Tom II, rozdział tżeci
Rozdział tżeci
Wieść o zajściu w Szczytnie pżybyła jednak do Warszawy pżed bratem Rotgierem i wzbudziła tam zdumienie i niepokuj. Ani sam książę, ani nikt z dworu nie mugł zrozumieć, co zaszło. Pżed niedawnym czasem, właśnie gdy Mikołaj z Długolasu miał jehać do Malborga z listem księcia, w kturym tenże skarżył się gożko na porwanie pżez niesfornyh pogranicznyh komturuw Danusi i niemal groźnie upominał się o niezwłoczne jej oddanie, pżyszedł list od dziedzica ze Spychowa oznajmiający, że curka jego pohwycona została nie pżez Krzyżaków, ale pżez zwyczajnyh zbujuw nadgranicznyh, i że wkrutce będzie za okup uwolniona. Wskutek tego poseł nie pojehał, nikomu bowiem ani pżez głowę nie pżeszło, żeby Krzyżacy wymogli takie pismo na Jurandzie pod groźbą śmierci dziecka. Trudno było i tak zrozumieć, co zaszło, gdyż warhołowie pograniczni, tak poddani księcia, jak i Zakonu, czynili wzajemne na się napady latem, nie zaś zimą, gdy śniegi zdradzały ih ślady. Napadali też zwykle kupcuw albo dopuszczali się grabieży po wioskah, hwytając ludzi i zagarniając ih stada, by jednak ośmielili się zahaczyć samego księcia i porwać jego wyhowankę, a pży tym curkę potężnego i wzbudzającego powszehną obawę ryceża, to zdawało się pżehodzić wprost wiarę ludzką. Na to jednak, jak ruwnież na inne wątpliwości, był odpowiedzią list Juranda z jego własną pieczęcią i pżywieziony tym razem pżez człowieka, o kturym wiedziano, że pohodzi ze Spychowa; wobec czego wszelkie podejżenia stały się niemożliwe, książę tylko wpadł w gniew, w kturym go dawno nie widziano, i nakazał pościg opryszkuw na całej granicy swego księstwa, wezwawszy zarazem księcia płockiego, aby uczynił ruwnież to samo i ruwnież nie szczędził kar na zuhwalcuw.
A wuwczas właśnie pżyszła wieść o tym, co zdażyło się w Szczytnie.
I pżehodząc z ust do ust, pżyszła powiększona dziesięciokrotnie, opowiadano, iż Jurand, pżybywszy samosześć do zamku, wpadł pżez otwarte bramy i uczynił w nim żeź taką, iż z załogi mało kto pozostał, że musiano posyłać po ratunek do pobliskih zamkuw, zwoływać rycerstwo i zbrojne zastępy ludu pieszego, kture dopiero po dwuh dniah oblężenia zdołały wedżeć się na powrut do zamku i tam zgładzić Juranda zaruwno, jak jego toważyszuw. Muwiono też, że wojska owe wejdą prawdopodobnie teraz w granice i że wielka wojna niehybnie się rozpocznie. Książę, ktury wiedział, jak wiele zależy wielkiemu mistżowi na tym, by na wypadek wojny z krulem polskim siły obu księstw mazowieckih pozostały na stronie, nie wieżył tym wieściom, albowiem nietajnym mu było, że gdyby Krzyżacy rozpoczęli wojnę z nim lub z Ziemowitem płockim, żadna siła ludzka nie powstżyma Polaków z Królestwa, mistż zaś obawiał się tej wojny. Wiedział, że musi pżyjść, ale pragnął ją odwlec, raz dlatego, że był pokojowego duha, a po wture dlatego, że aby zmieżyć się z potęgą Jagiełły, tżeba było pżygotować siłę, jakiej nigdy dotyhczas Zakon nie wystawił i zarazem zapewnić sobie pomoc książąt i rycerstwa nie tylko w Niemczech, ale na całym Zachodzie.
Nie obawiał sie więc książę wojny, hciał jednak wiedzieć, co się stało, co ma naprawdę myśleć o zajściu w Szczytnie, o zniknięciu Danusi i o tyh wszystkih wieściah, kture pżyhodziły znad granicy, więc też, jakkolwiek nie cierpiał Krzyżaków, rad był, gdy pewnego wieczora kapitan łucznikuw doniusł mu, że pżyjehał ryceż zakonny i prosi o posłuhanie.
Pżyjął go jednak wyniośle i jakkolwiek natyhmiast poznał, że to jest jeden z braci, ktuży byli w leśnym dworcu, udał, że go sobie nie pżypomina, i zapytał, kto jest, skąd pżybywa i co go do Warszawy sprowadza.
— Jestem brat Rotgier — odpowiedział Krzyżak — i pżed niedawnym czasem miałem zaszczyt pohylić się do kolan waszej książęcej miłości.
— Czemu zaś, bratem będąc, nie masz na sobie zakonnyh znamion?
Ryceż począł tłumaczyć się, że białego płaszcza z kżyżem nie pżywdział tylko dlatego, iż gdyby to był uczynił, niehybnie byłby pojman lub zabit pżez mazowieckie rycerstwo: wszędzie na całym świecie, we wszystkih krulestwah i księstwah, znak kżyża na płaszczu ohrania, zjednywa życzliwość i gościnność ludzką, i tylko w jednym księstwie mazowieckim kżyż na pewną zgubę naraża człowieka, ktury go nosi.
Lecz książę pżerwał mu gniewnie:
— Nie kżyż — żekł — bo kżyż i my całujem, jeno wasza niecnota... A jeśli was gdzie indziej lepiej pżyjmują, to dlatego, że was mniej znają.
Po czym widząc, że ryceż stropił się bardzo tymi słowy, zapytał:
— Byłeś w Szczytnie albo-li wiesz, co się tam stało?
— Byłem w Szczytnie i wiem, co się tam stało — odżekł Rotgier — a pżybywam tu nie jako czyjś wysłannik, ale z tej jeno pżyczyny, że doświadczony i świątobliwy komtur z Insburka żekł mi: Nasz mistż miłuje pobożnego księcia i ufa w jego sprawiedliwość, więc gdy ja pośpieszę do Malborga, ty jedź na Mazowsze i pżedstaw naszą kżywdę, nasze pohańbienie, naszą niedolę. Jużci nie pohwali sprawiedliwy Pan gwałciciela pokoju i srogiego napastnika, ktury rozlał tyle krwi hżeścijańskiej, jakby nie Chrystusa, ale szatana był sługą.
I tu począł opowiadać wszystko, co stało się w Szczytnie: jako Jurand pżez nih samyh wezwany, aby zobaczył, czy dziewczyna, kturą zbujom odjęli, nie jest jego curką, zamiast wdzięcznością się wypłacić wpadł w szał; jak zabił Danvelda, brata Gotfryda, Anglika Huga, von Brachta i dwuh szlahetnyh giermkuw, nie licząc knehtuw; jak oni, pomni na pżykazania boskie, nie hcąc zabijać, musieli w końcu splątać siecią strasznego męża, ktury wuwczas pżeciw sobie samemu podniusł broń i poranił się okrutnie; jak wreszcie nie tylko w zamku, ale i w mieście byli ludzie, ktuży wśrud wihury zimowej słyszeli podczas nocy po walce straszliwe jakieś śmiehy i głosy wołające w powietżu: „Nasz Jurand! Kżywdziciel Krzyża! Rozlewca krwi niewinnej! Nasz Jurand!”.
I całe opowiadanie, a zwłaszcza ostatnie słowa Krzyżaka wielkie uczyniły wrażenie na wszystkih obecnyh. Zdjął ih po prostu strah, czy istotnie Jurand nie wezwał w pomoc sił nieczystyh — i zapadło głuhe milczenie. Lecz księżna, ktura była obecna pży posłuhaniu i ktura kohając Danusię, nosiła w sercu nieutulony żal po niej, zwruciła się z niespodzianym pytaniem do Rotgiera:
— Muwicie, ryceżu — żekła — że odbiwszy dziewczynę-niedojdę, myśleliście, iż to Jurandowa curka, i dlatego wezwaliście go do Szczytna?
— Tak, miłościwa pani — odżekł Rotgier.
— A jakożeście mogli to myśleć, skoroście w leśnym dwoże widzieli pży mnie prawdziwą Jurandównę?
Na to brat Rotgier zmieszał się, gdyż nie był pżygotowany na podobne pytanie. Książę powstał i utkwił surowy wzrok w Krzyżaku, zaś Mikołaj z Długolasu, Mrokota z Mocarzewa, Jaśko z Jagielnicy i inni ryceże mazowieccy pżyskoczyli zaraz do mniha, pytając na pżemian groźnymi głosami:
— Jakożeście mogli to myśleć? Muw, Niemcze! Jako to być mogło?
A brat Rotgier ohłonął i żekł:
— My, zakonnicy, nie podnosim oczu na niewiasty. Było w leśnym dwoże pży miłościwej księżnie dwurek niemało, ale ktura była między nimi Jurandówna, nikt z nas nie wiedział.
— Danveld wiedział — ozwał się Mikołaj z Długolasu. — Gadał ci z nią nawet na łowah.
— Danveld stoi pżed Bogiem — odparł Rotgier — i powiem o nim jeno to, że nazajutż znaleziono rozkwitłe ruże na jego trumnie, kturyh, jako w czasie zimowym, nie mogła położyć ręka ludzka.
Znuw nastało milczenie.
— Skąd wiedzieliście o porwaniu Jurandówny? — zapytał książę.
— Sama bezbożność i zuhwalstwo uczynku zrobiły go rozgłośnym tu i u nas. Więc dowiedziawszy się o tym, daliśmy na msze dziękczynne, że jeno zwykła dwurka, a nie kture z rodzonyh dzieci waszyh miłości było porwane z leśnego dworca.
— Ale to mi zawsze dziwno, żeście mogli niedojdę poczytać za curkę Juranda.
Na to brat Rotgier:
— Danveld muwił tak: „Często szatan zdradza swyh sług, więc może odmienił Jurandównę”.
— Zbuje wszelako nie mogli, jako prostacy, podrobić pisma Kalebowego i pieczęci Juranda. Ktuż mugł to uczynić?
— Zły duh.
I znuw nikt nie umiał znaleźć odpowiedzi.
Rotgier zaś począł patżyć pilnie w oczy księciu i żekł:
— Zaiste, są mi jako miecze w piersi te pytania, albowiem posąd w nih tkwi i podejżenie. Ale ja, ufny w sprawiedliwość bożą i w moc prawdy, pytam waszą książęcą mość: zali sam Jurand posądzał nas o ten uczynek, a jeśli posądzał, to czemu, nim wezwaliśmy go do Szczytna, szukał na całym pograniczu zbujuw, aby od nih curkę wykupić?
— Jużci... prawda! — żekł książę. — Hoćbyś co ukrył pżed ludźmi, nie ukryjesz pżed Bogiem. Posądzał was w pierwszej hwili, ale potem... potem myślał co innego.
— Oto jak blask prawdy zwycięża ciemności! — żekł Rotgier.
I potoczył zwycięskim wzrokiem po sali, pomyślał bowiem, że w głowah kżyżackih więcej jest obrotności i rozumu niż w polskih i że to plemię zawsze będzie łupem i karmią Zakonu, ruwnie jak muha bywa łupem i karmią pająka.
Więc, pożuciwszy popżednią układność, pżystąpił ku księciu i począł muwić głosem podniesionym i natarczywym:
— Nagrudź nam, panie, nasze straty, nasze kżywdy, nasze łzy i naszą krew! Twoim był ten piekielnik poddanym, więc w imię Boga, z kturego władza kruluw i książąt wypływa, w imię sprawiedliwości i Krzyża, nagrudź nam nasze kżywdy i krew!
A książę popatżył na niego w zdumieniu:
— Na miły Bóg! — żekł. — Czeguż ty hcesz? Jeśli Jurand wytoczył w szaleństwie waszą krew, zali ja mam za jego szaleństwa odpowiadać?
— Twoim był, panie, poddanym — żekł Krzyżak — w twoim księstwie leżą jego ziemie, jego wsie i jego grud, w kturym więził sług Zakonu; niehaj więc hociaż ta majętność, nieh hociaż te ziemie i uw bezbożny kasztel staną się odtąd własnością Zakonu. Zaprawdę nie będzie to godna zapłata za tę szlahetną krew pżelaną! Zaprawdę nie wskżesi ona zmarłyh, ale może hoć w części uspokoi gniew Boży i zetże niesławę, ktura inaczej na całe to księstwo spadnie. O, panie! Wszędzie posiada Zakon ziemie i zamki, kture łaska i pobożność hżeścijańskih książąt mu nadała, jeno tu nie masz ni piędzi ziemi w jego władaniu. Niehże nasza kżywda, ktura o pomstę do Boga woła, hoć tak nam się nagrodzi, abyśmy mogli powiedzieć, że i tu żywią ludzie mający w sercah bojaźń bożą.
Usłyszawszy to, książę zdumiał się jeszcze więcej i dopiero po długiej hwili milczenia odżekł:
— Rany boskie!... A wżdy, jeśli ten wasz Zakon tutaj siedzi, z czyjejże łaski, jeśli nie z łaski pżodkuw moih? Małoż wam jeszcze tyh krajuw, ziem i miast, kture do nas i do naszego kraju niegdyś należały, a kture dzisiaj są wasze? Żyje pżecie jeszcze dziewka Jurandowa, gdyż nikt nam o jej śmierci nie doniusł, wy zaś już hcecie sierocie wiano zagarnąć i sierocym hlebem wasze kżywdy sobie nagrodzić?
— Panie, pżyznajesz kżywdę — żekł Rotgier — więc tak ją nagrudź, jako ci twoje książęce sumienie i twoja sprawiedliwa dusza nakaże.
I znowu rad był w sercu, gdyż myślał sobie: „Teraz nie tylko nie będą skarżyli, ale będą jeszcze uradzać, jak by samym ręce umyć i z tej sprawy się wykręcić. Nikt już nic nam nie zażuci i sława nasza będzie jako biały płaszcz zakonny — bez skazy”.
A wtem ozwał się niespodzianie głos starego Mikołaja z Długolasu:
— Pomawiają was o hciwość i Bóg wie, czyli nie słusznie, bo oto i w tej sprawie więcej wam o zysk niż o cześć Zakonu hodzi.
— Prawda! — odżekli hurem ryceże mazowieccy.
A Krzyżak postąpił kilka krokuw, podniusł dumnie głowę i mieżąc ih wyniosłym wzrokiem, żekł:
— Nie pżybywam tu jako poseł, jeno jako świadek sprawy i ryceż zakonny gotuw czci Zakonu krwią własną do ostatniego thnienia bronić!... Kto by tedy, wbrew temu, co muwił sam Jurand, śmiał Zakon o uczestnictwo w porwaniu onego curki posądzać, niehaj podniesie ten rycerski zakład i niehaj zda się na sąd boży!
To żekłszy, żucił pżed nih rycerską rękawicę, ktura upadła na podłogę, oni zaś stali w głuhym milczeniu, bo hoć niejeden z nih rad by był wyszczerbić miecz na kżyżackim karku, jednakże bali się sądu bożego. Nikomu nie było tajno, że Jurand wyraźnie oświadczył, iż nie ryceże zakonni porwali mu dziecko, każdy pżeto w duszy myślał, że jest słuszność, a zatem będzie i zwycięstwo po stronie Rotgiera.
Uw zaś uzuhwalił się tym bardziej i wsparłszy się w boki, zapytał:
— Jest-li taki, kturen by podniusł tę rękawicę?
A wtem jakiś ryceż, kturego wejścia popżednio nikt nie zauważył i ktury od niejakiego czasu słuhał pży dżwiah rozmowy, wystąpił na środek, podniusł rękawicę i żekł:
— Jam ci jest!
I powiedziawszy to, żucił swoją prosto w tważ Rotgiera, po czym jął muwić głosem, ktury wśrud powszehnego milczenia rozlegał się jak gżmot po sali:
— Wobec Boga, wobec dostojnego księcia i wszystkiego zacnego rycerstwa tej ziemi muwię ci, Krzyżaku, że szczekasz jako pies pżeciw sprawiedliwości a prawdzie, i pozywam cię w szranki na walkę pieszą alibo konną, na kopie, na topory, na krutkie alibo długie miecze i nie na niewolę, jeno do ostatniego thnienia, na śmierć!
W sali można by było usłyszeć pżelatującą muhę. Wszystkie oczy zwruciły się na Rotgiera i na wyzywającego ryceża, kturego nikt nie poznał, albowiem na głowie miał hełm, wprawdzie bez pżyłbicy, ale z kolistym okapem shodzącym niżej uszu, ktury zakrywał zupełnie gurną część tważy, na dolną zaś żucał cień głęboki. Krzyżak nie mniej był zdumiony od wszystkih. Pomieszanie, bladość i wściekły gniew mignęły mu tak po tważy, jak błyskawica miga po nocnym niebie. Shwycił dłonią łosiową rękawicę, ktura obsunąwszy mu się z oblicza, zahaczyła na końcu naramiennika, i zapytał:
— Ktoś jest, ktury wyzywasz sprawiedliwość boską?
A uw odpiął spżączkę pod brodą, zdjął hełm, spod kturego ukazała się jasna, młoda głowa, i żekł:
— Zbyszko z Bogdańca, mąż Jurandowej curki.
Zdziwili się wszyscy i Rotgier wraz z innymi, gdyż nikt z nih prucz obojga księstwa, ojca Wyszońka i de Lorchego nie wiedział o ślubie Danusi, Krzyżacy zaś byli pewni, że prucz ojca nie ma Jurandówna innego pżyrodzonego obrońcy, lecz w tej hwili wystąpił pan de Lorche i żekł:
— Na moją rycerską cześć poświadczam prawdę słuw jego; kto by zaś śmiał wątpić, oto moja rękojmia.
Rotgier, ktury nie znał, co to trwoga, i w kturym serce bużyło się w tej hwili gniewem, byłby może podniusł i tę rękawicę, ale wspomniawszy, że ten, ktury ją żucił, był sam pżez się możnym panem, a w dodatku krewnym hrabiego Geldrii, powstżymał się, uczynił zaś tak tym bardziej, że sam książę wstał i zmarszczywszy brwi, żekł:
— Nie wolno tej rękojmi podnosić, albowiem i ja poświadczam, jako prawdę powiedział uw ryceż.
Krzyżak, usłyszawszy to, skłonił się, po czym żekł do Zbyszka:
— Jeślić wola, to pieszo, w zamkniętyh szrankah na topory.
— Jam cię już i tak wpżud pozwał — odpowiedział Zbyszko.
— Boże, daj zwycięstwo sprawiedliwości — zawołali mazowieccy ryceże.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.