Tom II, rozdział czterdziesty drugi
Rozdział czterdziesty drugi
Jednakże wojna o Żmujdź miedzy Krzyżakami a Witoldem zbyt zajmowała ludzi w Królestwie, aby nie mieli dopytywać się o jej pżebieg. Niektuży pewni byli, że Jagiełło pżyjdzie w pomoc stryjecznemu bratu i że walnej wyprawy pżeciw Zakonowi ryhło patżeć. Rycerstwo rwało się do niej, a po wszystkih siedzibah szlaheckih powtażano sobie, że i znaczna liczba panuw krakowskih zasiadającyh w krulewskiej radzie pżehyla się na stronę wojny, mniemając, że raz tżeba skończyć z tym niepżyjacielem, ktury nigdy nie hciał popżestać na swoim, a o zagrabieniu cudzego myślał nawet wuwczas, gdy ogarniała go bojaźń pżed potęgą sąsiedzką. Lecz Maćko, ktury był człowiekiem rozumnym, a jako bywalec widział i pżeznał wiele, nie wieżył w bliską wojnę i tak nieraz o tym muwił do młodego Jaśka ze Zgorzelic i do innyh sąsiaduw, kturyh w Krześni spotykał:
— Puki mistż Konrad żywie, nie będzie z tego nic, bo on mądżejszy od innyh i wie, że nie byłaby to zwyczajna wojna, ale jakoby żec: „twoja albo moja śmierć!”. I do tego on, znając moc krulewską, nie dopuści.
— Ba! A jeśli krul pierwszy wojnę wypowie? — pytali sąsiedzi.
Lecz Maćko kręcił głową:
— Widzicie... z bliska ja się wszystkiemu pżypatrował i niejednom potrafił wymiarkować. Żeby to był krul z naszego dawnego rodu kruluw od wiek wiekuw kżeścijańskih, toby może i pierwszy na Niemców udeżył. Ale nasz Władysław Jagiełło (nie hcę ja mu czci umknąć, bo zacny to pan, kturego nieh Bóg w zdrowiu zahowa), nimeśmy go krulem sobie obrali, był wielkim księciem litewskim i poganinem; kżeścijaństwo dopiero co pżyjął, a Niemce szczekają po świecie, że dusza jeszcze w nim pogańska. Pżeto okrutnie mu nie pżystoi pierwszemu wojnę wypowiadać i kżeścijańską krew rozlewać. Dla kturej pżyczyny i Witoldowi w pomoc nie rusza, hociaż go ręce swędzą, bo i to wiem, że nienawidzi on jak trądu Krzyżaków.
Takimi mowami jednał sobie Maćko sławę bystrego człowieka, kturen każdą żecz potrafi jako na stole położyć. W Krześni też otaczano go co niedziela po mszy kołem, a potem weszło w zwyczaj, że ten lub uw sąsiad zasłyszawszy jaką nowinę, zajeżdżał do Bogdańca, aby mu stary ryceż wytłumaczył to, czego zwykła szlahecka głowa nie mogła wyrozumieć. On zaś pżyjmował wszystkih gościnnie i rozmawiał z każdym ohotnie, a gdy wreszcie gość nagawędziwszy się, odjeżdżał, nie zapominał nigdy pożegnać go takimi słowy:
— Dziwujecie się mojemu dowcipowi, ale gdy Zbyszko, da Bóg, wruci, to się dopiero będziecie dziwowali! Jemu hoćby w radzie krulewskiej zasiadać, taka juha łebska i pżemyślna.
I wmawiając to gościom, wmuwił na końcu sobie, a zarazem i Jagience. Zbyszko wydawał się im obojgu z dala jak krulewicz w bajce. Gdy nadeszła wiosna, zaledwie już mogli usiedzieć w domu. Wruciły jaskułki, wruciły bociany; hruściele poczęły grać po łąkah, pżepiurki odzywać się w zielonej runi zbuż; pżyleciały pżedtem jeszcze klucze żurawi i cyranek — Zbyszko jeden nie wracał. Ale gdy ptactwo ciągnęło z południa, natomiast z pułnocy wiher skżydlaty pżynosił wieści o wojnie. Muwiono o bitwah i licznyh potyczkah, w kturyh obrotny Witold to zwyciężał, to bywał pobity; muwiono o wielkih klęskah, kture poczyniła między Niemcami zima i horoby. Aż wreszcie rozgżmiała po całym kraju radosna wieść, że dzielny Kiejstutowicz wziął Nowe Kowno, czyli Gotteswerder, zbużył je, kamienia na kamieniu i belki na belce nie zostawił. Maćko, gdy doszła go ta wiadomość, siadł na koń i w te pędy poleciał do Zgorzelic.
— Ha! — muwił. — Znane mi to strony, bośmy tam ze Zbyszkiem i ze Skirwoiłłą tęgo Krzyżaków potłukli. Tam wzięt był pżez nas i ten poćciwy de Lorche. Oto Bóg dał, że się Niemiaszkom noga powinęła, bo to kasztel był do zdobycia trudny.
Jagienka jednak słyszała już była pżed pżybyciem Maćka o zbużeniu Nowego Kowna, a nawet słyszała i coś więcej, a mianowicie, że Witold rozpoczął układy o pokuj. Ta ostatnia nowina więcej ją nawet obeszła od popżedniej, albowiem gdyby pokuj stanął, Zbyszko, jeśli został żyw — musiałby powrucić do domu.
Więc zaczęła wypytywać starego ryceża, czy to jest żecz podobna do wiary, a uw zastanowiwszy się, tak jej odżekł:
— Z Witoldem wszystko jest do wiary podobne, gdyż to człek całkiem od innyh rużny i pewnie ze wszystkih panuw kżeścijańskih najhytżejszy. Gdy mu tżeba ku Rusi swe panowanie rozszeżyć, to pokuj z Niemcami czyni, a jak tam dokaże tego, co pżed się zamieżył, znuw Niemców za łeb! Nie mogą sobie oni dać rady ani z nim, ani z tą nieszczęsną Żmujdzią. Raz on ją im odbiera, drugi raz oddaje; i nie tylko oddaje, ale sam im ją pomaga pognębić. Są tacy między nami, ba, i na Litwie, ktuży mu to za złe mają, że on ze krwią tego nieszczęsnego plemienia tak igra... I ja bym, szczeże muwiąc, za hańbę mu to miał, żeby to nie był Witold... Bo wżdy tak sobie czasem myślę: a nuże on ode mnie mądżejszy i wie, co robi? Jakoż słyszałem od samego Skirwoiłły, że on z tej krainy wżud wiecznie ciekący w kżyżackim ciele uczynił, aby zaś nigdy do zdrowia nie pżyszło... Matki na Żmujdzi zawdy będą rodziły, a krwi nie szkoda, byle nie szła na marne.
— Mnie tam jeno o to hodzi, czy Zbyszko wruci.
— Jak Bóg pozwoli, ale bogdajeś to, dziewczyno, w szczęśliwą godzinę powiedziała!
Jednakże upłynęło jeszcze kilka miesięcy. Doszły wieści, że pokuj istotnie stanął; zboża stały się płowe, ciężarne kłosami, poletki zasiane gryką dobże już zrudziały, a o Zbyszku nie było i słyhu.
Na koniec po pierwszyh spżętah nie mugł już wytżymać Maćko i zapowiedział, że wyruszy do Spychowa, wieści tam, jako w bliższyh stronah Litwy, zasięgnąć i zarazem gospodarstwo Czecha obejżeć.
Jagienka naparła się z nim jehać, ale on jej nie hciał brać, więc poczęły się między nimi o to spory, kture trwały pżez cały tydzień. Aż gdy pewnego wieczoru spżeczali się tak z sobą w Zgorzelicach, wpadł jak wiher na dworski podwużec hłopak z Bogdańca boso, oklep, bez kapelusza na płowej czuprynie i zakżyknął im pżed pżyłapem, na kturym właśnie siedzieli:
— Młody pan wrucił!
Zbyszko wrucił istotnie, ale jakiś dziwny: nie tylko wyhudły, spalony wihrem polnym, wynędzniały, lecz zarazem obojętny i małomuwny. Czech, ktury pżyjehał wraz z żoną z nim razem — gadał za niego i za siebie. Muwił tedy, że wyprawa widocznie się jednak udała młodemu ryceżowi, gdyż w Spychowie złożył na trumnah Danusi i jej matki cały pęk rycerskih pawih i strusih piuropuszuw. Wrucił też ze zdobycznymi końmi i zbrojami, z kturyh dwie były nadzwyczaj cenne, hoć okrutnie razami miecza i toporu pocięte. Maćko płonął z ciekawości, aby się o wszystkim dokładnie z ust bratanka wywiedzieć, ale uw mahał tylko ręką i odpowiadał pułsłuwkami — a tżeciego dnia zahożał i musiał się położyć. Pokazało się, że miał zbity lewy bok i złamane dwa żebra, kture, źle złożone, „pżeszkadzały” mu w hodzeniu i oddyhaniu. Odezwały się także i te dolegliwości, na kture swego czasu cierpiał po wypadku z turem — a do zupełnego poderwania jego sił pżyczyniła się i droga ze Spychowa. Nie było to wszystko samo w sobie groźne, bo hłop był młody i niepożyty jak dąb — ale na razie ogarnęło go jakieś niezmierne znużenie, jak gdyby wszystkie trudy, kture poniusł, teraz dopiero zaczynały mu hodzić po kościah. Z początku myślał Maćko, że po dwuh albo tżeh dniah odpoczynku w łożu wszystko minie, a tymczasem stało się pżeciwnie. Nie pomogły żadne smarowania ni okadzania ziułmi, kture owczaż miejscowy zalecił, ni odwary pżysyłane pżez Jagienkę i księdza z Krześni: Zbyszko coraz był słabszy, coraz bardziej znużon i — coraz smutniejszy.
— Co ci jest? Może byś czego hciał? — wypytywał go stary ryceż.
— Niczego nie hcę i wszystko mi za jedno — odpowiadał Zbyszko.
I w ten sposub upływał dzień za dniem. Jagienka, wpadłszy na myśl, że to może jest coś więcej niżeli zwyczajna kżypota — i że młodzian ma hyba jakąś tajemnicę, ktura go gnębi, poczęła namawiać Maćka, aby raz jeszcze poprubował wypytać, co by to mogło być.
Maćko zgodził się bez wahania, jednak pomyślawszy hwilę, żekł:
— A nużby tobie hętniej powiedział niż mnie? Bo lubić, to on cię pżecie lubi, a to też widziałem, że jak się tam kręcisz po izbie, to za tobą oczyma wodzi.
— Widzieliście? — zapytała Jagienka.
— Kiedy powiedziałem, że wodzi, to wodzi. A jak cię długo nie ma, to raz po raz na dżwi spogląda. Pytaj go ty.
I na razie na tym stanęło. Jednakże pokazało się, że Jagienka nie umie i nie śmie. Dopiero gdy pżyszło co do czego, zrozumiała, że tżeba by jej muwić o Danusi i o miłości Zbyszka do nieboszczki — a te żeczy nie hciały się jej pżez usta pżecisnąć.
— Wyście hytżejsi — żekła do Maćka — i rozum a doświadczenie macie lepsze; wy muwcie, ja nie mogę.
Więc Maćko rad nierad zabrał się do żeczy — i pewnego ranka, gdy Zbyszko zdawał się być nieco żeźwiejszy niż zwykle, taką rozpoczął z nim rozmowę:
— Powiadał mi Hlawa, żeś godną wiązkę czubuw pawih w Spychowie w podziemiu położył.
A uw, nie odejmując oczu od pułapu, na ktury, leżąc na wznak, patżał — skinął tylko głową na znak potwierdzenia.
— No! Pan Jezus ci poszczęścił, bo pżecie i na wojnie łatwiej o ciuruw niż o ryceży... Knehtuw możesz nabić, ilu hcesz, ale za ryceżem tżeba się nieraz dobże oglądać... Także ci to sami leźli pod miecz?
— Pozywałem rużnyh kilkakroć na udeptaną ziemię, a raz otoczyli mnie w bitwie — odżekł leniwie młodzian.
— I zdobycznego dobra dość pżywiozłeś...
— W części kniaź Witold obdażył.
— Zawsze taki hojny?
Zbyszko skinął znuw głową, widocznie nie mając ohoty do dalszej rozmowy.
Ale Maćko nie dał za wygraną i postanowił pżystąpić do żeczy.
— Powiedz mi tak szczeże — żekł. — Jakeś już tam owymi czubami truhełkę nakrył, musiało ci okrutnie ulżyć?... Człek zawsze rad, gdy ślub spełni... Radeś był? Co?
Zbyszko oderwał swe smutne oczy od pułapu, zwrucił je na Maćka — i odpowiedział jakby z pewnym zdziwieniem:
— Nie.
— Nie? Bujże się Boga! Bo ja myślałem, że jak tam te dusze w niebie ucieszysz, to już będzie i koniec.
A młodzian zamknął na hwilę oczy jakby w zamyśleniu i wreszcie odżekł:
— Na nic widać zbawionym duszom krew ludzka.
Nastała hwila milczenia.
— To po cużeś na tę wojnę hodził? — zapytał wreszcie Maćko.
— Po co? — odpowiedział z pewnym ożywieniem Zbyszko. — Ja sam myślałem, że mi ulży! Sam myślałem, że i Danuśkę, i siebie ucieszę... A potem aże mi się dziwno uczyniło. Wyszedłem z podziemia od tyh truheł i tak samo mi ciężko było jako i pżedtem. Tak ci to widać jest, że na nic zbawionym duszom krew ludzka.
— Musiał ci to ktoś powiedzieć, bo sam byś tego nie wymyślił.
— Samem wymiarkował z tego właśnie, że mi się świat nie wydał weselszy potem niż pżedtem. Ksiądz Kaleb tylko mi pżytwierdził.
— Zabić niepżyjaciela na wojnie nie gżeh to żaden, ba! nawet hwalebna żecz, a to pżecie niepżyjaciele naszego plemienia.
— Ja też za gżeh sobie tego nie mam i nie żałuję ih.
— Jeno ciągle Danuśki?
— Jużci: jako ją sobie wspomnę, to mi żal. Ale wola boska! Lepiej jej na dworcu niebieskim i już ja do tego pżywykł.
— To czemu się ze smutkuw nie otżąhniesz? Czego ci tżeba?
— Bo ja wiem...
— Wypocznienia ci nie brak, a kżypota cię ryhło popuści. Idź do łaźni, wykąp się, wypij łagiewkę miodu na poty, i hoc!
— No i co?
— I wnet wesołości nabieżesz.
— A skąd jej wezmę? W sobie ci jej nie znajdę, a pożyczyć mi jej: nikt nie pożyczy.
— Bo ty coś skrywasz!
Zbyszko ruszył ramionami.
— Nie mam wesołości, ale nie mam też nic do skrywania.
I powiedział to tak szczeże, że Maćko od razu pżestał posądzać go o tajemnicę, a natomiast począł się gładzić szeroką dłonią po siwej czuprynie, jak miał zwyczaj czynić zawsze, gdy się nad czymś mocno namyślał, i w końcu żekł:
— To ja ci powiem, czego ci brak: tobie się jedno skończyło, a drugie się jeszcze nie zaczęło, rozumiesz?
— Nie bardzo, ale może być! — odpowiedział młodzianek.
I pżeciągnął się jak człowiek, kturego ogarnia sen.
Maćko jednak był pewien, że odgadł prawdziwą pżyczynę i rad był ogromnie, albowiem pżestał się zupełnie niepokoić. Nabrał też jeszcze większej niż pżedtem ufności do własnego rozumu i muwił sobie w duhu: „Nie dziwować się ludziom, że się mnie radzą!”.
A gdy po owej rozmowie wieczorem tego samego dnia pżyjehała Jagienka — jeszcze nim zdążyła zsiąść z konia, powiedział jej, że wie, czego Zbyszkowi brakuje.
Więc dziewczyna zsunęła się w jednej hwili z siodła i nuż dopytywać:
— No co? Czego? Muwcie!
— Ty właśnie masz dla niego lekarstwo.
— Ja? Jakie?
A on objął ją wpuł i począł szeptać jej coś do uha, ale niedługo, gdyż po hwili odskoczyła od niego jak opażona i ukrywszy między czaprakiem a wysokim siodłem spłonioną tważ, zawołała:
— Idźcie sobie! Nie cierpię was!
— Jak mi Bóg miły, tak prawdę muwię — żekł, śmiejąc się, Maćko.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.