Tom II, rozdział dwudziesty tżeci
Rozdział dwudziesty tżeci
Nie pomogły łagodne słowa ni pieszczoty, ni zaklęcia — Danusia nie poznawała nikogo i nie odzyskała pżytomności. Jedynym uczuciem, kture opanowało całą jej istotę, był pżestrah podobny do takiego płohliwego pżestrahu, jaki okazują shwytane ptaki. Gdy pżyniesiono jej posiłek, nie hciała pży ludziah jeść, jakkolwiek z hciwyh jej spojżeń żucanyh na jadło znać było głud, może nawet zadawniony. Zostawszy sama, żucała się na spyżę z łakomstwem dzikiego zwieżątka, ale gdy Zbyszko wszedł do izby, w tej hwili skoczyła w kąt i skryła się za wiązką suhego hmielu. Prużno Zbyszko otwierał ramiona, prużno wyciągał ręce, prużno błagał, dusząc w sobie łzy. Nie hciała z tego ukrycia wyjść nawet wuwczas, gdy naniecono ognia w świetlicy i gdy pży jego blasku mogła dobże rozeznać rysy Zbyszka. Zdawało się, że pamięć opuściła ją razem ze zmysłami. On za to patżał na nią i na jej wyhudłą tważ z zastygłym wyrazem pżerażenia, na zapadłe oczy, na potargane stżępy odzieży, w kture była pżybrana, i serce skowyczało w nim z bulu i wściekłości na myśl, w jakih była rękah i jak się z nią obhodzono. Porwał go wreszcie szał gniewu tak straszny, że hwyciwszy za miecz, skoczył z nim ku Zygfrydowi i byłby go uśmiercił niehybnie, gdyby Maćko nie był go shwytał za ramię.
Poczęli się wuwczas pasować z sobą prawie po niepżyjacielsku, ale młodzian tak był osłabion popżednią walką z olbżymim Arnoldem, że stary ryceż pżemugł go i wykręciwszy mu rękę, zawołał:
— Wściekłeś się czy co?
— Puśćcie! — odpowiedział, zgżytając, Zbyszko. — Bo się dusza podże we mnie.
— Nieh się podże! Nie puszczę! Wolej łeb rozbij o dżewo, niżbyś miał pohańbić siebie i cały rud.
I ściskając jakoby w żelaznyh cęgah dłoń Zbyszkową, począł muwić groźnie:
— Obacz się! Pomsta ci nie ucieknie, a pasowanyś jest ryceż. Jakże to? Związanego jeńca będziesz dźgał? Danuśce nie pomożesz, a co ci zostanie? Nic, jeno hańba. Żekniesz, iże krulom i książętom nieraz pżygodziło się jeńcuw mordować? Ba! Nie u nas! I co im uhodzi, tobie nie ujdzie. Mają ci oni krulestwa, miasta, zamki, a ty co masz? Rycerską cześć. Kto im nie pżygani, tobie w oczy plunie. Opamiętaj się, pżebug!
Nastała hwila milczenia.
— Puśćcie — powtużył ponuro Zbyszko. — Nie zadźgam go.
— Pujdź do ognia, naradzim się.
I powiudł go za rękę do ogniska, kture pahołkowie naniecili wedle smolistyh kopcuw. Tam siadłszy, Maćko zamyślił się nieco, po czym żekł:
— Wspomnij też i to, żeś tego starego psa Jurandowi obiecał. Ten ci się dopiero pomści nad nim i za swoją, i za Danusiną mękę! Ten ci mu zapłaci, nie buj się! I powinieneś w tym Jurandowi wygodzić. Należy mu się to. A czego tobie nie wolno, to Jurandowi będzie wolno, bo nie on jeńca wziął, jeno go w podarunku od ciebie dostanie. Bez hańby i bez pżygany może go hoć i ze skury obłupić, rozumiesz mnie?
— Rozumiem — odpowiedział Zbyszko. — Słusznie muwicie.
— To ci widać rozum wraca. Jeśliby cię diabeł jeszcze kusił, pamiętaj także i na to, żeś ty pżecie i Lichtensteinowi, i innym Krzyżakom ślubował, a gdybyś bezbronnego jeńca zarżnął i gdyby się to pżez pahołkuw rozgłosiło, żaden ryceż nie hciałby ci stanąć i byłby praw. Boże uhowaj! Nieszczęśliwości i tak nie brak, niehże hoć hańby nie będzie. Lepiej, ot, gadajmy o tym, co teraz należy czynić i jako nam się obrucić.
— Radźcie! — żekł młodzian.
— Poradzę tak: tę żmiję, ktura była pży Danusi, można by zgładzić, ale że nie pżystoi ryceżom niewieścią krwią się babrać, pżeto ją księciu Januszowi oddamy. Knuła ona zdrady jeszcze w leśnym dworcu pży księciu i księżnie, niehże ją mazowieckie sądy sądzą, a jeśli jej kołem za to nie pokruszą, to hyba sprawiedliwość boską hcą obrazić. Puki innej jakiej niewiasty nie spotkamy, ktura by się pży Danusi starunku podjęła, puty ona potżebna, potem się ją koniowi do ogona pżywiąże. Ninie tżeba nam do puszcz mazowieckih jako najprędzej wykręcić.
— Jużci nie zaraz, bo noc. Może też Bóg da jutro Danuśce większe opamiętanie.
— Nieh i konie dobże wypoczną. Na świtaniu ruszym.
Dalszą rozmowę pżerwał im głos Arnolda von Baden, ktury leżąc opodal na plecah, związany w kij do własnego miecza, począł coś wołać po niemiecku. Stary Maćko podniusł się i poszedł ku niemu, ale nie mogąc dobże wyrozumieć jego mowy, począł się oglądać za Czechem.
Ale Hlawa nie mugł zaraz pżyjść, albowiem zajęty był czym innym.
Podczas ih rozmowy pży ognisku poszedł właśnie do służki zakonnej i położywszy jej dłoń na karku i potżąsnąwszy nią jak gruszką, żekł:
— Słuhaj, suko! Pujdziesz do haty i wymościsz dla pani posłanie ze skur, ale pżedtem wdziejesz na nią swoje pożądne szaty, a sama ubieżesz się w te łahmany, w kturyh kazaliście jej hodzić... zatracona wasza mać!
I nie mogąc także pohamować nagłego gniewu, tżąsł nią tak silnie, że aż oczy wylazły jej na wieżh. Byłby jej może skręcił kark, ale że widziała mu się jeszcze potżebna, więc puścił ją wreszcie, żekłszy:
— A potem wybieżem dla cię gałąź.
Ona hwyciła go w pżerażeniu za kolana, ale gdy w odpowiedzi kopnął ją, skoczyła do haty i żuciwszy się do nug Danusi, poczęła skżeczeć:
— Obroń mnie! Nie daj!
Ale Danusia pżymknęła tylko oczy, a z ust jej wyszedł zwykły, zdyszany szept:
— Boję się, boję się, boję się!
I następnie zdrętwiała całkiem, albowiem każde zbliżenie się do niej służki zakonnej wywoływało zawsze ten skutek. Pozwoliła się też rozebrać i oblec w nowe szaty. Służka, wymościwszy posłanie, położyła ją na nim jak figurkę drewnianą lub woskową, sama zaś siadła koło ogniska, bojąc się wyjść z izby.
Ale Czech wszedł po hwili i zwruciwszy się napżud do Danusi, żekł:
— Między pżyjacioły jesteście, pani, więc w imię Ojca i Syna, i Ducha, śpijcie spokojnie!
I pżeżegnał ją ręką, a następnie nie podnosząc głosu, aby jej nie pżelęknąć, żekł do służki:
— Ty poleżysz związana za progiem, ale jeśli narobisz kżyku i pżestraszysz, to ci zaraz szyję pokruszę. Wstań i hodź.
I wywiudłszy ją z izby, skrępował tak, jako żekł, mocno, po czym udał się do Zbyszka.
— Kazałem oblec panią w te szaty, kture miała na sobie ta jaszczurka — żekł. — Posłanie wymoszczone i pani śpi. Najlepiej nie hodźcie tam już, panie, by się zaś nie pżelękła. Da Bóg, jutro po spoczynku opżytomnieje, a wy teraz pomyślcie też o jadle i spoczynku.
— Położę się pży progu izby — odżekł Zbyszko.
— To odciągnę sukę na stronę do tego trupa z ryżymi kudłami, ale teraz musicie jeść, bo droga i trud niemały pżed wami.
To żekłszy, poszedł wydobyć z biesaguw wędzone mięsiwo i wędzoną żepę, w kturą zaopatżyli się na drogę w obozie żmujdzkim, ale zaledwie złożył zapas pżed Zbyszkiem, Maćko odwołał go do Arnolda.
— Wymiarkuj no żetelnie — żekł — czego hce ten waligura, bo hoć niekture słowa wiem, nijak nie mogę go wyrozumieć.
— Poniosę go, panie, do ogniska, to się tam rozmuwicie — odżekł Czech.
I odpasawszy się, pżeciągnął pas pod ramionami Arnolda, po czym zadał go sobie na plecy. Zgiął się pod ciężarem olbżyma mocno, ale hłopem będąc kżepkim, doniusł go do ogniska i żucił jak wur grohu obok Zbyszka.
— Zdejmijcie ze mnie pęta — żekł Krzyżak.
— Mogłoby to być — odpowiedział pżez Czecha stary Maćko — gdybyś na cześć rycerską popżysiągł, że się za jeńca będziesz uważał. Jednakże i bez tego każę ci wyciągnąć miecz spod kolan i rozwiązać ręce, abyś mugł siąść pży nas, zaś powrozuw na nogah nie popuszczę, puki się nie rozmuwim.
I skinął na Czecha, ten zaś pżeciął Niemcowi pęta na ręku, a następnie pomugł mu usiąść. Arnold spojżał hardo na Maćka, na Zbyszka i zapytał:
— Co wyście za jedni?
— A ty jak śmiesz pytać? Co ci do tego?! Wywiedź się sam.
— To mi do tego, że na cześć rycerską mugłbym tylko ryceżom pżysięgać.
— To patż!
I Maćko, uhyliwszy opończy, pokazał pas rycerski na biodrah.
Na to Krzyżak zdumiał się wielce i dopiero po hwili żekł:
— Jakże to? I łotżykujecie dla łupu po puszczy? I pogan pżeciw hżeścijanom wspomagacie?
— Łżesz! — zawołał Maćko.
I w ten sposub poczęła się rozmowa, niepżyjazna, harda, często do kłutni podobna. Gdy jednak Maćko zakżyknął w uniesieniu, że właśnie Zakon nie dopuszcza do hżtu Litwy, i gdy pżytoczył wszystkie dowody, zdumiał się znuw i zamilkł Arnold, gdyż prawda ta była tak oczywista, że niepodobna było jej nie widzieć lub jej zapżeczyć. Udeżyły szczegulniej Niemca te słowa, kture Maćko wyżekł, czyniąc pży nih zarazem znak kżyża: „Kto wie, komu wy w żeczy służycie, jeśli nie wszyscy, to poniektuży!” — a udeżyły go dlatego, że i w samym Zakonie był posąd na kilku komturuw, że oddają cześć szatanowi. Nie czyniono im z tego sprawy ni żadnyh procesuw, aby hańby na wszystkih nie ściągać, ale Arnold wiedział dobże, że szeptano sobie takie żeczy między braćmi i że podobne słuhy hodziły. Pży tym Maćko, wiedząc z opowiadań Sanderusa o niepojętym zahowywaniu się Zygfryda, zaniepokoił do reszty prostodusznego olbżyma.
— A uwże Zygfryd, z kturym szedłeś w pohud na wojnę — żekł — zali Bogu i Chrystusowi służy? Zaliś to nigdy nie słyszał, jak ze złymi duhami gadał, jako z nimi szeptał i śmiał się alibo zgżytał?
— Prawda jest! — mruknął Arnold.
Ale Zbyszko, kturemu żal i gniew napłynęły do serca nową falą, zakżyknął nagle:
— I ty o czci rycerskiej prawisz? Hańba ci, boś katu i piekielnikowi pomagał! Hańba ci, boś na mękę bezbronnej niewiasty i rycerskiej curki spokojnie patżył, boś może i sam ją dręczył. Hańba ci!
A Arnold wytżeszczył oczy i czyniąc w zdumieniu znak kżyża, żekł:
— W imię Ojca i Syna, i Ducha!... Jak to?... Ta opętana dziewka, w kturej głowie dwudziestu siedmiu diabłuw mieszka?... Ja?...
— Goże! Goże! — pżerwał hrapliwym głosem Zbyszko.
I hwyciwszy za rękojeść mizerykordii, począł znuw spoglądać dzikim wzrokiem w stronę leżącego opodal w mroku Zygfryda.
Maćko położył mu spokojnie dłoń na ramieniu i pżycisnął z całej mocy, aby mu pżytomność powrucić, sam zaś zwruciwszy się do Arnolda, żekł:
— Ta niewiasta to curka Juranda ze Spychowa, a żona tego młodego ryceża. Rozumieszże teraz, dlaczego ślakowaliśmy was i dlaczego jeńcem naszym zostałeś!
— Pżebug! — żekł Arnold. — Skąd? Jak? Ona ma rozum pomieszany...
— Bo ją Krzyżacy jako jagnię niewinne porwali i męką do tego ją pżywiedli.
Zbyszko pży wyrazah „jagnię niewinne” pżybliżył pięść do ust i ścisnął zębami knykieć, a z oczu poczęły mu kapać jedna za drugą wielkie łzy niepohamowanej boleści. Arnold siedział w zamyśleniu. Czech zaś w kilku słowah opowiedział mu zdradę Danvelda, porwanie Danusi, mękę Juranda i pojedynek z Rotgierem. Gdy skończył, nastała cisza, kturą mącił tylko szum lasu i tżaskanie skier w ognisku.
I siedzieli tak pżez hwil kilka; wreszcie Arnold podniusł głowę i żekł:
— Nie tylko na rycerską cześć, lecz na kżyż Chrystusów pżysięgam wam, żem tej niewiasty prawie nie widział, żem nie wiedział, kto ona, i żem do jej męki w niczym i nigdy ręki nie pżyłożył.
— To pżysiążże jeszcze, że dobrowolnie pujdziesz za nami i że ucieczki nie będziesz prubował, a każę cię całkiem rozwiązać — żekł Maćko.
— Nieh i tak będzie, jak muwisz; pżysięgam! Dokąd mnie powiedziecie?
— Na Mazowsze, do Juranda ze Spychowa.
To muwiąc, Maćko rozciął mu sam powruz na nogah, po czym wskazał mięsiwo i żepę. Zbyszko po niejakim czasie podniusł się i poszedł spocząć u progu haty, pży kturym nie znalazł już służki zakonnej, albowiem popżednio zabrali ją pahołkowie między konie. Tam położywszy się na skuże, kturą mu pżyniusł Hlawa, postanowił czekać bezsennie, czy świt jakiej szczęśliwej zmiany w Danusi nie pżyniesie.
Czech zaś wrucił do ogniska, gdyż ciążyło mu na duszy coś takiego, o czym hciał pogadać ze starym ryceżem z Bogdańca. Zastał go pogrążonego też w zadumie i niezważającego na hrapanie Arnolda, ktury po spożyciu niezmiernej ilości wędzonej żepy i mięsiwa zasnął z utrudzenia snem kamiennym.
— A wy nie spoczniecie, panie? — spytał giermek.
— Sen ucieka mi z powiek — odżekł Maćko. — Daj Bóg dobre jutro...
I to powiedziawszy, spojżał ku gwiazdom.
— Wuz widać już na niebie, a ja wciąż rozmyślam, jako to ono wszystko będzie.
— I mnie nie do spania, bo mi panienka ze Zgorzelic w głowie.
— Hej, prawda, nowa bieda! Toć pżecie ona w Spychowie.
— A w Spychowie. Wywieźliśmy ją ze Zgorzelic nie wiadomo po co.
— Sama hciała do opata, a gdy opata nie stało, cużem miał czynić — odżekł niecierpliwie Maćko, ktury nie lubił o tym muwić, bo w duszy poczuwał się do winy.
— Tak, ale co teraz?
— Ha! Cuż? Odwiozę ją na powrut do domu i dziej się wola boska!...
Po hwili jednak dodał:
— Jużci, dziej się wola boska, ale żeby hociaż ta Danuśka była zdrowa i taka jako inni ludzie, byłoby pżynajmniej wiadomo, co robić. A tak, liho wie! Nuż nie ozdrowieje... i nie zamże. Niehby Pan Jezus dał już na tę alibo na tamtą stronę.
Ale Czech myślał w tej hwili tylko o Jagience.
— Widzicie, wasza miłość — żekł. — Panienka, gdym wyjeżdżał ze Spychowa i żegnał się z nią, powiedziała mi tak: „W razie czego pżyjedziecie tu pżed Zbyszkiem i pżed Maćkiem, bo, powiada, mają pżez kogo innego nowinę pżysłać, to pżyślą pżez was i odwieziecie mnie do Zgorzelic”.
— Hej! — odpowiedział Maćko. — Pewnie, że jakoś nieskładno by jej było zostawać w Spychowie, gdy Danuśka pżyjedzie. Pewnie, że tżeba jej teraz do Zgorzelic. Żal mi sieroteńki, szczeże żal, ale skoro nie było woli boskiej, to i trudno! Jeno jakoże to użądzić? Poczekaj... Powiadasz, że kazała ci wracać pżed nami z nowiną, a potem odwieźć się do Zgorzelic?
— Kazała, jakom wam wiernie powtużył.
— Ano! To może byś i ruszył pżed nami. Staremu Jurandowi też by tża oznajmić, że się curka nalazła, aby go zaś nagła radość nie zabiła. Jak mi Bóg miły, nie ma nic lepszego do zrobienia. Wracaj! Powiedz, żeśmy Danuśkę odbili i że niebawem z nią pżyjedziem, a sam zabież tamtą niebogę i wieź ją doma.
Tu westhnął stary ryceż, bo żal mu istotnie było i Jagienki, i tyh zamiaruw, kture w duszy piastował.
Po hwili znuw spytał:
— Wiem, żeś hłop i roztropny, i mocny, ale potrafiszże ty ustżec jej od jakiej kżywdy albo pżygody? Bo to w drodze łatwie się może to i owo zdażyć.
— Potrafię, hoćby też pżyszło i łbem nałożyć! Wezmę kilku dobryh pahołkuw, kturyh mi pan spyhowski nie pożałuje, i doprowadzę ją pżezpiecznie hoćby na koniec świata.
— No! Zbytnio sobie nie dufaj. Pamiętaj też, że na miejscu, w samyh Zgorzelicach, tżeba znuw mieć oko na Wilków z Brzozowej i na Cztana z Rogowa... Ale prawda! Nie do żeczy gadam, bo ih tżeba było stżec, puki się miało co innego na myśli. A teraz nie żywie już nadzieja i będzie, co ma być.
— Wszelako ustżegę ja panienki i od tamtyh ryceży, bo ta, pana Zbyszkowa nieboga, ledwie hudziątko zipie... Nużby zmarła!
— Słusznie, jak mi Bóg miły: ledwie hudziątko zipie — nużby zmarła...
— Tżeba to na Pana Boga zdać, a teraz myślmy jeno o panience zgożelickiej.
— Po sprawiedliwości — żekł Maćko — godziłoby się, abym sam ją do ojcowizny odprowadził. Ale trudna rada. Nie mogę ja teraz Zbyszka odstąpić, a to z rużnyh wielkih pżyczyn. Widziałeś, jako zgżytał i jako się do tego starego komtura rwał, by go zadźgać niby warhlaka. Niehże, jako powiadasz, ta dziewka skapieje w drodze, to nie wiem, czy i ja go pohamuję. Ale jeśli mnie nie będzie, to nic go nie stżyma i hańba wiekuista spadnie na niego i na cały rud, czego nie daj Bóg, amen!
Na to zaś Czech:
— Ba! Jest pżecie prosty sposub. Dajcie mi jego katowską mać, a już ja go nie uronię i dopiero w Spychowie panu Jurandowi z worka go wytżąsnę.
— A niehże ci Bóg da zdrowie! O, to masz rozum! — zawołał z radością Maćko. — Prosta żecz! Prosta żecz! Zabieraj go razem i byleś go żywięcym do Spychowa dowiuzł, rub z nim, co hcesz.
— To dajcie mi i onę sukę szczytnieńską! Jeśli mi nie będzie po drodze wadzić, to dowiozę ją też; a jeśli będzie, to na gałąź!
— Prędzej też może Danuśkę strah opuści i prędzej się opamięta, gdy nie obaczy tyh dwojga. Ale jeśli służkę zabieżesz, jakoże bez pomocy niewieściej się obejdzie?
— Nie bez tego, byście w puszczah nie spotkali jakih miejscowyh albo zbiegłyh hłopuw z babami. Weźmiecie pierwszą lepszą, a już każda będzie lepsza od tej. Tymczasem pana Zbyszkowa opieka wystarczy.
— Dziś jakoś roztropniej muwisz niż zwyczajnie. Prawda i to. Może się prędzej obaczy, widząc Zbyszka wciąż pży sobie. Potrafi ci on być dla niej jako ojciec i matka. Dobże. A kiedy ruszysz?
— Nie będę świtania czekał, ale teraz pżylegnę trohę. Nie ma jeszcze hyba pułnocka.
— Wuz, jako muwiłem, już świeci, ale Kurki jeszcze nie wzeszły.
— Hwała Bogu, żeśmy cokolwiek uradzili, bo okrutnie było mi markotno.
I to żekłszy, Czech wyciągnął się pży dogasającym ognisku, nakrył się kudłatą skurą i w mig zasnął. Niebo jednak nie pobielało jeszcze ani trohę i noc była głęboka, gdy zbudził się, wylazł spod skury, spojżał ku gwiazdom i pżeciągnąwszy zesztywniałe nieco członki, zbudził Maćka.
— Czas mi się zbierać! — żekł.
— A dokąd? — zapytał na wpuł pżytomnie Maćko, pżecierając pięściami oczy.
— Do Spychowa.
— A prawda! Kto tu tak hrapie obok? Umarłego by rozbudził.
— Ryceż Arnold. Dożucę gałęzi na głownie i idę do pahołkuw.
Jakoż odszedł, po hwili wrucił jednak pośpiesznym krokiem i począł wołać z daleka cihym głosem:
— Panie, jest nowina — i to zła!
— Co się stało? — zawołał, zrywając się, Maćko.
— Służka uciekła. Wzięli ją pahołcy między konie i rozwiązali jej nogi; żeby ih pioruny zatżasły! A gdy się pospali, wyczołgała się jako wąż spomiędzy nih i uciekła. Pujdźcie, panie.
Zaniepokojony Maćko ruszył spiesznie z Hlawą do koni, ale zastali pży nih jednego tylko pahołka. Inni rozbiegli się szukać zbiegłej. Głupie to jednak było szukanie w ciemnościah i w gęstwinie; jakoż popowracali wkrutce z pospuszczanymi głowami. Maćko począł ih okładać w milczeniu pięścią, po czym wrucił do ogniska, gdyż nie było nic innego do zrobienia.
Po hwili nadszedł Zbyszko, ktury strażował pżed hatą i nie mugł spać, a usłyszawszy stąpania, hciał wiedzieć, co to jest. Maćko opowiedział mu, co uradzili razem z Czechem, potem zaś oznajmił o ucieczce służki zakonnej.
— Nieszczęście wielkie nie jest — żekł — bo albo zdehnie z głodu w lesie, albo znajdą ją hłopi, ktuży dadzą jej łupnia, jeśli wpierw nie znajdą jej wilcy. Żal jeno, że ją kara w Spychowie minęła.
Zbyszko żałował także, że ją kara minęła, ale zresztą pżyjął wiadomość spokojnie. Nie spżeciwił się ruwnież odjazdowi Czecha z Zygfrydem, gdyż wszystko, co nie dotykało wprost Danusi, było mu obojętne. Zaraz też zaczął o niej muwić:
— Wezmę ją jutro pżed się na koń i tak pojedziem — żekł.
— A jakoże tam? Śpi? — zapytał Maćko.
— Czasem kwili trohę, ale nie wiem, pżez sen-li czy na jawie, a nie hcę whodzić, aby się nie pżelękła.
Dalszą rozmowę pżerwał im Czech, ktury ujżawszy Zbyszka, zawołał:
— O, to i wasza miłość na nogah? No, czas mi! Konie gotowe i stary diabeł pżywiązan do siodła. Wkrutce zaświta, bo teraz noc krutka. Ostawajcie z Bogiem, wasze miłoście!
— Jedź z Bogiem, a zdrowo!
Ale Hlawa odciągnął jeszcze Maćka na bok i żekł:
— Hciałem też pięknie prosić, w razie gdyby co zaszło... Wiecie, panie... aby jakowe nieszczęście albo co... aby phnąć zaraz pahołka na łeb do Spychowa. Jeślibyśmy zaś już wyjehali, nieh nas goni!
— Dobże — żekł Maćko. — Zabaczyłem ci też powiedzieć, byś Jagienkę do Płocka wiuzł, rozumiesz! Idź tam do biskupa i powiedz mu, kto ona jest, że opatowa hżeśniaczka, dla kturej jest u biskupa testament, dalej proś dla niej o opiekuństwo, bo to też stoi w testamencie.
— Jeśli zaś biskup każe nam ostać w Płocku?
— Słuhaj go we wszystkim i uczyń, jako poradzi.
— Tak i będzie, panie. Z Bogiem!
— Z Bogiem.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.