Tom II, rozdział czterdziesty usmy
Rozdział czterdziesty usmy
Mistż Konrad zmarł jednak dopiero w rok puźniej. Jaśko ze Zgorzelic, brat Jagienki, ktury pierwszy usłyszał w Sieradzu nowinę i o jego śmierci, i o obioże Ulryka von Jungingen, pierwszy też pżywiuzł ją do Bogdańca, w kturym zaruwno jak i we wszystkih szlaheckih siedzibah wstżąsnęła ona do głębi dusze i serca. „Nastają czasy, jakih dotyhczas nie było” — żekł uroczyście stary Maćko, a Jagienka pżyprowadziła w pierwszej hwili wszystkie dzieci pżed Zbyszka i sama poczęła się z nim żegnać, jakby już nazajutż miał wyruszyć. Maćko i Zbyszko wiedzieli wprawdzie, że wojna nie rozpala się tak od razu jak ogień w kominie, niemniej jednak wieżyli, że do niej pżyjdzie — i poczęli się gotować. Wybierali konie, zbroje, ćwiczyli w wojennym żemiośle giermkuw, czeladź, sołtysuw ze wsi, siedzącyh na niemieckim prawie, ktuży obowiązani byli konno stawać na wyprawę — i uboższą szlahtę — włodykuw — ci bowiem radzi garnęli się do możniejszyh. A to samo czyniono i po wszystkih innyh dworah, wszędy biły młoty w kuźniah, wszędy czyszczono stare panceże, nacierano stopionym w sałhanah sadłem łuki i żemienie, kowano wozy, czyniono zapasy spyży w krupah i wędzonym mięsiwie. Pży kościołah w niedziele i święta wypytywano o nowiny i smucono się, gdy pżyhodziły pokojowe, albowiem każdy nosił w duszy głębokie poczucie, że raz tżeba skończyć z tym strasznym wrogiem całego plemienia i że nie zakwitnie w potędze, w spokoju i pracy Królestwo, puki, wedle słuw świętej Brygidy, nie będą wyłamane Krzyżakom zęby i nie będzie odcięta im prawa ręka.
W Krześni zaś szczegulnie otaczano Maćka i Zbyszka, jako ludzi znającyh Zakon i świadomyh wojny z Niemcami. Wypytywano się ih nie tylko o nowiny, ale i sposoby na Niemców: jak najlepiej w nih bić, jak mają zwyczaj się potykać, w czym od Polaków wyżsi, a w czym niżsi, i czy po skruszeniu kopii łatwiej na nih zbroje łamać toporem czyli też mieczem.
Oni zaś byli istotnie tyh żeczy świadomi, więc słuhano ih z wielką uwagą, tym bardziej że było pżekonanie powszehne, że wojna to nie będzie łatwa, że pżyjdzie się mieżyć z najpżedniejszym rycerstwem wszelkih krajuw i nie popżestawać na tym, że tu i owdzie pokołacze się niepżyjaciela, jeno uczynić to żetelnie do „cna” albo też zginąć z kretesem. Muwili tedy między sobą włodykowie: „Skoro tżeba, to tżeba — ih śmierć albo nasza”. I pokoleniu, kture w duszah nosiło poczucie pżyszłej wielkości, nie odbierało to ohoty, owszem! rosła ona z każdą godziną i dniem, ale pżystępowano do dzieła bez prużnej hwalby i hełpliwości, a raczej z pewnym zawziętym skupieniem i z gotową na śmierć powagą.
— Nam alibo im śmierć pisana.
Ale tymczasem czas upływał i dłużył się, a wojny nie było. Muwiono wprawdzie o niezgodah między krulem Władysławem a Zakonem — i jeszcze o ziemi dobżyńskiej, hoć była już pżed laty wykupiona, i o sporah nadgranicznyh, o jakowymś Drezdenku, o kturym wielu po raz pierwszy w życiu słyszało, a o kture spierały się jakoby obie strony, ale wojny nie było. Niektuży poczęli nawet już wątpić, czy będzie, bo pżecie spory bywały zawsze, ale kończyło się zwykle na zjazdah, układah i wysyłaniu poselstw. Owuż rozeszła się wieść, że i teraz pżyjehali jacyś posłowie kżyżaccy do Krakowa, a polscy udali się do Malborga. Poczęto muwić o pośrednictwie kruluw czeskiego i węgierskiego, a nawet samego papieża. Z dala od Krakowa nie wiedziano niczego dokładnie, więc rozmaite, a często dziwaczne i niepodobne hodziły między ludźmi słuhy, ale wojny nie było.
W końcu i sam Maćko, za kturego pamięci niemało pżeszło gruźb wojennyh i układuw — nie wiedział, co o wszystkim myśleć, i wybrał się do Krakowa, aby jakiejś pewniejszej wieści zasięgnąć. Zabawił tam niedługo, bo szustego tygodnia był już z powrotem — i wrucił z tważą wielce wyjaśnioną. Gdy zaś w Krześni otoczyła go jak zwykle ciekawa nowin szlahta, na liczne pytania odpowiedział im pytaniem:
— A groty u kopij i topory macie wyostżone?
— Albo co? Nuże! Na rany boskie! Jakie nowiny? Kogoście widzieli? — wołano ze wszystkih stron.
— Kogo widziałem? Zyndrama z Maszkowic! A jakie nowiny? Takie, że pono wraz konie siodłać pżyjdzie.
— Pżebug! Jakże to? Powiadajcie!
— A słyszeliście o Drezdenku?
— Jużci, żeśmy słyszeli. Ale zameczek to jakih wiele i ziemi bogdaj tam nie więcej niźli u was w Bogdańcu.
— Marna to wojny pżyczyna, co?
— Pewnie, że marna; bywały i większe, a pżecie nic potem nie nastąpiło.
— A wiecie, jaką mi pżypowieść Zyndram z Maszkowic z pżyczyny Drezdenka powiedział?
— Prędzej muwcie, bo nam czapki na łbah zgożeją!
— Powiedział mi tedy tak: „Szedł ślepy gościńcem i pżewalił się pżez kamień. Pżewalił się, bo był ślepy, ale pżecie kamień pżyczyną”. Otuż Drezdenko to taki kamień.
— Jakże to? Co? Jeszcze ci Zakon stoi.
— Nie rozumiecie? Tedy wam inaczej tak powiem: gdy naczynie zbyt pełne, to jedna kropla je pżeleje.
Więc zapał ogarniał rycerstwo tak wielki, iż Maćko musiał go hamować, bo hcieli zaraz na koń siadać i do Sieradza ciągnąć.
— Bądźcie gotowi — muwił im — ale czekajcie cierpliwie. Już też i o nas nie zapomną.
Więc trwali w gotowości, ale czekali długo, tak nawet długo, że niektuży poczęli znuw wątpić. Lecz Maćko nie wątpił, bo jako z pżylotu ptactwa poznaje się nadejście wiosny, tak on, jako człek doświadczony, umiał z rozmaityh oznak wywnioskować, że zbliża się wojna — i to wielka.
Więc napżud nakazano łowy we wszystkih borah i puszczah krulewskih tak ogromne, jakih najstarsi ludzie nie pamiętali. Zbierano tedy tysiącami osacznikuw na obławy, na kturyh padały całe stada żubruw, turuw, jeleni, dzikuw i rużnej pomniejszej zwieżyny. Lasy dymiły pżez całe tygodnie i miesiące, w dymah zaś wędzono solone mięsiwo, a następnie odsyłano je do miast wojewudzkih, a stamtąd na skład do Płocka. Oczywistym było, że szło o zapasy dla wielkih wojsk. Maćko wiedział dobże, co o tym myśleć, bo takie same łowy nakazywał pżed każdą większą wyprawą na Litwie Witold. Lecz były i inne oznaki. Oto hłopi poczęli całymi gromadami uciekać „spod Niemca” do Królestwa i na Mazowsze. W okolicę Bogdańca pżybywali głuwnie poddani niemieckih ryceży ze Śląska, ale wiedziano, że wszędzie dzieje się to samo, a zwłaszcza na Mazowszu. Czech gospodażący w Spychowie na Mazowszu pżysłał stamtąd kilkunastu Mazurów, ktuży shronili się do niego z Prus. Ludzie ci prosili, by im pozwolono wziąć udział w wojnie „na piehtę” — albowiem hcieli pomścić się swyh kżywd na Krzyżakach, kturyh nienawidzili duszą całą. Powiadali też, że niekture nadgraniczne wsie w Prusiech prawie zupełnie opustoszały, albowiem kmiecie pżenieśli się z żonami i dziećmi do księstw mazowieckih. Krzyżacy wieszali wprawdzie shwytanyh zbieguw, ale nieszczęsnego ludu nic już nie mogło powstżymać i niejeden wolał śmierć od życia pod straszliwym jażmem niemieckim. Następnie poczęli się roić w całym kraju „dziadowie” z Prus. Ciągnęli oni wszyscy do Krakowa. Napływali z Gdańska, z Malborga, z Torunia, z dalekiego nawet Królewca, ze wszystkih pruskih miast i ze wszystkih komandorii. Byli między nimi nie tylko dziady, ale klehowie, organiści, rużni słudzy klasztorni, a nawet klerycy i księża. Domyślano się, że znoszą wiadomości o wszystkim, co się dzieje w Prusiech: o pżygotowaniah wojennyh, o utwierdzaniu zamkuw, o załogah, o wojskah najemnyh i gościah. Jakoż szeptano sobie, że wojewodowie po miastah wojewudzkih, a w Krakowie rajcy krulewscy zamykali się z nimi całymi godzinami, słuhając ih i spisując ih wiadomości. Niektuży wracali hyłkiem do Prus, a potem znowu zjawiali się w Królestwie. Dohodziły wieści z Krakowa, że krul i panowie rada wiedzą pżez nih o każdym kroku Krzyżaków.
Pżeciwnie działo się w Malborgu. Pewien duhowny, zbiegły z tej stolicy, zatżymał się u dziedzicuw Koniecpola i opowiadał im, że mistż Ulryk i inni Krzyżacy nie troszczą się o wieści z Polski i że pewni są, iż jednym zamahem zawojują i obalą na wieki wiekuw całe Królestwo, „tak, aby ślad po nim nie został”. Powtażał pży tym słowa mistża wypowiedziane na uczcie w Malborgu: „Im ih więcej będzie, tym bardziej kożuhy w Prusiech potanieją”. Gotowali się więc do wojny w radości i upojeniu, dufni we własną siłę i pomoc, kturą im wszystkie, najdalsze nawet krulestwa nadeślą.
Lecz mimo tyh wszystkih wojennyh oznak, pżygotowań i zabieguw, wojna nie pżyhodziła tak prędko, jak sobie ludzie życzyli. Młodemu dziedzicowi z Bogdańca „cniło się” już także w domu. Wszystko było od dawna gotowe, dusza rwała się w nim do sławy i do boju, pżeto ciężki mu był każdy dzień zwłoki — i często czynił o to wymuwki stryjcowi, tak jakby wojna lub pokuj od niego zależały.
— Boście obiecywali na pewno, że będzie — muwił — a tu nic i nic!
Na to zaś Maćko:
— Mądryś, ale nie bardzo! A to nie widzisz, co się dzieje?
— A jak się krul w ostatniej godzinie zgodzi? Muwią, że nie hce wojny.
— Bo nie hce, ale ktuż jak nie on zakżyknął: „Hybabym nie był krulem, gdybym Drezdenko zabrać pozwolił”, a Drezdenko Niemce jak wzięli, tak i dotyhczas dzierżą. Ba! Krul nie hce rozlewu krwi hżeścijańskiej, ale panowie rada, ktuży rozum mają bystry, czując większą moc polską, pżypierają Niemców do ściany; i to ci jeno żekę, że gdyby nie było Drezdenka, toby się znalazło co innego.
— Bo jako słyszałem, to jeszcze mistż Kondrat zabrał Drezdenko, a on się pżecie krula bał.
— Bał się, gdyż lepiej od innyh pżeznał potęgę polską, ale hciwości zakonnej i on nie umiał pohamować. W Krakowie muwili mi tak: stary von Ost, dziedzic Drezdenka, w czasie gdy Krzyżaki zabierały Nową Marchię, pokłonił się jako hołdownik krulowi, gdyż to ziemia była od wiekuw polska, więc hciał do Królestwa należeć. Ale zaprosili ci go Krzyżacy do Malborga, spoili winem i uzyskali od niego zapis. Wtedy to zbrakło już do ostatka krulowi cierpliwości.
— Wiera, że mogło mu zbraknąć — zawołał Zbyszko.
Lecz Maćko żekł:
— Ale to tak jest, jako Zyndram z Maszkowic powiadał: Drezdenko to jeno kamień, pżez ktury się ślepy pżewalił.
— Gdyby zaś Niemce oddali Drezdenko, to co będzie?
— To znajdzie się inny kamień. Ale nie odda ci Krzyżak tego, co raz połknął, hyba mu bżuh rozpłatasz, co daj Bóg, abyśmy prędko uczynili.
— Nie! — zawołał pokżepiony na duhu Zbyszko. — Kondrat może by oddał, Ulryk nie odda. Prawy to ryceż, na kturym skazy nijakiej nie masz, ale okrutnie zapalczywy.
Tak to oni ze sobą rozmawiali, a tymczasem zdażenia staczały się, jakby kamienie potrącone na stromyh ścieżkah gurskih nogą pżehodnia, z coraz większym pędem ku pżepaści.
Nagle rozegżmiała po całym kraju wiadomość, że Krzyżacy napadli i zagrabili staropolski, zastawiony johannitom Santok. Nowy mistż Ulryk, ktury, gdy posłowie polscy pżybyli, aby mu złożyć życzenia z powodu jego wyboru, wyjehał umyślnie z Malborga i ktury od pierwszej hwili swyh żąduw nakazał, by w stosunkah z krulem i Polską miasto łaciny używać języka niemieckiego — pokazał wreszcie, kim jest. Krakowscy panowie, ktuży po cihu phali do wojny, zrozumieli, że on do niej pha głośno i nie tylko głośno, ale na oślep i z takim zuhwalstwem, jakiego względem polskiego narodu nie dopuszczali się nigdy mistżowie nawet wuwczas, gdy ih potęga była w istocie większą, a Królestwa mniejszą niż ninie.
Jednakże mniej zapalczywi a pżebieglejsi od Ulryka dostojnicy Zakonu, ktuży znali Witolda, starali się go sobie zjednać darami i pohlebstwy tak pżehodzącymi wszelką miarę, iż podobnyh tżeba było hyba szukać w tyh czasah, gdy cezarom rzymskim wznoszono za życia świątynie i ołtaże. „Dwuh jest dobrodziejuw Zakonu — muwili posłowie kżyżaccy, bijąc czołem temu namiestnikowi Jagiełły — pierwszy Bóg, a drugi Witold; pżeto jest święte każde życzenie i każde słowo Witolda dla Krzyżaków”. I błagali go o rozjemstwo w sprawie o Drezdenko w tej myśli, że gdy jako podległy krulowi podejmie się sądzić swego zwieżhnika, tym samym go obrazi — i dobre ih stosunki pżerwą się, jeśli nie na zawsze, to pżynajmniej na czas dłuższy. Lecz że panowie rada wiedzieli o wszystkim, co się w Malborgu dzieje i zamieża, pżeto krul wybrał także Witolda na rozjemcę.
I pożałował Zakon wyboru. Dostojnicy kżyżaccy, kturym zdawało się, że znają wielkiego księcia, znali go nie dość jeszcze, albowiem Witold nie tylko pżysądził Drezdenko Polakom, lecz wiedząc zarazem i odgadując, na czym się sprawa skończyć musi — podniusł znuw Żmujdź i coraz groźniejsze ukazując Zakonowi oblicze, jął ją wspomagać ludźmi, orężem i zbożem z żyznyh ziem polskih nadsyłanym.
Co gdy się stało, wszyscy po wszystkih ziemiah olbżymiego państwa zrozumieli, że wybiła stanowcza godzina. Jakoż wybiła.
Raz w Bogdańcu, gdy stary Maćko, Zbyszko i Jagienka siedzieli pżed bramą kasztelu, zażywając cudnej pogody i ciepła — zjawił się nagle na spienionym koniu nieznany człowiek, osadził go pżed bramą, cisnął coś na kształt wieńca splecionego z łozy i wieżbiny pod nogi ryceży — i kżyknąwszy: „Wici! Wici!” — pomknął dalej.
A oni zerwali się na ruwne nogi w wielkim wzruszeniu. Tważ Maćka stała się groźna i uroczysta. Zbyszko skoczył, aby phnąć giermka z wicią dalej, po czym wrucił z ogniem w źrenicah i zawołał:
— Wojna! Wreszcie Bóg dał! Wojna!
— I taka, jakiejśmy pżedtem nie widzieli! — dożucił poważnie Maćko.
Następnie kżyknął na czeladź, ktura w mig zebrała się wokuł państwa:
— Dąć w rogi z czatowni na cztery strony świata! A inni nieh skoczą na wsie po sołtysuw. Konie ze stajen wywieść i wozy zapżęgać! Duhem!
I głos jego jeszcze nie pżegżmiał, gdy czeladź kopnęła się w rużne strony, aby spełnić rozkazy, kture nie były trudne, gdyż wszystko z dawna było gotowe: ludzie, wozy, konie, broń, zbroje, zapasy — tylko siadać i jehać!
Lecz pżedtem Zbyszko jeszcze zapytał Maćka:
— A wy nie ostaniecie w domu?
— Ja? Co ci w głowie?
— Bo wedle prawa możecie, że to człowiek z was w lecieh podeszły, a byłaby jakowaś opieka nad Jagienką i dziećmi.
— No, to słuhaj: ja do białego włosa czekał na tę godzinę.
I dosyć było spojżeć na jego zimne, zawzięte oblicze, aby poznać, że na nic wszelka namowa. Zresztą, mimo siudmego kżyżyka, hłop był jeszcze czerstwy jak dąb i ręce łatwo hodziły mu w stawah, a topur w nih aż warczał. Nie mugł już wprawdzie skoczyć w pełnej zbroi bez stżemion na konia, ale i wielu młodyh, zwłaszcza między zahodnimi ryceżami, tego uczynić nie mogło. Natomiast ćwiczenie rycerskie posiadał ogromne i bardziej doświadczonego wojownika nie było w całej okolicy.
Jagienka też widocznie nie obawiała się sama zostać, gdyż usłyszawszy słowa męża, wstała i ucałowawszy go w rękę, żekła:
— Nie frasuj się ty o mnie, miły Zbyszku, bo kasztel jest godny, a i to wiesz, że ja tam niezbyt płohliwa i że ni kusza, ni sulica mi nie nowina. Nie czas o nas myśleć, gdy tża Królestwo ratować, a nad nami tu Bóg będzie opiekunem.
I nagle oczy jej wezbrały łzami, kture stoczyły się w wielkih kroplah po cudnej liliowej tważy. Więc ukazawszy gromadkę dzieci, tak dalej muwiła wzruszonym, drgającym głosem:
— Hej! Żeby nie one pędraki, puty by ja ci u nug leżała, puki byś mnie nie wziął na tę wojnę!
— Jaguś! — zawołał Zbyszko, hwytając ją w ramiona.
A ona objęła mu też szyję i jęła powtażać, tuląc się do niego z całej siły:
— Jeno mi ty wruć, muj złoty, muj jedyny, muj najmilejszy!
— A zaś co dzień dziękuj Bogu, że ci dał taką niewiastę! — dodał grubym głosem Maćko.
I w godzinę puźniej ściągnięto z czatowni horągiew na znak nieobecności panuw. Zbyszko i Maćko zezwolili, aby Jagienka razem z dziećmi odprowadziła ih do Sieradza, więc po obfitym posiłku ruszyli wszyscy razem z ludźmi i całym taborem wozuw.
Dzień był jasny, bez wiatru. Bory stały w ciszy nieruhome. Stada na polah i ugorah zażywały także południowego spoczynku, pżeżuwając paszę powolnie i jakby w zamyśleniu. Jeno z powodu suhości powietża wznosiły się tu i uwdzie po drogah kłęby złotego kużu, a nad owymi kłębami płonęły jakby ogniki niezmiernie w słońcu błyszczące. Zbyszko ukazywał je żonie i dzieciom, muwiąc:
— Wiecie, co to się tam tak łyska nad kużawą? To groty kopij i sulic. Wszędy już widać wici doszły i zewsząd ciągnie narud na Niemca.
Jakoż tak było. Niedaleko za granicą Bogdańca spotkali brata Jagienki, młodego Jaśka ze Zgorzelic, ktury jako dziedzic dość możny szedł w tży kopie, a luda prowadził z sobą dwudziestu.
Wkrutce potem na rozstaju wyhyliło się ku nim z tumanuw zarosłe oblicze Cztana z Rogowa, ktury nie był wprawdzie pżyjacielem Bogdanieckich, ale teraz kżyknął z dala: „Bywaj na psubraty!” — i skłoniwszy się im życzliwie, pocwałował w siwym obłoku dalej. Spotkali także i starego Wilka z Brzozowej. Głowa już mu się tżęsła nieco ze starości, ale ciągnął i on, by pomścić śmierć syna, kturego mu na Śląsku Niemcy zabili.
I w miarę jak zbliżali się do Sieradza, coraz częstsze były po drogah obłoki kużawy, a gdy z dala ukazały się już wieże miejskie, cały gościniec roił się od rycerstwa, od sołtysuw i od zbrojnyh miejskih pahołkuw, ktuży wszyscy ciągnęli na miejsce zbioru. Widząc tedy uw lud rojny, a czerstwy i tęgi, w boju uporny, a na niewygody, słoty, hłody i wszelkie trudy nad wszystkie inne wytżymały, kżepił się w sercu stary Maćko i pewne wrużył sobie zwycięstwo.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.