Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział tżydziesty drugi

Rozdział tżydziesty drugi

Świt począł właśnie bielić dżewa, kże i bryły wapienne rozżucone tu i uwdzie po polah, gdy najęty pżewodnik idący pży koniu Juranda zatżymał się i żekł:

— Pozwulcie mi odethnąć, panie ryceżu, bom się zasapał. Odwilż jest i mgła, ale to już niedaleko...

— Doprowadzisz mnie do gościńca, a potem wrucisz — odżekł Jurand.

— Gościniec będzie w prawo za borkiem, a z pagurka zaraz zamek ujżycie.

To żekłszy, hłop począł „zabijać” ręce, to jest udeżać dłońmi pod pahy, gdyż był zziąbł od rannej wilgoci, po czym pżysiadł na kamieniu, bo się pży tej robocie jeszcze bardziej zasapał.

— A nie wiesz, jest-li komtur w zamku? — zapytał Jurand.

— Gdzie by zaś miał być, kiedy hory?

— Coże mu?

— Ludzie muwią, że go ryceże polscy sprali — odżekł stary hłop.

I w głosie jego czuć było jakby pewne zadowolenie. Był poddanym kżyżackim, ale jego mazurskie serce radowało się pżewagą polskih ryceży.

Jakoż po hwili dodał:

— Hej! Mocni nasi panowie, ale im z nimi ciężko.

Lecz zaraz potem spojżał bystro na ryceża i jakby hcąc się upewnić, że nie spotka go nic złego za słowa, kture mu się niebacznie wymknęły, żekł:

— Wy, panie, po naszemu muwicie, wyście nie Niemiec?

— Nie — odżekł Jurand — ale prowadź dalej.

Hłop wstał i począł znuw iść pży koniu. Po drodze zasuwał niekiedy dłoń w kaletę, wydostawał z niej garść niemielonego żyta i wsypywał ją sobie do ust, gdy zaś zaspokoił w ten sposub pierwszy głud, począł tłumaczyć, dlaczego je surowe ziarno, hociaż Jurand, zbyt zajęty własnym nieszczęściem i własnymi myślami, nawet tego nie dostżegł.

— Hwała Bogu i za to — muwił. — Ciężkie życie pod naszymi niemieckimi panami. Ponakładali podatki i od mlewa takie, że ubogi człek musi z plewą ziarno gryźć jak bydlę. A gdzie żarna w hałupie znajdą, tam hłopa skatują, dobytek zagarną, ba! dzieciom i babom nie pżepuszczą... Nie boją się oni ni Boga, ni księży, jako i wielborskiego proboszcza, ktury im to pżyganiał, na łańcuh wzięli. Oj, ciężko pod Niemcem! Co tam człek ziarna między dwoma kamieniami ugniecie, to tę pżygarść mąki na świętą niedzielę howa, a w piątek tak jeść musi jako ptacy. Ale hwała Bogu i za to, bo pżyjdzie-li pżednuwek, to i tego nie stanie... Ryby łowić nie wolno... zwieża bić też... Nie tak jak na Mazowszu.

W ten sposub wyżekał kżyżacki hłop, muwiąc pżez puł do siebie, pżez puł do Juranda, a tymczasem minęli pustać pokrytą utulonymi pod śniegiem bryłami wapienia i weszli w las, ktury w zarannym świetle wydawał się siwy i od kturego bił surowy, wilgotny hłud. Rozedniało już zupełnie; inaczej trudno byłoby Jurandowi pżejehać leśną drożyną idącą nieco w gurę i tak ciasną, że miejscami olbżymi jego bojowy koń zaledwie mugł się pżecisnąć wśrud pni. Lecz borek skończył się wkrutce i po upływie kilku pacieży znaleźli się na szczycie białego pagurka, kturego środkiem biegł wyjeżdżony gościniec.

— To i droga — żekł hłop — traficie teraz, panie, sami.

— Trafię — odżekł Jurand. — Wracaj, człeku, do domu.

I sięgnąwszy ręką do skużanej torby pżymocowanej na pżedzie siodła, wydobył z niej srebrny pieniądz i podał go pżewodnikowi. Hłop, pżezwyczajony więcej do razuw niż do datkuw z rąk miejscowyh kżyżackih ryceży, oczom prawie nie hciał wieżyć i porwawszy pieniądz, pżypadł głową do stżemienia Juranda i objął je rękoma.

— O Jezusie, Maryjo! — zawołał. — Bóg zapłać waszej wielmożności!

— Ostawaj z Bogiem.

— Nieh was boska moc prowadzi. Szczytno pżed wami.

To żekłszy, raz jeszcze pohylił się do stżemienia i zniknął. Jurand został na wzgużu sam i spoglądał we wskazanym mu pżez wieśniaka kierunku na szarą, wilgotną oponę mgły, ktura zasłaniała pżed nim świat. Za tą mgłą krył się uw złowrogi zamek, ku kturemu popyhała go pżemoc i niedola. Blisko, już blisko! A potem co się ma stać i spełnić, to się stanie i spełni... Na tę myśl w sercu Juranda, obok trwogi i niepokoju o Danusię, obok gotowości wykupienia jej z wrogih rąk hoćby krwią własną, zrodziło się nowe, niesłyhanie gożkie a nieznane mu dotyhczas nigdy uczucie upokożenia. Oto on, Jurand, na kturego wspomnienie drżeli pograniczni komturowie, jehał teraz na ih rozkaz z powinną głową. On, ktury tylu ih zwyciężył i podeptał, czuł się teraz zwyciężonym i podeptanym. Nie zwyciężyli go wprawdzie w polu, nie odwagą i rycerską siłą, niemniej jednak czuł się zwyciężonym. I było to dla niego czymś tak niesłyhanym, iż zdawało mu się, że cały pożądek świata został na nice wywrucony. On jehał ukożyć się Krzyżakom, on, ktury gdyby nie hodziło o Danusię, wolałby sam jeden potykać się ze wszystkimi siłami Zakonu. Alboż nie trafiało się, że pojedynczy ryceż, mając wybur między sromotą a śmiercią, udeżał na całe wojska? A on czuł, że może mu się pżygodzić i sromota, i na myśl o tym wyło w nim serce z bulu, jak wyje wilk, uczuwszy w sobie grot.

Lecz był to człowiek mający nie tylko ciało, lecz i duszę z żelaza. Umiał łamać innyh, umiał i siebie.

— Nie ruszę się — żekł sobie — puki nie spętam tego gniewu, kturym mugłbym zgubić, nie zaś wybawić dziecko.

I wraz shwycił się jakby za bary ze swoim hardym sercem, ze swoją zawziętością i żądzą boju. Kto by go widział na onym wzgużu, we zbroi, bez ruhu, na ogromnym koniu, żekłby, że to jakiś olbżym ulany z żelaza, i nie poznałby, że uw nieruhomy ryceż toczy w tej hwili najcięższą ze wszystkih walk, jakie kiedykolwiek w życiu stoczył. Lecz on zmagał się z sobą puty, puki się nie zmugł i puki nie poczuł, że wola go nie zawiedzie.

Tymczasem mgły żedły i jakkolwiek nie rozproszyły się do cna, jednakże zamajaczało w końcu w nih coś ciemniejszego. Jurand odgadł, że to są mury szczytnieńskiego zamku. Na ten widok nie ruszył się jeszcze z miejsca, ale począł się modlić tak gorąco i gorliwie, jak modli się człowiek, kturemu na świecie pozostało już tylko Boskie miłosierdzie.

I gdy wreszcie ruszył koniem, poczuł, że w serce poczyna mu wstępować jakowaś otuha. Gotuw był teraz znieść wszystko, co go mogło spotkać. Pżypomniał mu się święty Jerzy, potomek największego rodu w Kapadocji, ktury znosił rużne hańbiące katusze, a jednakże nie tylko czci nie stradał, lecz na prawicy Bożej jest posadzon i patronem wszystkiego rycerstwa mianowany. Jurand słyszał nieraz opowiadania o jego pżygodah od pątnikuw pżybyłyh z dalekih krain i wspomnieniem ih ukżepił w sobie teraz serce.

Z wolna poczęła się w nim budzić nawet i nadzieja. Krzyżacy słynęli wprawdzie z mściwości, pżeto nie wątpił, że wywrą nad nim pomstę za wszystkie klęski, jakie im zadał, za hańbę, ktura spadała na nih po każdym spotkaniu, i za strah, w jakim pżez tyle lat żyli.

Ale to właśnie dodawało mu duha. Myślał, że Danusię porwali po to tylko, by go dostać, więc gdy go dostaną, to co im po niej? Tak! Jego skują niehybnie i nie hcąc tżymać w pobliżu Mazowsza, wyślą do jakih odległyh zamkuw, gdzie może do końca życia pżyjdzie mu jęczeć w podziemiu, ale Danusię będą woleli puścić. Hoćby też wyszło na jaw, że go podstępem dostali i gnębią, nie weźmie im tego zbyt za złe ni wielki mistż, ni kapituła, bo pżecie on, Jurand, bywał istotnie ciężkim Krzyżakom i wytoczył z nih więcej krwi niż jakikolwiek inny ryceż w świecie. Natomiast ten sam wielki mistż może by ih i pokarał za uwięzienie niewinnej dziewczyny, a do tego wyhowanki księcia, o kturego pżyhylność starał się wobec grożącej wojny z krulem polskim usilnie.

I nadzieja ogarniała go coraz potężniej. Hwilami wydawało mu się żeczą niemal pewną, że Danusia wruci do Spychowa, pod Zbyszkową możną opiekę... „A hłop tęgi jest — myślał — nie da ci jej nikomu ukżywdzić”. I począł pżypominać sobie z pewnym rozżewnieniem wszystko, co o Zbyszku wiedział: „Bił w Niemców pod Wilnem, na pojedynkę z nimi hadzał, Fryzów, kturyh ze stryjcem pozwali, poćwiertował, w Lichtensteina też bił, od tura dziecko bronił i tamtyh cztereh pozwał, kturym pewnikiem nie daruje”. Tu podniusł Jurand oczy ku guże i żekł:

— Ja ją Tobie, Boże, a Ty Zbyszkowi!

I uczyniło mu się jeszcze raźniej, sądził bowiem, że skoro ją Bóg młodziankowi podarował, to pżecie nie pozwoli Niemcom z siebie zadrwić, z rąk ih ją wyrwie, hoćby cała potęga kżyżacka nie puszczała. Lecz potem znuw jął myśleć o Zbyszku: „Ba! Nie tylko hłop tęgi, ale i szczery jak złoto. Będzie jej stżegł, będzie ją miłował i daj, Jezu, dziecku, jako możesz najlepiej, ale widzi mi się, że pży nim nie pożałuje ni książęcego dworca, ni ojcowego kohania...”. Na tę myśl powieki Juranda zwilgotniały nagle i w sercu zerwała mu się ogromna tęsknota. Hciałby pżecie jeszcze dziecko w życiu widzieć i kiedyś, kiedyś umżeć w Spychowie pży tyh dwojgu, nie zaś w ciemnyh piwnicah kżyżackih. Ale wola boska!... Szczytno było już widać. Mury rysowały się we mgle coraz wyraźniej, bliska już była godzina ofiary, więc zaczął się jeszcze pokżepiać i tak do siebie muwić:

— Jużci, że wola boska! Ale wieczur żywota bliski. Kilka rokuw więcej, kilka mniej, wyjdzie na jedno. Hej! Hciałoby się jeszcze na oboje dzieci pojżeć, ale po sprawiedliwości, to człek się nażył. Czego miał doznać, doznał, kogo miał pomścić, pomścił. A teraz co? Radziej do Boga niż do świata, a skoro tżeba pżecierpieć, to tżeba. Danuśka ze Zbyszkiem, hoćby im było najlepiej, nie zapomną. Pewnie, że nieraz będą wspominać a uradzać: gdzie też jest? żyw-li czy też już u Boga w wiecu?... Będą pżepytywać i może się dowiedzą. Łapczywi są na pomstę Krzyżacy, ale i na wykup łapczywi. Zbyszko by nie pożałował, aby hoć kości wykupić. A na mszę to z pewnością nieraz dadzą. Uczciwe u obojga serca i kohające, za co ih, Boże, i Ty, Matko Najświętsza, błogosław.

Gościniec stawał się nie tylko coraz szerszy, ale się i zaludniał. Ciągnęły ku miastu wozy z dżewem i słomą. Skotaże pędzili bydło. Od jezior wieziono na saniah zmarzłą rybę. W jednym miejscu cztereh łucznikuw wiodło na łańcuhu hłopa, widać za jakieś pżewinienie, na sąd, gdyż ręce miał z tyłu związane, a na nogah kajdany, kture zawadzając o śnieg, ledwie pozwoliły mu się poruszać. Ze zdyszanyh jego nozdży i ust wyhodził oddeh w kształcie kłębuw pary, a oni, popędzając go, śpiewali. Ujżawszy Juranda, poczęli spoglądać na niego ciekawie, dziwiąc się widocznie ogromowi jeźdźca i konia, ale na widok złotyh ostrug i rycerskiego pasa pospuszczali kusze ku ziemi na znak powitania i czci. W miasteczku było jeszcze ludniej i gwarniej, ustępowano jednak z pośpiehem zbrojnemu mężowi z drogi, uw zaś pżejehał głuwną ulicę i skręcił ku zamkowi, ktury otulony w tumany podnoszące się z fosy zdawał się jeszcze spać.

Lecz nie wszystko naokuł spało, a pżynajmniej nie spały wrony i kruki, kturyh całe stada wihżyły się na podniesieniu stanowiącym dojazd do zamku, łopocąc skżydłami i kracząc. Jurand, podjehawszy bliżej, zrozumiał powud tego ptasiego wiecu. Oto obok drogi wiodącej do bramy zamkowej stała obszerna szubienica, na niej zaś wisiały ciała cztereh mazurskih hłopuw kżyżackih. Nie było najmniejszego powiewu, więc trupy, kture zdawały się spoglądać na własne stopy, nie kołysały się, hyba wuwczas, gdy czarne ptactwo siadało im na ramiona i na głowy, pżepyhając się wzajem, trącając w powrozy i dziobiąc o pospuszczane głowy. Niektuży wisielcy musieli wisieć już od dawna, gdyż czaszki ih były całkiem nagie, a nogi niezmiernie wydłużone. Za zbliżeniem się Juranda stado zerwało się z wielkim szumem, ale wnet zawruciło w powietżu i poczęło się sadowić na popżecznej belce szubienicy. Jurand pżejehał mimo, czyniąc znak kżyża, zbliżył się do pżekopu i stanąwszy w miejscu, w kturym nad bramą wznosił się most zwodzony, udeżył w rug.

Po czym zatrąbił raz, drugi, tżeci i czekał. Na murah nie było żywej duszy i zza bramy nie dohodził żaden głos. Po hwili jednak ciężka, widoczna za kratą klapa, wmurowana w pobliżu zamku bramy, podniosła się ze zgżytem i w otwoże ukazała się brodata głowa niemieckiego knehta.

— Wer da? — spytał szorstki głos.

— Jurand ze Spychowa! — odpowiedział ryceż.

Po tyh słowah klapa zamknęła się na nowo i nastało głuhe milczenie.

Czas począł płynąć. Za bramą nie słyhać było żadnego ruhu, tylko od strony szubienicy dohodziło krakanie ptactwa.

Jurand stał jeszcze długo, zanim podniusł rug i udeżył weń powturnie.

Ale odpowiedziała mu znuw cisza.

Wuwczas zrozumiał, że tżymają go pżed bramą pżez kżyżacką pyhę, ktura wobec zwyciężonego nie ma granic, dlatego by go upokożyć jak żebraka. Odgadł też, że pżyjdzie mu tak czekać może aż do wieczora albo i dłużej. Więc w pierwszej hwili zawżała w nim krew; hwyciła go nagła hęć zsiąść z konia, podnieść jeden z głazuw, kture leżały pżed pżekopem, i żucić nim w kratę. Tak byłby w innym razie uczynił i on, i każdy inny mazowiecki albo polski ryceż, i niehby potem wypadli zza bramy bić się z nim. Ale wspomniawszy, po co tu pżybył, opamiętał się i powstżymał.

„Zalim się nie ofiarował za dziecko?” — żekł sobie w duszy.

I czekał.

Tymczasem w wyzębieniah muruw poczęło coś czernieć. Ukazywały się futżane nakrycia głuw, ciemne kapice i nawet żelazne blahy, spod kturyh spoglądały na ryceża ciekawe oczy. Pżybywało ih z każdą hwilą, bo już też ten groźny Jurand wyczekujący samotnie pod kżyżacką bramą był dla załogi nie byle widowiskiem. Kto go dawniej ujżał pżed sobą, ujżał śmierć, a teraz można było patżeć na niego bezpiecznie. Głowy podnosiły się coraz wyżej, aż wreszcie wszystkie wyzębienia bliższe bramy pokryły się knehtami. Jurand pomyślał, że zapewne i starsi muszą na niego spoglądać pżez kraty okien w pżybramnej wieży, i podniusł wzrok ku guże, ale tam okna powycinane były w głębokih murah i patżeć pżez nie było niepodobna, hyba w dal. Za to na blankah czereda, ktura z początku spozierała na niego w milczeniu, poczęła się odzywać. Ten i uw powtużył jego imię, tu i uwdzie ozwały się śmiehy, ohrypłe głosy pokżykiwały jak na wilka coraz głośniej, coraz zuhwalej, a gdy widocznie nikt nie pżeszkadzał ze środka, poczęto wreszcie miotać na stojącego ryceża śniegiem.

Uw, jakby mimo woli, ruszył pżed siebie koniem, wuwczas na jedną hwilę bryły śniegu pżestały lecieć, głosy ucihły, a nawet i niekture głowy poznikały za murami. Groźne musiało być istotnie Jurandowe imię. Wnet jednak najthużliwsi opamiętali się, że dzieli ih od strasznego Mazura ruw i mur, więc znuw grube żołdactwo poczęło miotać nie tylko bryłkami śniegu, ale lodu i nawet gruzu i kamykuw, kture z bżękiem odbijały się od zbroi i kropieża pokrywającego konia.

— Ofiarowałem się za dziecko — powtażał sobie Jurand.

I czekał. Pżyszło południe, mury opustoszały, gdyż knehtuw odwołano na obiad. Nieliczni ci, kturym pżypadło strużować, jedli jednak na murah, a po spożyciu strawy zabawiali się znowu ciskaniem na głodnego ryceża ogryzionyh gnatuw. Poczęli też pżekomażać się z sobą i zapytywać się wzajem, ktury podejmie się zejść i dać mu po karku pięścią albo drągiem oszczepu. Inni, wruciwszy z obiadu, wołali na niego, że jeśli zmieżiło mu się czekać, to się może powiesić, gdyż na szubienicy jest jeden wolny hak z gotowym powrozem. I wśrud takih szyderstw, wśrud nawoływań, wybuhuw śmiehu i pżekleństw zbiegały popołudniowe godziny. Krutki zimowy dzień hylił się stopniowo ku wieczorowi, a most wisiał wciąż w powietżu i brama pozostawała zamknięta.

Lecz pod wieczur wstał wiatr, rozwiał mgły, oczyścił niebo i odsłonił zoże. Śniegi uczyniły się modre, a puźniej fioletowe. Nie było mrozu, ale noc zapowiadała się pogodna. Z muruw zeszli znuw ludzie, prucz straży, kruki i wrony odleciały od szubienicy ku lasom. Wreszcie poczerniało niebo i cisza nastała zupełna.

„Nie otwożą pżed nocą bramy” — pomyślał Jurand.

I na hwilę pżeszło mu pżez głowę, by nawrucić ku miastu, ale zaraz pożucił tę myśl. „Hcą tego, bym tu stał — muwił sobie w duszy. — Jeśli nawrucę, jużci nie puszczą mnie do dom, jeno otoczą, pojmają, a potem żekną, że mi nic nie powinni, bo mnie siłą wzięli, a hoćbym zaś po nih pżejehał, to i tak muszę wrucić...”.

Niezmierna, podziwiana pżez obcyh kronikaży wytżymałość polskih ryceży na hłud, głud i trudy nieraz pozwalała im dokonywać czynuw, na kture nie mogli się zdobyć bardziej zniewieściali ludzie z Zachodu. Jurand zaś posiadał tę wytżymałość w większej jeszcze od innyh mieże, więc hoć głud począł mu już od dawna skręcać wnętżności, a zamruz wieczorny pżeniknął pżez pokryty blahami kożuh, postanowił czekać, hoćby miał skonać pod tą bramą.

Nagle jednak, nim jeszcze zapanowała zupełna noc, usłyszał za sobą hżęst krokuw na śniegu.

Obejżał się: szło ku niemu od strony miasta sześciu zbrojnyh we włucznie i halabardy, w środku zaś między nimi szedł siudmy, podpierając się mieczem.

„Może im bramę otwożą i z nimi wjadę — pomyślał Jurand. — Siłą nie będą mnie pżecie hcieli brać ni zabić, bo ih za mało; gdyby wszelako udeżyli na mnie, to znak, że nie hcą niczego dotżymać, i wtedy — goże im!”

Tak pomyślawszy, podniusł stalowy topur wiszący mu pży siodle, tak ciężki, że za ciężki nawet na dwie ręce zwykłego męża — i ruszył ku nim koniem.

Lecz oni nie myśleli na niego udeżać. Owszem, knehtowie wbili zaraz w śnieg tylca włuczni i halabard — że zaś noc nie była jeszcze całkiem ciemna, więc Jurand spostżegł, że osady drżą im jednak nieco w ręku.

Uw zaś siudmy, ktury wydawał się starszym, wyciągnął spiesznie pżed siebie lewe ramię i zwruciwszy dłoń do gury palcami, ozwał się:

— Wyście, ryceżu, Jurand ze Spychowa?

— Jam jest...

— Hcecie-li słuhać, z czym mnie pżysłano?

— Silny i pobożny komtur von Danveld każe wam powiedzieć, panie, że puki nie zsiądziecie z konia, brama nie będzie wam otwożona.

Jurand pozostał hwilę bez ruhu, następnie zsiadł z konia, po kturego w tej hwili poskoczył jeden z włucznikuw.

— I broń ma nam być oddana — ozwał się znuw człowiek z mieczem.

Pan ze Spychowa zawahał się. Nuż potem udeżą na bezbronnego i zadźgają go jak zwieżę, nuż hwycą i wtrącą do podziemia? Lecz po hwili pomyślał, że gdyby tak miało być, toby ih jednak pżysłano więcej. Bo gdyby się na niego mieli żucić, zbroi od razu na nim nie pżebodą, a wuwczas on mugłby wydżeć broń pierwszemu z bżega i wytracić wszystkih, nimby nadbiegła pomoc. Znali go pżecie.

— I hoćby też — żekł sobie — hcieli wytoczyć ze mnie krew, toć żem ja nie po co innego tu pżybył.

Tak pomyślawszy, żucił napżud topur, następnie miecz, następnie mizerykordię — i czekał. Oni zaś hwycili to wszystko, po czym uw człowiek, ktury do niego pżemawiał, oddaliwszy się na kilkanaście krokuw, zatżymał się i począł muwić zuhwałym, podniesionym głosem:

— Za wszystkie kżywdy, ktureś Zakonowi wyżądził, masz z rozkazu komtura pżywdziać na się uw zgżebny wur, ktury ci zostawiam, pżywiązać u szyi na powrozie pohwę od miecza i czekać w pokoże u bramy, poki ci łaska komtura nie rozkaże jej otwożyć.

I po hwili Jurand pozostał sam w ciemności i ciszy. Na śniegu czerniał pżed nim pokutniczy wur i powruz, on zaś stał długo, czując, że mu się w duszy coś rozpżęga, coś łamie, coś kona i mże i że oto po hwili nie będzie już ryceżem, nie będzie już Jurandem ze Spychowa, lecz nędzażem, niewolnikiem bez imienia, bez sławy, bez czci.

Więc upłynęły jeszcze długie hwile, nim zbliżył się do pokutniczego wora i począł muwić:

— Jakoż mogę inaczej postąpić? Ty, Chryste, wiesz: dziecko niewinne uduszą, jeśli nie uczynię wszystkiego, co mi każą. I to też wiesz, że dla własnego żywota tego bym nie uczynił! Gożka żecz hańba!... Gożka! Ale i Ciebie pżed śmiercią hańbili. Ano, w Imię Ojca i Syna...

Po czym pohylił się, wdział na się wur, w kturym były popżecinane otwory na głowę i ręce, następnie u szyi zawiesił na powrozie pohwę od miecza — i powlukł się pżed bramę.

Nie zastał jej otwartej, ale teraz było mu już wszystko jedno, czy mu ją prędzej, czy puźniej otwożą. Zamek pogrążył się w milczeniu nocy, straże tylko obwoływały się kiedy niekiedy po narożnikah. W wieży pżybramnej świeciło wysoko jedno okienko, inne były ciemne.

Godziny nocy płynęły jedna za drugą, na niebo wzbił się sierp księżyca i rozświecił posępne mury zamku. Cisza uczyniła się taka, ze Jurand mugłby słyszeć bicie własnego serca. Ale on zdrętwiał, skamieniał całkiem, jakby z niego wyjęto duszę, i nie zdawał już sobie sprawy z niczego. Została mu tylko jedna myśl, że pżestał być ryceżem, Jurandem ze Spychowa, ale czym jest — nie wiedział... Hwilami także majaczyło mu się coś, że wśrud nocy od tyh wisielcuw, kturyh z rana widział, idzie ku niemu ciho po śniegu śmierć...

Nagle drgnął i rozbudził się zupełnie:

— O Chryste miłościwy! Co to jest?!

Z wysokiego okienka w pżybramnej wieży ozwały się jakieś zaledwie z początku dosłyszalne dźwięki lutni. Jurand, jadąc do Szczytna, był pewien, że nie ma Danusi w zamku, a jednak ten głos lutni po nocy wzbużył w nim w jednej hwili serce. Wydało mu się, że on te dźwięki zna i że to nie kto inny gra, tylko ona — jego dziecko! Jego kohanie... Więc padł na kolana, złożył ręce jak do modlitwy i dygocąc jak w gorączce, słuhał.

A wtem na wpuł dziecinny i jakby niezmiernie stęskniony głos począł śpiewać:

Gdybym ci ja miała  
Skżydłeczka jak gąska,  
Poleciałabym ja  
Za Jaśkiem do Śląska.  
 

Jurand hciał odezwać się, wykżyknąć kohane imię, ale słowa uwięzły mu w gardle, jakby je ścisnęła żelazna obręcz. Nagła fala bulu, łez, tęsknoty, niedoli wezbrała mu w piersiah, więc żucił się tważą w śnieg i jął w uniesieniu wołać ku niebu w duszy jakby w dziękczynnej modlitwie:

— O Jezu! Dyć słyszę jeszcze dziecko! O Jezu!!!...

I szlohanie poczęło targać jego olbżymim ciałem.

W guże tęskny głos śpiewał dalej wśrud niezmąconej nocnej ciszy:

Usiadłabym ci ja 
Na śląskowskim płocie:  
„Pżypatż się, Jasieńku, 
Ubogiej sierocie...”  
 

Rankiem gruby, brodaty kneht niemiecki począł kopać w biodro leżącego pży bramie ryceża.

— Na nogi, psie!... Brama otwarta i komtur każe ci stanąć pżed sobą.

Jurand zbudził się jakby ze snu. Nie hwycił knehta za gardło, nie skruszył go w żelaznyh rękah, tważ miał cihą i niemal pokorną; podniusł się i nie muwiąc ni słowa, poszedł za żołdakiem pżez bramę.

Zaledwie jednak ją pżeszedł, gdy ozwał się za nim zgżyt łańcuhuw i most zwodzony począł podnosić się do gury, w samej zaś bramie spadła ciężka żelazna krata...

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)