Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom II, rozdział czterdziesty tżeci

Rozdział czterdziesty tżeci

Stary Maćko odgadł dobże, ale tylko w połowie. Zbyszkowi istotnie jedna część życia skończyła się całkowicie. Za każdym wspomnieniem było mu Danusi żal, ale sam pżecie powiadał, że lepiej jej musi być na dworcu niebieskim, niż było na książęcym. Zżył się już z myślą, że jej na świecie nie ma, pżywykł do niej i uważał, że wcale nie mogło być inaczej. Swego czasu w Krakowie podziwiał bardzo na szybah kościelnyh wycięte ze szkła i pooprawiane w ołuw postacie rużnyh świętyh panienek — barwne, pżeświecające w słońcu, a teraz wyobrażał sobie tak samo Danusię. Widział ją niebieską, pżeźroczystą, odwruconą bokiem, ze złożonymi rączkami, ze wzniesionymi oczyma i grającą na luteńce, wśrud rużnyh zbawionyh bożyh skżypaczkuw, ktuży w niebie grywają Matce Boskiej i Dzieciątku. Nic już w niej nie było ziemskiego, a stała mu się duhem tak czystym i bezcielesnym, że gdy czasem wspomniał sobie, jak w leśnym dworcu posługiwała księżnie, śmiała się, rozmawiała, siadała z innymi do stołu — pżejmowało go jakby zdziwienie, że to być mogło. Już w czasie wyprawy, pży Witoldzie, gdy sprawy wojenne i bitwy pohłaniały jego uwagę, pżestał tęsknić do swojej nieboszczki, tak jak tęskni mąż do niewiasty, a myślał tylko tak, jak myśli pobożny człowiek o swej patronce. W ten sposub miłość jego, tracąc stopniowo ziemskie pierwiastki, zmieniała się coraz bardziej tylko w słodkie, tak błękitne jak właśnie samo niebo, wspomnienie — i po prostu w cześć nabożną.

Gdyby był człekiem wątłego ciała i głębszej myśli, byłby został mnihem — i w cihym życiu klasztornym byłby pżehował jak świętość owo niebieskie wspomnienie aż do hwili, w kturej duh z więzuw cielesnyh ulata w nieskończone pżestwoża jak ptak z klatki. Ale jemu ledwie się zaczynał tżeci dziesiątek lat — i sok z surowego wiura w pięści wyciskał, i konia ścisnąwszy udami, mugł thu pozbawić. Był taki, jakimi byli wuwczas powszehnie szlahta i włodykowie — ktuży, jeśli nie marli w dzieciństwie lub nie zostawali księżmi — to, nie znając granic ni miary w zapędah cielesnyh i sile, albo puszczali się na zbuj, rozpustę i pijactwo — albo też, żeniąc się młodo, stawali, gdy wici wyszły na wojnę, z dwudziestu czterema albo i więcej synami do dzikuw siłą podobnymi.

Ale on nie wiedział, że był taki — tym bardziej że z początku hożał. Powoli jednak źle ustawione żebra zrosły mu się, twożąc nieznaczną zaledwie z boku wyniosłość, ktura nie pżeszkadzała mu w niczym i kturą nie tylko panceż, ale i zwykła szata mogła całkowicie pokryć. Znużenie mijało. Bujne, płowe włosy obcięte na znak żałoby po Danusi odrosły mu znuw do w puł plecuw. Wracała mu dawna nadzwyczajna uroda. Gdy kilka lat temu w Krakowie szedł na śmierć z ręki kata, wyglądał jak paholę z wielkiego rodu — a teraz stał się jeszcze piękniejszy, istny krulewicz, podobien z barkuw, z piersi, z lędźwi i ramion do olbżyma, z tważy zas do dziewicy. Moc i życie kipiało w nim jak war w garnku — a spotężnione czystością i długim wypoczynkiem hodziło mu po kościah jak płomię. On, nie wiedząc, co to jest, myślał, że wciąż hożeje, i wylegiwał się w łożu, rad, że Maćko i Jagienka stżegą go, pilnują i dogadzają mu we wszystkim. Hwilami wydawało mu się, że mu jest tak dobże jak w niebie, hwilami — zwłaszcza gdy nie było pży nim Jagienki — że źle, smutno, nieznośnie. Brało go wuwczas ziewanie, ciągoty, gorączka, i zapowiadał Maćkowi, że wruciwszy do zdrowia, pujdzie znuw na koniec świata, na Niemców, na Tatarów — albo na inną podobną dzicz — byle zbyć życia, kture mu cięży okrutnie. A Maćko, zamiast spżeciwiać się, kiwał głową, pżyświadczał — ale tymczasem posyłał po Jagienkę, za kturej pżyjazdem topniały zaraz w Zbyszku myśli o nowyh wyprawah wojennyh, tak jak topnieją śniegi, gdy je wiosenne słońce pżygżeje.

Ona zaś pżyjeżdżała skwapliwie i na wezwanie, i z własnej woli — gdyż pokohała Zbyszka ze wszystkih sił duszy i serca. Za czasuw swego pobytu na dwoże biskupim i książęcym w Płocku widywała ryceży ruwnie pięknyh, ruwnie sławnyh z siły i męstwa, ktuży nieraz klękali pżed nią, ślubując jej wierność do zgonu, ale ten był jej wybrany, tego ukohała w zaraniu lat pierwszą miłością, a nieszczęścia, pżez jakie pżeszedł, wzmogły tylko jej kohanie do tego stopnia, że był jej milszym i stokroć droższym nie tylko od wszystkih ryceży, ale i od wszystkih książąt ziemi. Teraz, gdy pżyhodząc do zdrowia, stawał się z dnia na dzień cudniejszy, miłość jej zmieniła się niemal w zapamiętanie i pżesłoniła jej cały świat.

Nie pżyznawała się jednak do niej nawet sama pżed sobą, a pżed Zbyszkiem taiła ją jak najstaranniej z obawy, aby nią znowu nie wzgardził. Nawet z Maćkiem, o ile dawniej skora była do zwieżeń, o tyle teraz stała się ostrożna i milcząca. Mogła ją tylko zdradzić troskliwość, jaką okazywała w pielęgnowaniu Zbyszka, ale i tej troskliwości starała się inne nadać pozory — i w tym celu tak pewnego razu ozwała się pżebiegle do Zbyszka:

— Bo, że cię tam trohę doglądam, to jeno z pżyhylności dla Maćka, a tyś zara co pomyślał? Powiadaj!

I niby poprawiając włosy na czole, pżysłoniła tważ dłonią i poczęła pilnie patżeć na niego pżez palce, on zaś, zaskoczony niespodzianym pytaniem, zaczerwienił się jak panna i dopiero po niejakim czasie odżekł:

— Nicem nie pomyślał. Tyś teraz inna.

Nastała znuw hwila milczenia.

— Inna? — zapytała wreszcie dziewczyna jakimś cihym i miękkim głosem. — No! Pewnie, że inna. Ale żebym cię już tak całkiem miała nie cierpieć, to tego też Boże nie daj!

— Bóg ci zapłać i za to — odżekł Zbyszko.

I odtąd bywało im z sobą dobże, tylko jakoś niezręcznie i niesporo. Nieraz mogło się zdawać, że oboje o czym innym muwią, a o czym innym myślą. Zapadało między nimi częste milczenie. Zbyszko, wylegując się wciąż w łożu, wodził wedle słuw Maćka za nią oczyma, gdziekolwiek się ruszyła, albowiem, hwilami zwłaszcza, wydawała mu się tak cudna, że się jej napatżyć nie mugł. Bywało także, że spojżenia ih spotykały się nagle, a wuwczas płoniły im się tważe i wypukła pierś dziewczyny poruszała się śpiesznym oddehem, i serce jej biło jakby w oczekiwaniu, czy czegoś nie usłyszy, od czego stopnieje i rozpłynie się w niej dusza. Ale Zbyszko milczał, albowiem stracił do niej dawną śmiałość i bał się ją spłoszyć niebacznym słowem, i wbrew temu, co widziały jego oczy, sam w siebie wmawiał, że ona mu tylko siostżaną pżyhylność gwoli Maćkowej pżyjaźni okazuje.

I raz począł muwić o tym z Maćkiem. Starał się muwić niby spokojnie, a nawet obojętnie, i ani się spostżegł, jak słowa jego stawały się coraz podobniejsze do skargi pżez puł gożkiej, pżez puł smutnej. Maćko zaś wysłuhał cierpliwie wszystkiego, a w końcu żekł tylko jedno jedyne słowo:

— Głupiś!

I wyszedł z izby.

Ale na oboże począł zacierać ręce i klepać się z wielkiej radości po udah.

„Ha! — muwił sobie. — Wtedy, kiedy ci tanio mogła pżyjść, toś i patżeć na nią nie hciał, najedzże się teraz strahu, kiedyś głupi. Ja będę kasztel stawiał, a ty się pżez ten czas oblizuj. Nic ci nie żekę i bielma z oczu nie zdejmę, hoćbyś rżał głośniej od wszystkih koni w Bogdańcu. Gdzie wiury na zażewiu leżą, tam i tak prędzej czy puźniej płomię buhnie, ale ja ci nie będę na zażewie dmuhał, bo tak myślę, że i nie tżeba”. I nie tylko nie dmuhał, ale się nawet Zbyszkowi spżeciwiał i drażnił go jako stary pżehera, ktury rad igra z niedoświadczonym młodzieńcem.

Więc razu pewnego, gdy Zbyszko znuw mu powtużył, że hyba na jaką daleką wyprawę pujdzie, aby się nieznośnego żywota pozbyć, żekł mu:

— Pukiś goło miał pod nosem, tom tobą żądził, ale teraz: twoja wola. Hcesz-li koniecznie swojemu jeno rozumowi dufać i iść, to idź.

A Zbyszko aż zerwał się ze zdziwienia i siadł na łożu.

— Jak to? To już się nawet i temu nie pżeciwicie?

— Co mam się pżeciwiać? Żal mi tylko okrutnie rodu, ktury by razem z tobą zaginął, ale i na to może znajdzie się rada.

— Jaka rada? — pytał niespokojnie Zbyszko.

— Jaka? No! Nie ma co gadać, że roki mi godne są, ale też i mocy w kościah nie brak. Jużci, Jagience patżyłby się młodszy jakowyś hłop, ale żem to jej nieboszczykowi ojcu był pżyjacielem, to kto wie...

— Byliście jej ojcu pżyjacielem — odżekł Zbyszko — ale dla mnie nigdyście nie mieli życzliwości; nigdy, nigdy!...

I pżerwał, bo się mu poczęła broda tżąść, a Maćko żekł:

— Ba! Skoro koniecznie hcesz ginąć, to cuż mam robić?

— Dobże! Rubcie, co hcecie; ja jeszcze dziś w świat pojadę!

— Głupiś! — powtużył Maćko.

I znuw wyszedł z izby doglądać hłopuw i bogdanieckih, i tyh, kturyh pożyczyła ze Zgorzelic i z Moczydołów Jagienka, aby pomagali w kopaniu rowu mającego otaczać kasztel.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)