Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Lalka

IV. Powrut

IV. Powrut

Jest niedziela, szkaradny dzień marcowy; zbliża się południe, lecz ulice Warszawy są prawie puste. Ludzie nie wyhodzą z domuw albo kryją się w bramah, albo skuleni uciekają pżed siekącym ih deszczem i śniegiem. Prawie nie słyhać turkotu dorożek, gdyż dorożki stoją. Dorożkaże opuściwszy kozioł whodzą pod budy swoih powozuw, a zmoczone deszczem i zasypane śniegiem konie wyglądają tak, jakby pragnęły shować się pod dyszel i nakryć własnymi uszami.

Pomimo, a może z powodu tak bżydkiego czasu pan Ignacy siedzący w swoim zakratowanym pokoju jest bardzo wesuł. Interesa sklepowe idą wybornie, wystawa w oknah na pżyszły tydzień już ułożona, a nade wszystko — lada dzień ma powrucić Wokulski. Nareszcie pan Ignacy zda komuś rahunki i ciężar kierowania sklepem, najdalej zaś za dwa miesiące wyjedzie sobie na wakacje. Po dwudziestu pięciu latah pracy — i jeszcze jakiej! — należy mu się ten wypoczynek. Będzie rozmyślał tylko o polityce, będzie hodził, będzie biegał i skakał po polah i lasah, będzie świstał, a nawet śpiewał jak za młodu. Gdyby nie te bule reumatyczne, kture zresztą na wsi ustąpią...

Więc hoć deszcz ze śniegiem bije w zakratowane okna, hoć pada tak gęsto, że w pokoju jest mrok, pan Ignacy ma wiosenny humor. Wydobywa spod łużka gitarę, dostraja ją i wziąwszy kilka akorduw, zaczyna śpiewać pżez nos pieśń bardzo romantyczną:

Wiosna się budzi w całej natuże 
Witana żewnym słowikuw pieniem; 
W zielonym gaju, ponad strumieniem, 
Kwitną pżeśliczne dwie ruże. 
 

Czarowne te dźwięki budzą śpiącego na kanapie pudla, ktury poczyna pżypatrywać się jedynym okiem swemu panu. Dźwięki te robią więcej, gdyż wywołują na podwużu jakiś ogromny cień, ktury staje w zakratowanym oknie i usiłuje zajżeć do wnętża izby, czym zwraca na siebie uwagę pana Ignacego.

„Tak, to musi być Paweł” — myśli pan Ignacy.

Ale Ir jest innego zdania, zeskakuje bowiem z kanapy i z niepokojem wąha dżwi, jakby czuł kogoś obcego.

Słyhać szmer w sieniah. Jakaś ręka poszukuje klamki, nareszcie otwierają się dżwi i na progu staje ktoś odziany w wielkie futro upstżone śniegiem i kroplami deszczu.

— Kto to? — pyta się pan Ignacy i na tważ występują mu silne rumieńce.

— Jużeś o mnie zapomniał, stary?... — ciho i powoli odpowiada gość.

Pan Ignacy miesza się coraz bardziej. Zasadza na nos binokle, kture mu spadają, potem wydobywa spod łużka trumienkowate pudło, śpiesznie howa gitarę i toż samo pudełko wraz z gitarą kładzie na swoim łużku.

Tymczasem gość zdjął wielkie futro i baranią czapkę, a jednooki Ir obwąhawszy go poczyna kręcić ogonem, łasić się i z radosnym skomleniem pżypadać mu do nug.

Pan Ignacy zbliża się do gościa wzruszony i zgarbiony więcej niż kiedykolwiek.

— Zdaje mi się... — muwi zacierając ręce — zdaje mi się, że mam pżyjemność...

Potem gościa prowadzi do okna mrugając powiekami.

— Staś... jak mi Bóg miły!...

Klepie go po wypukłej piersi, ściska za prawą i za lewą rękę, a nareszcie oparłszy na jego ostżyżonej głowie swoją dłoń wykonywa nią taki ruh, jakby mu hciał maść wetżeć w okolicę ciemienia.

— Ha! ha! ha! — śmieje się pan Ignacy. — Staś we własnej osobie... Staś z wojny!... Cuż to, dopiero teraz pżypomniałeś sobie, że masz sklep i pżyjaciuł? — dodaje, mocno udeżając go w łopatkę. — Nieh mię diabli wezmą, jeżeli nie jesteś podobny do żołnieża albo marynaża, ale nigdy do kupca... Pżez osiem miesięcy nie był w sklepie!... Co za pierś... co za łeb...

Gość także się śmiał. Objął Ignacego za szyję i po kilka razy gorąco ucałował go w oba policzki, kture stary subiekt kolejno nadstawiał mu, nie oddając jednak pocałunkuw.

— No i cuż słyhać, stary, u ciebie? — odezwał się gość. — Wyhudłeś, pobladłeś...

— Owszem, trohę nabieram ciała.

— Posiwiałeś... Jakże się masz?

— Wybornie. I w sklepie jest nieźle, trohę zwiększyły się nam obroty. W styczniu i lutym mieliśmy targu za dwadzieścia pięć tysięcy rubli... Staś kohany!... Osiem miesięcy nie było go w domu... Bagatela... Może siądziesz?

— Rozumie się — odpowiedział gość siadając na kanapie, na kturej wnet umieścił się Ir i oparł mu głowę na kolanah.

Pan Ignacy pżysunął sobie kżesło.

— Może co zjesz? Mam szynkę i trohę kawioru.

— Owszem.

— Może co wypijesz? Mam butelkę niezłego węgżyna, ale tylko jeden cały kieliszek.

— Będę pił szklanką — odparł gość.

Pan Ignacy zaczął dreptać po pokoju, kolejno otwierając szafę, kuferek i stolik.

Wydobył wino i shował je na powrut, potem rozłożył na stole szynkę i kilka bułek. Ręce i powieki drżały mu i sporo czasu upłynęło, nim o tyle się uspokoił, że zgromadził na jeden punkt popżednio wyliczone zapasy. Dopiero kieliszek wina pżywrucił mu silnie zahwianą ruwnowagę moralną.

Wokulski tymczasem jadł.

— No, cuż nowego? — żekł spokojniejszym tonem pan Ignacy trącając gościa w kolano.

— Domyślam się, że ci hodzi o politykę — odparł Wokulski. — Będzie pokuj.

— A po cuż zbroi się Austria?

— Zbroi się za sześćdziesiąt milionuw guldenuw?... Hce zabrać Bośnię i Hercegowinę.

Ignacemu rozszeżyły się źrenice.

— Austria hce zabrać?... — powtużył. — Za co?...

— Za co? — uśmiehnął się Wokulski. — Za to, że Turcja nie może jej tego zabronić.

— A cuż Anglia?

— Anglia także dostanie kompensatę.

— Na koszt Turcji?

— Rozumie się. Zawsze słabi ponoszą koszta zatarguw między silnymi.

— A sprawiedliwość? — zawołał Ignacy.

— Sprawiedliwym jest to, że silni mnożą się i rosną, a słabi giną. Inaczej świat stałby się domem inwaliduw, co dopiero byłoby niesprawiedliwością.

Ignacy posunął się z kżesłem.

— I ty to muwisz, Stasiu?... Na serio, bez żartuw?

Wokulski zwrucił na niego spokojne wejżenie.

— Ja muwię — odparł. — Cuż w tym dziwnego? Czyliż to samo prawo nie stosuje się do mnie, do ciebie, do nas wszystkih?... Za dużo płakałem nad sobą, ażebym się miał rozczulać nad Turcją.

Pan Ignacy spuścił oczy i umilkł. Wokulski jadł.

— No, a jakże tobie poszło? — zapytał Rzecki już zwykłym tonem.

Wokulskiemu błysnęły oczy. Położył bułkę i oparł się o poręcz kanapy.

— Pamiętasz — żekł — ile wziąłem pieniędzy, gdym stąd wyjeżdżał?

— Tżydzieści tysięcy rubli, całą gotuwkę.

— A jak ci się zdaje: ile pżywiozłem?

— Pięćdzie... ze czterdzieści tysięcy... Zgadłem?... — pytał Rzecki, niepewnie patżąc na niego.

Wokulski nalał szklankę wina i wypił ją powoli.

— Dwieście pięćdziesiąt tysięcy rubli, z tego dużą część w złocie — żekł dobitnie. — A ponieważ kazałem zakupić banknoty, kture po zawarciu pokoju spżedam, więc będę miał pżeszło tżysta tysięcy rubli...

Rzecki pohylił się ku niemu i otwożył usta.

— Nie buj się — ciągnął Wokulski. — Grosz ten zarobiłem uczciwie, nawet ciężko, bardzo ciężko. Cały sekret polega na tym, żem miał bogatego wspulnika i że kontentowałem się cztery i pięć razy mniejszym zyskiem niż inni. Toteż muj kapitał ciągle wzrastający był w ciągłym ruhu. — No — dodał po hwili — miałem też szalone szczęście... Jak gracz, kturemu dziesięć razy z żędu wyhodzi ten sam numer w rulecie. Gruba gra?... prawie co miesiąc stawiałem cały majątek, a co dzień życie.

— I tylko po to jeździłeś tam? — zapytał Ignacy.

Wokulski drwiąco spojżał na niego.

— Czy hciałeś, ażebym został tureckim Wallenrodem?...

— Narażać się dla majątku, gdy się ma spokojny kawałek hleba!... — mruknął pan Ignacy kiwając głową i podnosząc brwi.

Wokulski zadrżał z gniewu i zerwał się z kanapy.

— Ten spokojny hleb — muwił zaciskając pięści — dławił mnie i dusił pżez lat sześć!... Czy już nie pamiętasz, ile razy na dzień pżypominano mi dwa pokolenia Minclów albo anielską dobroć mojej żony? Czy był kto z dalszyh i bliższyh znajomyh, wyjąwszy ciebie, ktury by mię nie dręczył słowem, ruhem, a hoćby spojżeniem? Ileż to razy muwiono o mnie i prawie do mnie, że karmię się z fartuha żony, że wszystko zawdzięczam pracy Minclów, a nic, ale to nic — własnej energii, hoć pżecie ja podźwignąłem ten kramik, zdwoiłem jego dohody...

Mincle i zawsze Mincle!... Dziś nieh mnie poruwnają z Minclami. Sam jeden pżez puł roku zarobiłem dziesięć razy więcej aniżeli dwa pokolenia Minclów pżez puł wieku. Na zdobycie tego, com ja zdobył pomiędzy kulą, nożem i tyfusem, tysiąc Minclów musiałoby się pocić w swoih sklepikah i szlafmycah. Teraz już wiem, ilu jestem wart Minclów, i jak mi Bóg miły, dla podobnego rezultatu drugi raz powtużyłbym moją grę! Wolę obawiać się bankructwa i śmierci aniżeli wdzięczyć się do tyh, ktuży kupią u mnie parasol, albo padać do nug tym, ktuży w moim sklepie raczą zaopatrywać się w waterklozety...

— Zawsze ten sam! — szepnął Ignacy.

Wokulski ohłonął. Oparł się na ramieniu Ignacego i zaglądając mu w oczy żekł łagodnie:

— Nie gniewasz się, stary?

— Czego? Albo nie wiem, że wilk nie będzie pilnował baranuw... Naturalnie...

— Cuż u was słyhać? — powiedz mi.

— Akurat tyle, co pisałem ci w raportah. Interesa dobże idą, towaruw pżybyło, a jeszcze więcej zamuwień. Tżeba jednego subiekta.

— Weźmiemy dwu, sklep rozszeżymy, będzie wspaniały.

— Bagatela!

Wokulski spojżał na niego z boku i uśmiehnął się widząc, że stary odzyskuje dobry humor.

— Ale co w mieście słyhać? W sklepie, dopuki ty w nim jesteś, musi być dobże.

— W mieście...

— Z dawnyh kundmanuw nie ubył kto? — pżerwał mu Wokulski, coraz szybciej hodząc po pokoju.

— Nikt! Pżybyli nowi.

— A... a...

Wokulski stanął jakby wahając się. Nalał znowu szklankę wina i wypił duszkiem.

— A Łęcki kupuje u nas?...

— Częściej bieże na rahunek.

— Więc bieże... — Tu Wokulski odethnął. — Jakże on stoi?

— Zdaje się, że to skończony bankrut i bodajże w tym roku zlicytują mu nareszcie kamienicę.

Wokulski pohylił się nad kanapą i zaczął bawić się z Irem.

— Proszę cię... A panna Łęcka nie wyszła za mąż?

— Nie.

— A nie wyhodzi?...

— Bardzo wątpię. Kto dziś ożeni się z panną mającą wielkie wymagania, a żadnego posagu? Zestażeje się, hoć ładna. Naturalnie...

Wokulski wyprostował się i pżeciągnął. Jego surowa tważ nabrała dziwnie żewnego wyrazu.

— Muj kohany stary! — muwił biorąc Ignacego za rękę — muj poczciwy stary pżyjacielu! Ty nawet nie domyślasz się, jakim ja szczęśliwy, że cię widzę, i jeszcze w tym pokoju. Pamiętasz, ilem ja tu spędził wieczoruw i nocy... jak mnie karmiłeś... jak oddawałeś mi co lepsze odzienie... Pamiętasz?...

Rzecki uważnie spojżał na niego i pomyślał, że wino musi być dobre, skoro aż tak rozwiązało usta Wokulskiemu.

Wokulski usiadł na kanapie i oparłszy głowę o ścianę muwił jakby do siebie:

— Nie masz pojęcia, co ja wycierpiałem, oddalony od wszystkih, niepewny, czy już kogo zobaczę, tak strasznie samotny. Bo widzisz, najgorszą samotnością nie jest ta, ktura otacza człowieka, ale ta pustka w nim samym, kiedy z kraju nie wyniusł ani cieplejszego spojżenia, ani serdecznego słuwka, ani nawet iskry nadziei...

Pan Ignacy poruszył się na kżeśle z zamiarem protestu.

— Pozwul sobie pżypomnieć — odezwał się — że z początku pisywałem listy bardzo życzliwe, owszem, może nawet za sentymentalne. Zraziły mnie dopiero twoje krutkie odpowiedzi.

— Alboż ja do ciebie mam żal?...

— Tym mniej możesz go mieć do innyh pracownikuw, ktuży nie znają cię tak jak ja.

Wokulski ocknął się.

— Ależ ja do żadnego z nih nie mam pretensji. Może — odrobinę — do ciebie, żeś tak mało pisał o... mieście... W dodatku bardzo często ginął „Kurier” na poczcie, robiły się luki w wiadomościah, a wtedy męczyły mnie najgorsze pżeczucia.

— Z jakiej racji? Wszakże u nas nie było wojny — odparł ze zdziwieniem pan Ignacy.

— Ah tak!... Nawet dobże bawiliście się. Pamiętam, w grudniu mieliście świetne żywe obrazy. Kto to w nih występował?...

— No, ja na takie głupstwa nie hodzę.

— To prawda. A ja tego dnia dałbym — bodaj — dziesięć tysięcy rubli, ażeby je zobaczyć. Głupstwo jeszcze większe!... Czy nie tak?...

— Zapewne — hociaż dużo tu tłomaczy samotność, nudy...

— A może tęsknota — pżerwał Wokulski. — Zjadała mi ona każdą hwilę wolną od pracy, każdą godzinę odpoczynku. Nalej mi wina, Ignacy.

Wypił, zaczął znowu hodzić po pokoju i muwić pżyciszonym głosem:

— Pierwszy raz spadło to na mnie w czasie pżeprawy pżez Dunaj trwającej od wieczora do nocy. Płynąłem sam i Cygan pżewoźnik. Nie mogąc rozmawiać pżypatrywałem się okolicy. Były w tym miejscu piaszczyste bżegi, jak u nas. I dżewa podobne do naszyh wieżb, wzguża porośnięte leszczyną i kępy lasuw sosnowyh. Pżez hwilę zdawało mi się, że jestem w kraju, i że nim noc zapadnie, znowu was zobaczę. Noc zapadła, ale jednocześnie zniknęły mi z oczu bżegi. Byłem sam na ogromnej smudze wody, w kturej odbijały się nikłe gwiazdy.

Wuwczas pżyszło mi na myśl, że tak daleko jestem od domu, że dziś ostatnim między mną i wami łącznikiem są tylko te gwiazdy, że w tej hwili u was może nikt nie patży na nie, nikt o mnie nie pamięta, nikt!... Uczułem jakby wewnętżne rozdarcie i wtedy dopiero pżekonałem się, jak głęboką mam ranę w duszy.

— Prawda, że nigdy nie interesowały mnie gwiazdy — szepnął pan Ignacy.

— Od tego dnia uległem dziwnej horobie — muwił Wokulski. — Dopuki rozpisywałem listy, robiłem rahunki, odbierałem towary, rozsyłałem moih ajentuw, dopukim bodaj dźwigał i wyładowywał zepsute wozy albo czuwał nad skradającym się grabieżcą, miałem względny spokuj. Ale gdym oderwał się od interesuw, a nawet gdym na hwilę złożył piuro, czułem bul, jakby mi — czy ty rozumiesz, Ignacy? — jakby mi ziarno piasku wpadło do serca. Bywało, hodzę, jem, rozmawiam, myślę pżytomnie, rozpatruję się w pięknej okolicy, nawet śmieję się i jestem wesuł, a mimo to czuję jakieś tępe ukłucie, jakiś drobny niepokuj, jakąś nieskończenie małą obawę.

Ten stan hroniczny, męczący nad wszelki wyraz, lada okoliczność rozdmuhiwała w bużę. Dżewo znajomej formy, jakiś obdarty pagurek, kolor obłoku, pżelot ptaka, nawet powiew wiatru bez żadnego zresztą powodu budził we mnie tak szaloną rozpacz, że uciekałem od ludzi. Szukałem ustroni tak pustej, gdzie bym mugł upaść na ziemię i nie podsłuhany pżez nikogo, wyć z bulu jak pies.

Czasami w tej ucieczce pżed samym sobą doganiała mnie noc. Wtedy spoza kżakuw, zwalonyh pni i rozpadlin wyhodziły napżeciw mnie jakieś szare cienie i smutnie kiwały głowami o wyblakłyh oczah. A wszystkie szelesty liści, daleki turkot wozuw, szmery wud zlewały się w jeden głos żałosny, ktury mnie pytał: „Pżehodniu nasz, ah! co się z tobą stało?...”

Ah, co się ze mną stało...

— Nic nie rozumiem — pżerwał Ignacy. — Cuż to za szał?

— Co?... Tęsknota

— Za czym?

Wokulski drgnął.

— Za czym? No... za wszystkim... za krajem...

— Dlaczegożeś nie wracał?

— A cuż by mi dał powrut?... Zresztą — nie mogłem.

— Nie mogłeś? — powtużył Ignacy.

— Nie mogłem... i basta! Nie miałem po co wracać — odparł niecierpliwie Wokulski. — Umżeć tu czy tam, wszystko jedno... daj mi wina — zakończył nagle, wyciągając rękę.

Rzecki spojżał w jego rozgorączkowaną tważ i odsunął butelkę.

— Daj pokuj — żekł — już i tak jesteś rozdrażniony...

— Dlatego hcę pić...

— Dlatego nie powinieneś pić — pżerwał Ignacy. — Za wiele muwisz... może więcej, aniżelibyś hciał — dodał z naciskiem.

Wokulski cofnął się. Zastanowił się i odparł potżąsając głową:

— Mylisz się.

— Zaraz ci dowiodę — odpowiedział Ignacy pżyciszonym głosem. — Ty nie jeździłeś tam wyłącznie dla zrobienia pieniędzy...

— Zapewne — żekł Wokulski po namyśle.

— Bo i na co tżysta tysięcy rubli tobie, kturemu wystarczało tysiąc na rok?...

— To prawda.

Rzecki zbliżył swoje usta do jego uha.

— Jeszcze ci powiem, że pieniędzy tyh nie pżywiozłeś dla siebie...

— Kto wie, czyś nie zgadł.

— Zgaduję więcej, aniżeli myślisz...

Wokulski nagle roześmiał się.

— Aha, więc tak sądzisz? — zawołał. — Upewniam cię, że nic nie wiesz, stary mażycielu.

— Boję się twojej tżeźwości, pod wpływem kturej gadasz jak wariat. Rozumiesz mnie, Stasiu?...

Wokulski wciąż się śmiał.

— Masz rację, nie pżywykłem pić i wino udeżyło mi do głowy. Ale — już zebrałem zmysły. Powiem ci tylko, że mylisz się gruntownie. A teraz, ażeby ocalić mnie od zupełnego upicia, wypij sam — za pomyślność moih zamiaruw.

Ignacy nalał kieliszek i mocno ściskając rękę Wokulskiemu, żekł:

— Za pomyślność wielkih zamiaruw...

— Wielkih dla mnie, ale w żeczywistości bardzo skromnyh.

— Nieh i tak będzie — muwił Ignacy. — Jestem tak stary, że mi wygodniej nic nie wiedzieć; jestem już nawet tak stary, że pragnę tylko jednej żeczy — pięknej śmierci. Daj mi słowo, że gdy pżyjdzie czas, zawiadomisz mnie...

— Tak, gdy pżyjdzie czas, będziesz moim swatem.

— Już byłem i nieszczęśliwie... — żekł Ignacy.

— Z wdową pżed siedmioma laty?

— Pżed piętnastoma.

— Znowu swoje — roześmiał się Wokulski. — Zawsze ten sam!

— I tyś ten sam. Za pomyślność twoih zamiaruw... Jakiekolwiek są, wiem jedno, że muszą być godne ciebie. A teraz — milczę...

To powiedziawszy Ignacy wypił wino, a kieliszek żucił na ziemię. Szkło rozbiło się z bżękiem, ktury obudził Ira.

— Hodźmy do sklepu — żekł Ignacy. — Bywają rozmowy, po kturyh dobże jest muwić o interesah.

Wydobył ze stolika klucz i wyszli. W sieni wionął na nih mokry śnieg. Rzecki otwożył dżwi sklepu i zapalił kilka lamp.

— Co za towary! — zawołał Wokulski. — Hyba wszystko nowe?

— Prawie. Hcesz zobaczyć?... Tu jest porcelana. Zwracam ci uwagę...

— Puźniej... Daj mi księgę.

— Dohoduw?...

— Nie, dłużnikuw.

Rzecki otwożył biurko, wydobył księgę i podsunął fotel. Wokulski usiadł i żuciwszy okiem na listę, wyszukał w niej jedno nazwisko.

— Sto czterdzieści rubli — muwił czytając. — No, to wcale niedużo...

— Ktuż to? — zapytał Ignacy. — A... Łęcki...

— Panna Łęcka ma także otwarty kredyt... bardzo dobże — ciągnął Wokulski zbliżywszy tważ do księgi, jakby w niej pismo było niewyraźne. — A... a... Onegdaj wzięła portmonetkę... Tży ruble?... to hyba za drogo...

— Wcale nie — wtrącił Ignacy. — Portmonetka doskonała, sam ją wybierałem.

— Z kturyhże to? — spytał niedbale Wokulski i zamknął księgę.

— Z tej gablotki. Widzisz, jakie to cacka.

— Musiała jednak dużo między nimi pżeżucić... Jest podobno wymagająca...

— Wcale nie pżeżucała, dlaczego miałaby pżeżucać? — odparł Ignacy. — Obejżała tę...

— Tę?...

— A hciała wziąć tę...

— Ah, tę... — szepnął Wokulski biorąc do ręki portmonetkę.

— Ale ja poradziłem jej inną, w tym guście...

— Wiesz co, że to jednak jest ładny wyrub.

— Tamta, kturą ja wybrałem, była jeszcze ładniejsza.

— Ta bardzo mi się podoba. Wiesz... ja ją wezmę, bo moja już na nic...

— Czekaj, znajdę ci lepszą — zawołał Rzecki.

— Wszystko jedno. Pokaż inne towary, może jeszcze co mi się pżyda.

— Spinki masz?... Krawat, kalosze, parasol...

— Daj mi parasol, no... i krawat. Sam wybież. Będę dziś jedynym gościem i w dodatku zapłacę gotuwką.

— Bardzo dobry zwyczaj — odparł uradowany Rzecki. Prędko wydobył krawat z szuflady i parasol z okna i podał je ze śmiehem Wokulskiemu. — Po strąceniu rabatu — dodał — jako handlujący, zapłacisz siedem rubli. Pyszny parasol... Bagatela...

— To już wrucimy do ciebie — żekł Wokulski.

— Nie obejżysz sklepu? — spytał Ignacy.

— Ah, co mnie to ob...

— Nie obhodzi cię twuj własny sklep, taki piękny sklep?... — zdziwił się Ignacy.

— Gdzież znowu, czy możesz pżypuszczać... Ale jestem trohę zmęczony.

— Słusznie — odparł Rzecki. — Co racja, to racja. Więc idźmy.

Pozakręcał lampy i, pżepuściwszy Wokulskiego, zamknął sklep. W sieni znowu spotkał ih mokry śnieg i Paweł niosący obiad.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Bolesław Prus, „Lalka”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)