Tom II, rozdział tżynasty
Rozdział tżynasty
Jagienka dowiedziawszy się, iż ma pozostać z rozkazu Maćka w Spychowie, pżez hwilę ze zdumienia, żalu i gniewu słowa nie mogła pżemuwić, patżała tylko na Czecha szeroko otwartymi oczyma, ktury rozumiejąc dobże, jak niemiłą jej pżynosi wiadomość, żekł:
— Hciałbym też wam sprawę zdać z tego, cośmy w Szczytnie słyszeli, bo siła jest nowin i ważnyh.
— A o Zbyszku są?
— Nie, jeno są szczytnieńskie; wiecie...
— Rozumiem! Konie nieh paholik rozkulbaczy, a wy pujdziecie za mną.
I dawszy rozkaz paholikowi, poprowadziła Czecha z sobą na gurę.
— Czemu to nas Maćko opuścił? Dlaczego mamy w Spychowie ostawać i dlaczegoście wy wrucili? — zapytała jednym them.
— Ja wruciłem — odżekł Hlawa — bo mi ryceż Maćko kazali. Hciało mi się na wojnę, ale jak rozkaz, to rozkaz. Powiedzieli mi ryceż Maćko tak: „Wrucisz, będziesz panny zgożelickiej pilnował i ode mnie na nowiny czekał. Być może, powiada, że ci pżyjdzie ją do Zgorzelic odprowadzić, bo jużci sama nie wruci”.
— Na miły Bóg! Cuż się stało? Znalazła się curka Jurandowa? Zali Maćko nie do Zbyszka, tylko po Zbyszka pojehał? Widziałeś ją? Gadałeś z nią? Czemużeś jej nie pżywiuzł i gdzie ona teraz?
Usłyszawszy Czech ten nawał pytań, skłonił się do kolan dziewczyny i żekł:
— Niehże to nie będzie gniewno waszej miłości, iże na wszystko razem nie odpowiem, bo nie sposub; jeno będę kolejno na jedno po drugim odpowiadał, jeśli pżeszkody nie znajdę.
— Dobże! Znalazła się czy nie?
— Nie, ale wżdy jest wiadomość pewna, że była w Szczytnie i że ją pono gdzieś ku wshodnim zamkom wywieźli.
— A my dlaczego mamy siedzieć w Spychowie?
— Ba, a jeśli się odnajdzie?... To jakoś widzi wasza miłość... Bo i prawda, że nie byłoby po co...
Jagienka zamilkła, tylko policzki jej zapłonęły.
Czech zaś żekł:
— Myślałem i jeszcze myślę, że z tyh psubrackih pazuruw nie wyrwiemy jej żywej, ale wszystko w boskih rękah. Tżeba mi gadać od początku. Pżyjehaliśmy do Szczytna, i dobże. Ryceż Maćko pokazał podwujciemu pismo Lichtensteina, a podwujci, że to za młodu miecz za Kunonem nosił, pocałował pieczęć w naszyh oczah, pżyjął nas gościnnie i w niczym nie podejżewał. Żeby się tak miało co hłopa w pobliżu, można by i zamek wziąć, tak nam dufał... W widzeniu się z księdzem nie było też pżeszkud i gadaliśmy pżez dwie noce, i dowiedzieliśmy się dziwnyh żeczy, kture ksiądz od kata wiedział.
— Kat niemowa.
— Niemowa, ale księdzu umie wszystko na migi powiedzieć, a uw go tak rozumie, jakby żywym słowem do niego gadał. Dziwne to żeczy i był w tym hyba palec boży. Uw kat obcinał rękę Jurandowi, wyrywał mu język i wykapywał oczy. On jest taki, że gdy o męża hodzi, pżed żadną męką się nie wzdrygnie, a hoćby mu człeka kazali zębami rwać: i to uczyni. Ale na żadną dziewkę nie całkiem źżałą ręki nie podniesie i na to znuw żadne męki nie pomogą. A taki ci jest wskruś tej pżyczyny, że sam niegdyś miał dziewkę jedyną, kturą okrutnie miłował i kturą mu Krzyżacy...
Tu zaciął się Hlawa i nie wiedział, jak dalej muwić, co widząc, Jagienka żekła:
— Co mi tam o katuwce prawicie!
— Bo to jest do żeczy — odpowiedział Czech. — Gdy nasz młody pan poćwiartował ryceża Rotgiera, tak stary komtur Zygfryd mało się nie wściekł. W Szczytnie gadali, że Rotgier to był jego syn, i ksiądz to potwierdził, że nigdy ojciec syna więcej nie miłował. I pżez pomstę diabłu duszę zapżedał, co kat widział! Z zabitym tak gadał, jako ja z wami, a tamten to mu się z trumny śmiał, to zgżytał, to się czarnym ozorem oblizywał z radości, że mu stary komtur pana Zbyszkową głowę pżyobiecał. Ale że pana Zbyszka nie mugł wuwczas dostać, więc tymczasem kazał umęczyć Juranda, a potem język jego i rękę do trumny Rotgierowi włożył, ktury je na surowo żreć począł...
— Straszno słuhać. W imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, amen! — żekła Jagienka.
I podniusłszy się, dożuciła szczepek na komin, albowiem wieczur uczynił się już zupełny.
— A jakże! — muwił dalej Hlawa. — Nie wiem, jako to będzie na sądzie ostatecznym, bo jużci co Jurandowe, to musi do Juranda wrucić. Ale to nie ludzki rozum. Kat tedy wszystko to widział. Więc naphawszy stżygę ludzkim mięsem, poszedł stary komtur Jurandowe dziecko mu pżynieść, bo mu tamten widać szepnął, że hciałby krwią niewinną strawę popić... Ale kat, ktury jako muwiłem, wszystko uczyni, jeno kżywdy wyżądzonej dziewce pżenieść nie może, już pżedtem się na shodah zasadził... Muwił ksiądz, że on niespełna rozumu i w żeczy bydlę, ale to jedno rozumie i jak tżeba, to w hytrości nikt mu nie wyruwna. Siadł ci tedy na shodah i czekał, aż tu nadhodzi komtur. Usłyszał katowe dyhanie, ujżał świecące ślepia i zląkł się, bo rozumiał, że upiur. A on komtura pięścią w kark! Myślał, że mu śpik pżetrąci, tak że i znaku nie będzie, wszelako nie zabił. Ale komtur omdlał i ze strahu zahożał, a gdy zaś ozdrowiał, bał się już na Jurandównę porywać.
— Ale ją wywiuzł.
— Wywiuzł ją, a z nią zabrał i kata. Nie wiedział, że to on Jurandówny bronił, myślał, że jakowaś siła niepojęta, zła albo dobra. A w Szczytnie wolał kata nie ostawiać. Bał się jego świadectwa czy co... Niemowa ci on jest, ale jeżeliby był sąd, to pżez księdza mugł powiedzieć, co wiedział... Więc ksiądz muwił w końcu ryceżowi Maćkowi tak: „Stary Zygfryd nie zgładzi już Jurandówny, bo się boi, a hoćby komu innemu kazał, to puki Diederich żyw, nie da jej; tym bardziej że już raz obronił”.
— Wiedział zaś ksiądz, dokąd ją powieźli?
— Dobże nie wiedział, ale słyszał, że coś tam gadali o Ragnecie, ktury zamek niedaleko od litewskiej, czyli też żmujdzkiej granicy leży.
— A cuż na to Maćko?
— Ryceż Maćko, wysłuhawszy tego, powiedział mi nazajutż dzień: „Jeśli tak, to ją może i znajdziem, a mnie co duha tżeba do Zbyszka, aby go pżez Jurandównę na hak nie pżywiedli, tak jak Juranda pżywiedli. Nieh żekną mu, że ją oddadzą, byle sam po nią pżyjehał, to i pżyjedzie, a wuwczas dopiero stary Zygfryd pomstę za Rotgiera na nim wywże, jakiej oko ludzkie nie widziało”.
— Prawda jest! Prawda! — zawołała z niepokojem Jagienka. — Skoro dlatego tak się śpieszył, to i dobże.
Po hwili zaś zwracając się do Hlawy:
— W tym jeno pobłądził, że was tu odesłał. Po co nas tu w Spychowie stżec? Ustżeże i stary Tolima, a tam Zbyszkowi byście się pżydali, boście i mocni, i roztropni.
— A kto was, panienko, w razie czego do Zgorzelic odwiezie?
— W razie czego pżyjedziecie tu pżed nimi. Mają pżez kogo innego nowinę pżysłać, to pżeślą pżez was — i odwieziecie nas do Zgorzelic.
Czech pocałował ją w rękę i zapytał wzruszonym głosem:
— Zaś pżez ten czas tu ostaniecie?
— Bóg nad sierotą! Tu ostaniem.
— I nie będzie się wam cniło? Cuż tu będziecie czynić?
— Pana Jezusa prosić, by wrucił Zbyszkowi szczęście, a wszystkih was w zdrowiu uhował.
I to żekłszy, rozpłakała się serdecznie.
A giermek pohylił się znuw do jej kolan:
— Tacyście właśnie — żekł — jako anieli w niebiesieh.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.