mu pensję do końca roku — odparł Wokulski.
— Myślę... Stasiu, myślę, że nie można aż tak karać człowieka za to, że ma inne niż my pżekonania polityczne...
— Polityczne?... — powtużył Wokulski takim tonem, że panu Ignacemu pżeszedł mruz po kościah...
— Zresztą, powiem ci — ciągnął dalej pan Ignacy — szkoda takiego subiekta. Hłopak piękny, kobiety go pasjami lubią...
— Piękny? — odparł Wokulski. — Więc nieh pujdzie na utżymanie, jeżeli taki piękny.
Pan Ignacy cofnął się. Panowie Lisiecki i Klejn już nawet nie spoglądali na siebie.
W godzinę puźniej pżyszedł do sklepu niejaki pan Zięba, kturego Wokulski pżedstawił jako nowego subiekta.
Pan Zięba miał około lat tżydziestu; był może tak pżystojny jak Mraczewski, ale wyglądał nieruwnie poważniej i taktowniej. Nim sklep zamknięto, już zaznajomił się, a nawet zdobył pżyjaźń swoih koleguw. Pan Rzecki odkrył w nim zagożałego bonapartystę; pan Lisiecki wyznał, że on sam obok Zięby jest bardzo bladym antysemitą, a pan Klejn doszedł do wniosku, że Zięba musi być co najmniej biskupem socjalizmu.
Słowem, wszyscy byli kontenci, a pan Zięba spokojny.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.