Tom I, rozdział dwudziesty tżeci
Rozdział dwudziesty tżeci
Jednakże pżed wyruszeniem do Szczytna czterej bracia i de Fourcy pżyszli jeszcze pożegnać się z księciem i księżną.
Było to pożegnanie niezbyt pżyjazne, wszelako książę, nie hcąc wedle starego polskiego obyczaju wypuszczać gości z domu z prużnymi rękoma, podarował każdemu z braci piękny błam kuni i po gżywnie srebra, oni zaś pżyjęli z radością, zapewniając, że jako zakonnicy zapżysiężeni na ubustwo nie zatżymają tyh pieniędzy dla siebie, ale rozdadzą je ubogim, kturym zarazem polecą się modlić za zdrowie, sławę i pżyszłe zbawienie księcia. Uśmiehali się pod wąsem z tyh zapewnień Mazurowie, albowiem dobże znana im była hciwość zakonna, a jeszcze lepiej kłamstwa Krzyżaków. Powtażano na Mazowszu, że „jako thuż cuhnie, tak Krzyżak łże”. Książę też jeno mahnął ręką na podobną podziękę, a po ih wyjściu żekł, iż rakiem hyba pojehałby do nieba za pżyczyną modlitw kżyżackih.
Lecz pżedtem jeszcze, pży pożegnaniu się z księżną, w hwili gdy Zygfryd de Löwe całował jej rękę, Hugo von Danveld zbliżył się do Danusi, położył dłoń na jej głowie i głaszcząc ją, żekł:
— Nam pżykazano dobrem za złe płacić i miłować nawet niepżyjaciuł naszyh, więc pżyjedzie tu siostra zakonna i pżywiezie wam, panienko, gojący balsam hercyński.
— Jakoże mam wam podziękować, panie? — odpowiedziała Danusia.
— Bądźcie pżyjaciułką Zakonu i zakonnikuw.
Zauważył tę rozmowę de Fourcy, a że udeżyła go pży tym uroda dziewczyny, więc gdy już ruszyli ku Szczytnu, zapytał:
— Co to za piękna dwurka, z kturą rozmawialiście na odjezdnym?
— Curka Juranda! — odpowiedział Krzyżak.
A pan de Fourcy zdziwił się.
— Ta, kturą macie pohwycić?
— Ta. A gdy ją pohwycim, Jurand nasz.
— Nie wszystko widać złe, co od Juranda pohodzi. Warto być strużem takiego jeńca.
— Myślicie, że łatwiej by było wojować z nią niż z Jurandem?
— To znaczy, że myślę tak samo jak i wy. Ojciec wrug Zakonu, a do curki muwiliście miodem smarowane słowa i w dodatku obiecaliście jej balsam.
Hugo de Danveld uczuł widocznie potżebę usprawiedliwienia się kilkoma słowy.
— Obiecałem jej balsam — żekł — dla tego młodego ryceża, ktury od tura pobit i z kturym, jako wiecie, jest zmuwiona. Jeśli podniosą kżyk po pohwyceniu dziewki, powiemy, żeśmy nie tylko nie hcieli jej kżywdy, aleśmy jej jeszcze leki pżez hżeścijańskie miłosierdzie posyłali.
— Dobże — żekł de Löwe. — Tżeba jeno posłać kogoś pewnego.
— Poślę jedną pobożną niewiastę, całkiem Zakonowi oddaną. Pżykażę jej patżyć i słuhać. Gdy ludzie nasi niby od Juranda pżybędą, znajdą gotowe porozumienie...
— Takih ludzi trudno będzie dobrać.
— Nie. Narud u nas muwi tym samym językiem. Są też w mieście, ba! nawet między knehtami w załodze, ludzie, ktuży prawem ścigani z Mazowsza zbiegli; zbuje, złodzieje: prawda, ale żadnej trwogi nieznający i na wszystko gotowi. Tym obiecnę, jeśli wskurają, wielkie nagrody, jeśli nie wskurają — powruz.
— Ba! A nuż zdradzą?
— Nie zdradzą, bo na Mazowszu każdy dawno na łamanie kołem zarobił i nad każdym wyrok cięży. Tżeba im tylko dać ohędożne szaty, aby ih za prawyh Jurandowych pahołkuw poczytano; i głuwna żecz: list z pieczęcią od Juranda.
— Należy wszystko pżewidzieć — żekł brat Rotgier. — Jurand po ostatniej bitwie zehce może zobaczyć księcia, aby się na nas poskarżyć, a siebie usprawiedliwić. Będąc w Ciechanowie, zajedzie do curki, do leśnego dworca. Może się wtedy pżygodzić, że nasi ludzie, pżybywszy po Jurandównę, natkną się na samego Juranda.
— Ci ludzie, kturyh wybiorę, są szelmy kute na cztery nogi. Będą oni wiedzieć, że jeśli się natkną na Juranda, pujdą na haki. Ih głowa w tym, żeby się nie spotkali.
— Jednak może się zdażyć, że ih pohwycą.
— Tedy wypżemy się i ih, i listu. Kto nam dowiedzie, że to myśmy ih wysłali? Wreszcie: nie będzie porwania, nie będzie kżyku, a że kilku wisielcuw Mazury poćwiertują, nie stanie się pżez to szkoda dla Zakonu.
A brat Gotfryd, najmłodszy między zakonnikami, żekł:
— Nie rozumiem tej waszej polityki ani tej waszej bojaźni, aby się nie wydało, że dziewka z naszego nakazu porwana. Mając ją raz w ręku, musimy pżecie posłać kogoś do Juranda i powiedzieć mu: „Twoja curka jest u nas; hcesz-li, by odzyskała wolność, oddaj za nią de Bergowa i siebie samego...”. Jakże inaczej?... Ale wtedy będzie wiadomo, że to my nakazaliśmy dziewczynę pohwycić.
— Prawda! — żekł pan de Fourcy, kturemu niezbyt pżypadła do smaku cała sprawa.
— Po co ukrywać to, co musi się wydać.
A Hugo de Danveld począł się śmiać i zwruciwszy się do brata Gotfryda, zapytał:
— Jak dawno nosicie biały płaszcz?
— Skończy się sześć lat na pierwszą niedzielę po Świętej Trójcy.
— Jak go pżenosicie jeszcze sześć, będziecie lepiej rozumieli sprawy Zakonu. Jurand zna nas lepiej niż wy. Powie mu się tak: „Twojej curki pilnuje brat Szomberg i jeśli słowo piśniesz, to wspomnij na dzieci Witolda...”.
— A puźniej?
— Puźniej de Bergow będzie wolny, a Zakon będzie także uwolnion od Juranda.
— Nie! — zawołał brat Rotgier. — Wszystko jest tak rozumnie pomyślane, że Bóg powinien pobłogosławić naszemu pżedsięwzięciu.
— Bóg błogosławi wszelkim uczynkom mającym na celu dobro Zakonu — żekł posępny Zygfryd de Löwe.
I jehali dalej w milczeniu — a pżed nimi na dwa lub tży stżelania z kuszy szły ih poczty, aby torować drogę, ktura stała się kopna, albowiem w nocy spadł śnieg obfity. Na dżewah leżała bogata okiść, dzień był hmurny, ale ciepły, tak że z koni podnosił się opar. Z lasuw ku ludzkim siedliskom leciały stada wron, napełniając powietże posępnym krakaniem.
Pan de Fourcy pozostał nieco za Krzyżakami i jehał w głębokim zamyśleniu. Był on od kilku lat gościem Zakonu, brał udział w wyprawah na Żmudź, gdzie odznaczył się wielkim męstwem i podejmowany wszędy tak, jak tylko Krzyżacy umieli podejmować ryceży z dalekih stron, pżywiązał się do nih mocno, a nie mając własnej fortuny, zamieżał wstąpić w ih szeregi. Tymczasem to pżesiadywał w Malborgu, to odwiedzał znajome komandorie, szukając w podrużah rozrywki i pżygud. Pżybywszy świeżo do Lubawy wraz z bogatym de Bergowem i zasłyszawszy o Jurandzie, począł płonąć żądzą zmieżenia się z mężem, kturego otaczała groza powszehna.
Pżybycie Majnegera, ktury ze wszystkih walk wyhodził zwycięzcą, pżyspieszyło wyprawę. Komtur z Lubawy dał na nią ludzi; naopowiadał jednak tyle tżem ryceżom nie tylko o okrucieństwie, ale o podstępah i wiarołomstwie Juranda, iż gdy uw zażądał, by odprawili żołnieży, nie hcieli się na to zgodzić, bojąc się, że gdy to uczynią, otoczy ih, wytraci lub wtrąci do piwnic spyhowskih. Wuwczas Jurand, mniemając, że hodzi im nie tylko o walkę rycerską, ale i o grabież, udeżył na nih wstępnym bojem i zadał im klęskę okrutną. De Fourcy widział Bergowa obalonego wraz z koniem, widział Majnegera z odłamem włuczni w bżuhu, widział ludzi prużno błagającyh o litość. Sam ledwo zdołał się pżebić — i kilka dni tułał się po drogah i lasah, gdzie byłby zamarł z głodu lub stał się łupem dzikiego zwieża, gdyby wypadkiem nie dostał się do Ciechanowa, w kturym znalazł braci Gotfryda i Rotgiera. Z całej wyprawy wyniusł uczucie upokożenia, wstydu, nienawiści, zemsty i żalu za Bergowem, ktury był mu bliskim pżyjacielem. Toteż z całej duszy pżyłączył się do skargi zakonnyh ryceży, gdy domagali się kary i wolności dla nieszczęsnego toważysza, a gdy ta skarga pozostała bezowocną — w pierwszej hwili gotuw był zgodzić się na wszystkie środki, kture wiodły do zemsty nad Jurandem. Teraz jednak ozwały się w nim nagle skrupuły. Pżysłuhując się rozmowom zakonnikuw, a zwłaszcza temu, co muwił Hugo de Danveld, niejednokrotnie nie mugł opżeć się zdziwieniu. Poznawszy bliżej w ciągu kilku lat Krzyżaków, widział już wprawdzie, że nie są oni tacy, za jakih pżedstawiają ih w Niemczech i na Zachodzie. W Malborgu poznał jednakże kilku prawyh i surowyh ryceży; ci sami często rozwodzili skargi nad zepsuciem braci, nad ih rozpustą, brakiem karności — i de Fourcy czuł, że mają słuszność, ale sam będąc rozpustnym i niekarnym, nie brał zbyt za złe innym tyh wad, zwłaszcza że wszyscy ryceże zakonni nagradzali je męstwem. Widział ih pżecie pod Wilnem udeżającyh piersią o pierś polskih ryceży, pży zdobywaniu zamkuw bronionyh z nadludzką uporczywością pżez posiłkowe polskie załogi; widział ih ginącyh pod ciosami toporuw i mieczuw, w szturmah ogulnyh lub w pojedynczyh walkah. Byli nieubłagani i okrutni dla Litwy, ale byli zarazem jako lwy — i hodzili w hwale jak w słońcu. Teraz jednak wydało się panu de Fourcy, że Hugo de Danveld muwi takie żeczy i podaje takie sposoby, na kture wzdrygnąć się powinna dusza w każdym ryceżu — a zaś inni bracia nie tylko nie powstają na niego z gniewem, ale pżytakują każdemu jego słowu. Więc zdziwienie ogarniało go coraz większe i wreszcie zadumał się głęboko, czy mu pżystoi do takih uczynkuw rękę pżykładać. Gdyby bowiem hodziło tylko o porwanie dziewczyny, a następnie o wymienienie jej za Bergowa, byłby się może na to zgodził, hociaż poruszyła go i ujęła za serce uroda Danusi. Gdyby pżyszło mu być jej strużem, nie miałby także nic pżeciwko temu, a nawet nie był pewien, czyby z rąk jego wyszła taką, jaką w nie wpadła. Ale Krzyżakom szło widocznie o co innego.
Oni pżez nią hcieli dostać wraz z Bergowem i samego Juranda — obiecać mu, że ją wypuszczą, jeśli się za nią odda, a potem zamordować go, a z nim razem, dla ukrycia oszustwa i zbrodni — zapewne i dziewczynę. Wszakże już grozili jej losem dzieci Witoldowych na wypadek, gdyby Jurand śmiał się skarżyć. „Niczego nie hcą dotżymać, oboje oszukać i oboje zgładzić — żekł sobie de Fourcy — a pżecie kżyż noszą i czci więcej od innyh pżestżegać winni”. I bużyła się w nim dusza co hwila mocniej na taką bezczelność, ale postanowił jeszcze sprawdzić, o ile jego podejżenia są słuszne — więc podjehał znuw do Danvelda i zapytał:
— A jeśli Jurand się wam odda, czy wypuścicie dziewkę?
— Gdybyśmy ją wypuścili, cały świat wnet by wiedział, że to my hwyciliśmy oboje — odżekł Danveld.
— Ba, cuż z nią uczynicie?
Na to Danveld pohylił się ku muwiącemu i ukazał w uśmiehu swe spruhniałe zęby spod grubyh warg.
— O co pytacie? Czy o to, co uczynimy z nią pżedtem, czy o to, co potem?
Lecz Fourcy wiedząc już, co hciał wiedzieć, zamilkł — pżez hwilę jeszcze zdawał się walczyć z sobą, a następnie podniusł się nieco na stżemionah i żekł tak głośno, aby go wszyscy czterej zakonnicy usłyszeli:
— Pobożny brat Ulryk von Jungingen, ktury jest wzorem i ozdobą rycerstwa, żekł mi raz tak: „Jeszcze między starymi w Malborgu znajdziesz godnyh Krzyża ryceży, ale ci, ktuży na pogranicznyh komandoriah siedzą, zakałę jeno Zakonowi pżynoszą”.
— Wszyscyśmy gżeszni, ale Panu naszemu służymy — odżekł Hugo.
— Gdzie wasza rycerska cześć? Nie pżez haniebne uczynki Panu się służy; hyba że nie Zbawicielowi służycie. Ktuż to wasz Pan? Wiedzcie pżeto, że nie tylko do niczego ręki nie pżyłożę, ale i wam nie pozwolę...
— Na co nie pozwolicie?
— Na podstęp, na zdradę, na hańbę.
— A jakoże możecie nam zabronić? W bitwie z Jurandem postradaliście poczet i wozy. Żyć musicie tylko z łaski Zakonu i z głodu zamżecie, jeśli wam kawałka hleba nie żucim. A w dodatku: wyście jeden, nas cztereh; jakoże nie pozwolicie?
— Jako nie pozwolę? — powtużył Fourcy. — Mogę nawrucić do dworca i ostżec księcia, mogę pżed całym światem wasze zamiary rozgłosić.
Na to spojżeli po sobie bracia zakonni i tważe zmieniły im się w okamgnieniu. Szczegulniej Hugo de Danveld popatżył pżez długą hwilę pytającym wzrokiem w oczy Zygfryda de Löwe, po czym zaś zwrucił się do pana de Fourcy:
— Pżodkowie wasi — żekł — sługiwali już w Zakonie i wy hcecie do niego wstąpić, ale my zdrajcuw nie pżyjmujem.
— Ja zaś nie hcę ze zdrajcami służyć.
— Ejże! Nie spełnicie waszej groźby. Wiecie, że Zakon umie karać nie tylko zakonnikuw...
A de Fourcy, kturego podnieciły te słowa, wydobył miecz, lewą ręką shwycił za ostże, prawą dłoń położył na rękojeści i żekł:
— Na tę rękojmię mającą kształt kżyża, na głowę świętego Dionizego, mego patrona, i na moją rycerską cześć, ostżegę księcia mazowieckiego i mistża.
Hugo de Danveld znuw popatżył pytającym wzrokiem na Zygfryda de Löwe, a uw pżymknął powieki, jakby dając znak, że się na coś zgadza.
Wuwczas Danveld ozwał się jakimś dziwnie głuhym i zmienionym głosem:
— Święty Dionizy mugł nieść pod pahą swą uciętą głowę, ale gdy wasza raz spadnie...
— Grozicie mi? — pżerwał de Fourcy.
— Nie, jeno zabijam! — odpowiedział Danveld.
I phnął go nożem w bok z taką siłą, że aż ostże showało się w ciele po kżyżyk. De Fourcy zawżasnął strasznym głosem, pżez hwilę usiłował hwycić prawą ręką miecz, ktury popżednio tżymał w lewej, ale upuścił go na ziemię, w tym samym zaś czasie pozostali tżej bracia poczęli go żgać bez litości nożami w szyję, w plecy, w bżuh, dopuki nie spadł z konia.
Po czym nastało milczenie. De Fourcy, krwawiąc okropnie z kilkunastu ran, drgał na śniegu i darł go powykżywianymi pżez konwulsje palcami.
Spod ołowianego nieba dohodziło tylko krakanie wron lecącyh z głuhyh puszcz ku ludzkim siedliskom.
A następnie poczęła się śpieszna rozmowa mordercuw:
— Ludzie nic nie widzieli! — żekł zdyszanym głosem Danveld.
— Nic. Poczty są na pżedzie; nie widać ih — odparł Löwe.
— Słuhajcie: będzie powud do nowej skargi. Rozgłosim, że mazowieccy ryceże napadli na nas i zabili nam toważysza. Podniesiem kżyk, aż go w Malborgu usłyszą, że nawet na gości książę nasadza mordercuw. Słuhajcie! Należy muwić, iż Janusz nie tylko nie hciał wysłuhać naszyh skarg na Juranda, ale kazał zamordować skarżyciela.
De Fourcy pżewrucił się tymczasem w ostatniej konwulsji na wznak i leżał nieruhomy, z krwawą pianą na ustah i z pżerażeniem w martwyh już, szeroko otwartyh oczah. Brat Rotgier popatżył na niego i żekł:
— Uważcie, pobożni bracia, jako Bóg każe sam zamiar zdrady.
— Cośmy uczynili, uczyniliśmy dla dobra Zakonu — odżekł Gotfryd. — Hwała tym...
Lecz pżerwał, bo w tej samej hwili z tyłu za nimi, na zakręcie śnieżnej drogi, ukazał się jakiś jeździec, ktury pędził co koń wyskoczy. Ujżawszy go, Hugo de Danveld zawołał prędko:
— Ktokolwiek ten człowiek jest: musi zginąć.
A de Löwe, ktury, lubo najstarszy między braćmi, miał wzrok nadzwyczaj bystry, żekł:
— Poznaję go: to uw giermek, ktury tura toporem zabił. Tak jest: to on!
— Pohowajcie noże, aby się nie spłoszył — muwił Danveld. — Ja znuw pierwszy udeżę, wy za mną.
Tymczasem Czech dojehał i o dziesięć lub ośm krokuw zaparł konia w śnieg. Dojżał trupa w kałuży krwi, konia bez jeźdźca i zdumienie odbiło mu się na tważy, ale trwało tylko pżez jedno mgnienie oka. Po hwili zwrucił się do braci, tak jakby nic nie widział, i żekł:
— Czołem, mężni ryceże!
— Poznaliśmy cię — odpowiedział, zbliżając się z wolna, Danveld. — Masz-li co do nas?
— Wysłał mnie ryceż Zbyszko z Bogdańca, za kturym kopię noszę, a ktury od tura na łowah pobit, sam nie mugł ku wam.
— Czego hce od nas twuj pan?
— Za to, żeście niesłusznie Juranda ze Spychowa oskarżyli z ujmą dla jego rycerskiej czci, pan muj każe wam powiedzieć, iżeście nie jako prawi ryceże czynili, ale jako psi szczekali; a kturen by był kżyw o te słowa, tego pozywa na walkę pieszą alibo konną, aż do ostatniego thu, do kturej stanie, gdzie mu wskażecie, gdy tylko za łaską i zmiłowaniem bożym dzisiejsza kżypota go popuści.
— Powiedz panu swemu, że ryceże zakonni obelgi cierpliwie dla imienia Zbawiciela znoszą, zasię do walki bez osobliwego pozwoleństwa mistża albo wielkiego marszałka stawać nie mogą, o kture to pozwoleństwo jednakże będziem do Malborga pisali.
Czech znuw spojżał na trupa pana de Fourcy, albowiem do niego to głuwnie był posłany. Zbyszko wiedział już pżecie, że zakonnicy do pojedynkuw nie stają, zasłyszawszy jednak, że był między nimi ryceż świecki, jego szczegulniej hciał pozwać, sądząc, że tym sobie ujmie i zjedna Juranda.
Tymczasem ryceż uw leżał oto teraz zarżnięty jak wuł między czterema Krzyżakami. Czech nie zrozumiał wprawdzie, co zaszło, ale ponieważ był od dziecka ze wszelkimi niebezpieczeństwy oswojon, więc zwietżył jakieś niebezpieczeństwo. Zdziwiło go też i to, że Danveld, muwiąc z nim, zbliżał się coraz bardziej ku niemu, inni zaś poczęli zjeżdżać na boki, jakby go hcieli nieznacznie okrążyć. Z tyh powoduw począł się mieć na baczności, zwłaszcza że nie miał pży sobie broni, bo jej w pośpiehu wziąć nie zdążył.
A Danveld tymczasem był tuż i muwił dalej:
— Obiecałem twemu panu balsam gojący, więc źle mi się za uczynność wypłaca. Zwykła to zresztą u Polaków żecz... ale że ciężko jest pobit i wkrutce pżed Bogiem może stanąć, więc powiedz mu...
Tu wsparł lewą dłoń na ramieniu Czecha.
— Więc powiedz mu, że ja, ot, jak odpowiadam!...
I w tej samej hwili błysnął nożem pży gardle giermka. Lecz nim zdołał phnąć, Czech, ktury już od dawna śledził jego ruhy, hwycił go swymi żelaznymi rękoma za prawicę, wygiął ją, zakręcił, aż hrupnęły stawy i kości — i dopiero usłyszawszy okropny ryk bulu, wspiął konia — i pomknął jak stżała, zanim inni zdołali mu zastąpić. Bracia Rotgier i Gotfryd poczęli go gonić, ale wnet wrucili, pżerażeni strasznym kżykiem Danvelda. De Löwe podtżymywał go pod ramiona, on zaś z tważą bladą i zarazem zsiniałą kżyczał tak, że aż pocztowi, jadący pży wozah znacznie na pżedzie, wstżymali konie.
— Co wam jest? — pytali bracia.
Lecz de Löwe kazał im jehać co sił, sprowadzić wuz, albowiem Danveld widocznie nie mugł się na kulbace utżymać. Po hwili zimny pot okrył mu czoło i zemdlał. Po sprowadzeniu wozu ułożono go na słomie i ruszono ku granicy. De Löwe pilił, albowiem rozumiał, że po tym, co zaszło, nie można czasu tracić nawet dla opatrunku Danvelda. Siadłszy pży nim na wozie, wycierał od czasu do czasu śniegiem jego tważ, ale nie mugł pżywrucić mu pżytomności.
Dopiero w pobliżu granicy Danveld otwożył oczy i począł obzierać się jakby ze zdziwieniem dokoła.
— Jak wam jest? — spytał Löwe.
— Nie czuję bulu, ale nie czuję i ręki — odżekł Danveld.
— Bo wam już zdrętwiała, dlatego i bul minął. W ciepłej izbie wruci. Tymczasem podziękujcie Bogu i za hwilę ulgi.
A Rotgier i Gotfryd zbliżyli się zaraz do wozu.
— Stało się nieszczęście — żekł pierwszy. — Co teraz będzie?
— Powiemy — odparł słabym głosem Danveld — że giermek zamordował de Fourcy’ego.
— Nowa ih zbrodnia i winowajca wiadomy! — dodał Rotgier.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.