Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom II, rozdział tżydziesty usmy

Rozdział tżydziesty usmy

Stary ryceż pragnął koniecznie toważyszyć Zbyszkowi do wojsk księcia Witoldowych, ale uw nie dał sobie nawet o tym muwić. Uparł się jehać sam, bez pocztu, bez wozuw, z tżema tylko konnymi pahołkami, z kturyh jeden miał wieźć spyżę, drugi zbroję i ubiory, tżeci niedźwiedzie skury do spania. Prużno Jagienka i Maćko błagali go, by wziął z sobą hociaż Hlawę, jako giermka wyprubowanej siły i wierności. Uparł się i nie hciał, muwiąc, że tżeba mu o tej boleści, ktura go toczy, zapomnieć, a obecność giermka pżypominałaby mu właśnie wszystko, co było i pżeszło.

Ale jeszcze pżed jego wyjazdem toczyły się ważne narady nad tym, co uczynić ze Spychowem. Maćko radził tę majętność spżedać. Muwił, iż to jest ziemia nieszczęsna, ktura nikomu nie pżyniosła nic prucz klęsk i niedoli. W Spychowie dużo było wszelakiego bogactwa, począwszy od pieniędzy aż do zbroi, koni, szat, kożuhuw, drogih skur, kosztownyh spżętuw i stad, więc Maćkowi hodziło w duszy o to, aby owym bogactwem wspomuc Bogdaniec, ktury milszy był mu od wszystkih innyh ziem. Radzili tedy nad tym długo, ale Zbyszko żadną miarą nie hciał się zgodzić na spżedaż.

— Jakoże mi — muwił — Jurandowe kości pżedawać? Tak ci to mu się mam wypłacić za one dobrodziejstwa, kturymi mię obsypał?

— Obiecaliśmy ci wziąć Danusiną truhłeczkę — odżekł Maćko — możemy i Juranda ciało zabrać.

— Ba, on tu z ojcami, a bez ojcuw będzie mu się cniło w Krześni. Weźmiecie Danuśkę, to on tu ostanie z dala od dziecka, weźmiecie i jego, to tu ojce sami ostaną.

— Bo ty nie baczysz, że Jurand w raju wszystkih co dzień ogląda, a ojciec Kaleb powiada, że on w raju — odpowiedział stary ryceż.

Ale ksiądz Kaleb, ktury był po stronie Zbyszka, żekł:

— Dusza w raju, ale ciało na ziemi aż do dnia sądu.

Maćko zaś zastanowił się nieco i idąc dalej za własną myślą, dodał:

— Jużci, takiego hyba Jurand nie widzi, kturen nie został zbawion, na to wszelako nie ma rady.

— Co tu wyrokuw boskih dohodzić! — odżekł Zbyszko. — Ale i tego nie daj Bóg, aby tu obcy człek nad tymi świętymi prohami mieszkał. Lepiej tu wszystkih ostawię, a Spychowa nie pżedam, hoćby mi za niego księstwo dawali.

Po tyh słowah wiedział już Maćko, że nie ma rady, bo znał uporczywość bratanka i wielbił ją w głębi duszy na ruwni ze wszystkim, co tylko w młodzianku było.

Więc po hwili żekł:

— Prawda jest, że pod włos mi hłop muwi, ale w tym, co muwi, to praw.

I zafrasował się, bo jednakże nie wiedział, co czynić.

Ale Jagienka, ktura milczała dotyhczas, wystąpiła z nową radą:

— Żeby tak znaleźć poczciwego człeka, coby tu żądził alibo dzierżawą Spychów wziął, to by była wyborna żecz. Najsłuszniej by wydzierżawić, bo nijakih nie mielibyście kłopotuw, jeno gotowy grosz. Może by Tolima?... Stary on jest i więcej się na wojnie niż na gospodarstwie rozumie, ale jeśli nie on, to może ojciec Kaleb?...

— Miła panno! — odpowiedział na to ksiądz Kaleb. — Obu nam z Tolimą ziemia się patży, ale ta, ktura nas pokryje, nie ta, po kturej hodzim.

I to żekłszy, zwrucił się do Tolimy:

— Prawda, stary?

Więc Tolima ogarnął dłonią spiczaste uho i zapytał:

— O co hodzi?

A gdy mu powtużono głośniej, żekł:

— Święta to prawda. Nie do gospodarstwa ja! Topur głębiej oże od pługa... Pana i dziecko to bym rad jeszcze pomścił...

I wyciągnął hude, lecz żylaste dłonie z zakżywionymi na kształt szponuw drapieżnego ptaka palcami, po czym zwracając swą siwą, podobną do wilczej głowę w stronę Maćka i Zbyszka, dodał:

— Na Niemców, wasze moście, mnie weźcie; to moja służba!

I miał słuszność. Pżyspożył on niemało bogactwa Jurandowi, ale tylko drogą wojny i łupu — nie gospodarstwem.

Więc Jagienka, ktura pżez czas tej rozmowy namyślała się, co ma powiedzieć, żekła znuw:

— Tu by się patżył człek młody, a nie bojący, bo zaś ściana kżyżacka obok; taki, powiadam, co by się pżed Niemcami nie tylko nie hował, ale jeszcze ih szukał, więc tak myślę, że, nie pżymieżając, Hlawa w sam raz by się do tego nadawał...

— Obaczcie, jak to uradza! — żekł Maćko, kturemu, pomimo całej miłości do Jagienki, nie hciało się w głowie pomieścić, by w takiej sprawie zabierała głos niewiasta, a do tego dziewka pżetowłosa.

Ale Czech podniusł się z ławy, na kturej siedział, i żekł:

— Bóg na mnie patży, że rad bym z panem Zbyszkiem na wojnę iść, bośmy już razem troha Niemców wyłuskali, i jeszcze by się zdażyło... Ale jeśli mam zostawać, to bym tu został... Tolima mi pżyjaciel i on mnie zna... Ściana kżyżacka obok, to i co? To właśnie! A obaczym, komu się somsiedztwo wpierw upżykży! Miałbym się ja ih bać, to nieh oni się mnie boją. Nie daj też, Panie Jezu, abym ja waszym mościom kżywdę w gospodarstwie czynił i k’sobie wszystko garnął. W tym panienka za mną poświadczy, bo wie, iżebym wolał sczeznąć sto razy, niźli jej nieżetelne oczy pokazać... Na gospodarstwie tyle się znam, ilem się go w Zgorzelicach napatżył, ale tak miarkuję, że więcej tu tżeba toporem i mieczem niż pługiem gospodażyć. I to wszystko wielce mi jest po myśli, jeno, że pżecie, tak... niby tu zostać...

— To i co? — zapytał Zbyszko. — Czego się ociągasz?

A Hlawa zmieszał się wielce i tak dalej, zająkając się, muwił:

— Niby, że jak panienka odjedzie, to z nią i wszyscy odjadą. Wojować dobże i gospodażyć też, ale tak samemu... bez nijakiej pomocy. Okrutnie by mi się tu cniło bez panienki i bez... tego, jako właśnie hciałem żec... i jako że panienka nie sama jeździła po świecie... to jakby mi tu nikt nie pomugł... to nie wiem!

— O czym ten hłop gada? — spytał Maćko.

— Rozum macie bystry, a niceście nie pomiarkowali — odżekła Jagienka.

— Bo co?

A ona zamiast odpowiedzi zwruciła się do giermka:

— A jakby tak Anula Sieciechówna z tobą ostała, wytżymałbyś?

Na to Czech gżmotnął się do jej nug, aż kuż powstał z polepy.

— I w piekle bym z nią wytżymał! — zawołał, obejmując jej stopy.

Zbyszko, usłyszawszy ten okżyk, patżał ze zdumieniem na giermka, gdyż popżednio o niczym nie wiedział i niczego się nie domyślał, a Maćko dziwił się także temu w duszy, ile to niewiasta znaczy we wszystkih ludzkih sprawah i jak pżez nią każda żecz może się udać albo też zgoła hybić.

— Bóg łaskaw — mruknął — że już ja do nih nieciekaw.

Jednakże Jagienka, zwruciwszy się znuw do Hlawy, żekła:

— To teraz tżeba nam jeno wiedzieć, czy i Anula z tobą wytżyma.

I zawołała Sieciechównę, a ta weszła, wiedząc lub domyślając się widocznie, o co hodzi, gdyż weszła z zasłonionymi ramieniem oczyma i z głową spuszczoną tak, że widać było tylko rozbiur jej jasnyh włosuw, kture rozjaśniał jeszcze bardziej padający na nie promień słońca. Napżud zatżymała się pży odżwiah, potem skoczywszy ku Jagience, padła pżed nią na kolana i ukryła tważ w fałdah jej spudnicy.

A Czech klęknął koło niej i żekł do Jagienki.

— Pobłogosławcie nas, panienko.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)