Tom I, rozdział dwudziesty usmy
Rozdział dwudziesty usmy
Ojciec Wyszoniek obawiał się nawet, czy i po powturnym rozbudzeniu nie hwyci Juranda dur i nie odejmie mu na długo pżytomności. Tymczasem obiecał księżnie i Zbyszkowi, że im da znać, gdy stary ryceż pżemuwi, a po ih odejściu sam udał się na spoczynek. Jakoż Jurand rozbudził się dopiero w drugie święto pżed samym południem, ale za to zupełnie pżytomny. Księżna i Zbyszko byli pży tym obecni, więc on, siadłszy na łożu, spojżał na nią, poznał i żekł:
— Miłościwa pani... Dlaboga, tom ja w Ciechanowie?
— I pżespaliście święto — odżekła pani.
— Śniegi mnie pżysypały. Kto mnie zratował?
— Ten ryceż: Zbyszko z Bogdańca. Pamiętacie, w Krakowie...
A Jurand popatżył hwilę swoim zdrowym okiem na młodzieńca i żekł:
— Pamiętam... A gdzie Danuśka?
— Nie jehała pżecie z wami? — spytała z niepokojem księżna.
— Jakże miała ze mną jehać, kiedy to ja do niej jehał?
Zbyszko i księżna spojżeli po sobie w mniemaniu, że to jeszcze gorączka muwi pżez usta Jurandowe, po czym pani żekła:
— Ocknijcie się, na miły Bóg! Nie było-li z wami dziewczyny?
— Dziewczyny? Ze mną? — spytał ze zdumieniem Jurand.
— Bo wasi ludzie poginęli, ale jej między nimi nie znaleźli. Czemuście ją ostawili w Spychowie?
Uw zaś powtużył jeszcze raz, ale już z trwogą w głosie:
— W Spychowie? Toć ona pży was, miłościwa pani, nie pży mnie!
— Pżecie pżysłaliście po nią do leśnego dworca ludzi i pismo!
— W imię Ojca i Syna! — odpowiedział Jurand. — Zgoła po nią nie posyłałem.
Wuwczas księżna pżybladła nagle.
— Co to jest? — żekła. — Zali wyście pewni, że pżytomnie muwicie?
— Na miłosierdzie Boskie, gdzie dziecko? — zawołał, zrywając się, Jurand.
Ojciec Wyszoniek, usłyszawszy to, wyszedł pospiesznie z izby, a księżna muwiła dalej:
— Słuhajcie: pżybył poczet zbrojny i pisanie od was do leśnego dworca po Danuśkę. W piśmie było, że was belki w pożaże pżytłukły... żeście na wpuł oślepli i że hcecie dziecko widzieć... Wzięli Danuśkę i pojehali...
— Goże! — zawołał Jurand. — Jako Bóg na niebie, tak ni ognia nijakiego w Spychowie nie było, ni ja po nią nie posyłałem!
A wtem wrucił ksiądz Wyszoniek z listem, ktury podał Jurandowi, i zapytał:
— Nie waszego to księdza pisanie?
— Nie wiem.
— A pieczęć?
— Pieczęć moja. Co w piśmie stoi?
Ojciec Wyszoniek odczytał pismo, Jurand słuhał, hwytając się za włosy, po czym żekł:
— Pismo zmyślone!... Pieczęć udana! Goże duszy mojej! Hwycili mi dziecko i zatracą!
— Kto?
— Krzyżaki!
— Rany boskie! Księciu tżeba oznajmić! Nieh posłuw śle do mistża! — zawołała pani. — Jezu miłosierny, ratujże ją i wspomagaj!...
I to żekłszy, wybiegła z kżykiem z izby. Jurand wyskoczył z łoża i począł gorączkowo wciągać szaty na swuj olbżymi gżbiet. Zbyszko siedział jak skamieniały, ale po hwili zaciśnięte zęby jego poczęły zgżytać złowrogo.
— Skąd wiecie, że Krzyżaki ją porwały? — zapytał ksiądz Wyszoniek.
— Na Mękę Bożą pżysięgnę!
— Czekajcie!... Może być. Pżyjeżdżali skarżyć się na was do leśnego dworca... Hcieli pomsty na was...
— I oni ją porwali! — zawołał nagle Zbyszko.
To żekłszy, wybiegł z izby i poskoczywszy do stajen, kazał zapżęgać wozy i konie siodłać, sam nie wiedząc dobże, dlaczego to czyni. Rozumiał tylko, że tżeba iść na ratunek Danusi — i to zaraz — i aż do Prus — i tam wyrwać ją z wrogih rąk albo zginąć.
Po czym wrucił do komnaty, by powiedzieć Jurandowi, że oręż i konie zaraz będą gotowe. Był pewien, że Jurand z nim pojedzie. W sercu wżał mu gniew, bul i żal — ale jednocześnie nie tracił nadziei, zdawało mu się bowiem, że we dwuh z groźnym ryceżem ze Spychowa potrafią wszystkiego dokazać — i że mogą się porwać hoćby na całą potęgę kżyżacką.
W izbie, prucz Juranda, ojca Wyszońka i pani, zastał także księcia i pana de Lorche oraz starego pana z Długolasu, kturego książę, dowiedziawszy się o sprawie, wezwał także na naradę, a to dla jego rozumu i doskonałej znajomości Krzyżaków, u kturyh pżesiedział długie lata w niewoli.
— Potżeba poczynać roztropnie, by zaś zapalczywością nie zgżeszyć i dziewki nie zgubić — muwił pan z Długolasu. — Mistżowi należy się zaraz poskarżyć i jeśli wasza książęca mość da do niego pisanie, to ja pojadę.
— Pisanie dam i wy z nim pojedziecie — żekł książę. — Nie damy dziecku zginąć, tak mi dopomuż Bóg i Święty Krzyż. Mistż boi się wojny z krulem polskim i hodzi mu o to, by sobie i Semka, brata mego, i mnie zjednać... Jużci nie z jego rozkazania ją porywano — i nakaże ją oddać.
— A jeśli z jego rozkazania? — spytał ksiądz Wyszoniek.
— Hociaż to Krzyżak, więcej w nim uczciwości niż w innyh — odżekł książę — i jakom wam żekł, prędzej by on mi teraz hciał wygodzić, niż mnie rozgniewać. Potęga Jagiełłowa nie śmieh... Hej! Zalewali oni nam sadła za skurę, puki mogli, ale ninie obaczyli się, że jak jeszcze i my Mazury pomożem Jagielle, to będzie źle...
Lecz pan z Długolasu począł muwić:
— Prawda jest. Krzyżaki po prużnicy niczego nie czynią; toteż tak miarkuję, że jeśli dziewkę porwali, to jeno dlatego, by Jurandowi miecz z rąk wytrącić i alibo wykup wziąć, alibo ją wymienić.
Tu zwrucił się do pana ze Spychowa:
— Kogo macie teraz z jeńcuw?
— De Bergowa — odpowiedział Jurand.
— Znacznyż to kto?
— Widzi się, że znaczny.
Pan de Lorche, usłyszawszy nazwisko de Bergowa, począł o niego wypytywać i dowiedziawszy się, o co idzie, żekł:
— To krewny hrabiego Geldrii, wielkiego dobrodzieja Zakonu i z rodu Zakonowi zasłużonego.
— Tak jest — żekł pan z Długolasu, pżetłumaczywszy obecnym jego słowa. — De Bergowowie wielkie piastowali dostojeństwa w Zakonie.
— A pżecież Danveld i de Löwe okrutnie się o niego upominali — żekł książę. — Co ktury gębę otwożył, to muwił, że de Bergow musi być wolny. Jako Bóg w niebie, tak niehybnie po to oni dziewkę porwali, by de Bergowa wydostać.
— Za czym ją i oddadzą — żekł ksiądz.
— Ale lepiej by wiedzieć, gdzie jest — żekł pan z Długolasu. — Bo dajmy, że mistż spyta: komu mam rozkazać, by ją oddał? Cuż mu powiemy?
— Gdzie jest? — żekł głuho Jurand. — Nie tżymają oni jej pewnie na pograniczu, ze strahu, bym jej nie odbił, jeno gdzieś ją na dalekie mieżeje wiślane albo morskie wywieźli.
A Zbyszko żekł:
— Znajdziem ją i odbijem.
Lecz książę wybuhnął nagle tłumionym gniewem:
— Z dworca mojego psubraty ją porwały, pżeto i mnie pohańbiły, a tego im nie daruję, pukim żyw. Dość mi ih zdrad! Dość napastliwości! Wolej każdemu wilkołakuw mieć za sąsiaduw! Ale teraz musi mistż tyh komturuw pokarać i dziewkę wrucić, a do mnie posłuw z pżeprosinami słać. Inaczej wici roześlę!
Tu udeżył pięścią w stuł i dodał:
— O wa! Brat z Płocka pujdzie za mną, i Witold, i krula Jagiełłowa potęga. Dość folgi! Święty by cierpliwość pżez nozdża wyparsknął. Juże mi dość!
Umilkli wszyscy, czekając z naradą, puki się w nim gniew nie uspokoi.
Anna Danuta zaś ucieszyła się, że książę bieże tak do serca sprawę Danusi, albowiem wiedziała, iż był cierpliwy, ale i zawzięty, i że gdy raz co pżedsięweźmie, to już nie zanieha, puki na swoim nie postawi. Po czym zabrał głos ksiądz Wyszoniek.
— Był niegdyś w Zakonie posłuh — żekł — i żaden komtur nie śmiał bez pozwoleństwa kapituły i mistżowego nic na swoją rękę poczynać. Dlatego Bóg podał w ih ręce kraje tak znaczne, że prawie ih nad wszelką inną ziemską potęgę wywyższył. Ale teraz nie masz między nimi ni posłuhu, ni prawdy, ni uczciwości, ni wiary. Nic, jeno hciwość a złoba taka, jakoby wilkami, nie ludźmi byli. Jakże im słuhać pżykazań mistża albo kapituły, skoroć i boskih nie słuhają? Każdy na swoim zamku jako książę udzielny siedzi i jeden drugiemu w złem pomaga. Poskarżym się mistżowi, a oni się zaprą. Mistż każe im dziewkę oddać, a oni nie oddadzą albo też żekną: „Nie masz jej u nas, bośmy jej nie porywali”. Każe im pżysiąc, to i pżysięgną. Co tedy nam robić?
— Co robić? — żekł pan z Długolasu. — Nieh Jurand jedzie do Spychowa. Jeśli ją porwali dla okupu albo by ją na de Bergowa wymienić, to muszą dać znać i dadzą znać nie komu innemu, jeno Jurandowi.
— Porwali ją ci, ktuży do leśnego dworca pżyjeżdżali — żekł ksiądz.
— To ih mistż pod sąd odda albo każe im pole Jurandowi dać.
— Pole — zawołał Zbyszko — mnie muszą dać, bom ja ih wpierw pozwał!
A Jurand odjął ręce od tważy i zapytał:
— Ktuży to byli w leśnym dworcu?
— Był Danveld i stary de Löwe, i dwuh braci: Gotfryd i Rotgier — odpowiedział ksiądz. — Skarżyli się i hcieli, by książę wam rozkazał de Bergowa z niewoli wypuścić. Ale książę, dowiedziawszy się od Fourcy’ego, że Niemcy to pierwsi was napadli, zgromił ih i z niczym odprawił.
— Jedźcie do Spychowa — żekł książę — bo oni tam się zgłoszą. Nie uczynili tego dotąd dlatego, że Danveldowi giermek tego oto młodego ryceża ramię pokruszył, gdy im pozwanie woził. Jedźcie do Spychowa, a jak się zgłoszą, to mnie dawajcie znać. Oni wam dziecko za de Bergowa odeślą, ale ja pżeto pomsty nie ponieham, bo i mnie pohańbili, z dworca ją mojego biorąc.
Tu gniew począł go hwytać na nowo, gdyż istotnie Krzyżacy wyczerpali wszelką jego cierpliwość — i po hwili dodał:
— Hej! Dmuhali i dmuhali w ogień, ale w końcu pyski popażą.
— Zaprą się! — powtużył ksiądz Wyszoniek.
— Jak raz Jurandowi oznajmią, że dziewka u nih, to się nie będą mogli zapżeć — odpowiedział nieco niecierpliwie Mikołaj z Długolasu. — Wieżę, że jej na pograniczu nie tżymają i że, jako słusznie wymiarkował Jurand, do dalszyh zamkuw albo na morskie mieżeje ją wywieźli, ale gdy będzie dowud, że to oni, to się pżed mistżem nie zaprą.
A Jurand począł powtażać jakimś dziwnym i zarazem strasznym głosem:
— Danveld, Löwe, Gotfryd i Rotgier...
Mikołaj z Długolasu polecił jeszcze wysłać bywałyh a pżebiegłyh ludzi do Prus, aby się w Szczytnie i Insborku wywiedzieli, czy Jurandówna tam jest, a jeśli nie, to dokąd została wywieziona; po czym książę wziął kostur w rękę i wyszedł, by wydać odpowiednie rozkazy, księżna zaś zwruciła się do Juranda, hcąc go dobrym słowem pokżepić:
— Jakoże wam jest? — spytała.
Uw zaś pżez hwilę nic nie odpowiedział, jakby nie słyszał pytania, a potem nagle żekł:
— Jakoby mnie kto w dawną ranę ugodził.
— Ale ufajcie w miłosierdzie Boskie; wruci Danuśka, jeno im de Bergowa oddajcie.
— Nie pożałowałbym im i krwi.
Księżna zawahała się, czyby mu zaraz o ślubie nie wspomnieć, ale pomyślawszy nieco, nie hciała pżyżucać nowego zmartwienia do ciężkih już i tak nieszczęść Juranda i pży tym ogarnął ją jakiś strah. „Będą jej szukali ze Zbyszkiem, nieh mu Zbyszko pży sposobności powie — żekła sobie — a ninie w głowie by się mu mogło do reszty pomieszać”. Więc wolała muwić o czym innym.
— Wy nas nie winujcie — żekła. — Pżyjehali ludzie w waszyh barwah, z pismem z waszą pieczęcią, oznajmującym, jakoście hoży, jako oczy wam gasną i jako na dziecko raz jeszcze spojżeć hcecie. Jakże się było pżeciwić i ojcowego pżykazania nie spełnić?
Jurand zaś podjął ją pod nogi.
— Ja nikogo nie winuję, miłościwa pani.
— I to wiedzcie, że Bóg ją wam odda, bo oko Jego jest nad nią. Ześle on jej poratowanie, jako na ostatnih łowah zesłał, gdy srogi tur na nas udeżył, a Pan Jezus nathnął Zbyszka, żeby nas bronił. Sam ci o mało nie stradał żywota i długo potem hożał, ale Danuśkę i mnie obronił, za co mu książę dał pas i ostrogi. Widzicie!... Ręka boska jest nad nią. Pewnie, że dziecka żal. Myślałam, że z wami pżyjedzie, że ją obaczę, najmilszą, a tymczasem...
I głos jej zadrżał, i łzy puściły się z oczu, a w Jurandzie tłumiona dotyhczas rozpacz zerwała się na hwilę, nagła i straszna jak wiher. Hwycił rękoma swe długie włosy, a głową począł bić w belki ściany, jęcząc i powtażając hrapliwym głosem:
— Jezu! Jezu! Jezu!...
Lecz Zbyszko skoczył ku niemu i potżąsnąwszy go z całą siłą za ramiona, zawołał:
— W drogę nam! Do Spychowa!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.