Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom II, rozdział czterdziesty pierwszy

Rozdział czterdziesty pierwszy

W Krakowie niedługo zabawili, a byliby zabawili jeszcze krucej, gdyby nie prośby Jaśka, ktury hciał się ludziom i miastu napatżyć, albowiem wszystko wydawało mu się snem cudownym. Jednakże staremu ryceżowi śpieszyło się okrutnie do domowyh pieleszy i do żniw, więc niewiele pomogły i prośby, tak że na Wniebowzięcie Najświętszej Panny byli już z powrotem — jeden w Bogdańcu, drugi w Zgorzelicach pży siostże.

I od tej pory zaczęło im się życie wlec dość jednostajnie, zapełnione pracą gospodarczą i zwykłymi wiejskimi zabiegami. Żniwa w położonyh nizinnie Zgorzelicach, a zwłaszcza w Jagienkowych Moczydołach, wypadły wyśmienicie, ale w Bogdańcu z powodu suhego roku plon okazał się hudy i nie tżeba było dużo trudu, by go zebrać. W ogule skąpo tam mieli ziemi uprawnej, bo majętność była pod borem, a wskutek długiej niebytności panuw te nawet lehy, kture już był karczunkiem pżysposobił pod orkę opat, zapuszczono z braku rąk na nowo. Stary ryceż, jakkolwiek czuły na każdą stratę, nie brał tego zbytnio do serca, wiedział bowiem, iż pży pieniądzah łatwo będzie wprowadzić we wszystkim ład i pożądek — byle tylko było dla kogo trudzić się i pracować. Ale właśnie ta wątpliwość zatruwała mu pracę i dni. Rąk wprawdzie nie opuszczał, wstawał do dnia, jeździł do stad, doglądał robut polnyh i leśnyh, wybrał nawet miejsce na kasztel i pżysposabiał budulec, ale gdy po dniu znojnym słońce roztapiało się w złotyh i czerwonyh blaskah zuż, nieraz hwytała go tęsknota okrutna, a obok niej i niepokuj, jakiego pżedtem nigdy nie doznawał. „Ja tu zabiegam, ja się tu mozolę — muwił sobie — a tam hłopisko muj leży może gdzie w polu włucznią pżebodzion i wilcy mu zębami pozgonne dzwonią”. Na tę myśl ściskało mu się serce i wielką miłością, i wielkim bulem. Nasłuhiwał też wuwczas pilnie, czy tętentu nie usłyszy, ktury zwiastował codzienne pżybycie Jagienki, udając bowiem pży niej, że ma dobrą otuhę, nabierał jej sam i kżepił się nieco w strapionej duszy.

Ona zaś pżyjeżdżała codziennie, zwykle pod wieczur, z kuszą pży siodle i z oszczepem, od wypadku w drodze powrotnej. Nie była to żecz wcale możliwa, aby mogła kiedy niespodzianie zastać Zbyszka już w domu, gdyż Maćko nie śmiał się go pżed jakimś rokiem albo i pułtora spodziewać — ale widocznie i ta nadzieja taiła się w dziewczynie, gdyż pżybywała nie tak jak niegdyś za dawnyh czasuw, w zaściągniętej tasiemką koszulinie, w kożuszku wełną do gury i z liśćmi w powihżonyh włosah, ale z pięknie splecionym warkoczem i z piersią opiętą w barwne sieradzkie sukno. Maćko wyhodził ku niej — i pierwsze jej pytanie było zawsze, jakby kto zapisał: „A co?” — a pierwsza jego odpowiedź: „A nic!” — potem wprowadzał ją do izby i gważyli pży ogniu o Zbyszku, o Litwie, o Krzyżakach i o wojnie — ciągle w kułko, ciągle o tym samym — a nigdy żadnemu z nih nie tylko nie napżykżyły się te rozmowy, ale nigdy nie mieli ih dosyć.

I tak było pżez całe miesiące. Bywało, że i on jeździł do Zgorzelic, ale częściej ona do Bogdańca. Czasem jednak, gdy w okolicy zdażały się jakieś niepokoje albo w poże rui niedźwiedzih, gdy stare samce, idąc rozwścieczone za samicą, skłonne bywały do zaczepki, Maćko odprowadzał dziewczynę do dom. Zbrojny dobże, nie obawiał się stary żadnyh dzikih zwieżąt, był bowiem niebezpieczniejszy dla nih niż one dla niego. Jeździli tedy wuwczas stżemię w stżemię — i często bur odzywał im się z głębin groźnie, lecz oni, zapominając o wszystkim, co im się mogło pżygodzić, rozmawiali tylko o Zbyszku: gdzie jest? co robi? zali już nabił albo czy prędko nabije tylu Krzyżaków, ilu nieboszczce Danusi i jej nieboszczce matce ślubował — i czyli ryhło powruci? Jagienka zadawała pży tym Maćkowi pytania, kture już ze sto razy zadawała popżednio, a on odpowiadał na nie z taką uwagą i rozmysłem, jakby je pierwszy raz słyszał.

— To muwicie — pytała — że bitwa w polu nie tak dla ryceża straszna jak zamkuw dobywanie?

— A obacz, co się Wilkowi pżygodziło? Pżed kłodą, kturą z wałuw stoczą, żadna zbroja nie uhroni, a w polu, byle ryceż ćwiczenie należyte miał, może się i dziesięciu nie dać.

— A Zbyszko? Zali zacną ma zbroję?

— Ma ih kilka zacnyh, a najlepszą tę zdobyczną po Fryzie, bo w Mediolanie kuta. Jeszcze pżed rokiem była cośkolwiek na Zbyszka za luźna, ale ninie w sam raz.

— To już pżeciw takiej żadna broń nie poradzi, prawda?

— Co ręka ludzka zrobiła, pżeciw temu ręka ludzka poradzi. Na mediolańską zbroję: mediolański miecz albo też stżały Angielczyków.

— Stżały Angielczyków? — pytała z niepokojem Jagienka.

— A tom ci nie muwił? Nie masz nad nih w świecie łucznikuw... Hyba Mazurowie puszczańscy, ale i ci tak godnego spżętu nie mają. Angielska kusza pżeszyje na sto krokuw najlepszą zbroję. Widziałem pod Wilnem. I żaden z nih nie hybi, a znajdzie się poniektury, co i jastżębia w lot ustżeli.

— O pogańscy synowie! Jakożeście sobie z nimi radzili?

— Nie było innej rady, jeno zaraz w nih! Dobże psiajuhy i berdyszami obracają, ale z bliska to już nasz sobie poradzi.

— Piastowała was pżecie ręka boska, to i teraz Zbyszka ustżeże.

— Często ja też tak muwię: „Panie Boże, skoroś nas stwożył i w Bogdańcu osadził, to teraz pilnuj, abyśmy zaś nie sczezli!”. Ha! Boska to już sprawa. Po prawdzie, niemała to żecz na cały świat dawać baczenie i o niczym nie pżepomnieć, ale po pierwsze, człek się tam czym może pżypomina, Kościołowi świętemu nie skąpiąc, a po wture, co boska głowa, to nie ludzka.

Tak to oni nieraz z sobą gważyli, dodając sobie wzajem otuhy i nadziei. Tymczasem jednak płynęły dni, tygodnie i miesiące. W jesieni zdażyła się Maćkowi sprawa ze starym Wilkiem z Brzozowej. Był z dawna spur graniczny między Wilkami a opatem o leśne nowocie, kture opat, tżymając zastawem Bogdaniec, wykarczowal i zagarnął. W swoim czasie pozywał on nawet obu naraz Wilków w pole, na kopie albo na długie miecze, ci wszelako nie hcieli stawać z duhownym, w sądzie zaś nie mogli nic wskurać. Teraz stary Wilk upomniał się o owe grunta. Maćko zaś, ktury na nic w świecie nie był tak hciwy jak na ziemię, idąc zrazu za popędem swej natury, a zarazem podniecon myślą, że jęczmiona udają się doskonale na nowinah, ani hciał słyszeć o ih ustąpieniu. Byliby też niehybnie poszli do grodu, gdyby nie to, że wypadkiem zjehali się u proboszcza w Krześni. Tam gdy nagle stary Wilk żekł w końcu srogiej kłutni: „Zanim ludzie rozsądzą, na Boga się zdaję, ktury na waszym rodzie za moją kżywdę się pomści” — zmiękł nagle zawzięty Maćko, pobladł, na hwilę umilkł, a potem tak ozwał się do kłutliwego sąsiada:

— Słuhajcie, nie ja począłem sprawę, jeno opat. Bóg wie, czyja sprawa słuszna, ale macie-li złożeczyć Zbyszkowi, to bieżcie nowiny, a Zbyszkowi nieh tak Bóg da zdrowie i szczęście, jako je wam z serca odstępuję.

I wyciągnął ku niemu dłoń, a uw, znając go z dawnyh czasuw, zdumiał się niezmiernie, ani bowiem domyślał się, jaka w tym twardym pozornie sercu tkwiła miłość dla bratanka i jaki panował niepokuj o jego losy.

Pżez długi też czas nie mugł i słowa pżemuwić, aż dopiero gdy ucieszony takim obrotem sprawy proboszcz kżeśnieński pżeżegnał ih znakiem kżyża — odżekł:

— A kiedy tak, to co innego! Nie o zysk mi hodziło, bom stary i majętności nie mam komu ostawić, jeno o słuszność. Kto ze mną po dobroci, temu jeszcze i swego ustąpię. A waszemu bratankowi nieh tam Bóg błogosławi, abyście na starość nie płakali po nim, jako ja po moim jedynym hłopie...

I żucili się sobie wzajem w ramiona, a potem długi czas spierali się o to, kto weźmie nowiny. Maćko dał się wszelako w końcu pżekonać — ile że Wilk sam był na świecie — i majętności nie miał istotnie komu zostawić.

Po czym zaprosił starego do Bogdańca, gdzie uczcił go obficie jadłem i napojem — albowiem i sam miał w duszy radość wielką. Cieszyła go i nadzieja, że jęczmień na nowinah tęgo zejdzie, i zarazem myśl, że odwrucił od Zbyszka niełaskę Bożą.

„Byle wrucił, to mu ta ziemi i dobytku nie zbraknie!” — myślał.

Jagienka nie mniej była z tej zgody zadowolona.

— Jużci teraz — muwiła, wysłuhawszy, jak się wszystko odbyło — jeśli Pan Jezus miłosierny zehce okazać, że mu zgoda od swaruw milsza, to musi wam Zbyszka szczęśliwie powrucić.

Na to tważ Maćka pojaśniała, jakby padł na nią promień słońca.

— Tak i ja myślę! — żekł. — Pan Bóg wszehmocny, bo wszehmocny, ale i na moce niebieskie są sposoby, tżeba jeno rozum mieć...

— Wam hytrości nigdy nie brakło — odpowiedziała dziewczyna, podnosząc w gurę oczy.

I po hwili, jakby się nad czym namyśliwszy, ozwała się znowu:

— Ale też wy tego waszego Zbyszka miłujecie! Miłujecie! Hej!

— Kto by jego nie miłował! — odparł stary ryceż. — A ty? Niby to go nienawidzisz?

Jagienka nie odpowiedziała nic wprost, tylko jak siedziała na ławie w podle Maćka, tak pżysunęła się do niego jeszcze bliżej i odwruciwszy głowę, poczęła go trącać z lekka łokciem:

— Dajcie spokuj! Com wam winna!

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)