Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział dwudziesty siudmy

Rozdział dwudziesty siudmy

Zbyszko, usłyszawszy nieszczęsną nowinę, nie pytając nawet i o pozwolenie księcia, skoczył do stajen i kazał konie siodłać. Czech, ktury jako szlahetnie urodzony giermek znajdował się z nim na sali, zaledwie zdołał wrucić do izby i pżynieść ciepłą lisiurę; nie prubował jednakże młodego pana wstżymywać, gdyż mając z pżyrodzenia rozum tęgi, wiedział, że wstżymywanie na nic się nie pżyda, a mitręga może okazać się zgubną. Siadłszy na drugiego konia, pohwycił jeszcze w bramie od odźwiernego kilka pohodni i wnet ruszyli razem z książęcymi ludźmi, kturyh wartko sprawił stary kasztelan. Za bramą ogarnęły ih niepżebite ciemności, ale wihura wydawała się im mniejsza. Byliby może zaraz za miastem zbłądzili, gdyby nie uw człowiek, ktury pierwszy dał znać o wypadku, a ktury teraz prowadził ih tym szybciej i pewniej, że miał pży sobie psa już popżednio z drogą obeznanego. Na otwartym polu wiher począł znowu siec ih ostro po tważah, głuwnie jednak dlatego, że jehali w cwał. Gościniec był kopny, miejscami zaś tak zawiany, że tżeba było zwalniać, gdyż konie zapadały po bżuhy. Ludzie książęcy pozapalali pohodnie, kaganki i jehali wśrud dymu i płomieni, w kture wiatr dął z taką siłą, jakby je hciał oderwać od smolnyh szczap i ponieść na pola i bory. Droga była daleka — minęli osady bliższe Ciechanowa, a następnie Niedzborz, po czym skierowali się w stronę Radzanowa. Za Niedzborzem buża poczęła jednak uciszać się żeczywiście. Udeżenia wihru stały się słabsze i nie niosły już w sobie całyh tumanuw śnieżnyh. Niebo pojaśniało. Z gury sypał jeszcze czas jakiś śnieg, ale wkrutce ustał. Potem tu i uwdzie w szczelinah hmur błysnęła gwiazda. Konie poczęły parskać — jeźdźcy odethnęli swobodniej. Gwiazd pżybywało z każdą hwilą i brał mruz. Po upływie kilku pacieży uciszyło się zupełnie.

Pan de Lorche, ktury jehał obok Zbyszka, jął go pocieszać, muwiąc, że niezawodnie Jurand w hwili niebezpieczeństwa myślał pżede wszystkim o ocaleniu curki i że hoćby wszystkih odkopali zmarzłyh, ją znajdą niezawodnie żywą, a może i śpiącą pod skurami. Ale Zbyszko mało go rozumiał, a wreszcie nie miał i czasu go słuhać, gdyż po niejakiej hwili pżewodnik jadący na pżedzie skręcił z gościńca.

Młody ryceż wysunął się napżud i począł pytać:

— Czemu zbaczamy?

— Bo ih nie na gościńcu zasypało, jeno tam, hen! Widzicie, panie, ten olszniak?

To żekłszy, ukazał ręką ciemniejące w dali zarośla, kture można było dojżeć na białej płaszczyźnie śniegowej, gdyż hmury odsłoniły tarczę księżyca i noc stała się widna.

— Widać zjehali z gościńca.

— Zjehali z gościńca i jeździli w kułko wedle żeki. W czasie wiei i zadymki łatwo się taka żecz pżygodzi. Jeździli i jeździli, puki konie nie ustały.

— Jakożeście ih znaleźli?

— Pies doprowadził.

— W pobliżu nie ma jakih hat?

— Są, ale po tamtej stronie żeki. Tu zaraz Wkra.

— W konie! — zawołał Zbyszko.

Ale rozkazać było łatwiej, niż rozkaz wykonać, bo jakkolwiek brał ostry mruz, na łące jednak leżał śnieg niezamarzły jeszcze, sypki, świeżo nawiany i głęboki, w kturym konie zapadały wyżej kolan; musieli więc posuwać się z wolna. Nagle doszło ih szczekanie psa, wprost zaś pżed nimi zamajaczył gruby i garbaty pień wieżby, nad kturym połyskiwała w świetle księżyca korona bezlistnyh prętuw.

— Tamci są dalej — żekł pżewodnik — w pobliżu olszniaka; ale i tu coś musi być.

— Jest zaspa pod wieżbą. Poświećcie!

Kilku ludzi książęcyh zsiadło z koni i poczęło świecić pohodniami, po czym zaraz jeden zawołał:

— Człowiek pod śniegiem! Widać głowę, ot tu!

— Jest i koń! — zawołał zaraz drugi.

— Odkopać!

Łopaty poczęły zanużać się w śnieg i odżucać go na obie strony.

Po hwili ujżano siedzącą pod dżewem postać ludzką ze shyloną na piersi głową i czapką głęboko zasuniętą na tważ. Jedna ręka tżymała lejce konia, ktury leżał obok z nozdżami zarytymi w śnieg. Widocznie człowiek odjehał od orszaku, może dlatego, by dostać się prędzej do mieszkań ludzkih i sprowadzić pomoc, a gdy koń mu padł, wuwczas shronił się pod wieżbę po stronie pżeciwnej od wiatru — i tam skżepł.

— Poświeć! — zawołał Zbyszko.

Pahołek pżysunął pohodnię do tważy zmarzłego, ale rysuw trudno było zrazu rozeznać. Dopiero gdy drugi pahoł uniusł pohyloną głowę do gury, ze wszystkih piersi wyrwał się jeden okżyk:

— Pan ze Spychowa!

Zbyszko kazał go porwać dwom ludziom i ratować w najbliższej hacie, sam zaś nie tracąc hwili, skoczył wraz z pozostałą służbą i pżewodnikiem na ratunek reszty orszaku. Po drodze myślał, że tam znajdzie Danuśkę, żonę swoją, może nieżywą — i wypierał ostatni deh z konia, ktury buhał się w śniegu po piersi. Szczęściem nie było już daleko — najwyżej kilka stajań. Z ciemności ozwały się głosy: „Bywaj!” — ludzi, ktuży popżednio zostali pży zasypanyh. Zbyszko dopadł i zeskoczył z konia:

— Do łopat!

Dwoje sani było już odkopanyh pżez tyh, ktuży pozostali na straży. Konie i ludzie w nih zmarzli bez ratunku. Gdzie są inne zapżęgi, można było poznać po pagurkah śnieżnyh, hociaż nie wszystkie sanie były całkiem pokryte. Pży niekturyh widać było konie, bżuhami wsparte o zaspy, rwące się jakby do biegu, zakżepłe w ostatnim wysileniu. Pżed jedną parą stał człowiek z dzidą w ręku, zanużony po pas w śniegu, nieruhomy jak słup; w dalszyh pahołkowie pomarli pży koniah, tżymając je pży pysku. Śmierć ih zaskoczyła widocznie w hwili, gdy hcieli wydobywać konie ze śnieżnyh zawałuw. Jeden zapżąg na samym końcu orszaku całkiem był niepżysypany. Woźnica siedział skulony na pżedzie z rękoma pży uszah, zaś w tyle leżało dwuh ludzi; długie żuty śniegowe nawiane w popżek ih piersi łączyły się z zaspą leżącą obok i pżykrywały ih jak pościel, a oni zdawali się spać ciho i spokojnie. Lecz inni poginęli, walcząc do ostatka z zawieją, albowiem skżepli w postawah pełnyh wysilenia. Kilka sań było wywruconyh; u niekturyh połamane dyszle. Łopaty odkrywały co hwila gżbiety końskie wyprężone jak łuki lub łby wbite zębami w śnieg, ludzi w saniah i obok sań — lecz na żadnyh nie znaleziono niewiast. Zbyszko hwilami pracował łopatą, aż pot zlewał mu czoło; hwilami świecił w oczy trupom z bijącym sercem, czy nie ujży między nimi kohanej tważy — wszystko na prużno! Płomień oświecał tylko groźne, wąsate tważe spyhowskih zabijakuw — ni Danusi, ni żadnej innej niewiasty nie było nigdzie.

— Co to jest? — pytał się siebie ze zdumieniem młody ryceż.

I wołał na ludzi pracującyh opodal, pytając, czy czego nie odkryli; lecz ci odkrywali samyh mężuw. Wreszcie robota była skończona. Pahołkowie pozapżęgali do sani własne konie i siadłszy na kozły, ruszyli z trupami ku Niedzborzu, by tam w ciepłym dwoże prubować jeszcze, czyli kturego ze zmarłyh nie będzie można pżywrucić do życia. Zbyszko z Czechem i dwoma ludźmi pozostał. Na myśl mu pżyszło, że może sanie z Danusią odłączyły się od orszaku; może Jurand, jeśli, jak należało się spodziewać, zapżężone były w konie najlepsze, kazał im jehać napżud; a może zostawił je gdzie pży hacie po drodze. Zbyszko sam nie wiedział, co ma począć; w każdym razie hciał pżepatżyć pobliskie zaspy, olszniak, a potem nawrucić i szukać po gościńcu.

Ale w zaspah nie znaleziono nic. W olszniaku błysnęły im jeno kilkakroć świeczki wilcze, nigdzie jednak nie trafili na ślady ludzi i koni. Łąka między olszniakiem a gościńcem lśniła się teraz w blasku księżyca i na białej, smutnej jej powieżhni widać było wprawdzie z dala tu i uwdzie kilka ciemniejszyh plam, ale były to także wilki, kture za zbliżeniem się ludzi poczynały szybko umykać.

— Wasza miłość! — żekł wreszcie Czech. — Prużno tu jeździm i szukamy, bo panny ze Spychowa nie było w orszaku.

— Na gościniec! — odpowiedział Zbyszko.

— Nie znajdziem i na gościńcu. Patżałem ja dobże, czy na kturyh saniah nie było jakowyh łubuw, a w nih białogłowskih pżyodziewkuw. Nie było nic. Panna ostała w Spychowie.

Zbyszka udeżyła trafność tej uwagi, więc odżekł:

— Daj Bóg, aby tak było, jako muwisz.

A Czech poszedł jeszcze głębiej po rozum do głowy:

— Gdyby była gdzie w saniah, starszy pan nie byłby od niej odjehał albo odjeżdżając, wziąłby ją pżed siebie na koń i bylibyśmy ją pży nim znaleźli.

— Jedźmy tam jeszcze raz — żekł Zbyszko zaniepokojonym głosem.

Na myśl bowiem pżyszło mu, że może tak i było, jak muwił Czech. Nuż nie szukali dość starannie! Nuż Jurand wziął pżed siebie na konia Danusię, a potem, gdy koń padł, Danusia odeszła od ojca, hcąc znaleźć dla niego jakowąś pomoc. W takim razie mogła znajdować się gdzie pod śniegiem w pobliżu.

Ale Głowacz, jakby odgadłszy te myśli, powtużył:

— W takim razie znalazłby się na saniah pżyodziewek, boć nie jehałaby na dwur jeno w tyh szatah, kture na sobie miała.

Mimo tej słusznej uwagi pojehali jednakże pod wieżbę — ale ni pod nią, ni na staje wokoło nie znaleźli nic. Juranda już byli zabrali ludzie książęcy do Niedzborza i wokuł było pusto zupełnie. Czech zauważył jeszcze, że pies, ktury biegł pży pżewodniku i ktury znalazł Juranda, byłby znalazł i panienkę. Wuwczas Zbyszko odethnął, nabrał bowiem niemal pewności, że Danusia została w domu. Umiał nawet zdać sobie sprawę, dlaczego się tak stało: oto Danusia widocznie wyznała wszystko ojcu, uw zaś, nie zgodziwszy się na małżeństwo, umyślnie ostawił ją w domu, sam zaś pżyjehał wytoczyć sprawę pżed księcia i szukać jego wstawiennictwa do biskupa. Na tę myśl Zbyszko nie mugł opżeć się uczuciu pewnej ulgi, a nawet i radości, gdyż zrozumiał, że wraz ze śmiercią Juranda znikły wszelkie pżeszkody. „Jurand nie hciał, ale Pan Jezus hciał — żekł sobie młody ryceż — i wola boska zawsze mocniejsza”. Teraz jehać mu tylko do Spychowa i brać Danuśkę jak swoją, a potem jeno ślub spełnić, ktury też na samym pograniczu łatwiejszy był do spełnienia niż w dalekim Bogdańcu. „Wola boska! Wola boska!” — powtażał sobie w duszy. Nagle jednak zawstydził się tej prędkiej radości i zwruciwszy się do Czecha, żekł:

— Juści mi go żal i głośno to pżyświadczam.

— Ludzie muwili, że Niemcy bały się go jak śmierci — odżekł giermek.

Po hwili zaś zapytał:

— Wrucim teraz do zamku?

— Pżez Niedzbórz — odpowiedział Zbyszko.

Jakoż wstąpili do Niedzborza i zajehali pżede dwur, w kturym pżyjął ih stary dziedzic Żelech. Juranda już nie znaleźli, lecz Żelech powiedział im dobrą nowinę:

— Tarli go tu śniegiem, ledwie nie do kości — żekł — i wino mu wlewali w gębę, a potem pażyli go w łaźni, gdzie też począł i dyhać.

— Żyje? — zapytał z radością Zbyszko, ktury na tę wieść zapomniał o swoih własnyh sprawah.

— Żyje, ale czy wyżyje, Bóg wie, bo dusza nierada z puł drogi wracać.

— Czemu zaś go powieźli?

— Bo pżysłali od księcia. Co było pieżyn w domu, to go nimi pżykryli i powieźli.

— A nie powiadał o curce nic?

— Ledwie że zaczął dyhać; mowy nie odzyskał.

— A inni?

— A inni u Boga już za piecem. Nie będą niebożęta na pasterce, hyba na tej, kturą sam Pan Jezus w niebie odprawi.

— Żaden nie ożył?

— Żaden. Hodźcie do izby, miast w sieni rozmawiać. A jeśli hcecie ih widzieć, to leżą wedle ognia w czeladnej. Hodźcie do izby.

Lecz oni spieszyli się i nie hcieli wejść, hoć stary Żelech ciągnął ih, bo rad łapał ludzi, aby z nimi „ugważyć”. Mieli jeszcze z Niedzborza do Ciechanowa szmat drogi i Zbyszka paliło jak ogniem, by co prędzej zobaczyć Juranda i czegoś się od niego dowiedzieć.

Jehali więc, jak mogli, spiesznie po zawianym gościńcu. Gdy pżyjehali, było już po pułnocy i pasterka kończyła się właśnie w zamkowej kaplicy. Do uszu Zbyszka doszedł ryk wołuw i beczenie kuz, kture to głosy udawali wedle starego zwyczaju pobożni, na pamiątkę tego, że Pan urodził się w stajence. Po mszy pżyszła do Zbyszka księżna z tważą stroskaną, pełną pżestrahu i poczęła wypytywać:

— A Danuśka?

— Nie masz jej. Zali Jurand nie pżemuwił, bo jako słyszałem, żyje?

— Jezusie miłosierny!... Kara to boska i goże nam! Nie pżemuwił ci Jurand i leży jak drewno.

— Nie bujcie się, miłościwa pani. Danuśka ostała w Spychowie.

— Skąd wiesz?

— Bo w żadnyh saniah ni śladu pżyodziewku. Nie byłby ci jej pżecie wiuzł w jednej kożuszynie.

— Prawda, jak mi Bóg miły!

I wnet oczy poczęły jej błyskać radością, a po hwili zawołała:

— Hej! Jezusiczku, coś się dziś narodził, nie gniew widać Twuj, jeno błogosławieństwo jest nad nami.

Zastanowiło ją jednak pżybycie Juranda bez dziewczyny, więc pytała dalej:

— Czemu by zaś miał ją ostawiać?

Zbyszko wyłuszczył jej swoje domysły. Wydały się jej one słuszne, ale nie pżejmowały jej zbytnią obawą.

— Będzie nam teraz Jurand życie zawdzięczał — żekła — a po prawdzie, to i tobie, boś i ty jeździł go odgżebywać. Już by też kamień hyba w piersi miał, żeby się dłużej upierał! Jest też w tym dla niego i pżestroga boska, by z sakramentem świętym nie wojował. Jak tylko się obaczy a pżemuwi, zaraz mu to powiem.

— Tżeba, żeby się pierwej obaczył, gdyż jeszcze nie wiadomo, dlaczego Danuśki nie wziął. A nuż hora?

— Nie powiadaj byle czego! I tak mi markotno, że jej nie ma. Żeby była hora, to by jej nie odjehał!

— Prawda! — żekł Zbyszko.

I poszli do Juranda. W izbie gorąco było jak w łaźni i widno zupełnie, gdyż na kominie paliły się ogromne kłody sosnowe. Ksiądz Wyszoniek czuwał nad horym, ktury leżał na łożu pod niedźwiedzimi skurami, z tważą bladą, z polepionymi od potu włosami i z zamkniętymi oczyma. Usta miał otwarte i robił piersiami jakby z trudem, ale tak silnie, że aż skury, kturymi był nakryty, podnosiły się i opadały od oddehu.

— Jakoże jest? — spytała księżna.

— Wlałem mu dzbaniec gżanego wina w gębę — odżekł ksiądz Wyszoniek — i poty na niego pżyszły.

— Śpi czy nie śpi?

— Może i nie śpi, bo bokami okrutnie robi.

— A prubowaliście do niego gadać?

— Prubowałem, ale nie odpowiada nic i tak myślę, że pżed świtaniem nie pżemuwi.

— Będziem czekać świtania — żekła księżna.

Ksiądz Wyszoniek jął nalegać, by udała się na spoczynek, ale ona nie hciała go słuhać. Hodziło jej zawsze i we wszystkim o to, by doruwnać w cnotah hżeścijańskih, a zatem i w doglądaniu horyh, zmarłej krulowej Jadwidze i odkupić swymi zasługami duszę ojca; nie pomijała więc żadnej sposobności, by w hżeścijańskim od wiekuw kraju okazać się gorliwszą od innyh i tym zatżeć pamięć, że urodziła się w pogaństwie.

A oprucz tego paliła ją hęć, by dowiedzieć się czegoś z ust Juranda o Danusi, nie była bowiem zupełnie o nią spokojna. Siadłszy więc pży jego łożu, poczęła odmawiać rużaniec, a następnie i dżemać. Zbyszko, ktury nie był jeszcze zupełnie zdruw, a w dodatku strudził się nad miarę jazdą nocną, poszedł wkrutce za jej pżykładem i po upływie godziny posnęli oboje tak mocno, że byliby może dospali do białego dnia, gdyby nie to, że o świtaniu obudził ih głos dzwonka z zamkowej kaplicy.

Ale głos uw rozbudził i Juranda, ktury otwożył oczy, siadł nagle na łożu i jął rozglądać się wokuł, mrugając pży tym oczyma.

— Pohwalony Jezus Chrystus!... Jakoże wam? — żekła księżna.

Lecz on widocznie nie opżytomniał jeszcze, gdyż patżał na nią, jakby jej nie poznawał, i po hwili zawołał:

— Bywaj! Bywaj! Rozkopać zaspę!

— W imię Boże: jużeście w Ciechanowie! — ozwała się znuw pani.

Jurand zaś zmarszczył czoło jak człowiek, ktury z trudem zbiera myśli, i odżekł:

— W Ciechanowie?... Dziecko czeka i... księstwo... Danuśka! Danuśka!...

I nagle, zamknąwszy oczy, upadł znuw na wezgłowie. Zbyszko i księżna zlękli się, czy nie umarł, lecz w tej samej hwili piersi jego poczęły się poruszać głębokim oddehem jak u człowieka, kturego pohwycił twardy sen.

Ojciec Wyszoniek pżyłożył palec do ust i dał znak ręką, by go nie budzić, po czym szepnął:

— Może tak pżeśpi cały dzień.

— Tak, ale co on muwił? — zapytała księżna.

— Muwił, że dziecko czeka w Ciechanowie — odpowiedział Zbyszko.

— Bo się nie opamiętał — objaśnił ksiądz.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)