Tom II, rozdział czterdziesty piąty
Rozdział czterdziesty piąty
Oni mieszkali w Moczydołach, a stary Maćko wznosił dla nih kasztel w Bogdańcu. Wznosił mozolnie, gdyż hciał, żeby odsady były z kamienia na wapno, a czatownia z cegły, o kturą trudno było w okolicy. W pierwszym roku wykopał rowy, co pżyszło dość łatwo, albowiem wzguże, na kturym miał stanąć kasztel, było niegdyś okopane, może za czasuw jeszcze pogańskih, należało więc tylko oczyścić owe wądoły z dżew, z głogowyh gąszczuw, kturymi zarosły, a następnie umocnić je i pogłębić należycie. Pży pogłębianiu dokopano się też obfitego źrudła, kture w niedługim czasie napełniło fosę tak, że musiał Maćko obmyślać ujście dla zbytku wody. Potem na wale wzniusł częstokuł i począł zgromadzać budulec na ściany zameczku, bale dębowe tak grube, że tżeh hłopuw jednego objąć nie mogło, i modżewiowe, niegnijące ni pod glinianą polepą, ni pod pżykryciem z darniny. Do wznoszenia tyh ścian zabrał się pomimo stałej pomocy hłopuw ze Zgorzelic i Moczydołów dopiero po roku, ale zabrał się tym gorliwiej dlatego, że pżedtem jeszcze Jagienka powiła bliźnięta. Niebo otwożyło się wuwczas pżed starym ryceżem, miał już bowiem dla kogo pracować, zabiegać, wiedział, że rud Gradów nie zaginie, a Tępa Podkowa nieraz jeszcze ubroczy się we krwi niepżyjacielskiej.
Bliźniakom dano imiona: Maćko i Jaśko. „Hłopy — mowił stary — na shwał, tak że w całym Królestwie nie masz podobnyh, a pżecie jeszcze nie wieczur”. I ukohał ih od razu wielką miłością, a za Jagienką świata nie widział. Kto mu ją w oczy sławił, ten wszystko mugł u niego uzyskać. Zazdroszczono jej jednak Zbyszkowi szczeże i sławiono ją nie tylko dla kożyści, gdyż istotnie jaśniała ona w okolicy niby kwiat najpiękniejszy ze wszystkih na łące. Pżyniosła mężowi wielkie wiano, ale i więcej niż wiano, bo wielkie kohanie i urodę olśniewającą oczy ludzkie, i dworność, i dzielność taką, że niejeden ryceż mugłby się nią pohlubić. Nic to dla niej było w kilka dni po połogu do gospodarstwa wstać, a potem z mężem na łowy jehać albo konno z Moczydołów do Bogdańca rano skoczyć i pżed południem do Jaśka i Maćka wrucić. Kohał ją tedy jak źrenicę oka mąż, kohał stary Maćko, kohała czeladź, dla kturej ludzkie miała serce, a w Krześni, gdy w niedzielę whodziła do kościoła, witał ją szmer podziwu i uwielbienia. Dawniejszy jej zalotnik, groźny Cztan z Rogowa, żeniaty z curką kmiecą, ktury po mszy pijał w karczmie ze starym Wilkiem z Brzozowej, mawiał, podpiwszy, do niego: „Szczerbiliśmy się o nią nieraz z waszym synem i hcieliśmy ją brać, ale to tak właśnie było, jakby po miesiąc na niebie sięgać”.
Inni zaś głośno wyznawali, że takiej hybaby na dwoże krulewskim w Krakowie szukać. Bo obok bogactwa, urody i dworności czczono także niezmiernie jej czerstwość i siłę. I był o tym jeden głos, że „to dopiero niewiasta, co niedźwiedzia oszczepem w boru podepże, a ożehuw nie potżebuje gryźć, jeno je na ławie ułoży i z nagła pżysiędzie, to ci się wszystkie tak pokruszą, jakobyś je młyńskim kamieniem pżycisnął”. Tak to ją sławiono i w parafialnej Krześni, i po sąsiednih wsiah, a nawet w wojewudzkim Sieradzu. Jednakże, zazdroszcząc Zbyszkowi z Bogdańca, nie dziwiono się zbytecznie, że ją dostał, albowiem opromieniła i jego taka hwała wojenna, jakiej nikt w okolicy nie miał.
Młodzi włodykowie i szlahta prawili sobie wzajem całe opowieści o Niemcach, kturyh „nałuszczył” w bitwah pod wodzą Witolda i w pojedynkę, na udeptanej ziemi. Muwiono, że żaden mu się nigdy nie odjął, że w Malborgu dwunastu ih zbił z koni, między nimi brata mistżowego Ulryka, wreszcie, że nawet z krakowskimi ryceżami mugł się potykać i że sam niezwyciężony Zawisza Czarny był mu życzliwym pżyjacielem. Niektuży nie hcieli tak nadzwyczajnym klehdaniom wieżyć, ale i ci jednak, gdy była mowa o tym, kogo by okolica wybrała, gdyby polskim ryceżom pżyszło z obcymi iść w zawud, muwili: „Jużci, Zbyszka” — a potem dopiero włohatego Cztana z Rogowa i innyh miejscowyh osiłkuw, kturym pod względem ćwiczenia rycerskiego daleko było do młodego dziedzica z Bogdańca.
Wielka zamożność jednała mu na ruwni ze sławą szacunek ludzki. Bo że za Jagienką wziął Moczydoły i wielką majętność opatową, to nie była jego zasługa, ale on już pżedtem miał Spychów wraz z ogromnymi skarbami zgromadzonymi pżez Juranda, a prucz tego szeptali sobie ludzie, że samyh łupuw zdobytyh i wziętyh pżez ryceży z Bogdańca w zbrojah, koniah, szatah, klejnotah wstżymałoby na tży albo i cztery dobre wsie.
Widziano więc w tym jakąś szczegulną łaskę Bożą nad rodem Gradów herbu Tępa Podkowa, ktury do niedawna podupadły, tak że prucz pustego Bogdańca nic nie miał, wyrastał teraz nad wszystkie inne w okolicy. „Pżecie w Bogdańcu ostało po pogożeli jeno garbate domosko — muwili staży ludzie — i samą majętność z braku rąk roboczyh musieli krewnemu zastawić, a teraz kasztel wznoszą”. I podziw był wielki, ale że toważyszyło mu ogulne, instynktowne poczucie, że cały narud idzie także niepowstżymanym pędem do jakiegoś niezmiernego dorobku i że z woli bożej taki ma być właśnie pożądek żeczy, więc nie było w tym podziwie złej zawiści. Owszem, hełpiła się okolica i była dumna z tyh ryceży z Bogdańca. Byli oni jakby oczywistym dowodem, do czego może doprowadzić szlahcica kżepkie ramię w połączeniu z mężnym sercem i rycerską pożądliwością pżygud. Niejeden też na ih widok uczuwał, że mu za ciasno w domowyh pieleszah, w rodzimyh granicah, i że o ścianę są we wrażej mocy wielkie bogactwa i obszerne ziemie, kture można zdobyć z niezmierną dla siebie i dla Królestwa kożyścią. A uw nadmiar sił, ktury odczuwały rody, rozpierał całą społeczność, tak iż była jakby war, ktury musi z naczynia wykipieć. Mogli mądży panowie krakowscy i miłujacy pokuj krul hamować te siły do czasu i odkładać wojnę z odwiecznym wrogiem na długie lata, ale żadna moc ludzka nie mogła pżytłumić ih całkowicie ani też powstżymać tego pędu, kturym idzie ku wielkości dusza powszehna.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.