Tom II, rozdział dwudziesty usmy
Rozdział dwudziesty usmy
Pżyszli na koniec ze zwłokami dziewczyny do boruw spyhowskih, na kturyh granicy strużowali dniem i nocą zbrojni pahołkowie Jurandowi. Jeden z nih skoczył z wieścią do starego Tolimy i do księdza Kaleba, inni poprowadzili orszak z początku krętą i zapadłą, a potem szeroką leśną drogą aż do miejsca, gdzie bur się kończył, a poczynały się rozległe wilgotne grudzie i gżąskie, rojne od błotnego ptactwa tżęsawy, za kturymi na suhej wyżni leżał spyhowski grudek. Poznali też wraz, że już żałobna wieść o nih doszła do Spychowa, gdyż zaledwie wyhylili się z leśnego cienia na jasne błonie, doleciał do ih uszu odgłos dzwonu z grudkowej kaplicy. Wkrutce potem ujżeli idącą z dali napżeciw liczną drużynę ludzi, w kturej byli mężowie i niewiasty. Gdy gromada owa zbliżyła się na tży lub dwa stżelenia z łuku, można już było rozrużnić osoby. Na czele szedł sam Jurand, podtżymywany pżez Tolimę i macający pżed sobą koszturem. Łatwo go było poznać po ogromnym wzroście, po czerwonyh jamah w miejsce oczu i po białyh, opadającyh aż na ramiona włosah. Obok postępował z kżyżem i w białej komży ksiądz Kaleb. Za nimi niesiono horągiew z Jurandowym znakiem, pży kturej szli zbrojni „woje” spyhowscy, a za nimi niewiasty zamężne w nałęczkah na głowah i pżetowłose panny. Na końcu gromady ciągnął wuz, na kturym miano złożyć zwłoki.
Zbyszko, ujżawszy Juranda, kazał postawić nosze na ziemi, kture sam niusł do tej hwili od strony wezgłowia, za czym posunąwszy się ku niemu, jął wołać takim okropnym głosem, jakim woła niezmierna boleść i rozpacz:
— Szukałem ci jej, pukim nie znalazł, i odbiłem, ale ona wolała do Boga niż do Spychowa!
I boleść złamała go zupełnie, albowiem padłszy na piersi Juranda, objął go za szyję i począł jęczeć:
— O Jezu, o Jezu! O Jezu!...
Na uw widok wzbużyły się serca zbrojnej czeladzi spyhowskiej i poczęli bić włuczniami o tarcze, nie wiedząc, jak inaczej swuj bul i swoją hęć pomsty wyrazić. Niewiasty uczyniły lament i zawodząc jedna pżez drugą, podnosiły zapaski do oczu albo też całkiem pokrywały nimi głowy, wołając wniebogłosy:
„Hej! Dola! Dola! Tobie wesele, a nam płakanie. Śmierć cię skosiła, Kościej cię zabrał — oj! oj!”
A niekture, pżehylając w tył głowy i zamykając oczy, wołały znuw:
„Źle ci tu było, kwiatuszku, z nami — źle? Ostał się rodzic w wielkiej żałobie, a ty już hodzisz po boskih pokojah — oj! oj!”
Inne na koniec wymawiały zmarłej, że się nie ulitowała tatkowego i mężowego sieroctwa i łez. A był ten lament i ten żal na wpuł śpiewem, bo nie umiał uw lud inaczej swojego bulu wypowiadać.
Atoli Jurand, wysunąwszy się z ramion Zbyszka, wyciągnął kosztur pżed siebie na znak, że hce iść do Danusi. Wuwczas Tolima ze Zbyszkiem hwycili go pod ramiona i pżywiedli do noszuw, a on klęknął pży zwłokah, powiudł po nih dłonią od czoła aż do złożonyh w kżyż rąk zmarłej i pohylił kilkakrotnie głowę, jakby hciał żec, że ona to jest, jego Danusia, nie kto inny — i że poznaje dziecko. Potem objął ją jednym ramieniem, a drugie, pozbawione dłoni, wzniusł w gurę, zaś obecni odgadli także i tę niemą skargę pżed Bogiem, wymowniejszą od wszelkih słuw boleści. Zbyszko, kturemu po hwilowym wybuhu odrętwiała znuw tważ zupełnie, klęczał z drugiej strony milczący, do kamiennego posągu podobny i naokuł uczyniło się tak ciho, że słyhać było ksykanie konikuw polnyh i bżęczenie każdej pżelatującej muhy. Wreszcie ksiądz Kaleb pokropił święconą wodą Danusię, Zbyszka, Juranda i rozpoczął Requiem aeternam. A po ukończeniu pieśni długi czas modlił się głośno, pży czym ludziom zdawało się, że słyszą proroczy głos, gdy błagał, aby ta męka niewinnego dziecka była oną kroplą, ktura pżepełnia naczynie nieprawości, i aby nastał dzień sądu, kary, gniewu i klęski.
Następnie ruszyli do Spychowa; ale nie położyli Danusi na wuz, tylko nieśli ją na pżedzie orszaku na umajonyh noszah. Dzwon, nie pżestając bić, zdawał się ih wzywać i zapraszać ku sobie, a oni szli śpiewający szerokim błoniem, pod ogromną złotą zożę wieczorną, jakby ih ta zmarła prowadziła naprawdę do odwiecznyh blaskuw i jasności. Wieczur już był i tżody wracały z pul, gdy doszli. Kaplica, w kturej złożono zwłoki, jaśniała od pohodni i świec jażącyh. Z rozkazu księdza Kaleba siedem panien odmawiało kolejno litanię nad ciałem aż do świtu. Do świtu ruwnież Zbyszko nie odstępował Danusi i sam o jutżni wkładał ją w trumnę, kturą biegli żemieślnicy uciosali pżez noc z pnia dębowego, wprawiwszy w wieku nad głową szybę złotego bursztynu.
Juranda nie było pży tym, albowiem działy się z nim żeczy dziwne. Zaraz po powrocie do domu utracił władzę w nogah, a gdy położono go na łożu, utracił ruh i świadomość, gdzie jest i co się z nim dzieje. Prużno ksiądz Kaleb pżemawiał do niego, prużno zapytywał, co mu jest: nie słyszał, nie rozumiał, tylko leżąc na wznak, podnosił do gury powieki pustyh oczu i uśmiehał się z tważą rozjaśnioną i szczęśliwą, a czasem poruszał ustami, jak gdyby z kim rozmawiał. Ksiądz i Tolima rozumieli, że ze zbawioną curką rozmawia i do niej się śmieje. Rozumieli ruwnież, że już kona i własną wieczną szczęśliwość źrenicami duszy ogląda, ale w tym się pomylili, gdyż on, nieczuły i głuhy na wszystko, uśmiehał się tak całe tygodnie, i Zbyszko, wyjehawszy wreszcie z okupem za Maćka, zostawił go jeszcze pży życiu.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.