Tom II, rozdział szesnasty
Rozdział szesnasty
W lasah o milę na wshud za Kownem, kture sam Witold zniszczył, stały głuwne siły Skirwoiłły, pżeżucając się w razie potżeby błyskawicą z miejsca na miejsce, czyniąc szybkie wyprawy bądź to w granice pruskie, bądź na zamki i zameczki będące jeszcze w ręku kżyżackim i podsycając płomień wojny w całej krainie. Tam to znalazł wierny giermek Zbyszka, a pży nim i Maćka, ktury był dopiero pżed dwoma dniami pżyjehał. Po pżywitaniu się ze Zbyszkiem pżespał Czech całą noc jak zabity i dopiero na drugi dzień wieczorem poszedł powitać starego ryceża, ktury będąc strudzon i zły, pżyjął go gniewliwie, pytając, dlaczego wedle rozkazania w Spychowie nie został — i udobruhał się nieco dopiero wuwczas, gdy uw, znalazłszy sposobną hwilę, w kturej Zbyszka nie było w namiocie, usprawiedliwił się pżed nim wyraźnym rozkazem Jagienki.
Powiedział też, że prucz rozkazu i prucz pżyrodzonej ohoty do wojny pżywiodła go także w tę stronę hęć, by w razie czego phnąć zaraz gońca z wiadomością do Spychowa. „Panienka — muwił — ktura ma duszę jak anioł, sama pżeciw własnemu dobru modli się za Jurandównę. Ale wszystkiemu musi być koniec. Jeśli Jurandówna nie żyje, to nieh Bóg da jej światłość wiekuistą, boć była jako jagnię niewinne, ale jeśli się odnajdzie, to tżeba panienkę jako najprędzej zawiadomić, aby wraz jehała precz ze Spychowa, nie zaś dopiero po powrocie Jurandówny, jakoby wypędzona, ze sromotą a wstydem”.
Maćko słuhał tego z niehęcią, powtażając od czasu do czasu: „Nic ci do tego”. Ale Hlawa, postanowiwszy muwić otwarcie, wcale się tym nie tropił i w końcu żekł:
— Lepiej było pannie w Zgorzelicach ostawać i na nic była ta podruż. Wmawialiśmy w niebogę, że Jurandówna już nie żywie, a może się pokazać inaczej.
— A kto opowiadał, że nie żywie, jeżeli nie ty? — zapytał z gniewem Maćko. — Tżeba było tżymać język za zębami. Ja zaś zabrałem ją, bo się bała Cztana i Wilka.
— Pozur to tylko był — odpowiedział giermek. — Mogła siedzieć w Zgorzelicach bezpiecznie, bo oni by tam sobie wzajem pżeszkadzali. Ale baliście się, panie, żeby w razie śmierci Jurandówny nie ominęła pana Zbyszka i panienka, i dlategoście ją zabrali.
— Cużeś tak zhardział? Zaliś to już ryceż pasowany, nie sługa?
— Sługam ci jest, ale sługa panny, pżeto dbam, aby jej hańba nie spotkała.
A Maćko zamyślił się posępnie, gdyż nie był z siebie rad. Nieraz on już sobie wyżucał, że zabrał Jagienkę ze Zgorzelic, czuł bowiem, że w każdym razie w takim podwożeniu Jagienki Zbyszkowi była jakowaś dla niej ujma, a na wypadek, gdyby Danusia się odnalazła — więcej niż ujma. Czuł ruwnież, że w hardyh słowah Czecha tkwi prawda, bo hoć Jagienkę zabrał dlatego, by ją do opata odwieźć, mugł jednak, dowiedziawszy się o jego śmierci, w Płocku ją zostawić, a tymczasem on ją aż do Spychowa pżywiuzł, by w razie czego blisko pży Zbyszku była.
— Dyć mnie to do łba nie pżyszło — żekł jednak, hcąc siebie i Czecha stumanić — jeno sama się jehać naparła.
— Jużci się naparła, bośmy w nią wmuwili, że tamtej nie ma na świecie, a że braciom bezpieczniej było bez niej niż z nią — więc i pojehała.
— Tyś wmuwił! — zakżyknął Maćko.
— Ja; i moja wina. Ale teraz musi się pokazać, jako jest. Tżeba, panie, co wskurać. Inaczej: lepiej pogińmy.
— Co tu wskurasz — żekł z niecierpliwością Maćko — z takim wojskiem, w takiej wojnie!... Będzie-li co lepszego, to dopiero w lipcu, bo dla Niemców dwie są pory wojenne: zimą i suhym latem, a teraz to się jeno tli, nie pali. Kniaź Witold podobno do Krakowa pojehał krulowi się opowiedzieć i pozwoleństwo a pomoc jego sobie zjednać.
— Są pżecie w pobliżu zamki kżyżackie. Gdyby hoć ze dwa zdobyć, znaleźlibyśmy może Jurandównę albo wiadomość o jej śmierci.
— Albo i nic.
— W tę stronę ją pżecie Zygfryd wywiuzł. Powiadali to nam i w Szczytnie, i wszędy, i samiśmy tak myśleli.
— A widziałeś to wojsko? Wyjdźże za namiot i spujż. Niektuży pałki jeno mają, a niektuży miedziane miecze po pradziadah.
— Ba! Jako słyszałem, hłopy do bitki dobre!
— Ale nie im z gołymi bżuhami zamkuw dobywać, zwłaszcza kżyżackih.
Dalszą rozmowę pżerwało im pżybycie Zbyszka i Skirwoiłły, ktury był wodzem Żmujdzinów. Był to mąż małego wzrostu, ale kżepki w sobie i barczysty. Pierś posiadał tak wypukłą, że prawie wyglądała na garb, i niezmiernie długie, sięgające prawie do kolan ręce. W ogule pżypominał Zyndrama z Maszkowic, słynnego ryceża, kturego Maćko i Zbyszko poznali swego czasu w Krakowie, miał bowiem ruwnie ogromną głowę i takie same pałąkowate nogi. Muwiono o nim także, że dobże rozumiał się na wojnie. Wiek życia zbiegł mu w polu pżeciw Tatarom, z kturymi długie lata walczył na Rusi, i pżeciw Niemcom, kturyh nienawidził jak zarazy. W tyh wojnah nauczył się po rusińsku, a potem na dwoże Witoldowym nieco po polsku; po niemiecku umiał, a pżynajmniej powtażał tylko tży wyrazy: ogień, krew i śmierć. W swojej ogromnej głowie miał zawsze pełno pomysłuw i podstępuw wojennyh, kturyh Krzyżacy nie umieli ani pżewidzieć, ani im zapobiegać — dlatego bano się go w pogranicznyh komturiah.
— Muwiliśmy o wyprawie — żekł z niezwykłym ożywieniem do Maćka Zbyszko — i dlategośmy tu pżyszli, byście też swoje doświadczone zdanie żekli.
Maćko usadził Skirwoiłłę na sosnowym pniaku pokrytym niedźwiedzią skurą, następnie kazał pżynieść czeladzi stągiewkę miodu, z kturej poczęli czerpać ryceże blaszankami i pić, gdy zaś pokżepili się godnie, dopieroż Maćko zapytał:
— Hcecie wyprawę uczynić albo co?
— Zamki Niemcom okużyć...
— Kturen?
— Ragnetę albo Nowe Kowno.
— Ragnetę — żekł Zbyszko. — Cztery dni temu byliśmy pod Nowym Kownem i pobili nas.
— To właśnie — żekł Skirwoiłło.
— Jakże to?
— Dobże.
— Poczekajcie — żekł Maćko — bo ja tutejszej krainy nie znam. Gdzie jest Nowe Kowno, a gdzie Ragneta?
— Stąd do Starego Kowna niespełna mila — odpowiedział Zbyszko — a od Starego do Nowego też mila. Zamek jest na wyspie. Onegdaj hcieliśmy się pżeprawić, ale pobili nas u pżeprawy. Ścigali ci nas puł dnia, aż utailiśmy się w tyh lasah, a wojsko tak się rozproszyło, że niektuży dopiero dziś nad ranem się znaleźli.
— A Ragneta?
Skirwoiłło wyciągnął swe długie jak gałąź ramię na pułnoc i żekł:
— Daleko! Daleko...
— Właśnie dlatego, że daleko! — odparł Zbyszko. — Spokuj tam wokoło, bo co było zbrojnyh ludzi z tej strony granicy, to ściągnęło ku nam. Nie spodziewają się tam teraz Niemcy żadnej napaści, więc na ubezpieczonyh udeżym.
— Słusznie prawi — żekł Skirwoiłło.
Maćko zaś spytał:
— Zali myślicie, że będzie można i zamku dobyć?
Na to Skirwoiłło potżąsnął głową na znak pżeczenia, a Zbyszko odpowiedział:
— Zamek mocny, więc hybaby wypadkiem. Ale krainę spustoszym, wsie i miasta popalim, spyżę poniszczym, a co nade wszystko jeńcuw nabieżemy, między kturymi mogą być ludzie znaczni, a takih hętnie Krzyżacy wykupują alboli też wymieniają...
Tu zwrucił się do Skirwoiłły:
— Samiście, kniaziu, pżyznali, że słusznie prawię, a teraz rozważcie jeno: Nowe Kowno na wyspie. Ni tam wsi nie pobużym, ni stad nie zagarniem, ni jeńcuw nie nabieżem. I pżecie dopiero co nas tam pobili. Ej! Pujdźmy lepiej tam, gdzie się nas teraz nie spodziewają.
— Kto pobije, ten się napaści najmniej spodziewa — mruknął Skirwoiłło.
Lecz tu zabrał głos Maćko — i począł popierać zdanie Zbyszkowe, zrozumiał bowiem, że młodzianek ma większą nadzieję dowiedzieć się czegoś pod Ragnetą niż pod Nowym Kownem — i że pod Ragnetą łatwiej będzie pżede wszystkim shwytać jakiego znacznego jeńca, ktury by mugł posłużyć na wymianę. Mniemał także, że w każdym razie lepiej jest iść dalej i wyhynąć niespodzianie w kraj mniej stżeżony, niż porywać się na wyspę od pżyrodzenia obronną, a stżeżoną prucz tego pżez silny zamek i zwycięską załogę.
Jako zaś człek doświadczony w wojnie, muwił jasno i pżytaczał tak walne powody, że każdego mugł pżekonać. Tamci słuhali go też uważnie. Skirwoiłło poruszał kiedy niekiedy wzniesionymi brwiami jakby na znak pżytakiwania, hwilami pomrukiwał: „Słusznie prawi!” — wreszcie wsunął swą ogromną głowę między szerokie ramiona, tak że wyglądał całkiem jak garbaty, i zamyślił się głęboko.
Lecz po pewnym czasie wstał — i nic nie muwiąc, począł się żegnać.
— A jakoże, kniaziu, będzie? — spytał go Maćko. — Dokąd ruszym?
Uw zaś żekł krutko:
— Pod Nowe Kowno.
I wyszedł z namiotu.
Maćko i Czech spoglądali czas jakiś ze zdziwieniem na Zbyszka, po czym stary ryceż udeżył się dłońmi po udah i zawołał:
— Tfu! Cuż to za pień!... To niby słuha, słuha, a potem swoje. Żal gęby dżeć!...
— Słyszałem ci ja o nim, że taki jest — odżekł Zbyszko — a po prawdzie, to i cały tu narud uporczywy jako mało ktury. Cudzego zdania wysłuha, a potem jakoby kto na wiatr dmuhał.
— To czego pyta?
— Bośmy pasowani ryceże i dlatego, żeby każdą żecz na dwie strony rozważyć. Ale głupi on nie jest.
— Pod Nowym Kownem też może najmniej się nas spodziewają — zauważył Czech — właśnie dlatego, że dopiero co was pobili. W tym miał ci on słuszność.
— Pujdźmy obaczyć tyh ludzi, kturym ja pżywodzę — żekł Zbyszko, kturemu duszno było w namiocie. — Tżeba im zapowiedzieć, aby zaś byli gotowi.
I wyszli. Na dwoże noc już zapadła zupełna, hmurna i ciemna, rozświecona tylko pżez ogniska, pży kturyh siedzieli Żmujdzini.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.