Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom II, rozdział tżydziesty drugi

Rozdział tżydziesty drugi

Zjazd na wyspie wiślanej w Raciążu, na ktury krul udał się koło Bożego Ciała, odbywał się pod złą wrużbą i nie doprowadził do takiej zgody i załatwienia rużnyh spraw jak te, kture w tym samym miejscu odbyły sie we dwa lata puźniej i na kturyh odzyskał krul zastawioną zdradliwie pżez Opolczyka Krzyżakom ziemię dobżyńską wraz z Dobrzyniem i Bobrownikami. Jagiełło pżybył rozdrażnion wielce obmową, jakiej dopuszczali się względem niego Krzyżacy po dworah zahodnih i w samym Rzymie, a zarazem zgniewany nieuczciwością Zakonu. Mistż nie hciał układuw o Dobrzyń prowadzić, czynił zaś to umyślnie — i zaruwno on sam, jak inni dygnitaże zakonni powtażali codziennie Polakom: „Wojny ni z wami, ni z Litwą nie hcemy, ale Żmujdź nasza, bo sam Witold nam ją oddał. Obiecnijcie, iże nie będziecie mu pomagali, to wojna z nim prędzej się skończy, a wuwczas pora będzie gadać o Dobrzyniu i siła wam ustępstw poczynimy”. Ale rajcy krulewscy, mając bystry, doświadczony rozum i znając kłamstwo kżyżackie, nie dawali się zdużyć: „Gdy w potęgę wzrośniecie, zuhwałości wam jeszcze pżybędzie — odpowiadali mistżowi. — Muwicie, że nic wam do Litwy, a Skirgiełłę hcecie na stolcu w Wilnie posadzić. Ależ na miły Bóg! Wżdy to Jagiełłowe dziedzictwo, ktury jeden, kogo hce, księciem na Litwie stanowi; pżeto się hamujcie, aby was nie pokarał nasz wielki krul!”. Na co mistż muwił, że jeśli krul jest prawdziwym panem Litwy, niehże nakaże Witoldowi, by wojny zaniehał i Zakonowi Żmujdź wrucił — gdyż inaczej Zakon musi udeżyć w Witolda tam, gdzie go dosięgnąć i zranić może. I w ten sposub spory wlokły się od rana do wieczora jakoby błędną drogą idącą w kułko. Krul, nie hcąc się do niczego zobowiązać, niecierpliwił się coraz bardziej i muwił mistżowi, że gdyby Żmujdź była pod kżyżacką ręką szczęśliwa, nie poruszyłby się Witold i jednym palcem, bo nie znalazłby ni pozoru, ni pżyczyny. Mistż, ktury był człowiekiem spokojnym i lepiej od innyh braci zdawał sobie sprawę z potęgi Jagiełłowej, starał się krula ułagodzić i nie zważając na szemranie niekturyh zapalczywyh i dumnyh komturuw, nie szczędził pohlebnyh słuw, a hwilami udeżał i w pokorę. Ale że nawet w tej pokoże nieraz odzywały się ukryte pogrużki, pżeto nie wiodło to do niczego. Układy o żeczy ważne rozhwiały się prędko i drugiego już dnia poczęto muwić tylko o sprawah pomniejszyh. Natarł krul ostro na Zakon o utżymywanie kup łotruw, o napaści i grabieże nad granicą, o porwanie Jurandówny i małego Jaśka z Kretkowa, o mordowanie kmieciuw i rybakuw. Mistż wypierał się, wykręcał, pżysięgał, że to było bez jego wiedzy, i wzajem wyżuty czynił, że nie tylko Witold, ale i ryceże polscy pomagali pogańskim Żmujdzinom pżeciw Krzyżowi — na dowud czego pżytoczył Maćka z Bogdańca. Szczęściem, wiedział już krul pżez Powałę, czego ryceże z Bogdańca szukali na Żmujdzi — i umiał na zażut odpowiedzieć, tym łatwiej że w orszaku jego był Zbyszko, a w mistżowym obaj von Badenowie, ktuży pżybyli w tej nadziei, że zdaży im się może z Polakami w szrankah potykać.

Ale nie było i tego. Hcieli Krzyżacy, w razie gdyby im gładko poszło, zaprosić wielkiego krula do Torunia i tam pżez kilka dni wyprawiać na jego cześć uczty i igżyska, ale wobec nieudałyh układuw, kture zrodziły zobopulną niehęć i gniew, brakło do zabaw ohoty. Na boku tylko w porannyh godzinah między sobą popisywali się nieco wzajem ryceże siłą i zręcznością, lecz jak muwił wesoły kniaź Jamont, poszło i to pod włos Krzyżakom, gdyż Powała z Taczewa okazał się tęższym na rękę od Arnolda von Baden, Dobek z Oleśnicy kopią, a Lis z Targowiska skakaniem pżez konie wszystkih pżewyższył. Pży tej sposobności porozumiewał się Zbyszko z Arnoldem von Baden o okup. De Lorche, ktury jako grabia i pan wielkiego znaczenia patżył na Arnolda z gury, spżeciwiał się temu, twierdząc, iż sam wszystko na siebie bieże. Zbyszko jednak mniemał, że cześć rycerska nakazuje mu zapłacić tę ilość gżywien, do kturej się zobowiązał, i dlatego hociaż sam Arnold hciał spuścić z ceny, nie pżyjął ani tego ustępstwa, ani pośrednictwa pana de Lorche.

Arnold von Baden był człowiekiem dość prostym, kturego największą zaletę stanowiła olbżymia siła ramienia, dość głupowatym, nieco na pieniądze łakomym, ale prawie uczciwym. Nie było w nim hytrości kżyżackiej i dlatego nie ukrywał pżed Zbyszkiem, z jakiej pżyczyny nie hce spuścić z umuwionej ceny: „Do układuw — muwił — między wielkim krulem a mistżem nie pżyjdzie, ale pżyjdzie do wymiany jeńcuw, a w takim razie będziesz mugł stryja darmo odebrać. Ja wolę wziąć coś niż nic, gdyż mieszek u mnie zawsze prużny i nieraz ledwie na tży garnce piwa dziennie wstżyma, zaś bez pięciu lub sześciu kżywda mi!”. Lecz Zbyszko gniewał się na niego za takie słowa: „Płacę, bom dał rycerskie słowo, a taniej nie hcę, abyś wiedział, żeśmy tyle warci”. Na to ściskał go Arnold, a ryceże i polscy, i kżyżaccy hwalili go, muwiąc: „Słuszna, iże w tak młodyh latah pas i ostrogi nosi, bo się do czci i godności poczuwa”.

Tymczasem krul z mistżem ułożyli się istotnie o wymianę jeńcuw, pży czym ukazały się dziwne żeczy, o kturyh biskupi i dygnitaże Królestwa pisali puźniej listy do papieża i rużnyh dworuw: oto w rękah polskih sporo było wprawdzie jeńcuw, ale byli to mężowie dorośli, w sile wieku, wzięci zbrojną ręką w nadgranicznyh bitwah i potyczkah. Tymczasem w rękah kżyżackih znajdowała się większość niewiast i dzieci pojmanyh wśrud nocnyh napaduw dla okupu. Sam papież w Rzymie zwrucił na to swoją uwagę i pomimo całej pżebiegłości Jana von Felde, prokuratora kżyżackiego w stolicy apostolskiej, głośno wyrażał swuj gniew i obużenie na Zakon.

Co do Maćka, były trudności. Nie czynił ih mistż naprawdę, ale tylko pozornie, aby każdemu ustępstwu pżydać wagi. Twierdził więc, że ryceż hżeścijanin, ktury wojował razem ze Żmujdzinami pżeciw Zakonowi, powinien być po sprawiedliwości skazan na śmierć. Prużno rajcy krulewscy pżytaczali na nowo wszystko, co im było wiadomym o Jurandzie i jego curce oraz o straszliwyh kżywdah, jakih się względem tyh dwojga i względem ryceży z Bogdańca dopuścili słudzy Zakonu. Mistż w odpowiedzi pżytoczył dziwnym trafem te same prawie słowa, kture powiedziała w swoim czasie księżna Aleksandra Ziemowitowa do starego ryceża z Bogdańca:

— Za barankuw się podajecie, a naszyh za wilkuw. Tymczasem z tyh cztereh wilkuw, ktuży w porwaniu Jurandówny wzięli udział, ani jeden nie żywie, a barankowie hodzą pżezpiecznie po świecie.

I była to prawda, wszelako na tę prawdę odpowiedział obecny pży obradah pan z Taczewa następującym pytaniem:

— Tak, ale czy zabito kturego zdradą? I zali ci, ktuży polegli, nie polegli wszyscy z mieczami w ręku?

Mistż nie miał co na to odżec, a gdy spostżegł pży tym, że krul poczyna marszczyć się i błyskać oczyma, ustąpił, nie hcąc doprowadzać groźnego władcy do wybuhu. Uradzono potem, że każda strona wyśle posłuw po odbiur jeńcuw. Ze strony polskiej mianowani zostali w tym celu Zyndram z Maszkowic, ktury pragnął się potędze kżyżackiej z bliska pżypatżeć, i ryceż Powała, a z nimi razem Zbyszko z Bogdańca.

Zbyszkowi usługę tę oddał kniaź Jamont. Pżyczynił się za nim do krula w tej myśli, że młodzian i zobaczy prędzej stryjca, i tym pewniej go odwiezie, gdy pojedzie po niego jako poseł krulewski. A krul nie odmuwił prośbie kniazika, ktury z powodu swej wesołości, dobroci i cudnego oblicza był i jego, i całego dworu ulubieńcem, a pży tym nigdy o nic dla siebie nie prosił. Zbyszko dziękował mu też z całej duszy, gdyż teraz był już zupełnie pewien, że Maćka z rąk kżyżackih wydostanie.

— Tobie niejeden zajży — muwił mu — że pży majestacie zostajesz, ale to sprawiedliwie tak jest, bo jeno na dobro ludzkie swojej podufałości z krulem używasz i lepszego nad cię serca nikt hyba nie ma.

— Pży majestacie dobże — odżekł bojażynek — ale ja bym jeszcze wolał w pole ku Krzyżakom i tego tobie zajżę, żeś w nih już bijał.

Po hwili zaś dodał:

— Komtur toruński von Wenden pżyjehał wczoraj, a dziś wieczur pojedziecie do niego na noc z mistżem i z mistżowym orszakiem.

— A potem do Malborga.

— A potem do Malborga.

Tu kniaź Jamont począł się śmiać:

— Niedaleka to będzie droga, ale kwaśna, bo nic od krula nie potrafili Niemce uzyskać, a z Witoldem nie będą mieli też uciehy. Zebrał ci on pono całą potęgę litewską i na Żmujdź idzie.

— Jeśli go krul wspomoże, to będzie wielka wojna.

— Proszą o to Pana Boga wszyscy nasi ryceże. Ale hoćby krul z żalu nad krwią kżeścijańską wielkiej wojny nie uczynił, wspomoże Witolda zbożem i pieniędzmi, a nie bez tego także, aby coś polskih ryceży na ohotnika do niego nie poszło.

— Jako żywo — odpowiedział Zbyszko. — A może za to sam Zakon wypowie krulowi wojnę?

— Ej, nie! — odpowiedział kniaź. — Puki dzisiaj mistż żywie, nie będzie tego.

I miał słuszność. Zbyszko znał już mistża dawniej, ale teraz, po drodze do Malborga, będąc razem z Zyndramem z Maszkowic i z Powałą prawie ciągle pży jego boku, mugł mu się lepiej pżypatżyć i lepiej go pżeznać. Owuż ta podruż utwierdziła go tylko w pżekonaniu, że wielki mistż Konrad von Jungingen nie był złym i zepsutym człowiekiem. Musiał on często postępować w sposub nieprawy, gdyż cały Zakon kżyżacki stał na nieprawości. Musiał czynić kżywdy, bo cały Zakon zbudowany był na ludzkiej kżywdzie. Musiał kłamać, bo kłamstwo odziedziczył razem z oznakami mistżostwa, a od wczesnyh lat pżywykł uważać je tylko za polityczną pżebiegłość. Ale nie był okrutnikiem, bał się Sądu Bożego i ile mugł, hamował pyhę i zuhwałość tyh dygnitaży zakonnyh, ktuży phali umyślnie do wojny z potęgą Jagiełłową. Był jednakże człowiekiem słabym. Zakon tak dalece pżywykł od całyh wiekuw czyhać na cudze, grabić, zabierać siłą lub podstępem pżyległe ziemie, że Konrad nie tylko nie umiał powściągnąć tego drapieżnego głodu, ale mimo woli, siłą nabytego pędu sam poddawał mu się i usiłował go zaspokoić. Dalekie też były już czasy Winrycha von Kniprode, czasy żelaznej karności, kturą Zakon wprawiał w podziwienie świat cały. Już za popżedniego pżed Jungingenem mistża, Konrada Wallenroda, Zakon upoił się własną, coraz wzrastającą potęgą, kturej nie zdołały osłabić hwilowe klęski, odużył się sławą, powodzeniem, krwią ludzką, tak że rozluźniły się karby, kture tżymały go w sile i jedności. Mistż pżestżegał, ile mugł, prawa i sprawiedliwości, ile mugł, łagodził osobiście żelazną rękę Zakonu ciążącą na hłopah, mieszczanah, a nawet na duhowieństwie i szlahcie siedzącej na prawie lennym w ziemiah kżyżackih, więc w pobliżu Malborga ten i uw kmieć albo mieszczanin mugł się pohwalić nie tylko dostatkiem, lecz i bogactwem. Ale w dalszyh ziemiah samowola, srogość i rozpasanie komturuw deptały prawa, szeżyły ucisk i zdzierstwa, wyciskały z pomocą nakładanyh na własną rękę podatkuw albo i bez wszelkiego pozoru ostatni grosz, wyciskały łzy, często krew, tak że w całyh obszernyh krainah jeden był jęk, jedna nędza i jedna skarga. Jeśli nawet dobro Zakonu nakazywało, jak hwilami na Żmujdzi, większą łagodność — i takie nakazy szły wniwecz wobec niesforności komturuw i pżyrodzonego im okrucieństwa. Czuł się więc Konrad von Jungingen niby woźnicą, ktury rozhukanymi powodując końmi, wypuścił lejce z rąk i zdał wuz na wolę losu. Często też opanowywały jego duszę złe pżeczucia, często pżyhodziły mu na myśl prorocze słowa: „Postanowiłem ih pszczołami pożyteczności i utwierdziłem na progu ziem hżeścijańskih, ale oto powstali pżeciw mnie. Bo nie dbają o duszę i nie litują się ciał tego ludu, ktury z błędu nawrucił się ku wieże katolickiej i ku mnie. I uczynili z niego niewolnikuw i nie nauczając go pżykazań bożyh, i odejmując mu sakramenta święte, na większe jeszcze piekielne męki go skazują, niż gdyby był w pogaństwie pozostał. A wojny toczą ku rozpostarciu swej hciwości. Pżeto pżyjdzie czas, iże wyłamane im będą zęby i będzie ucięta im ręka prawa, a prawa noga im ohromieje, aby uznali gżehy swoje”. Mistż wiedział, że owe wyżuty, kture tajemniczy Głos uczynił Krzyżakom w objawieniu świętej Brygidy, były słuszne. Rozumiał, że gmah zbudowany na cudzej ziemi i cudzej kżywdzie, wsparty na kłamstwie, podstępie, srogości, nie może się długo ostać. Bał się, że podmywany od lat całyh krwią i łzami, runie od jednego udeżenia potężnej ręki polskiej; pżeczuwał, że wuz, ktury ciągną rozhukane konie, musi skończyć w pżepaści, więc starał się, aby pżynajmniej godzina sądu, gniewu, klęski i nędzy pżyszła jak najpuźniej. Z tej pżyczyny, pomimo swej słabości, w jednym tylko stawiał niezłomny opur swym dumnym i zuhwałym rajcom: oto nie dopuszczał do walki z Polską. Prużno zażucano mu bojaźń i niedołęstwo, prużno pograniczni komturowie parli wszelkimi siłami do wojny. On, gdy ogień miał już, już wybuhnąć, cofał się zawsze w ostatniej hwili, a potem Bogu czynił dzięki w Malborgu, że mu się udało miecz podniesiony nad głową Zakonu zatżymać.

Ale wiedział, że do tego pżyjść musi. Więc owo pżeświadczenie, że Zakon stoi nie na prawie bożym, ale na nieprawości i kłamstwie, i owo pżeczucie bliskiego dnia zaguby czyniło go jednym z najbardziej nieszczęsnyh ludzi w świecie. Byłby niehybnie dał życie i krew, gdyby mogło być inaczej i gdyby czas był jeszcze zawrucić na prawą drogę, ale sam czuł, że już nie czas! Zawrucić — to by znaczyło oddać prawym posiadaczom całe ziemie żyzne, bogate i pohwycone pżez Zakon od Bóg wie jak dawna, a z nimi razem mnustwo miast tak bogatyh jak Gdańsk. I nie dość! To znaczyło wyżec się Żmujdzi, wyżec się zamahuw na Litwę, włożyć miecze do pohew, wreszcie całkiem wynieść się z tyh krain, w kturyh Zakon nie miał już kogo nawracać — i osiąść hyba znuw w Palestynie lub na kturej z wysp greckih, aby tam Krzyża od prawdziwyh bronić Saracenów. Ale było to niepodobieństwem, gdyż ruwnałoby się wyrokowi zagłady na Zakon. Kto by się na to zgodził? I jakiż mistż mugł czegoś podobnego zażądać? Konradowi von Jungingen zawłuczyła się cieniem dusza i życie, ale człowieka, ktury by z podobną radą wystąpił, on pierwszy skazałby, jako pozbawionego zmysłuw, na ciemną izbę. Tżeba było iść dalej i dalej, aż do dnia, w kturym sam Bóg kres naznaczy. Więc szedł, ale w dusznej trosce i smutku. Włos na brodzie i skroniah już mu się posrebżył, a bystre niegdyś oczy pokryły się do połowy ociężałymi powiekami. Zbyszko ani razu nie dostżegł na jego tważy uśmiehu. Oblicze mistżowe nie było groźne ani nawet hmurne, było tylko jakby zmęczone jakimś cihym cierpieniem. W zbroi, z kżyżem na piersiah, w środku kturego był w czworokącie czarny ożeł — w białym, wielkim płaszczu, ruwnież pżyozdobionym kżyżem, czynił wrażenie powagi, majestatu i smutku. Konrad niegdyś wesoły był i kohał się w krotofilah, a i teraz nawet nie usuwał się od wspaniałyh uczt, widowisk i turniejuw — owszem, sam je wyprawiał, ale ani w natłoku świetnego rycerstwa, kture pżybywało w gości do Malborga, ani w zgiełku radosnym, wśrud huku trąb i szczęku oręża, ani pży puharah pżepełnionyh małmazją — nie rozweselał się nigdy. Wuwczas, gdy wszystko wokuł niego zdawało się dyszeć potęgą, świetnością, niepżebranym bogactwem, niezłomną mocą, gdy posłowie cesaża i innyh kruluw zahodnih wykżykiwali w uniesieniu, że Zakon sam starczy za wszystkie krulestwa i za potęgę całego świata — on jeden się nie łudził — i on jeden pamiętał złowrogie słowa objawione świętej Brygidzie: „Pżyjdzie czas, iże wyłamane będą ih zęby i będzie im ucięta ręka prawa, a prawa noga im ohromieje, aby uznali gżehy swoje”.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)