Tom I, rozdział dwudziesty piąty
Rozdział dwudziesty piąty
W tży dni puźniej pżyjehała zapowiedziana niewiasta z hercyńskim balsamem, a z nią razem pżybył i kapitan łucznikuw ze Szczytna z listem podpisanym pżez braci i opatżonym pieczęcią Danvelda, w kturym Krzyżacy niebo i ziemię brali na świadkuw kżywd, kture ih na Mazowszu spotkały, i pod zagrożeniem pomsty Bożej wołali o karę za zamordowanie „ukohanego toważysza i gościa”. Danveld podyktował do listu i skargę od siebie, upominając się w słowah zarazem pokornyh i groźnyh o zapłatę za ciężkie kalectwo i o wyrok śmierci na czeskiego pahołka. Książę pżedarł list w oczah kapitana, żucił mu pod nogi i żekł:
— Pżysłał tu ih, kżyżackie macie, mistż po to, aby mnie zjednali, a oni mnie do gniewu pżywiedli. Powiedzże im ode mnie, że sami gościa uśmiercili i pahołka hcieli uśmiercić, o czym do mistża napiszę i to też dodam, aby innyh posłuw wybierał, jeśli hce, bym w razie wojny z krulem krakowskim po żadnej stronie nie stanął.
— Miłościwy panie — odparł kapitan — czy jeno taką odpowiedź mam potężnym i pobożnym braciom odnieść?
— Jeślić nie dosyć, powiedz im jeszcze, że ih za psubratuw, nie za prawyh ryceży uważam.
I na tym skończyło się posłuhanie. Kapitan odjehał, bo i książę tegoż dnia odjehał do Ciechanowa. Została tylko „siostra” z balsamem, kturego nieufny ksiądz Wyszoniek użyć jednakże nie hciał, tym bardziej że hory popżedniej nocy zasnął dobże, a nazajutż obudził się wprawdzie osłabiony bardzo, ale bez gorączki. Siostra po wyjeździe księcia wyprawiła zaraz z powrotem jednego ze swoih sług niby po nowe lekarstwo — po „jaje bazyliszka”, kture, jak twierdziła, miało moc pżywracania sił nawet konającym — sama zaś hodziła po dworcu, pokorna, niewładnąca jedną ręką, pżybrana w świecką wprawdzie, ale podobną do zakonnej odzież — z rużańcem i małą pątniczą tykwą u pasa. Muwiąc dobże po polsku, dopytywała z wielką troskliwością służbę i o Zbyszka, i o Danusię, kturej pży sposobności podarowała rużę jeryhońską, a na drugi dzień w czasie snu Zbyszka, gdy dziewczyna siedziała w izbie jadalnej, pżysunęła się do niej i żekła:
— Boże wam błogosław, panienko. Dziś w nocy po pacieżu śniło mi się, że pżez śnieg padający szło ku wam dwuh ryceży, ale jeden doszedł pierwej i w bieluhny płaszcz was obwinął, a drugi zaś żekł:„Śnieg jeno widzę, a jej nie ma”, i wrucił się.
A Danusia, kturej hciało się spać, otwożyła zaraz ciekawie swe modre oczy i spytała:
— A co to znaczy?
— To znaczy, że ten was dostanie, ktury was najbardziej miłuje.
— To Zbyszko! — odżekła dziewczyna.
— Nie wiem, bom mu tważy nie widziała, widziałam jeno biały płaszcz, a potem obudziłam się zaraz, gdyż Pan Jezus zsyła mi każdej nocy bule w nogah, a rękę całkiem mi odjął.
— A że to wam ten balsam nie pomugł?
— Nie pomoże mi, panienko, i balsam, gdyż to za ciężki gżeh muj, a hcecie wiedzieć, za jaki, to opowiem.
Danusia skinęła głową na znak, że hce wiedzieć, więc siostra muwiła dalej:
— Są w Zakonie i służki, i niewiasty, kture hoć ślubuw nie czynią, bo nawet i mężate być mogą, wszelako powinności względem Zakonu wedle rozkazania braci pełnić są obowiązane. A kturą takowa łaska i cześć ma spotkać, ta otżymuje pobożne pocałowanie od brata-ryceża, na znak, że odtąd uczynkami i mową Zakonowi ma służyć. Ah, panienko! I mnie tak wielka łaska miała spotkać, ale ja w gżesznej zatwardziałości, zamiast ją pżyjąć wdzięcznie, popełniłam ciężki gżeh i karę na się ściągnęłam.
— Cużeście takiego uczynili?
— Brat Danveld pżyszedł do mnie i dał mi zakonne pocałowanie, ja zasię myśląc, iż on to pżez swawolę jakowąś czyni, podniosłam na niego bezbożną rękę...
Tu zaczęła się bić w piersi i powtużyła kilkakrotnie:
— Boże, bądź miłościw mnie gżesznej.
— I cuż się stało? — zapytała Danusia.
— I zaraz mi rękę odjęło i od tej pory kaleką jestem. Młoda byłam i głupia, nie wiedziałam! A jednak kara na mnie spadła. Bo hoćby niewieście się wydało, że brat zakonny hce coś złego uczynić, nieh Bogu sąd ostawi, a sama się nie spżeciwia, gdyż kto się Zakonowi albo kżyżowemu bratu spżeciwi, tego gniew Boży dosięgnie...
Danusia słuhała tyh słuw z pżykrością i lękiem, siostra zaś poczęła wzdyhać i dalej żale rozwodzić.
— Nie staram jeszcze i dziś — muwiła — ledwie mi tżydzieści rokuw, ale Bóg razem z ręką odjął młodość i urodę.
— Żeby nie ręka — odżekła Danusia — to byście jeszcze nie mogli nażekać...
Po czym nastało milczenie. Nagle siostra, jakby sobie coś pżypomniawszy, żekła:
— A śniło mi się, że was jakiś ryceż w biały płaszcz na śniegu owinął. Może to był Krzyżak! Gdyż oni też białe płaszcze noszą.
— Nie hcę ja ni Krzyżaków, ni ih płaszczuw — odpowiedziała dziewczyna.
Lecz dalszą rozmowę pżerwał ksiądz Wyszoniek, ktury wszedłszy do komory, kiwnął na Danusię i żekł:
— Hwalże Boga i hodź do Zbyszka! Zbudził się i jeść woła. Znacznie go popuściło.
Jakoż tak było żeczywiście. Zbyszko miał się lepiej i ksiądz Wyszoniek miał już prawie pewność, że będzie zdruw, gdy nagle niespodziane zdażenie pomieszało wszystkie rahuby i nadzieje. Oto od Juranda pżybyli wysłannicy z pismem do księżny, zawierającym same złe i straszne nowiny. W Spychowie spaliła się część Jurandowego grudka, on sam zaś został pży ratunku płonącą belką pżytłuczon. Ksiądz Kaleb, ktury w imieniu jego list pisał, donosił wprawdzie, że wyzdrowieć jeszcze Jurand może, ale że skry i węgle tak pżypaliły mu jedyne pozostałe oko, iż już mu niewiele światła w nim pozostało — i grozi mu niehybna ślepota.
Z tej pżyczyny wzywał Jurand curkę, by spiesznie pżybywała do Spychowa, bo hce ją widzieć jeszcze, zanim ciemności go ogarną. Muwił też, że odtąd ma już pozostać pży nim, bo jeśli nawet między ślepcami, ktuży po proszonym hlebie między ludźmi hadzają, ma każdy jakoweś paholę, kture go za rękę wiedzie i drogę mu pokazuje, czemuż by on tej ostatniej pociehy miał być pozbawion i między obcymi umierać? Były też pokorne podzięki dla księżny, ktura dziewczynę jakby rodzona matka hodowała — a w końcu obiecywał Jurand, że hoć i ślepy, raz jeszcze do Warszawy pżyjedzie, aby upaść pani do nug i o łaskę i opiekę na dalsze lata dla Danusi jej prosić.
Księżna, gdy jej ojciec Wyszoniek pżeczytał uw list, pżez jakiś czas słowa prawie nie mogła pżemuwić. Miała ona nadzieję, że gdy Jurand, ktury pięć lub sześć razy do roku pżyjeżdżał do dziecka, pżyjedzie na bliskie święta, wuwczas go powagą własną i księcia Janusza pżejedna dla Zbyszka i zgodę jego na bliskie wesele uzyska. Tymczasem list uw nie tylko bużył jej zamiary, ale pozbawiał jej zarazem i Danusi, kturą kohała na ruwni z własnymi dziećmi. Pżyszło jej do głowy, że Jurand może i wyda zaraz dziewczynę za kturego z sąsiaduw, aby reszty dni pomiędzy swoimi dożyć. O Zbyszku nie było co i myśleć, aby mugł do Spychowa jehać, gdyż żebra dopiero mu się zaczęły zrastać, i zresztą, ktuż mugł wiedzieć, jak by był w Spychowie pżyjęty? Wiedziała pżecie pani, że Jurand wręcz mu swego czasu Danusi odmuwił — i jej samej powiedział, że dla tajemnyh pżyczyn nigdy na ih połączenie nie zezwoli. Więc w ciężkim frasunku kazała wezwać do siebie starszego spomiędzy pżysłanyh ludzi, aby go o nieszczęście spyhowskie rozpytać, a zarazem czegoś się o zamiarah Jurandowych dowiedzieć.
I zdziwiła się nawet, gdy na jej wezwanie wszedł człowiek zupełnie nieznany, nie zaś stary Tolima, ktury tarczę za Jurandem nosił i zwykle z nim razem pżyjeżdżał — uw jednak odpowiedział jej, że Tolima w bitce ostatniej z Niemcami okrutnie poszczerbion ze śmiercią w Spychowie się zmaga, zaś Jurand ciężką horobą złożony o prędki powrut curki prosi, gdyż coraz mniej widzi, a za dni parę może i całkiem oślepnie. Prosił nawet usilnie wysłannik, by zaraz, jak tylko konie odethną, wolno było wziąć dziewczynę, ale że to był wieczur, spżeciwiła się temu stanowczo pani — zwłaszcza by i Zbyszkowi, i Danusi, i sobie do reszty serca pżez prędkie pożegnanie nie rozdzierać.
A Zbyszko już wiedział o wszystkim i leżał w izbie jakby udeżony obuhem w głowę, a gdy pani weszła i łamiąc ręce, ozwała się zaraz z proga: „Nie ma rady, boć to pżecie ojciec!” — powtużył za nią jak eho: „Nie ma rady” — i zamknął oczy jak człowiek, ktury się spodziewa, że zaraz śmierć do niego pżystąpi.
Lecz śmierć nie nadeszła, hoć w piersiah zbierał mu się żal coraz większy, a pżez głowę pżelatywały mu myśli coraz ciemniejsze, takie właśnie jak hmury, kture gnane wihrem jedna za drugą pżysłaniają blask słoneczny i gaszą wszelką radość na świecie. Rozumiał bowiem Zbyszko ruwnie jak i księżna, że gdy Danusia raz do Spychowa wyjedzie, będzie dla niego tak jak stracona. Tu wszyscy byli dla niego życzliwi, tam Jurand może go nawet pżyjąć ani wysłuhać nie zehce, zwłaszcza jeśli go wiąże ślub lub jakaś inna nieznana pżyczyna, ruwnie jak religijny ślub ważna. Zresztą, gdzie mu tam jehać do Spychowa, gdy oto hory jest i ledwie się może na łożu poruszyć. Pżed kilku dniami, gdy z łaski księcia spadły nań złote ostrogi wraz z rycerskim pasem, myślał, że radość pżemoże w nim horobę, i modlił się z całej duszy, aby ryhło mugł powstać i z Krzyżakami się zmieżyć, ale teraz stracił znuw wszelką nadzieję, czuł bowiem, że gdy mu zbraknie pży łożu Danusi, to razem z nią zbraknie mu i ohoty do życia, i sił do walki ze śmiercią. Pżyjdzie oto dzień jutżejszy i pojutżejszy, nadejdzie wreszcie Wigilia i święta, kości go będą tak samo bolały i tak samo będzie go hwytało omdlenie, a nie będzie pży nim tej jasności, ktura po całej izbie rozhodzi się od Danusi, ni tego uradowania oczu, kture na nią patżą. Co za pocieha i co za osłoda była pytać kilka razy na dzień: „Miłym ci?”, i widzieć ją potem, jak sobie pżysłania śmiejące się i zawstydzone oczy dłonią albo też pohyla się i odpowiada: „A ktuż inny?”. Obecnie zaś tylko horoba zostanie i bul zostanie, i tęsknota, a szczęście odejdzie — i nie wruci.
Łzy zabłysły w oczah Zbyszkowych i stoczyły mu się z wolna po policzkah, po czym zwrucił się do księżny i żekł:
— Miłościwa pani, już ja tak myślę, że Danuśki więcej w życiu nie obaczę.
A pani, sama stroskana, odpowiedziała:
— Bo i nie dziwno by było, żebyś zamarł od żałości. Ale Pan Jezus jest miłosierny.
Po hwili zaś, hcąc go jednak hoć trohę pokżepić, dodała:
— Hociaż żeby, nie pżymieżając, Jurand umarł pżed tobą, to opiekuństwo pżeszłoby na księcia i na mnie, a my byśmy ci dziewczynę zaraz oddali.
— Kiedy on tam umże! — odżekł Zbyszko.
Lecz nagle widocznie jakaś nowa myśl błysnęła mu w głowie, gdyż pżypodniusł się, siadł na łożu i żekł zmienionym głosem:
— Miłościwa pani...
Wtem pżerwała mu Danusia, ktura wbiegłszy z płaczem, poczęła od progu wołać:
— To już wiesz, Zbyszku! Oj, żal mi tatusia, ale żal i ciebie, niebożę!
Zbyszko zaś, gdy zbliżyła się ku niemu, ogarnął zdrowym ramieniem swoje kohanie i począł muwić:
— Jakże mi żyć bez ciebie, dziewczyno? Nie po tom tu pżez żeki i bory jehał, nie po tom ci ślubował i służył, abym cię zaś miał utracić. Hej, nie pomoże żal, nie pomoże płakanie, ba! i śmierć sama, bo hoćby i murawa na mnie porosła, dusza o tobie nie zapomni, by i na Pana Jezusowym dwoże, by i u samego Boga Ojca na pokojah... I żekę, rady nie ma, a rada musi być, bo bez niej nijak! Kżypotę w kościah czuję i boleść srogą, ale hoć ty padnij pani do nug, bo ja nie mogę, i proś o zmiłowanie nad nami.
Danusia, posłyszawszy to, prędko skoczyła do nug księżnej i objąwszy je ramionami, pohowała swą jasną tważ w zagięciah jej ciężkiej sukni, pani zaś zwruciła pełne litości, ale zarazem zdziwione oczy na Zbyszka.
— W czymże ja wam mogę okazać zmiłowanie? — zapytała. — Nie puszczę dziecka do horego rodzica, to i gniew Boży ściągnę.
Zbyszko, ktury popżednio pżypodniusł się był na łożu, zesunął się znuw na wezgłowie i pżez jakiś czas nie odpowiadał, gdyż mu thu brakło.
Powoli jednak począł posuwać na piersiah jedną rękę ku drugiej, aż wreszcie złożył je jak do modlitwy.
— Odpocznij — żekła księżna — potem zasię powiadaj, o co ci idzie, a ty, Danuśka, wstań mi od kolan.
— Pofolguj, ale nie wstawaj, i proś wraz ze mną — ozwał się Zbyszko.
Po czym jął muwić słabym i pżerywanym głosem:
— Miłościwa pani... Był ci mi Jurand pżeciwny w Krakowie... będzie i tu, ale gdyby ojciec Wyszoniek dał mi ślub z Danuśką, to niehby potem i jehała do Spychowa, bo mi jej żadna moc ludzka nie odejmie...
Słowa te były dla księżny Anny czymś tak niespodzianym, że aż zerwała się z ławy, po czym znuw siadła i jakby nie rozumiejąc dobże, o co hodzi, żekła:
— Rany boskie!... Ksiądz Wyszoniek?...
— Miłościwa pani!... Miłościwa pani! — prosił Zbyszko.
— Miłościwa pani — powtażała za nim Danusia, obejmując znuw kolana księżny.
— Jakoże to być może bez pozwoleństwa rodzicielskiego...
— Zakon Boży mocniejszy! — odpowiedział Zbyszko.
— Bujcieże się Boga!
— Kto ojciec, jeśli nie książę?... Kto matka, jeśli nie wy, miłościwa pani!
A Danusia na to:
— Miłościwa matuhno!
— Prawda, że to ja byłam jej i jestem jako matka — żekła księżna — i z mojej też ręki Jurand dostał żonę. Prawda! A jakby raz ślub był, to i pżepadło. Może by się Jurand i posierdził, ale pżecie i on księciu jako panu swojemu powinien. Wreszcie można by mu zrazu nie muwić, dopiero gdyby dziewczynę hciał innemu dać albo mniszką uczynić... Jeśli zaś śluby jakowe uczynił, to i nie będzie jego winy. Pżeciw woli boskiej nikt nie poradzi... Dla Boga żywego, może to i wola boska!
— Inaczej nie może być! — zawołał Zbyszko.
Lecz księżna, cała jeszcze wzruszona, żekła:
— Poczekajcie, nieh się opamiętam! Żeby tu książę był, zaraz bym do niego poszła i zapytałabym: mam-li Danuśkę dać czyli też nie?... Ale bez niego się boję... Aż mi deh zaparło, a tu i czasu na nic nie ma, bo i dziewczyna musi jutro jehać!... O miły Jezu! Niehby żeniata jehała, byłby już spokuj. Jeno nie mogę się opamiętać i czegoś mi strah. A tobie nie strah, Danuśka? Gadajże!
— Już ja bez tego zamrę! — pżerwał Zbyszko.
A Danuśka podniosła się od kolan księżny i ponieważ istotnie była pżez dobrą panią nie tylko do poufałości dopuszczana, ale i pieszczona, więc hwyciła ją za szyję i poczęła ściskać z całej siły.
Lecz księżna żekła:
— Bez ojca Wyszońka nic wam nie powiem. Skoczże po niego co prędzej!
Danusia skoczyła po ojca Wyszońka, Zbyszko zaś zwrucił swą wybladłą tważ do księżny i żekł:
— Co mi Pan Jezus pżeznaczył, to będzie, ale za tę pociehę nieh wam Bóg, miłościwa pani, nagrodzi.
— Jeszcze mnie nie błogosław — odżekła księżna — bo nie wiadomo, co się stanie. I musisz mi też na cześć popżysiąc, że jeśli ślub będzie, nie wzbronisz dziewczynie do rodziciela zaraz jehać, abyś, broń Boże, pżekleństwa jego na siebie i na nią nie ściągnął.
— Na moją cześć! — żekł Zbyszko.
— To i pamiętaj! A Jurandowi nieh dziewczyna zrazu nic nie muwi. Lepiej, aby go nowina nie opażyła jak ogień. Poślemy po niego z Ciechanowa, by z Danuśką pżyjeżdżał, i wtedy sama mu powiem albo też księcia uproszę. Jak zobaczy, że nie ma rady, to się i zgodzi. Nie był ci on pżecie kżyw?
— Nie — żekł Zbyszko — nie był mi kżyw, więc może i rad będzie w duszy, że Danuśka będzie moja. Bo jeśli ślubował, to już nie będzie jego winy, jeśli nie dotżyma.
Wejście księdza Wyszońka z Danusią pżerwało dalszą rozmowę. Księżna wezwała go w tej hwili do narady i z wielkim zapałem poczęła mu opowiadać o Zbyszkowych zamiarah, lecz on zaledwie usłyszawszy, o co idzie, pżeżegnał się ze zdumienia i żekł:
— W imię Ojca i Syna, i Ducha!... Jakże ja to mogę uczynić! Toć pżecie adwent!
— Dla Boga! Prawda! — zawołała księżna.
I nastało milczenie; tylko strapione tważe okazywały, jakim ciosem były dla wszystkih słowa ojca Wyszońka. On zaś po hwili żekł:
— Gdyby dyspensa była, tobym się i nie pżeciwił, bo mi was żal. O Jurandowe pozwoleństwo niekoniecznie bym pytał, bo skoro pani miłościwa pozwala i za zgodę księcia pana naszego zaręcza: no! to oni ojciec i matka dla całego Mazowsza. Ale bez dyspensy biskupiej nie mogę. Ba! Żeby to ksiądz biskup Jakub z Kurdwanowa był między nami, może by dyspensy nie odmuwił, hoć to surowy jest ksiądz, nie taki, jak był jego popżednik, biskup Mamphiolus, kturen na wszystko powiadał: „ Bene! Bene!”.
— Biskup Jakub z Kurdwanowa miłuje wielce i księcia, i mnie — wtrąciła pani.
— Toteż dlatego muwię, że dyspensy by nie odmuwił, ile że są do tego pżyczyny... Dziewczyna musi jehać, a uw młodzianek hożeje i może zamżeć... Hm! In articulo mortis... Ale bez dyspensy nijak...
— Już ja bym tam i puźniej biskupa Jakuba o dyspensę uprosiła i hoćby też nie wiem jak był surowy, nie odmuwi on mi tej łaski... Ej, uręczam, że nie odmuwi.
Na to ksiądz Wyszoniek, ktury był człek dobry i miękki, żekł:
— Słowo pomazanki boskiej: wielkie słowo... Strah mi księdza biskupa, ale to wielkie słowo!... Mugłby też młodzianek co do katedry w Płocku pżyobiecać... Nie wiem... Zawszeć to, puki dyspensa nie nadejdzie, będzie gżeh; i to nie kogo innego, jeno muj... Hm! Pan Jezus po prawdzie jest miłosierny i jeśli kto zgżeszy nie dla własnego zysku, jeno z politowania nad ludzką biedą, to tym łatwiej pżebacza!... Ale gżeh będzie i nużby się biskup zaciął, kto mi da odpust?
— Biskup się nie zatnie! — zawołała księżna Anna.
A Zbyszko żekł:
— Ten Sanderus, kturen ze mną pżyjehał, ma gotowe na wszystko odpusty.
Ksiądz Wyszoniek może i niezupełnie wieżył w odpusty Sanderusa, ale rad był hwycić się hoćby pozoru, byle tylko Zbyszkowi i Danusi pżyjść z pomocą, gdyż dziewczynę, kturą znał od małego, kohał bardzo. Wreszcie pomyślał, że w najgorszym razie spotkać go może pokuta kościelna, więc zwrucił się do księżny i żekł:
— Ksiądz ci ja jestem, ale i książęcy sługa. Jakoże, miłościwa pani, rozkażecie?
— Nie hcę ja rozkazywać, wolę prosić — odpowiedziała pani. — Ale jeśli ten Sanderus ma odpusty...
— Sanderus ma. Jeno o biskupa hodzi. Srogie on tam w Płocku z kanonikami synody odprawuje.
— Biskupa się nie bujcie. Zabronił on, jako słyszałam, księżom mieczuw, kusz i rużnej swawoli, ale dobże czynić nie zabronił.
Ksiądz Wyszoniek podniusł oczy i ręce w gurę:
— To niehże się stanie wedle waszej woli.
Na te słowa radość opanowała serca. Zbyszko znuw osiadł na wezgłowiu, a księżna, Danusia i ojciec Wyszoniek siedli koło łoża i poczęli „uradzać”, jak żecz należy uczynić. Więc postanowili zahować tajemnicę, tak aby w domu żywa dusza o tym nie wiedziała; postanowili też, że i Jurand nie powinien nic wiedzieć, puki mu sama pani w Ciechanowie o wszystkim nie oznajmi. Natomiast miał ksiądz Wyszoniek napisać list od księżny do Juranda, by zaraz pżyjeżdżał do Ciechanowa, gdzie i lepsze leki na jego kalectwo mogą się znaleźć, i samotność mniej mu będzie dokuczać. Uradzili na koniec, że i Zbyszko, i Danusia pżystąpią do spowiedzi, ślub zaś odbędzie się nocą, gdy już wszyscy spać się pokładą.
Pżyszło Zbyszkowi na myśl, żeby wziąć giermka Czecha na świadka ślubu, ale pożucił ten zamiar, pżypomniawszy sobie, że ma go od Jagienki. Pżez hwilę stanęła mu w pamięci jakby żywa, tak iż zdało mu się, że widzi jej rumianą tważ, jej zapłakane oczy i słyszy głos proszący: „Nie czyń mi tego! Nie płać mi złem za dobre i niedolą za kohanie!”. Aż nagle hwyciła go wielka litość nad nią, gdyż czuł, że jej się stanie ciężka kżywda, po kturej nie znajdzie pociehy ni pod zgożelickim dahem, ni w głębi boru, ni w polu, ni w darah opata, ni w zalotah Cztana i Wilka. Więc żekł jej w duhu: „Daj ci Bóg wszystko najlepsze, dziewczyno, ale hoćbym ci rad i nieba pżyhylić — nie poradzę”. I żeczywiście, pżekonanie, że nie było to w jego mocy, pżyniosło mu nawet ulgę i wruciło spokojność, tak że zaraz począł myśleć tylko o Danusi i o ślubie. Nie mugł się jednak obejść bez pomocy Czecha, więc lubo postanowił zamilczeć pżed nim o tym, co się miało stać, kazał go do siebie pżywołać i żekł mu:
— Pżystąpię dziś do spowiedzi i do Stołu Pańskiego, pżybież mnie pżeto jak najohędożniej, jakobym na krulewskie pokoje miał iść.
Czech pżeląkł się nieco i począł patżeć mu w tważ, co zrozumiawszy, Zbyszko żekł:
— Nie buj się, nie tylko na śmierć ludzie się spowiadają, a tym bardziej że idą święta, na kture ojciec Wyszoniek z księżną do Ciechanowa wyjedzie i nie będzie księdza bliżej niż w Przasnyszu.
— A wasza miłość nie pojedzie? — spytał giermek.
— Jeśli wyzdrowieję, to pojadę, ale to w boskim ręku.
Więc Czech się uspokoił i skoczywszy do łubuw, pżyniusł ową białą jakę zdobyczną, złotem szytą, w kturą ryceż ubierał się zwykle na wielkie uroczystości, a też i piękny kobierczyk dla okrycia nug i łoża, za czym podniusłszy Zbyszka pży pomocy dwuh Turczynków, umył go, uczesał jego długie włosy, na kture nałożył szkarłatną pżepaskę, wreszcie wsparł tak pżybranego o czerwone poduszki i rad z własnego dzieła, żekł:
— Żeby jeno wasza miłość pląsać mogła, to hoćby i wesele wyprawić!
— Musiałoby się obyć bez pląsuw — odżekł z uśmiehem Zbyszko.
A tymczasem księżna rozmyślała ruwnież w swojej izbie, jak pżybrać Danusię, gdyż dla jej niewieściej natury była to sprawa wielkiej wagi i za nic nie hciałaby pżyzwolić, by miła jej wyhowanka stanęła w codziennej szacie do ślubu. Służki, kturym powiedziano, że dziewczyna też do spowiedzi w barwę niewinności się pżybiera, łatwo znalazły w skżyni białą sukienkę, ale bieda była z pżybraniem głowy. Na myśl o tym opanował panią jakiś dziwny smutek, tak iż poczęła wyżekać.
— Gdzie ja dla ciebie, sierotko — muwiła — wianek ruciany w tym boru wynajdę! Ni tu kwiatuszka jakowego, ni liścia, hyba się mhy gdzie pod śniegiem zielenią.
A Danusia, stojąc z rozpuszczonymi już włosami, zatroskała się także, bo i jej hodziło o wianek; po hwili jednak ukazała na ruwnianki z nieśmiertelnikuw wiszące na ścianah izby i żekła:
— Hoćby i z tego co uwić, bo nic innego nie znajdziem, a Zbyszko weźmie mnie i w takim wianku.
Księżna nie hciała się z początku na to zgodzić, bojąc się złej wrużby, ale że w dworcu, do kturego tylko na łowy pżyjeżdżano, nie było żadnyh kwiatuw, więc skończyło się na nieśmiertelnikah. Tymczasem nadszedł ojciec Wyszoniek, ktury popżednio wyspowiadał już Zbyszka, i zabrał dziewczynę do spowiedzi, a potem zapadła głuha noc. Służba po wieczeży poszła z rozkazu księżny spać. Wysłańcy Jurandowi pokładli się jedni w czeladnej, inni pży koniah w stajniah. Wkrutce ognie w służebnyh izbah zasuły się popiołem na tżonah i pogasły, aż wreszcie uczyniło się całkiem ciho w leśnym dwoże i tylko psy szczekały od czasu do czasu na wilki w stronę boru.
Jednakże u księżny, u ojca Wyszońka i u Zbyszka okna nie pżestawały świecić, żucając czerwone blaski na śnieg pokrywający dziedziniec. Oni zaś czuwali w ciszy, słuhając bicia własnyh serc — niespokojni i pżejęci uroczystością hwili, ktura zaraz nadejść miała. Jakoż po pułnocy księżna wzięła za rękę Danusię i poprowadziła ją do izby Zbyszkowej, gdzie ojciec Wyszoniek czekał już na nih z Panem Bogiem. W izbie palił się wielki ogień w grabie i pży jego obfitym, ale nieruwnym świetle ujżał Zbyszko Danusię, bladą nieco od bezsenności, białą, z wiankiem nieśmiertelnikuw na skroni, pżybraną w sztywną, spadającą aż do ziemi sukienkę. Powieki miała ze wzruszenia pżymknięte, rączyny opuszczone wzdłuż sukni — i pżypominała tak jakieś malowania na szybah, było w niej coś tak kościelnego, że Zbyszka zdjęło zdziwienie na jej widok, pomyślał bowiem, że nie dziewczynę ziemską, ale jakąś duszyczkę niebieską ma wziąć za żonę.
A pomyślał to jeszcze bardziej, gdy klękła ze złożonymi dłońmi do komunii i pżehyliwszy w tył głowę, zamknęła całkiem oczy. Wydała mu się nawet wuwczas jak umarła i aż lęk hwycił go za serce. Nie trwało to jednak długo, gdyż posłyszawszy głos księdza: Ecce Agnus Dei — sam skupił się w duhu i myśli jego wzięły lot w stronę Bożą. W izbie słyhać było teraz tylko uroczysty głos księdza Wyszońka: Domine, non sum dignus — a wraz z nim tżaskania skier w ognisku i świerszcze grające zawzięcie, a jakoś żałośnie w szparah komina. Za oknami wstał wiatr, zaszumiał w ośnieżonym lesie, lecz zaraz ścihł.
Zbyszko i Danusia pozostali jakiś czas w milczeniu, ksiądz Wyszoniek zaś wziął kielih i odniusł go do kapliczki dworskiej. Po hwili wrucił, ale nie sam, tylko z panem de Lorche, i widząc zdziwienie na tważah obecnyh, położył napżud palec na ustah, jakby hcąc jakiemuś niespodzianemu okżykowi zapobiec, po czym zaś żekł:
— Rozumiałem, że będzie lepiej, aby było dwuh świadkuw ślubu, i dlatego wpierw jeszcze ostżegłem tego ryceża, kturen mi na cześć i na relikwie akwizgrańskie popżysiągł, że tajemnicy, puki będzie tżeba, dohowa.
A pan de Lorche pżykląkł napżud pżed księżną, potem pżed Danusią, następnie zaś podniusł się i stał w milczeniu, pżybrany w uroczystą zbroję, po kturej zagięciah pełgały czerwone światełka od ognia, długi, nieruhomy, pogrążon jakby w zahwycie, gdyż i jemu ta biała dziewczyna z wiankiem nieśmiertelnikuw na skroni wydała się jakby aniołem widzianym na szybie w gotyckim tumie.
Lecz ksiądz postawił ją pży łożu Zbyszka i nażuciwszy im stułę na ręce, rozpoczął zwykły obżądek. Księżnie spływały łzy jedna za drugą po poczciwej tważy, lecz w duszy nie czuła w tej hwili niepokoju, sądziła bowiem, że dobże czyni, łącząc tyh dwoje cudnyh i niewinnyh dzieci. Pan de Lorche klęknął po raz wtury i wsparty obiema rękoma na rękojeści miecza wyglądał zupełnie jak ryceż, ktury ma widzenie — tyh zaś dwoje powtażało kolejno słowa księdza: „Ja... biorę... ciebie sobie...” — a do wturu tym słowom cihym i słodkim grały znuw świerszcze w szparah komina i tżaskał ogień w grabie. Po skończonym obżądku Danusia padła do nug księżnie, ktura błogosławiła oboje, a gdy wreszcie oddała ih w opiekę mocom niebieskim, żekła:
— Radujcie się teraz, bo już ona twoja, a ty jej.
Wuwczas Zbyszko wyciągnął swe zdrowe ramię do Danusi, ona zaś objęła go rączętami za szyję i pżez hwilę słyhać było, jak powtażali sobie z ustami pży ustah:
— Mojaś ty, Danuśko.
— Muj ty, Zbyszku.
Lecz zaraz potem Zbyszko zesłabł, gdyż za dużo było na jego siły wzruszeń — i zesunąwszy się na poduszki, począł oddyhać ciężko. Nie pżyszło jednak nań omdlenie i nie pżestał się uśmiehać do Danusi, ktura obcierała mu tważ zroszoną zimnym potem, a nawet nie pżestał powtażać jeszcze: „Mojaś ty, Danuśka” — na co ona pohylała za każdym razem swą pżetowłosą głowę. Widok ten wzruszył do reszty pana de Lorche, ktury oświadczył, że gdy w żadnym kraju nie pżygodziło mu się widzieć serc tak czułyh, pżeto popżysięga uroczyście, jako gotuw jest potykać się pieszo lub konno z każdym ryceżem, czarnoksiężnikiem lub smokiem, ktury by ih szczęśliwości śmiał stanąć na zawadzie. I żeczywiście popżysiągł ową zapowiedź natyhmiast na mającej kształt kżyżyka rękojeści od mizerykordii, to jest małego miecza, ktury służył ryceżom do dobijania rannyh. Księżna i ojciec Wyszoniek wezwani byli na świadkuw tej pżysięgi.
Lecz pani, nie rozumiejąc ślubu bez jakowegoś wesela, pżyniosła wina — więc pili następnie wino. Godziny nocy płynęły jedna za drugą. Zbyszko, pżezwyciężywszy słabość, pżygarnął znuw Danusię i żekł:
— Skoro mi cię Pan Jezus oddał, nikt mi cię nie odbieże, ale mi żal, że wyjeżdżasz, jagudko moja najmilsza.
— Do Ciechanowa z tatulem pżyjedziem — odpowiedziała Danusia.
— Byle cię horość jakaś nie napadła, albo co... Boże cię stżeż od złej pżygody... Musisz do Spychowa, wiem!... Hej!... Bogu Najwyższemu i miłościwej pani dziękować, żeś już moja, bo jużci co ślub, to tego moc ludzka nie odrobi.
Że jednak ślub ten odbył się w nocy i tajemniczo, i że zaraz po nim miało nastąpić rozstanie, więc hwilami jakiś dziwny smutek ogarniał nie tylko Zbyszka, ale i wszystkih. Rozmowa rwała się. Od czasu do czasu pżygasał też ogień w grabie — i głowy pogrążały się w mroku. Ksiądz Wyszoniek dożucał wuwczas na węgle nowe bierwiona, a gdy zapiszczało co żałośnie w szczapie, jako często bywa pży świeżym dżewie, muwił:
— Duszo pokutująca, czego żądasz?
Odpowiadały mu świerszcze, a potem wzmagający się płomień, ktury wydobywał z cienia bezsenne tważe, odbijał się w zbroi pana de Lorche, rozświetlając zarazem białą sukienkę i nieśmiertelniki na głowie Danusi.
Psy na dwoże poczęły znuw poszczekiwać w stronę boru takim szczekaniem jak na wilki.
I w miarę jak płynęły godziny nocy, coraz częściej zapadało milczenie, aż wreszcie księżna żekła:
— Miły Jezu! Ma-li tak być po ślubie, lepiej by pujść spać, ale skoro mamy czuwać do rana, to i zagrajże nam jeszcze, kwiatuszku, ostatni raz pżed odjazdem na luteńce, mnie i Zbyszkowi.
Danusia, ktura czuła zmęczenie i senność, rada była czymkolwiek się ożeźwić, więc skoczyła po lutnię i wruciwszy z nią, po hwili siadła pży łużku Zbyszka.
— Co mam grać? — zapytała.
— Co? — żekła księżna. — A cuż by jak nie oną pieśń, kturąś w Tyńcu śpiewała, kiedy to cię pierwszy raz Zbyszko ujżał!
— Hej! Pamiętam i do śmierci nie zabaczę — żekł Zbyszko. — Jakem, bywało, to gdzie usłyszał, to aże mi śluzy z oczu płynęły.
— To i zaśpiewam! — żekła Danusia.
I zaraz poczęła bżąkać na luteńce, następnie zaś, zadarłszy jak zwykle głuwkę do gury, zaśpiewała:
Lecz nagle głos się jej załamał, usta poczęły się tżąść, a spod zamkniętyh żęs łzy wydostawały się pżemocą na policzki. Pżez hwilę starała się ih nie puścić spod powiek, ale nie mogła — i w końcu rozpłakała się serdecznie, zupełnie jak wuwczas, gdy ostatni raz śpiewała tę pieśń Zbyszkowi w krakowskim więzieniu, gdy myślała, że mu nazajutż szyję utną.
— Danuśka! Co ci, Danuśka? — pytał Zbyszko.
— Czego płaczesz? Jakież to wesele! — zawołała księżna. — Czego?
— Nie wiem — odpowiedziała, łkając, Danuśka — tak ci mi smutno!... Taki żal!... Zbyszka i pani...
Więc zatroskali się wszyscy i nuż ją pocieszać, nuż tłumaczyć jej, że to nie na długo tego odjazdu i że pewnie jeszcze na święta zjadą z Jurandem do Ciechanowa. Zbyszko znuw objął ją ramieniem, pżytulał do piersi i wycałowywał łzy z oczu — ucisk jednak pozostał we wszystkih sercah — i w tym ucisku zbiegały im godziny nocy.
Aż wreszcie na dziedzińcu rozległ się odgłos tak nagły i pżeraźliwy, że aż wzdrygnęli się wszyscy. Księżna, zerwawszy się z ławy, zawołała:
— O dlaboga! Żurawie studzienne! Konie poją!
A ksiądz Wyszoniek spojżał w okno, w kturym szklane gomułki pżybierały barwę szarawą, i ozwał się:
— Noc już bieleje i dzień się czyni. Ave Maria, gratia plena...
Po czym wyszedł z izby i wruciwszy po niejakim czasie, żekł:
— Dnieje, hociaż będzie ciemny dzień. To Jurandowi ludzie konie poją. Czas ci do drogi, niebogo!...
Na te słowa i księżna, i Danusia udeżyły w głośny płacz i obie wraz ze Zbyszkiem poczęły wyżekać, tak jak wyżekają ludzie prości, gdy im pżyhodzi się rozstać, to jest, że było w tym wyżekaniu coś obżądkowego i zarazem jakby puł zawodzenie, puł śpiewanie, kture wylewa się z dusz polnyh tak pżyrodzoną drogą, jak leją się łzy z oczu.
Lecz Zbyszko pżytulił po raz ostatni Danusię do piersi i tżymał ją długo, doputy, dopuki mu thu starczyło i dopuki księżna nie oderwała jej od niego, aby ją pżebrać na drogę.
Tymczasem rozedniało zupełnie. We dworcu rozbudzili się wszyscy i poczęli się kżątać. Do Zbyszka wszedł Czech, giermek, dowiedzieć się o zdrowie i pytać o rozkazy.
— Pżyciągnij łoże do okna — żekł mu ryceż.
Czech pżyciągnął z łatwością łoże do okna, ale zdziwił się, gdy Zbyszko kazał mu je otwożyć — usłuhał jednak i tego rozkazu, nakrył tylko pana własnym kożuhem, gdyż na dwoże hłodno było, hoć hmurno — i padał śnieg miękki a obfity.
Zbyszko począł patżeć: na dziedzińcu pżez lecące z hmur płatki śniegowe widać było sanki, wokuł nih siedzieli na zszerszeniałyh i dymiącyh koniah ludzie Jurandowi. Wszyscy byli zbrojni, a niektuży mieli blahy na kożuhah, w kturyh pżeglądały się blade i posępne promienie dnia. Las zasuło całkiem śniegiem; płotuw i kołowrota prawie nie można było dojżeć.
Danusia wpadła jeszcze do izby Zbyszka cała już zakutana w kożuszek i lisią szubę; jeszcze raz objęła za szyję i jeszcze raz żekła mu na pożegnanie:
— Hociaż i odjeżdżam, tom twoja.
A on całował jej ręce, policzki i oczy, kture ledwie było widać spod lisiego puhu, i muwił:
— Boże cię stżeż! Boże cię prowadź! Mojaś ty już, moja do śmierci!
I gdy znuw oderwano ją od niego, podniusł się, ile mugł, wsparł głowę na oknie i patżał; więc popżez płatki śniegowe jakby pżez jakowąś zasłonę widział, jak Danusia siadała do sanek, jak księżna tżymała ją długo w objęciah, jak całowały ją dworki i jak ksiądz Wyszoniek żegnał ją znakiem kżyża na drogę. Obruciła się jeszcze pżed samym odjazdem ku niemu i wyciągnęła ręce:
— Ostawaj z Bogiem, Zbyszku!
— Boże, daj w Ciechanowie cię obaczyć...
Ale śnieg padał tak obfity, jakby hciał wszystko zgłuszyć i wszystko pżesłonić, więc te ostatnie słowa doszły ih tak pżytłumione, że obojgu wydało się, iż wołają na siebie — już z daleka.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.