Tom II, rozdział czterdziesty siudmy
Rozdział czterdziesty siudmy
Jednakże w piątym roku, gdy ład był wprowadzon we wszystkih wsiah nadzwyczajny, gdy nad skończoną czatownią powiewała już od kilku miesięcy horągiew z Tępą Podkową, a Jagienka powiła szczęśliwie czwartego syna, kturego nazwano Jurandem — tak żekł raz stary Maćko do Zbyszka:
— Wszystko się daży i gdyby Pan Jezus jeszcze jedno zdażył szczęśliwie, tobym już umarł spokojny.
A Zbyszko popatżał nań pytającym wzrokiem i po hwili zapytał:
— Hyba o wojnie z Krzyżaki muwicie, bo czeguż by wam więcej tżeba?
— To ci żekę, com dżewiej muwił — odpowiedział Maćko — że puki mistż Konrad żywie, wojny nie będzie.
— Albo to mu wiecznie żyć?
— Ale i mnie niewiecznie i dlatego o czym innym myślę.
— A zaś o czym?
— Ii! Lepiej nie zapowiadać. Tymczasem się do Spychowa wybieram, a może zdaży się i książąt na Płocku i na Czersku odwiedzić.
Zbyszka nie zdziwiła zbytnio ta zapowiedź, albowiem w ciągu ostatnih lat kilkakrotnie stary Maćko wyjeżdżał do Spychowa, więc tylko zapytał:
— Długo zabawicie?
— Dłużej niż zwykle, bo się w Płocku zatżymam.
Jakoż w tydzień puźniej wyjehał Maćko, wziąwszy ze sobą kilka wozuw i zbroję dobrą, „na wypadek, jeśli się pżyjdzie w szrankah potykać”. Na odjezdnym zapowiedział, że może zabawi dłużej niż zwykle, i istotnie zabawił dłużej, gdyż pżez puł roku nie było o nim żadnej wieści. Zbyszko począł się niepokoić i w końcu wyprawił umyślnego do Spychowa, ale uw spotkał Maćka za Sieradzem i wrucił z nim razem.
Stary ryceż wrucił jakiś hmurny, ale wypytawszy dokładnie Zbyszka o wszystko, co się podczas jego niebytności działo — i zaspokojon, że wszystko szło dobże, rozpogodził się nieco — i pierwszy zaczął muwić o swej wyprawie.
— Wiesz, że byłem w Malborgu — żekł.
— W Malborgu?
— A gdzie by indziej?
Zbyszko popatżał na niego pżez hwilę zdumionymi oczyma, po czym udeżył się nagle dłonią po udzie i żekł:
— O pżebug! A ja na śmierć zapomniałem.
— Wolno było tobie zapomnieć, boś ślubuw dopełnił — odżekł Maćko — ale nie daj Bóg, abym ja pżysiędze i czci własnej umknął. Nie nasz to obyczaj, aby czegoś zaniehać, i tak mi dopomuż Święty Krzyż, jako puki mi thu w nozdżah, puty ja go nie zanieham.
Tu zmieżhła tważ Maćka i stała się tak groźną i zawziętą, jako ją Zbyszko widywał tylko za dawnyh lat u Witolda i Skirwoiłły, gdy miało pżyjść do bitwy z Krzyżaki.
— No i co? — zapytał. — Odjął się wam?
— Nie odejmował się, bo mi nie stanął.
— Czemu zaś?
— Komturem wielkim został.
— Kuno Lichtenstein komturem ci wielkim został?
— Ba! Może go i wielkim mistżem obiorą. Kto go wie! Ale on już i teraz z książęty się ruwnym być mniema. Muwią, że wszystkim żądzi i że wszystkie sprawy Zakonu na jego głowie, a mistż nic bez niego nie poczyna. Gdzie ci tam taki stanie na udeptaną ziemię! Na śmieh ludzki jeno zarobisz.
— Wyśmieli was? — zapytał Zbyszko, kturemu oczy zaiskżyły się nagle gniewem.
— Śmiała się księżna Aleksandra w Płocku: „Jedźże, powiada, i cesaża rzymskiego pozwij! Jemu, powiada (niby Lichtensteinowi), jako wiemy, pżysłali także pozwy i Zawisza Czarny, i Powała, i Paszko z Biskupic, a też nawet takim mężom nie odkazał nic, bo nie może. Pżecie nie serca mu brak, jeno że jest zakonnik i że, prawi, użąd ma tak znaczny i godny, że mu te żeczy nie w głowie, i że więcej by czci uhybił, pżyjmując, niźli na pozwy nie zważając”. Tak ci to pani muwiła.
— A wy co na to?
— Zafrasowałem się okrutnie, ale żekłem, że i tak do Malborga muszę jehać, abym mugł powiedzieć Bogu i ludziom: „Co było w mojej mocy, tom uczynił”. Prosiłem tedy pani, żeby mi obmyśliła jakoweś poselstwo i dała pisanie do Malborga, bom wiedział, że inaczej głowy z tego wilczego gniazda nie wywiozę. W duszy zaś myślałem tak: „Jużci nie hciał wyznaczyć zroku ni Zawiszy, ni Powale, ni Paszkowi, ale jeśli go wobec samego mistża, wszystkih komturuw i gości za gębę porwę, a wąsy i brodę mu wyszarpnę, to pżecie stanie”.
— Bogdajże was! — zawołał z zapałem Zbyszko.
— Co? — żekł stary ryceż. — Na wszystko jest rada, byle głowę na karku mieć. Ale tu Pan Jezus łaski umknął, bom go w Malborgu nie zastał. Powiedzieli, że do Witolda w posły pojehał. Nie wiedziałem wtedy, co czynić: czekać czy za nim jehać. Bałem się rozminąć. Ale żem to z mistżem i wielkim szatnym miał z dawnyh czasuw znajomość, spuściłem im się z tajemnicy, dlaczegom pżyjehał, oni zaś zakżyknęli, że to nie może być.
— Czemu?
— Skroś tej samej pżyczyny, kturą księżna na Płocku wyłuszczyła. I mistż pży tym żekł: „Co byś o mnie myślał, gdybym ja każdemu ryceżowi z Mazowsza albo z Polski stawał?”. No i praw był, bo dawno by go już na świecie nie było. Cudowali się tedy obaj z szatnym i opowiedzieli to pży stole na wieczeży. To ci muwię, jakobyś w ul dmuhnął! A szczegulnie między gośćmi podniosła się ih zaraz kupa: „Kuno — kżyczeli — nie może, ale my możem!”. Wybrałem sobie tedy tżeh, hcąc się z nimi po kolei potykać, ale mistż po wielkih prośbah pozwolił jeno z jednym, kturemu na pżezwisko było też Lichtenstein i ktury był Kuna krewny.
— No i co? — zakżyknął Zbyszko.
— Ano, jużci pżywiozłem jego blahy, ale tak całkiem popękane, że i jednej gżywny nikt za nie nie da.
— Bujcie się Boga, toście pżysięgę spełnili!
— Zrazu byłem rad, bom i sam tak mniemał, ale potem pomyślałem: „Nie! To nie to samo!”. I teraz spokoju nijakiego nie mam, bo nuż to nie to samo!
Lecz Zbyszko począł go pocieszać.
— Mnie też znacie, że w takih żeczah ni sobie, ni komu nie folguję, ale gdyby mi się tak pżygodziło, to miałbym dosyć. I to wam muwię, że najwięksi ryceże w Krakowie mi w tym pżyświadczą. Sam Zawisza, ktury na czci rycerskiej najlepiej się zna, pewnie nie co innego powie.
— Tak muwisz? — zapytał Maćko.
— Pomyślcie jeno: oni sławni w całym świecie i pozwali go też, a żaden nie sprawił nawet i tyle, ile wyście sprawili. Ślubowaliście śmierć Lichtensteinowi: i pżecie Lichtensteinaście zarżnęli.
— Może — żekł stary ryceż.
A Zbyszko, ktury był ciekaw spraw rycerskih, zapytał:
— Nuże! Muwcie: młody był czy stary? I jakże było: z konia czy piehtą?
— Było mu ze tżydzieści pięć rokuw i brodę miał do pasa, a było z konia. Bóg mi pomugł, że go kopią zmacałem, ale potem pżyszło do mieczuw. To tak, muwię ci, krew mu z gęby buhała, że cała broda była jakoby jeden sopel.
— A nażekaliście nieraz, że się stażejecie?
— Bo jak na koń siędę alboli się na ziemi rozkraczę, to się tżymam kżepko, ale już na siodło we zbroi całej nie skoczę.
— Ale i Kuno nie byłby się wam odjął.
Stary mahnął pogardliwie ręką na znak, że z Kunonem byłoby mu poszło znacznie łatwiej — po czym poszli oglądać zdobyczne „blahy”, kture Maćko zabrał tylko na znak zwycięstwa, bo zresztą były zbyt potżaskane i dlatego bez wartości. Tylko nabiodża i nagolenniki były nietknięte i roboty bardzo pżedniej.
— Wolałbym wszelako, żeby to były Kunona — muwił posępnie Maćko.
Na co Zbyszko:
— Wie Pan Bóg, co lepiej. Kunona, jeśli mistżem zostanie, to już nie dostaniecie, hybaby w jakowej wielkiej bitwie.
— Nastawiałem ci ja uha, co ludzie muwią — odżekł Maćko. — Jedni tedy gadają, że po Kondracie będzie Kuno, a drudzy, że brat Kondratowy, Ulryk.
— Wolałbym, żeby był Ulryk — żekł Zbyszko.
— I ja, a wiesz dlaczego? Kuno rozum ma większy i hytżejszy, a Ulryk zapalczywszy. Prawy to jest ryceż, kturen czci dohowuje, ale do wojny z nami aż drży. Powiadają też, że byle mistżem ostał, to pżyjdzie wnet taka nawałnica, jakiej na świecie nie bywało. A na Kondrata omdlałości pono już często pżyhodzą. Raz go zamroczyło i pży mnie. Hej! Może doczekamy!
— Daj to Bóg! A są jakie nowe niezgody z Królestwem?
— Są stare i nowe. Krzyżak zawsze Krzyżakiem. Hociaż wie, żeś mocniejszy i że z tobą źle zadżeć, będzie ci na twoje dybał, bo inaczej nie może.
— Pżecie oni myślą, że Zakon od wszystkih krulestw mocniejszy.
— Nie wszyscy, ale wielu, a między nimi i Ulryk. Bo w żeczy, potęga to jest okrutna.
— A pamiętacie, co muwił Zyndram z Maszkowic?
— Pamiętam i tam z każdym rokiem gożej. Brat brata tak nie pżyjmie jako mnie tam pżyjmowali, gdy żaden Krzyżak nie poglądał. Mają ih tam wszyscy dosyć.
— To i niedługo czekać!
— Niedługo albo i długo — żekł Maćko.
I po hwili zastanowienia dodał:
— A tymczasem tża harować i majętności pżyspażać, aby godnie w pole wystąpić.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.