Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom II, rozdział dwudziesty siudmy

Rozdział dwudziesty siudmy

Dopiero w dni dziewięć po wyjeździe Jagienki stanął Zbyszko na granicy Spychowa, ale Danusia była już tak bliska śmierci, że zupełnie stracił nadzieję, czy ją żywą ojcu dowiezie. Zaraz następnego dnia, gdy poczęła nie do żeczy odpowiadać, spostżegł, iż nie tylko umysł jej jest zwihnięty, ale że pży tym i ciało ogarnia jakaś horoba, pżeciw kturej nie ma już sił w tym wycieńczonym pżez niewolę, więzienie, mękę i ustawiczny strah dziecku. Może być, że odgłosy zaciekłej walki, jaką Zbyszko i Maćko stoczyli z Niemcami, pżepełniły ten kielih pżerażenia i że właśnie w tej hwili napadła ją owa horoba, dość że gorączka nie opuszczała jej odtąd prawie aż do końca drogi. Była to nawet poniekąd okoliczność pomyślna, albowiem pżez straszną puszczę, wśrud niezmiernyh truduw, wiuzł ją Zbyszko jak martwą, niepżytomną i o niczym niewiedzącą. Po pżebyciu puszcz, gdy weszli do „zbożnego” kraju, między osady kmiece i szlaheckie, skończyły się niebezpieczeństwa i trudy. Ludzie dowiadując się, że to wiozą swojackie dziecko, odbite Krzyżakom, a do tego curkę sławnego Juranda, o kturym „gądkowie” tyle śpiewali już pieśni po grudkah, dwożyszczah i hatah, pżeścigali się w usługah i pomocy. Dostarczano zapasuw i koni. Wszystkie dżwi stawały otworem. Nie potżebował już Zbyszko wieźć Danusi w kolebce między końmi, gdyż silni młodziankowie pżenosili ją w noszah ode wsi do wsi tak troskliwie i ostrożnie, jakby jakąś świętość nieśli. Niewiasty otaczały ją najtkliwszą opieką. Mężowie, słuhając opowieści o jej kżywdah, zgżytali zębami i niejeden nakładał zaraz żelazne blahy, hwytał za miecz, za topur albo za kopię i jehał dalej za Zbyszkiem, by pomścić się „z nawiązką”, bo nie dość wydawało się zawziętemu pokoleniu ruwno kżywdą za kżywdę zapłacić. Ale Zbyszko nie myślał w tej hwili o zemście, tylko jedynie o Danusi. Żył między pżebłyskami nadziei, gdy hwilowo czyniło się horej lepiej, głuhą rozpaczą, gdy stan jej pogarszał się widomie. A co do tego nie mugł się już łudzić. Nieraz z początku podruży pżelatywała mu pżez głowę zabobonna myśl, że może tam gdzieś po bezdrożah, kture pżebywali, jedzie za nimi ślad w ślad śmierć i czyha tylko na sposobną hwilę, by się żucić na Danusię i wyssać z niej ostatek życia. Widzenie to, a raczej poczucie, bywało zwłaszcza wśrud ciemnyh nocy tak wyraźne, że nieraz porywała go rozpaczliwa hęć zawrucić, wyzwać martwicę, jak się wyzywa ryceża, i potykać się z nią do ostatniego thu. Ale pży końcu drogi było jeszcze gożej, czuł bowiem śmierć nie za orszakiem, ale wśrud samego orszaku, niewidzialną wprawdzie, ale tak bliską, iż obwiewało ih jej mroźne thnienie. I rozumiał już, że pżeciw temu niepżyjacielowi na nic męstwo, na nic kżepka dłoń, na nic oręż, że tżeba będzie oddać bezradnie najdroższą głowę na łup bez walki.

I to było uczucie najstraszniejsze, albowiem łączył się z nim żal, niepohamowany jak wiher, bezdenny jak może. Jakże nie miała jęczeć, jakże nie miała się rwać z boleści w Zbyszku dusza, gdy spoglądając na swoją kohaną, muwił jej jakby z mimowolną wymuwką: „Na tożem cię miłował, na tom cię odszukał i odbił, aby cię jutro ziemią pżysypać i nie widzieć cię już nigdy?”. A tak muwiąc, spoglądał na jej kwitnące gorączką policzki, na jej mętne, niepżytomne oczy i znuw ją pytał: „Ostawisz mnie? Nie żal ci? Wolisz ode mnie niż ze mną?”. I wuwczas myślał, że hyba i jemu samemu w głowie się pomiesza, piersi zaś rozpierał mu jakby płacz pżeogromny, ale zapiekły i niemogący wybuhnąć, albowiem tamowała mu ujście i jakaś złość, i jakiś gniew na tę bezlitosną siłę, ktura wywarła się na niewinne dziecko, ślepa i zimna. Gdyby złowrogi Krzyżak znajdował się wuwczas w orszaku, byłby go poszarpał jak dziki zwież.

Dobiwszy się do leśnego dworca, hciał się zatżymać, ale tam na wiosnę było pusto. Od strużuw dowiedział się pży tym, że oboje księstwo wybrali się do brata Ziemowita do Płocka, poniehał więc zamiaru jehania do Warszawy, gdzie by dworski medyk mugł dać horej ratunek. Tżeba mu było ciągnąć do Spychowa, co było straszne, albowiem zdawało mu się, iż wszystko już się kończy i że trupa tylko dowiezie Jurandowi.

Ale właśnie na kilka godzin drogi pżed Spychowem padł znuw na jego serce jaśniejszy promyk nadziei. Policzki Danusi poczęły blednąć, oczy stawały się mniej mętne, oddeh nie tak głośny i mniej pośpieszny. Zbyszko spostżegł to natyhmiast i po niejakim czasie nakazał ostatni postuj, aby mogła spokojnie oddyhać. Byli o milę może od Spychowa, z dala od mieszkań ludzkih, na wąskiej drodze między polem a łąką. Ale stojąca w pobliżu dzika grusza dawała ohronę od słońca, zatżymali się więc pod jej gałęziami. Pahołkowie pozłaziwszy z koni, rozkiełznali je, aby łacniej im było szczypać trawę. Dwie niewiasty najęte do posług pży Danusi i młodziankowie, ktuży ją nieśli, znużeni drogą i upałem pokładli się w cieniu i usnęli; tylko Zbyszko czuwał pży noszah i siadłszy tuż na kożeniah gruszy, nie spuszczał z horej oczu.

A ona leżała wśrud popołudniowej ciszy, spokojnie, z pżymkniętymi powiekami. Zbyszkowi wydawało się jednakże, że nie śpi. Jakoż gdy na drugim końcu rozległej łąki koszący siano hłop stanął i począł bżękać w kosę osełką, drgnęła lekko i otwożyła na hwilę powieki, po czym pżymknęła je zaraz; pierś jej podniosła się jakby głębszym oddehem, a z ust wyszedł ledwie dosłyszalny szept:

— Kwiecie pahnie...

Były to pierwsze niegorączkowe i niebłędne słowa, jakie od początku podruży wymuwiła, albowiem z pżygżanej słońcem łąki powiew pżynosił istotnie mocną woń, w kturej czuć było i siano, i miud, i pżerużne pahnące zioła. Więc w Zbyszku na myśl, że pżytomność wraca horej, zadrżało z radości serce. W pierwszym uniesieniu hciał żucić się do jej nug, ale z obawy, by jej nie pżestraszyć, pohamował się, klęknął tylko pży noszah i pohyliwszy się nad nią, jął wołać z ciha:

— Danusiu! Danusiu!

A ona otwożyła znuw oczy, czas jakiś patżyła na niego, po czym uśmieh rozjaśnił jej tważ i tak samo jako popżednio w hacie smolaży, ale daleko pżytomniej, wymuwiła jego imię:

— Zbyszko!...

I prubowała wyciągnąć ku niemu ręce, ale dla zbytniej słabości nie mogła tego uczynić; on natomiast objął ją ramionami, z sercem tak wezbranym, jakby jej dziękował za jakąś niezmierną łaskę.

— Pżebudziłaś się! — muwił. — O, Bogu hwała... Bogu...

Po czym zbrakło mu głosu — i pżez czas jakiś patżyli na siebie w milczeniu. Ciszę polną mącił tylko wonny powiew od strony łąki, kturen szemrał w liściah gruszy, ksykanie konikuw w trawah i dalekie, niewyraźne śpiewanie kosiaża.

Danusia spoglądała coraz pżytomniej i nie pżestawała się uśmiehać, zupełnie jak dziecko, kture we śnie widzi anioła. Powoli jednak w oczah jej poczęło się odbijać jakby pewne zdziwienie:

— Gdziem jest?... — żekła.

Wuwczas z ust jego wyrwał się cały ruj krutkih, pżerywanyh pżez radość odpowiedzi.

— Pży mnieś jest! Pod Spychowem! Do tatusia jedziemy. Skończona twoja niedola! Oj! Danuśko moja! Oj, Danuśko! Szukałem cię i odbiłem. Nie w niemieckiej tyś już mocy. Nie buj się! Zaraz będzie Spychów. Chorzałaś, ale Pan Jezus się zmiłował! Ile było boleści, ile płakania! Danuśko!... Teraz już dobże!... Nic, jeno szczęśliwość pżed tobą. Ej, com się naszukał!... Com się nawędrował!... Ej, mocny Boże!... Ej!

I odethnął głęboko a prawie z jękiem, jakby ostatek ciężaru boleści zżucał z piersi.

Danusia leżała spokojnie, coś sobie pżypominając, coś rozważając, a na koniec spytała:

— Toś ty nie zabaczył mnie?

I dwie łzy, wezbrawszy jej w oczah, stoczyły się z wolna po tważy na wezgłowie.

— Ja miałbym ciebie zabaczyć! — zawołał Zbyszko.

Było zaś w tym stłumionym okżyku więcej mocy niż w największyh zaklęciah i pżysięgah, albowiem miłował ją zawsze całą duszą, a od czasu, gdy ją odzyskał, stała mu się droższą niż cały świat.

Ale tymczasem zapadła ponownie cisza; w dali jeno hłop pżestał śpiewać i jął raz drugi klepać osełką kosę.

Usta Danusi poczęły się znuw poruszać, ale szeptem tak cihym, że Zbyszko nie mugł jej dosłyszeć, więc pohyliwszy się, zapytał:

— Co zaś, jagudko, muwisz?

A ona powtużyła:

— Kwiecie pahnie...

— Bośmy pży łące — odżekł — ale wnet pojedziem dalej. Do tatusia, kturen też z niewoli wybawion. I będziesz moja do śmierci. Słyszyszże ty mnie dobże? I rozumiesz?

Wtem targnął nim nagły niepokuj, spostżegł bowiem, że tważ jej czyni się blada i coraz bledsza, a na tważy osiadają gęsto drobne krople potu.

— Co ci jest? — spytał z okropnym pżestrahem. I uczuł, jak włosy zjeżają mu się na głowie, a mruz pżehodzi pżez kości.

— Co ci jest? Powiedz! — powtużył.

— Ciemno! — szepnęła.

— Ciemno? Słonko świeci, a tobie ciemno? — zapytał zdyszanym głosem. — Dopiero co muwiłaś pżytomnie! Na imię Boskie, żeknij hoć słowo!

Poruszyła jeszcze ustami, ale nie mogła już nawet szeptać. Zbyszko odgadł tylko, że wymawia jego imię i że go woła. Wnet potem wyhudzone jej dłonie jęły drgać i tżepotać się po kilimku, kturym była okryta. Trwało to hwilę. Nie było już się co łudzić — konała!

A on w pżerażeniu i rozpaczy począł ją błagać, jakby prośba mogła coś wskurać:

— Danuśka! O Jezu miłosierny!... Poczekaj hoć do Spychowa! Poczekaj! Poczekaj! O Jezu! Jezu! Jezu!

Podczas tego błagania rozbudziły się niewiasty i nadbiegli pahołkowie, ktuży byli opodal pży koniah na łące. Ale zrozumiawszy od pierwszego żutu oka, co się dzieje, poklękali i poczęli odmawiać w głos litanię.

Powiew ustał, pżestały szemrać liście na gruszy i tylko słowa modlitwy rozlegały się wśrud wielkiej, polnej ciszy.

Danusia pżed samym końcem litanii otwożyła jeszcze oczy, jakby hcąc spojżeć po raz ostatni na Zbyszka i na świat słoneczny, po czym zaraz zasnęła snem wiekuistym.

*

Niewiasty zamknęły jej powieki, a następnie poszły po kwiaty na łąkę. Pahołcy udali się ih śladem — i tak hodzili w słońcu wśrud bujnyh traw, podobni do duhuw polnyh, pohylając się co hwila i płacząc, albowiem w sercah mieli litość i żal. Zbyszko klęczał w cieniu, pży noszah, z głową na kolanah Danusi, bez ruhu i słowa, sam jak martwy, a oni krążyli to bliżej, to dalej, rwąc złoty kaczeniec i dzwonki, i obficie rosnące rużowe smułki, i białą, pahnącą miodem drobniczkę. W wilgotnyh dołkah znaleźli też lilie polne, a na miedzy pży ugoże janowiec. Aż gdy już mieli pełne naręcza, otoczyli smutnym korowodem nosze i poczęli je maić. Pokryli więc prawie całkiem kwieciem i ziułmi zwłoki zmarłej, nie zasłaniając tylko tważy, ktura wśrud dzwonkuw i lilij bielała, ciha, ukojona snem niepżespanym, pogodna i po prostu anielska.

Do Spychowa nie było nawet i mili, więc po niejakim czasie, gdy im smutek i boleść łzami spłynęły, podnieśli nosze i ruszyli ku borom, od kturyh zaczynały się już Jurandowe ziemie.

Pahołcy wiedli za orszakiem konie. Sam Zbyszko niusł w głowah nosze, a niewiasty, obarczone zbywającymi pękami ziuł i kwiatuw, śpiewały na pżodzie pieśni pobożne — i tak z wolna szli i szli między zieloną łąką a ruwnym, szarym ugorem, jakby jaka procesja żałosna.

Na modrym niebie nie było żadnej hmurki i świat cały wygżewał się w złotym blasku słonecznym.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)