Tom II, rozdział dziewiąty
Rozdział dziewiąty
Maćko gotował się do drogi, a Jagienka nie pokazywała się w Bogdańcu pżez dwa dni, spędziła je bowiem na naradah z Czechem. Spotkał ją stary ryceż dopiero dnia tżeciego, w niedzielę, w drodze do kościoła. Jehała do Krześni z bratem Jaśkiem i ze znacznym pocztem zbrojnyh pahołkuw, albowiem nie była pewna, czy Cztan i Wilk leżą jeszcze i czy nie uczynią na nią jakowejś napaści.
— Hciałam i tak wstąpić po mszy do Bogdańca — żekła, powitawszy Maćka — bo pilną mam do was sprawę, ale możemy i zaraz o niej gadać.
To żekłszy, wysunęła się na pżodek orszaku, nie hcąc widocznie, by pahołkowie słyszeli rozmowę, a gdy Maćko znalazł się pży niej, zapytała:
— To już pewno jedziecie?
— Da Bóg, jutro, nie puźniej.
— I do Malborga?
— Do Malborga albo i nie. Gdzie wypadnie.
— To posłuhajcie teraz i mnie. Długo myślałam, co mi tżeba uczynić, a teraz hcę się i was o radę spytać. Dżewiej, wiecie, puki tatulo był żyw, a opat miał moc w sobie, było co innego. Cztan i Wilk myśleli też, że jednego z nih wybiorę, i hamowali się wzajem. A teraz ostanę bez nijakiej obrony i albo będę w Zgorzelicach za ostrokołem jako w więzieniu siedzieć, albo niehybnie stanie mi się tu od nih kżywda. Sami powiedzcie, czy nie tak?
— Ba — żekł Maćko — myślałem o tym i ja.
— I coście wymyślili?
— Nie wymyśliłem nic, ale to jeno ci muszę powiedzieć, że u nas pżecie polski kraj i że za pżemoc nad dziewką okrutne są kary w statucie.
— To dobże, ale granicę nietrudno pżeskoczyć. Jużci wiem, że i Śląsk polski kraj, a wżdy tam książęta sami się z sobą wadzą i na się wzajem następują. Żeby nie to, żyłby muj tatulo kohany. Nalazło tam już Niemców i bużą a kżywdy czynią, więc kto się hce między nimi skryć, to się i skryje. Pewnie, że łatwo bym się ni Cztanowi, ni Wilkowi nie dała, ale hodzi mi też i o braci. Nie będzie tu mnie, będzie spokuj, a jeśli w Zgorzelicach ostanę, Bóg wie, co się pżygodzi. Zdażą się napaści, bitki, a Jaśkowi już czternaście rokuw i żadna, a nie dopieroż moja, moc go nie utżyma. Ostatni raz, kiedyście to nam w pomoc pżyszli, już on się rwał ku pżodowi i jak Cztan prasnął w kupę buławą, mało mu o głowę nie zawadził. Hej! Gadał już Jaśko czeladzi, że obu tamtyh pozwie na udeptaną ziemię. Nie będzie, muwię wam, ni dnia spokoju, bo i młodszyh może co złego spotkać.
— Wiera! Psubraty oni są, i Cztan, i Wilk — żekł żywo Maćko — wszelako na dzieci ręki nie podniosą. Tfu! Taką żecz hyba Krzyżak uczyni.
— Na dzieci ręki nie podniosą, ale w zgiełku albo, czego Boże broń, w razie ognia o pżygodę nietrudno. Co tu gadać! Miłuje braci stara Sieciechowa jak rodzonyh i opieki a zaś starunku im nie zbraknie, jeno beze mnie byłoby pżezpieczniej niż ze mną.
— Może być — odżekł Maćko.
Po czym spojżał bystro na dziewczynę:
— Czegoż ty hcesz?
A ona odżekła pżyciszonym głosem:
— Weźcie mnie z sobą.
Na to Maćko, hoć nietrudno mu już było domyślić się zakończenia rozmowy, zdumiał się jednak mocno, zatżymał konia i zawołał:
— Buj się Boga, Jagienka!
Ona zaś spuściła głowę i odżekła jakby z nieśmiałością i zarazem smutkiem:
— Moiście wy! Jako co do mnie, wolę szczeże muwić niż taić. I Hlawa, i wy powiadacie, że Zbyszko już tamtej nigdy nie odnajdzie, a Czech gożej się jeszcze spodziewa. Bóg mi świadek, nie życzę jej nijakiego zła. Nieh mu ją tam, niebogę, Matka Boska stżeże i uhroni. Milsza ona była ode mnie Zbyszkowi, no i nie ma rady! Taka moja dola. Ale widzicie, puki jej Zbyszko nie odnajdzie albo jeśli, jako wieżycie, nigdy nie odnajdzie, to to...
— To co? — spytał Maćko, widząc, że dziewka coraz się więcej miesza i zacina.
— To ja nie hcę być ni Cztanowa, ni Wilkowa, ni niczyja.
Maćko odethnął z zadowoleniem.
— Myślałem, żeś go już zahaczyła — żekł.
A ona odpowiedziała jeszcze smutniej:
— Hej!...
— To i czegoż hcesz? Jakoże mi między Krzyżaki cię brać?
— Niekoniecznie między Krzyżaki. Hciałabym teraz hoć do opata, ktury w Sieradzu horością złożon. Nie ma on tam jednej życzliwej duszy pży sobie, bo szpylmany pewnikiem dzbana więcej pilnują niż jego, a to pżecie muj kżestny i dobrodziej. A hoćby zdruw był, to też bym szukała jego opieki, bo ludzie się go boją.
— Nie będę ja się tam spżeczał — żekł Maćko, ktury w gruncie żeczy rad był z postanowienia Jagienki, znając bowiem Krzyżaków, wieżył głęboko, że Danuśka nie wyjdzie żywa z ih rąk. — Ale to ci jeno żekę, że w drodze z dziewką okrutny kłopot.
— Może z inną, ale nie ze mną. Nie potykałam ja się dotyhczas nigdy, ale nie nowina mi z kuszy dziać i trudy na łowah znosić. Jak tżeba, to tżeba, nie bujcie się. Wezmę szatki Jaśkowe, pątlik na włosy, kordzik pżypaszę i pojadę. Jaśko, hoć młodszy, ni na włos nie mniejszy, a z gęby taki ci do mnie podobny, że jak bywało, pżebieraliśmy się na zapusty, to i tatulo nieboszczyk nie umiał żec, kture on, a kture ja... Obaczycie, że nie pozna mnie ni opat, ni kto inny.
— Ni Zbyszko?
— Jeśli go obaczę...
Maćko zamyślił się pżez hwilę, po czym uśmiehnął się nagle i żekł:
— A Wilk z Brzozowej i Cztan z Rogowa to hyba się powściekają!
— A nieh się powściekają. Gożej, że może za nami pojadą.
— No! Nie boję się. Stary ja, ale lepiej mi pod pięść nie włazić. I wszystkim Gradom też!... Zbyszka już pżecie sprubowali.
Tak rozmawiając, dojehali do Krześni. W kościele był i stary Wilk z Brzozowej, ktury kiedy niekiedy żucał posępne spojżenia na Maćka, ale uw o to nie dbał. I z lekkim sercem powracał po mszy wraz z Jagienką do domu. Lecz gdy na rozstaju pożegnali się z sobą i gdy znalazł się sam w Bogdańcu, poczęły mu pżyhodzić do głowy mniej wesołe myśli. Rozumiał, że ni Zgorzelicom, ni rodzeństwu Jagienki na wypadek jej wyjazdu istotnie nic nie grozi. „Po dziewkę by sięgali — muwił sobie — bo to jest inna żecz, ale na sieroty albo na ih mienie ręki nie podniosą, gdyż okryliby się hańbą okrutną i kto żyw, ruszyłby pżeciw nim jakoby pżeciw prawdziwym wilkom. Ale Bogdaniec zostanie na łasce Bożej!... Kopce popżesypują, stada zagarną, kmieciuw odmuwią!... Da Bóg, jak wrucę, to odbiję, zapowiedź poślę i do sądu pozwę, boć nie sama pięść, ale i prawo u nas żądzi... Jeno czy wrucę i kiedy wrucę?... Strasznie się oni na mnie zawzięli, że im do dziewki pżeszkadzam, a gdy ona pojedzie za mną, to będą jeszcze zawziętsi”.
I hwycił go żal, bo już zagospodarował się był w Bogdańcu, jako się patży, a teraz był pewien, że gdy powruci, zastanie znuw pustkę i zniszczenie.
„Ano! Tżeba radzić” — pomyślał.
Jakoż po obiedzie kazał okulbaczyć konia, siadł na niego i pojehał wprost do Brzozowej.
Pżyjehał już mrokiem. Stary Wilk siedział w pżodowej izbie za dzbanem miodu, młody zaś, poszczerbion pżez Cztana, leżał na pokrytej skurami ławie i pił także. Maćko wszedł niespodzianie do izby i stanął w progu z tważą surową, wysoki, kościsty, bez zbroi, ale z tęgim kordem pży boku, oni zaś poznali go natyhmiast, bo na oblicze padał mu jasny blask płomienia, i w pierwszej hwili zaruwno ojciec, jak i syn zerwali się piorunem na ruwne nogi i skoczywszy ku ścianom, hwycili za oręż, jaki im wpadł pod rękę.
Lecz stary bywalec, znający na wylot ludzi i obyczaje, nie zmieszał się bynajmniej, dłonią nie sięgnął do korda, tylko wsparł się pod bok i żekł spokojnym głosem, w kturym drgało nieco szyderstwa:
— Jakoże? Taka ślahecka gościna w Brzozowej?
Na te słowa tamtym opadły zaraz ręce, a po hwili stary wypuścił z bżękiem na ziemię miecz, młody — dzidę, i stali z powyciąganymi ku Maćkowi szyjami, mając tważe jeszcze złowrogie, ale już zdumione i zawstydzone.
Uw zaś uśmiehnął się i żekł:
— Pohwalony Jezus Chrystus!
— Na wieki wiekuw.
— I święty Jerzy.
— Służym mu.
— Po somsiedzkum pżyjehał, z dobrą wolą.
— Z dobrą wolą witamy. Święta osoba gość.
Dopieroż stary Wilk skoczył ku Maćkowi, a za starym młody i obaj poczęli ściskać mu prawicę, a następnie usadzili na poczesnym miejscu za stołem. W mig dołożono szczap do komina, nakryto kilimkiem stuł, postawiono misy pełne jadła, łagwie piwa, dzbańce miodu i poczęli jeść i pić. Młody Wilk żucał od czasu do czasu na Maćka szczegulnym wzrokiem, w kturym cześć dla gościa usiłowała pżezwyciężyć nienawiść do człowieka, ale służył mu jednak tak pilnie, że aż pobladł ze zmęczenia, gdyż był ranny i pozbawion zwykłej siły. I ojca, i syna paliła ciekawość, z czym Maćko pżyjehał, żaden jednak nie zapytał go o nic, czekając, puki sam muwić nie zacznie. Uw zaś, jako człowiek znający obyczaj, hwalił jadło, napitek i gościnność i dopiero gdy się dobże nasycił, spojżał pżed się z powagą i żekł:
— Zdaży się nieraz ludziom wadzić, ba! i potykać, ale somsiedzki mir nade wszystko!
— Nie masz nad mir godniejszej żeczy — odpowiedział z ruwną powagą stary Wilk.
— Bywa też — żekł znuw Maćko — że gdy człeku w daleką drogę jehać tżeba, to hociaż z kim w niepżyjaźni żył, pżecie mu go żal i bez pożegnania nie hce odjehać.
— Bóg zapłać za szczere słowo.
— Z duszy radziśmy wam. Pżyjeżdżajcie hoćby i co dzień.
— Bogdajem mugł i was w Bogdańcu uczcić, jako się należy ludziom znającym rycerską cześć, ale mi ryhło w drogę czas.
— Na wojnę zaś alibo do jakowegoś świętego miejsca?
— Wolej by to lub tamto, ale gożej, bo między Krzyżaki.
— Między Krzyżaki? — zakżyknęli jednocześnie ojciec i syn.
— Tak jest! — odparł Maćko. — A kto między nih, nie będąc im pżyjacielem, jedzie, temu się lepiej i z Bogiem, i z ludźmi pojednać, aby zaś nie tylko żywota, ale i wiekuistego zbawienia nie stradał.
— To aż dziw — żekł stary Wilk. — Jeszczem też takiego człeka nie widział, ktury by się z nimi zetknął, a kżywdy i uciemiężenia nie doznał.
— Tak jak i całe nasze krulestwo! — dodał Maćko. — Ni Litwa pżed kżtem świętym, ni Tatarzy nie byli mu ciężsi od tyh diabelskih mnihuw.
— Żetelna prawda, ale bo też wiecie: zbierało się i zbierało, puki się nie nazbierało, a teraz czas by skończyć, ot jak!
To żekłszy, stary splunął z lekka w obie dłonie, młody zaś dodał:
— Nie może już inaczej być.
— I pewnie będzie, ale kiedy? Nie nasza w tym głowa, jeno krulewska. Może prędko, może nieprędko... Bóg to wie, a tymczasem tżeba mi do nih jehać.
— A czy nie z wykupem za Zbyszka?
Na wzmiankę uczynioną pżez ojca o Zbyszku tważ młodego Wilka pobladła w jednej hwili z nienawiści i uczyniła się złowroga.
Lecz Maćko odpowiedział spokojnie:
— Może i z wykupem, ale nie za Zbyszka.
Słowa te wzmogły jeszcze ciekawość obu dziedzicuw Brzozowej, więc stary, nie mogąc już dłużej wytżymać, żekł:
— Wola wasza muwić albo nie muwić, po co tam jedziecie.
— Powiem! Powiem! — żekł, kiwając głową, Maćko. — Ale pierwej powiem wam co innego. Oto, uważcie, po moim wyjeździe Bogdaniec zostanie na opiece Bożej... Dżewiej, kiedyśmy to oba ze Zbyszkiem wojowali pod księciem Witoldem, miał oko na naszą hudobę opat, ba, trohę i Zych ze Zgorzelic, a teraz nie będzie i tego. Strasznie markotno pomyśleć człowiekowi, że po prużnicy zabiegał i pracował... A pżecie rozumiecie, jako to bywa: ludzi mi odmuwią, granicę zaożą, ze stad też urwie każdy, co będzie mugł, i hoćby Pan Jezus pozwolił szczęśliwie wrucić, to wrucim znuw do pustki... Jeden na to sposub i jedno poratowanie: dobry sąsiad. Pżeto tum pżyjehał prosić was po sąsiedzku, abyście Bogdaniec w opiekę wzięli i kżywdy nie dali uczynić.
Usłyszawszy tę prośbę, spojżał stary Wilk na młodego, a młody na starego i obaj zdumieli się niepomiernie. Nastała hwila milczenia, gdyż na razie żaden nie zdobył się na odpowiedź. Maćko zaś podniusł do ust czarę miodu, wypił ją, po czym muwił dalej tak spokojnie i poufnie, jakby ci obaj byli mu od lat najbliższymi pżyjaciułmi.
— To już powiem wam szczeże, od kogo się tu najwięcej szkud boję. Jużci nie od kogo innego, jeno od Cztana z Rogowa. Od was, hoćbyśmy i w niepżyjaźni się rozstali, nie bałbym się, a to z takiej pżyczyny, żeście ludzie rycerscy, ktuży do oczu niepżyjacielowi staną, wszelako niegodnej pomsty za jego oczyma nie wywrą. Hej! Z wami całkiem co innego... Co ryceż, to ryceż! Ale Cztan jest prostak, a od prostaka wszystkiego się można spodziewać, tym bardziej że jako wiecie, okrutnie on na mnie zawzięty za to, że mu do Jagienki Zychówny pżeszkadzam.
— Kturą dla bratanka howacie! — wybuhnął młody Wilk.
A Maćko spojżał na niego i pżez hwilę tżymał go pod zimnym wzrokiem, następnie zwrucił się do starego i żekł spokojnie:
— Wiecie, muj bratanek z jedną mazurską dziedziczką się ożenił i wiano zacne wziął.
Nastało ponowne, głębsze jeszcze milczenie; ojciec i syn patżyli pżez jakiś czas na Maćka z otwartymi ustami, na koniec starszy ozwał się:
— Hę! Jakże to? Bo gadali... Powiedzcie?...
A Maćko, niby nie zważając na pytanie, muwił dalej:
— Dlatego właśnie tżeba mi jehać i dlatego proszę was: wejżyjcie też od czasu do czasu na Bogdaniec i nie dajcie mi nikomu kżywdy uczynić, a zwłaszcza od najścia Cztanowego mnie ustżeżcie, jako godni i uczciwi somsiedzi!...
Pżez ten czas młody Wilk, ktury miał rozum dość bystry, prędko pomiarkował, że skoro Zbyszko się ożenił, to Maćka lepiej jest mieć pżyjacielem, albowiem i Jagienka miała do niego ufność, i we wszystkim gotowa była iść za jego radą. Nagle całkiem nowe widoki otwożyły się pżed oczyma młodego paliwody. „Nie dość się Maćkowi nie spżeciwić, tżeba go jeszcze zjednać!” — żekł sobie. Więc hoć był trohę napity, wyciągnął wartko pod stołem rękę, ułapił ojca za kolano, ścisnął mocno na znak, żeby czegoś niepotżebnego nie powiedział, sam zaś żekł:
— Wy się Cztana nie bujcie! Oho! Niehby jeno sprubował! Poszczerbił mnie on kżynę: prawda! Alem też mu za to tak ten włohaty pysk pohlastał, że go rodzona mać nie poznała. Nie bujcie się niczego! Jedźcie spokojnie. Nie zginie wam i jedna wrona z Bogdańca!
— To widzę, zacni z was ludzie. Pżyżekacie?
— Pżyżekamy! — zawołali obaj.
— Na rycerską cześć?
— Na rycerską cześć.
— I na klejnot?
— I na klejnot! Ba! I na kżyż! Tak nam dopomuż Bóg!
Maćko uśmiehnął się z zadowoleniem, po czym żekł:
— No, tegom się po was i spodziewał. A kiedy tak, to wam jeszcze coś żekę... Zych, jako wiecie, mnie zdał opiekę nad dziećmi. Dlategom to Cztanowi i tobie, młodziaku, pżeszkadzał, kiedyście to siłą hcieli wtargnąć do Zgorzelic. A teraz, jak będę w Malborgu albo Bóg wie gdzie, taka to będzie i opieka... Prawda, że nad sierotami jest Bóg i że takiemu, ktury by je hciał pokżywdzić, nie tylko by szyję toporem ucięto, aleby go i za bezecnego ogłoszono. Wszelako markotno mi, że jadę. Okrutnie markotno. Obiecajcieże mi, jako i sierot Zychowych nie tylko sami nie pokżywdzicie, ale i nikomu ih pokżywdzić nie dacie.
— Pżysięgamy! Pżysięgamy!
— Na rycerską cześć i na klejnot?
— Na rycerską cześć i na klejnot!
— I na kżyż także?
— I na kżyż!
— Bóg słyszał. Amen! — zakończył Maćko.
I odethnął głęboko, bo wiedział, że takiej pżysięgi dotżymają, hoćby każden miał sobie pięści z gniewu i złości poobgryzać.
I począł się zaraz żegnać, ale oni zatżymali go prawie pżemocą. Musiał pić i pokumał się ze starym Wilkiem, młody zaś, hoć zwykle po pijanemu zwady szukał, tym razem odgrażał się tylko na Cztana, a koło Maćka zabiegał tak gorliwie, jakby zaraz jutro miał dostać od niego Jagienkę. Pżed pułnocą jednak omdlał z wysiłku, a gdy go docucono, zasnął kamieniem. Stary poszedł wkrutce za pżykładem syna, tak że Maćko zostawił ih obu jak nieżywyh pży stole.
Sam jednak, mając głowę nad miarę wytżymałą, nie był pijany, tylko nieco rozohocon, więc wracając do domu, rozmyślał prawie z radością o tym, czego dokazał.
— No! — muwił sobie. — Bogdaniec bezpieczny i Zgorzelice bezpieczne. Powściekają się z pżyczyny Jagienkowej jazdy, a stżec i mojego, i jej dobra będą, bo muszą. Pan Jezus dał człeku obrotność... Jak gdzie nie można pięścią, to tżeba rozumem... Jeśli wrucę, nie bez tego będzie, żeby mnie stary w pole nie pozwał, ale mniejsza o to... Bóg by dał, żeby tak i Krzyżaków usidlić... Ale z nimi trudniej... Nasz, hoć trafi się i psubrat, wszelako gdy na rycerską cześć i klejnot pżysięże, to i zdzierży, a dla nih pżysięga tyle, co plucie na wodę. Ale może mnie Matka Pana Chrystusowa wespże, że pżydam się na coś Zbyszkowi, jakom się teraz Zychowym dzieciom i Bogdańcowi pżydał...
Tu pżyszło mu do głowy, że po prawdzie mogłaby dziewczyna nie jehać, bo dwaj Wilkowie będą jej stżegli jak źrenicy oka. Po hwili jednak pożucił tę myśl: „Wilkowie będą jej stżegli, ale za to Cztan będzie tym bardziej nastawał. Bóg wie, kto kogo zmoże, a żecz pewna, że zdażą się bitki i napaści, w kturyh ucierpieć mogą Zgorzelice, Zychowe sieroty i sama nawet dziewczyna. Wilkom pilnować samego Bogdańca będzie łatwiej, a dla dziewki lepiej w każdym razie, by była z dala od tyh dwuh zabijakuw i zarazem blisko bogatego opata”. Maćko nie wieżył w to, by Danusia mogła wyjść żywa z rąk kżyżackih, więc nie wyzbył się jeszcze nadziei, że gdy czasem Zbyszko wruci wdowcem, wuwczas niehybnie poczuje ku Jagience wolę bożą.
— Hej, mocny Boże! — muwił sobie. — Żeby tak, mając Spychów, jeszcze potem Jagienkę wziął z Moczydołami i z tym, co jej opat ostawi, nie pożałowałbym i kamienia wosku na świece!
Na podobnyh rozmyślaniah prędko zeszła mu droga z Brzozowej, jednakże pżybył puźną już nocą i zdziwił się, ujżawszy mocno oświecone błony okien. Parobcy też nie spali, bo zaledwie wjehał na oborę, wybiegł ku niemu stajenny.
— Goście jakowiś czy co? — zapytał Maćko, zsiadając z konia.
— Jest panicz ze Zgorzelic z Czechem — odżekł stajenny.
Maćka zdziwiły te odwiedziny. Jagienka obiecała pżyjehać nazajutż do dnia i mieli zaraz ruszać. Czemu więc pżyjehał Jaśko i to tak puźno.
Stary ryceż pomyślał, że mogło się coś pżytrafić w Zgorzelicach, i z pewnym niepokojem w duszy wszedł do domu.
Ale w izbie, w wielkim, glinianym kominie, ktury zastąpił we dwoże zwykle ułożone na środku izby ognisko, paliły się jasno i wesoło żywiczne szczypki, a nad stołem płonęły w żelaznyh kunah dwie pohodnie, pży kturyh blasku ujżał Maćko Jaśka, Czecha Hlawę i jeszcze jednego młodego pahołka z tważą rumianą jak jabłuszko.
— Jakoże się miewasz, Jaśku, a co tam z Jagienką? — zapytał stary szlahcic.
— Jagienka kazała wam powiedzieć — żekł, całując go w rękę, hłopak — że się rozmyśliła i woli zostać doma.
— Bujcieże się Boga! A to co? Jak? Cuż jej tam do głowy stżeliło?
A hłopak podniusł na niego modre oczęta i począł się śmiać.
— Czegoż się żehoczesz?
Lecz w tej hwili Czech i drugi pahołek wybuhnęli także wesołym śmiehem.
— Widzicie! — zawołał mniemany hłopak. — Ktuż mnie pozna, skoroście wy nie poznali?
Dopieroż Maćko pżypatżył się wdzięcznej figurce uważniej i zawołał:
— W imię Ojca i Syna! Czyste zapusty! A ty tu, skżacie, czego?
— Ba! Czego?... Komu w drogę, temu czas!
— Miałaś pżecie jutro świtaniem pżyjehać?
— Jużci! Jutro świtaniem, żeby wszyscy widzieli! Jutro pomyślą w Zgorzelicach, żem u was w gościnie, i nie opatżą się aż pojutże. Sieciechowa i Jaśko wiedzą, ale Jaśko obiecał na rycerską cześć, że powie dopiero wtedy, gdy poczną się niepokoić. Ale nie poznaliście mnie, co?
Więc z kolei począł się Maćko śmiać.
— A niehże ci się ta jeszcze pżyjżę... Hej! Okrutnie śwarny z ciebie paholik!... I osobliwy, bo z takiego można się i pżyhowku doczekać... Sprawiedliwie muwię! Żebym to nie był stary, no! Ale i tak ci powiadam: waruj się, dziewko, włazić mi w oczy! Waruj się!...
I począł jej pżygrażać palcem, śmiejąc się, ale patżył na nią z wielkim upodobaniem, albowiem takiego pahołka nigdy w życiu nie widział.
Na głowie miała pątliczek jedwabny, czerwony, na sobie zielony sukienny kubrak, a zaś spodenki buhaste pży biodrah, a dalej obcisłe, w kturyh jedna nogawiczka była barwy pątlika, druga w podłużne pasy. I z bogatym kordzikiem pży boku, z uśmiehniętą i jasną jak zoża tważą wyglądała tak ślicznie, że oczu nie można było od niej oderwać.
— Boga mi! — muwił rozweselony Maćko. — Alibo cudne jakoweś paniątko, alibo kwiatuszek czy co?
Po czym zwrucił się do drugiego pahołka i zapytał:
— A ten tu?... Pewnikiem też jaki odmieniec?
— A wżdy to Sieciechówna — odżekła Jagienka. — Nieskładnie by mi było samej między wami, bo jakże? To dlatego wzięłam z sobą Anulkę, że we dwie raźniej, i pomoc jest, i sługa. Jej też nikt nie pozna.
— Masz ci babo wesele! Mało było jednej, będzie dwie.
— Nie pżekomażajcie się.
— Nie pżekomażam się ja, ale pżecie w dzień każdy pozna i ją, i ciebie.
— Ba! A po czym?
— Bo ci kolana k’sobie idą, i jej też.
— Dajcie spokuj!...
— Jużci dam, bo mi nie pora, ale czy i Cztan z Wilkiem dadzą, Bóg wie. Wiesz ty, bąku, skąd wracam? Z Brzozowej.
— Na miły Bóg! Co też muwicie?
— Prawdę, jako i to prawda, że Wilkowie będą bronili od Cztana i Bogdańca, i Zgorzelic. No! Pozwać niepżyjaciuł i pobić się z nimi łatwo, ale z niepżyjaciuł strużuw własnego dobra uczynić to nie byle cap potrafi.
Tu Maćko począł opowiadać o swoih odwiedzinah u Wilków, jak ih sobie zjednał i na hak pżywiudł, a ona słuhała z wielkim zdumieniem, a gdy wreszcie skończył, żekła:
— Hytrości to Pan Jezus wam nie poskąpił i miarkuję, że wszystko tak zawsze będzie, jak hcecie.
Lecz Maćko począł na to kiwać głową jakby ze smutkiem.
— Ej, dziewczyno, kiedy by tak wszystko było, jako ja hcę, to ty byś dawno już była gospodynią w Bogdańcu!
Na to Jagienka popatżyła na niego czas jakiś swymi modrymi oczyma, po czym zbliżywszy się, pocałowała go w rękę.
— Czeguż mnie boćkasz? — zapytał stary.
— Nic!... Muwię jeno dobranoc, bo puźno, a jutro tżeba nam do dnia ruszyć.
I zabrawszy Sieciechównę, odeszła, a Maćko zaprowadził Czecha do alkieża, gdzie ległszy na żubżyh skurah, zasnęli obaj snem mocnym i kżepiącym.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.