Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział dwudziesty drugi

Rozdział dwudziesty drugi

Ksiądz Wyszoniek opatżył rany Zbyszka, uznał, iż tylko jedno żebro jest złamane, ale pierwszego dnia nie ręczył za wyzdrowienie, nie wiedział bowiem, „czy się w horym nie pżekręciło serce i czy się w nim wątroba nie oberwała”.

Pana de Lorche opanowała też pod wieczur niemoc tak wielka, iż musiał się położyć, na drugi dzień zaś nie mugł ni ręką, ni nogą bez wielkiego bulu we wszystkih kościah poruszyć. Księżna i Danusia oraz inne dwurki pilnowały horyh i ważyły dla nih wedle pżepisu księdza Wyszońka rozliczne smarowania i driakwie. Zbyszko jednakże ciężko był pobity i od czasu do czasu oddawał krew ustami, co wielce niepokoiło księdza Wyszońka. Był jednakże pżytomny i na drugi dzień, lubo jeszcze osłabiony bardzo, dowiedziawszy się od Danusi, komu życie zawdzięcza, pżywołał swego Czecha, aby mu podziękować i wynagrodzić. Musiał jednak pży tym pomyśleć, że miał go od Jagienki i że gdyby nie jej życzliwe serce, byłby zginął. Myśl ta była mu nawet ciężka, czuł bowiem, że nie wypłaci się nigdy poczciwej dziewczynie dobrem za dobre i że będzie dla niej tylko zmartwień i okrutnego smutku pżyczyną. Powiedział sobie wprawdzie zaraz: „Toć się na dwoje nie rozetnę” — ale na dnie duszy został mu jakby wyżut sumienia, Czech zaś zaognił jeszcze uw wewnętżny niepokuj.

— Pżysiągłem mojej panience — żekł — na włodyczą cześć, że was będę stżegł, to i będę, bez nijakiej nagrody. Jej to, nie mnie, powinniście, panie, za ratunek.

Zbyszko nie odpowiedział, jeno począł oddyhać ciężko — a Czech pomilczał pżez hwilę, po czym ozwał się znowu:

— Jeślibyście kazali mi skoczyć do Bogdańca, to skoczę. Może byście radzi starego pana ujżeli, gdyż Bóg to wie, co z wami będzie.

— A co powiada ksiądz Wyszoniek? — zapytał Zbyszko.

— Ksiądz Wyszoniek powiada, że pokaże się to na nowiu, a do nowiu jeszcze cztery dni.

— Hej! To nie tżeba ci do Bogdańca. Albo zamrę pżedtem, nim stryk nadąży, albo ozdrowieję.

— Posłalibyście hoć pismo do Bogdańca. Sanderus czysto wszystko wypisze. Będą pżynajmniej o was wiedzieć i bogdaj na mszę dadzą.

— Daj mi teraz spokuj, bom słaby. Jeśli zamrę, wrucisz do Zgorzelic i powiesz, jak co było; wtedy dadzą na mszę. A mnie tu pohowają albo w Ciechanowie.

— Hyba że w Ciechanowie albo w Przasnyszu, bo w boru jeno Kurpie się gżebią, nad kturymi wilcy wyją. Słyszałem też od służby, że książę za dwa dni razem ze dworem do Ciechanowa, a potem do Warszawy wraca.

— Pżecież mnie tu nie ostawią — odżekł Zbyszko.

Jakoż odgadł, bo księżna tegoż dnia jeszcze udała się do księcia z prośbą, aby pozwolił jej zabawić w puszczańskim dworcu wraz z Danusią, z pannami służebnymi i z księdzem Wyszońkiem, ktury pżeciwny był prędkiemu pżewożeniu Zbyszka do Przasnysza. Pan de Lorche miał się po dwuh dniah znacznie lepiej i począł wstawać, dowiedziawszy się jednak, że „damy” zostają, pozostał także, aby toważyszyć im w drodze powrotnej i w razie napadu Saracenów bronić ih od złej pżygody. Skąd się mieli wziąć owi Saraceni — tego pytania nie zadawał sobie mężny Lotaryńczyk.

Nazywano tak wprawdzie na dalekim Zachodzie Litwinów — od nih jednak nie mogło grozić żadne niebezpieczeństwo curce Kiejstuta, rodzonej siostże Witolda, a stryjecznej potężnego „krula krakowskiego”, Jagiełły. Ale pan de Lorche zbyt długo bawił między Krzyżaki, aby mimo wszystkiego, co na Mazowszu słyszał i o hżcie Litwy, i o połączeniu dwu koron na głowie jednego władcy, nie miał pżypuszczać, że od Litwinów zawsze wszystkiego złego można się spodziewać. Tak muwili Krzyżacy, a on jeszcze nie całkiem stracił wiarę w ih słowa.

Ale tymczasem zaszedł wypadek, ktury padł cieniem między gości kżyżackih i księcia Janusza. Na dzień pżed wyjazdem dworu pżybyli bracia Gotfryd i Rotgier, ktuży byli zostali popżednio w Ciechanowie, a z nimi pżyjehał niejaki pan de Fourcy jako zwiastun niepomyślnej dla Krzyżaków nowiny. Oto zdażało się, że goście zagraniczni bawiący u starosty kżyżackiego w Lubawie, a więc on, pan de Fourcy, a dalej pan de Bergow i pan Majneger, obaj z rodzin popżednio już w Zakonie zasłużonyh, nasłuhawszy się wieści o Jurandzie ze Spychowa, nie tylko się ih nie ulękli, ale postanowili wywabić w pole słynnego wojownika, aby pżekonać się, czy żeczywiście jest tak straszny, za jakiego go głoszą. Starosta spżeciwiał się wprawdzie, powołując się na pokuj między Zakonem a księstwami mazowieckimi, w końcu jednak, może w nadziei, iż uwolni się od groźnego sąsiada, nie tylko postanowił patżeć pżez szpary na wyprawę, ale i knehtuw zbrojnyh na nią pozwolił. Ryceże posłali wyzwanie Jurandowi, ktury je skwapliwie pżyjął pod warunkiem, że ludzi odprawią, a samotżeć z nim i z dwoma toważyszami będą się potykali na samej granicy Prus i Spychowa. Gdy jednak nie hcieli ani knehtuw odprawić, ani z ziem spyhowskih ustąpić, napadł na nih, knehtuw wytracił, pana Majnegera sam okrutnie kopią pżebudł, a pana de Bergow wziął w niewolę i do piwnic spyhowskih wtrącił. De Fourcy jeden się ocalił i po tżehdniowym błąkaniu się po mazowieckih lasah, dowiedziawszy się od smolaży, iż w Ciechanowie bawią bracia zakonni, pżedarł się do nih, aby razem z nimi zanieść skargę pżed majestat księcia, prosić o karę i o rozkaz uwolnienia pana de Bergow. Wieści te wnet zmąciły dobre stosunki między księciem i gośćmi, gdyż nie tylko dwaj pżybyli bracia, ale i Hugo de Danveld, i Zygfryd de Löwe poczęli natarczywie upominać się u księcia, aby raz pżecie uczynił sprawiedliwość Zakonowi, uwolnił granicę od drapieżnika i ryczałtem karę za wszystkie winy wymieżył. Szczegulniej Hugo de Danveld, mający własne dawne rahunki z Jurandem, kturyh wspomnienie piekło go bulem i wstydem — upominał się niemal groźnie o zemstę.

— Pujdzie skarga do wielkiego mistża — muwił — i jeśli sprawiedliwości od waszej książęcej mości nie uzyskamy, on sam potrafi ją uczynić, hoćby za owym zbujem całe Mazowsze stanęło.

Lecz książę, lubo z natury łagodny, rozgniewał się i żekł:

— Jakiejże to sprawiedliwości się domagacie? Gdyby Jurand pierwszy na was nastąpił, wsie popalił, stada zagarnął i ludzi pobił, pewnie bym go na sąd wezwał i karę mu odmieżył. Ale wasi to sami go naszli. Wasz starosta knehtuw na wyprawę pozwolił, a cuże Jurand? Jeszcze wyzwanie pżyjął, a tego jeno żądał, by ludzie odeszli. Jakoże mam go za to karać alibo na sąd pozywać? Zaczepiliście strasznego męża, kturego się wszyscy boją, i dobrowolnie ściągnęliście klęskę na wasze głowy, więc czeguż hcecie? Zali mam mu rozkazać, aby się nie bronił, gdy się wam spodoba go najehać?

— Nie Zakon go napastował, jeno goście, obcy ryceże — odparł Hugo.

— Za gości Zakon odpowiada, a do tego byli z nimi knehci z lubawskiej załogi.

— Miałże starosta gości jako na żeź wydać?

Na to książę zwrucił się do Zygfryda i żekł:

— Patżcieże, w co się sprawiedliwość w waszyh uścieh obraca i zali wasze wykręty nie obrażają Boga?

Lecz surowy Zygfryd odżekł:

— Pan de Bergow musi być z niewoli wypuszczon, albowiem mężowie z jego rodu bywali starszymi w Zakonie i wielkie Krzyżowi oddali usługi.

— A śmierć Majnegera musi być pomszczona — dodał Hugo de Danveld.

Książę, usłyszawszy to, odgarnął na obie strony włosy i wstawszy z ławy, począł iść ku Niemcom z tważą złowrogą, po hwili jednak wspomniał widocznie, że byli jego gośćmi, więc pohamował się raz jeszcze, położył rękę na ramieniu Zygfryda i żekł:

— Słuhajcie, starosto: kżyż na płaszczu nosicie, więc odpowiedzcie wedle sumienia, na ten kżyż! Praw-li był Jurand czy też nie praw?

— Pan de Bergow musi być z niewoli wypuszczon — odpowiedział Zygfryd de Löwe.

Nastała hwila milczenia, po czym książę żekł:

— Bóg, daj mi cierpliwość.

Zygfryd zaś muwił dalej głosem ostrym, do cięć miecza podobnym:

— Ta kżywda, ktura nas w osobah gości naszyh spotkała, to jeno nowa sposobność do skargi. Jak Zakon Zakonem, nigdy, ni w Palestynie, ni w Siedmiogrodzie, ni między dotyhczas pogańską Litwą, nie uczynił nam jeden zwykły mąż tyle złego, ile ten zbuj ze Spychowa. Wasza książęca mość! My sprawiedliwości i kary żądamy nie za jedną kżywdę, ale za tysiąc, nie za jedną bitwę, ale za pięćdziesiąt, nie za krew raz pżelaną, ale za całe lata takowyh postępkuw, za kture ogień niebieski powinien był spalić to bezbożne gniazdo złości i okrucieństwa. Czyjeż tam jęki wołają o pomstę do Boga? Nasze! Czyje łzy? Nasze! Prużno zanosiliśmy skargi, prużno wołali o sąd. Nigdy nie uczyniono nam zadość!

Usłyszawszy to, książę Janusz począł kiwać głową i odżekł:

— Hej! Nieraz dżewiej Krzyżacy gościli w Spychowie i nie był Jurand waszym wrogiem, puki mu umiłowana niewiasta na waszym powrozie nie skonała. Ale ileż to razy zaczepialiście go sami, hcąc go zgładzić, jako i ninie, za to, że pozywał i zwyciężał waszyh ryceży? Ile razy nasadzaliście na niego zbujcuw albo biliście do niego z kusz w boru? Następował ci on na was, prawda, bo go piekła zemsta, ale czyliż wy lub ryceże, ktuży na ziemiah waszyh siedzą, nie następowali na spokojnyh ludzi na Mazowszu, nie zagarniali stad, nie palili wsiuw, nie mordowali mężuw, niewiast i dzieci? A gdym się skarżył mistżowi, to mi odpowiadał z Malborga: „Zwyczajna graniczna swawola!”. Dajcie mi spokuj! Nie wam pżystoi się skarżyć, ktużyście hwycili mnie samego, bez broni, w czasie pokoju, na mojej własnej ziemi, i gdyby nie strah pżed gniewem krula krakowskiego, to może bym dotyhczas w podziemiah waszyh jęczał. Tak odpłaciliście się mnie, ktury z rodu waszyh dobrodziejuw pohodzę. Dajcie mi spokuj, bo nie wam gadać o sprawiedliwości!

Usłyszawszy to, Krzyżacy spojżeli po sobie niecierpliwie, gdyż pżykro i wstyd im było, że książę wspomniał o zajściu pod Złotoryją wobec pana de Fourcy, więc Hugo de Danveld, hcąc położyć koniec dalszej o tym rozmowie, żekł:

— Z waszą książęcą mością zdażyła się omyłka, kturąśmy nie ze strahu pżed krulem krakowskim, ale dla sprawiedliwości naprawili, a za graniczną swawolę mistż nasz nie może odpowiadać, bo ile jest krulestw na świecie, wszędy na granicah niespokojne duhy swawolą.

— To sam to gadasz, a sądu na Juranda wołasz. Czegoże hcecie?

— Sprawiedliwości i kary.

Książę zacisnął swe kościste pięści i powtużył:

— Bóg, daj mi cierpliwość!

— Nieh wasz książęcy majestat wspomni też i na to — muwił dalej Danveld — że nasi swywolnicy kżywdzą jeno świeckih i nienależącyh do niemieckiego plemienia ludzi, wasi zaś pżeciw niemieckiemu Zakonowi rękę podnoszą, pżez co samego Zbawiciela obrażają. A jakihże mąk i kar dosyć na kżywdzicieli Krzyża?

— Słuhaj! — żekł książę. — Bogiem nie wojuj, bo Go nie oszukasz!

I położywszy ręce na ramionah Krzyżaka, potżąsnął nim silnie, on zaś stropił się zaraz i począł łagodniejszym już głosem:

— Jeśli prawda, że goście pierwsi naszli Juranda i że nie odesłali ludzi, nie pohwalę im tego, ale czy istotnie Jurand pżyjął wyzwanie?

To żekłszy, począł patżeć na pana de Fourcy, mrugając pży tym nieznacznie oczyma, jakby mu hcąc dać do zrozumienia, żeby zapżeczył — lecz uw, nie mogąc czy nie hcąc tego uczynić, odżekł:

— Hciał, byśmy odesławszy ludzi, samotżeć się z nim potykali.

— Pewni jesteście?

— Na moją cześć! Ja i de Bergow zgodziliśmy się, ale Majneger nie pżystał.

Wtem książę pżerwał:

— Starosto ze Szczytna! Wy lepiej od innyh wiecie, że Jurand nie uhybił wyzwaniu.

Tu zwrucił się do wszystkih i żekł:

— Ktury by z was hciał go pozwać na pieszą alibo na konną walkę, daję na to pozwoleństwo. Jeśliby Jurand był zabit lub pojman, pan Bergow wyjdzie bez wykupu z niewoli. Więcej ode mnie nie żądajcie, bo nie wskuracie.

Lecz po tyh słowah zapadła cisza głęboka. I Hugo de Danveld, i Zygfryd de Löwe, i brat Rotgier, i brat Gotfryd, jakkolwiek mężni, zbyt dobże znali strasznego dziedzica Spychowa, by kturykolwiek z nih podjął z nim walkę na śmierć i życie. Mugł to uczynić hyba człowiek obcy, pohodzący z dalekih stron, jak de Lorche lub Fourcy, ale de Lorche nie był obecny pży rozmowie, zaś pan de Fourcy nadto pełen był jeszcze wewnętżnego pżerażenia.

— Raz go widziałem — mruknął z ciha — i nie hcę widzieć więcej.

Zaś Zygfryd de Löwe żekł:

— Zakonnikom nie wolno jest w pojedynczej walce się potykać, hyba za osobnym mistża i wielkiego marszałka pozwoleniem, ale my tu nie pozwoleństwa na walkę żądamy, jeno by de Bergow był z niewoli wypuszczon, a Jurand na gardle skaran.

— Nie wy prawa w tej ziemi stanowicie.

— Bośmy do tej pory cierpliwie ciężkie sąsiedztwo znosili. Ale mistż nasz potrafi wymieżyć sprawiedliwość.

— Zasię mistżowi i wam od Mazowsza!

— Za mistżem stoją Niemcy i cesaż rzymski.

— A za mną krul polski, kturemu więcej ziem i naroduw podlega.

— Czy wasza książęca mość hce wojny z Zakonem?

— Gdybym hciał wojny, nie czekałbym was na Mazowszu, jeno szedł ku wam, ale i ty mi nie groź, boć się nie boję.

— Cuż mam donieść mistżowi?

— Wasz mistż o nic nie pytał. Muw mu, co hcesz.

— Tedy sami wymieżym karę i pomstę.

Na to książę wyciągnął ramię i począł kiwać groźnie palcem pży samej tważy Krzyżaka.

— Waruj się! — żekł stłumionym pżez gniew głosem. — Waruj się! Jam ci pozwolił wyzwać Juranda, ale gdybyś z wojskiem zakonnym wdarł mi się do kraju, tedy na cię udeżę i więźniem, nie gościem, tu osiędziesz.

I widocznie cierpliwość jego była już wyczerpana, gdyż cisnął ze wszystkih sił czapkę o stuł i wyszedł z izby, tżasnąwszy dżwiami. Krzyżacy pobladli ze wściekłości, a pan de Fourcy spoglądał na nih jak błędny.

— Co tedy będzie? — spytał pierwszy brat Rotgier.

A Hugo de Danveld pżyskoczył niemal z pięściami do pana de Fourcy.

— Po coś powiedział, że wyście pierwsi naśli Juranda?

— Bo prawda!

— Tżeba ci było zełgać.

— Jam tu pżyjehał bić się, nie łgać.

— Tęgo się biłeś, ni słowa!

— A tyś to nie pomykał pżed Jurandem do Szczytna?

— Pax! — żekł de Löwe. — Ten ryceż jest gościem Zakonu.

— I wszystko jedno, co żekł — wtrącił brat Gotfryd. — Bez sądu nie skaraliby Juranda, a na sądzie żecz by musiała wyjść na wieżh.

— Co tedy będzie? — powtużył brat Rotgier.

Nastała hwila milczenia, po czym zabrał głos surowy i zawzięty Zygfryd de Löwe.

— Tżeba z tym krwawym psem raz skończyć! — żekł. — De Bergow musi być z więzuw wydobyty. Ściągniem załogi ze Szczytna, z Insburka, z Lubawy, wezwiem hełmińską szlahtę i udeżym na Juranda... Czas z nim skończyć!

Lecz pżebiegły Danveld, ktury umiał każdą żecz na obie strony rozważyć, założył ręce na głowę, namarszczył się i po namyśle żekł:

— Bez pozwolenia mistża nie można.

— Jeśli się uda, to mistż pohwali! — ozwał się brat Gotfryd.

— A jeśli się nie uda? Jeśli książę ruszy kopijnikuw i udeży na nas?

— Jest pokuj między nim i Zakonem: nie udeży!

— Ba! Jest pokuj, ale my go pierwsi naruszym. Załogi nasze pżeciw Mazurom nie wystarczą.

— To mistż ujmie się za nami i będzie wojna.

Danveld znuw się namarszczył i zamyślił:

— Nie! Nie! — żekł po hwili. — Jeśli się uda, mistż będzie w duhu rad... Pujdą posły do księcia, będą układy i ujdzie nam bezkarnie. Ale w razie klęski Zakon nie ujmie się za nami i wojny księciu nie wypowie... Innego by na to tżeba mistża... Za księciem stoi krul polski, a z nim mistż nie zadże...

— Wszelako wzięliśmy ziemię dobżyńską, to widać nie strah nam Krakowa.

— Bo były pozory... Opolczyk... Wzięliśmy niby zastaw, a i to...

Tu obejżał się naokuł i zniżonym głosem dodał:

— Słyszałem w Malborgu, iż gdyby wojną grozili, to byle nam zastaw wrucono, oddamy.

— Ah! — żekł brat Rotgier. — Gdyby tu między nami był Markwart Salzbach albo Szomberg, ktury szczenięta Witoldowe wydusił, ci znaleźliby radę na Juranda. Cuż Witold! Namiestnik Jagiełłów! Wielki kniaź, a pomimo tego Szombergowi nic... Wydusił Witoldowi dzieci i nic mu!... Zaprawdę, brak między nami ludzi, ktuży na wszystko potrafią znaleźć sposub...

Usłyszawszy to, Hugo de Danveld wsparł łokcie na stole, głowę na rękah i na długi czas zatopił się w rozmyślaniu. Nagle rozjaśniły mu się oczy, obtarł wedle zwyczaju wieżhem dłoni wilgotne, grube wargi i żekł:

— Błogosławiona nieh będzie hwila, w kturej wspomnieliście, pobożny bracie, imię mężnego brata Szomberga.

— Czemu tak? Zaliście coś obmyślili? — spytał Zygfryd de Löwe.

— Muwcie żywo! — zawołali bracia Rotgier i Gotfryd.

— Słuhajcie — żekł Hugo. — Jurand ma tu curkę, jedyne dziecko, kturą jako źrenicę oka miłuje.

— Ma! Znamy ją. Miłuje ją i księżna Anna Danuta.

— Tak. Otuż słuhajcie, gdybyście porwali tę dziewkę, Jurand oddałby za nią nie tylko Bergowa, ale wszystkih jeńcuw, siebie samego i Spychów w dodatku!

— Na krew świętego Bonifacego pżelaną w Dochum! — zawołał brat Gotfryd. — Byłoby tak, jako muwicie!

Po czym zamilkli, jakby pżestraszeni śmiałością i trudnościami pżedsięwzięcia.

Dopiero po hwili brat Rotgier zwrucił się do Zygfryda de Löwe:

— Rozum wasz i doświadczenie — żekł — ruwne są męstwu; co tedy o tym mniemacie?

— Mniemam, że sprawa warta rozwagi.

— Bo — muwił dalej Rotgier — dziewka jest pżyboczną księżny; ba, więcej, gdyż prawie curką umiłowaną. Pomyślcie, pobożni bracia, jaki powstanie hałas.

A Hugo de Danveld począł się śmiać.

— Samiście muwili — żekł — że Szomberg wytruł czy też wydusił Witoldowe szczenięta, i cuż mu za to? Hałas oni z byle pżyczyny podnoszą, ale gdybyśmy posłali mistżowi Juranda na łańcuhu, czeka nas pewniej nagroda niż kara.

— Tak — ozwał się de Löwe — sposobność do najazdu jest. Książę wyjeżdża, Anna Danuta zostaje tu jeno z dworskimi dziewki. Jednakże najazd na dwur książęcy w czasie pokoju: nie byle sprawa. Dwur książęcy nie Spychów. To znuw jak w Złotoryi! Znuw pujdą skargi do wszystkih krulestw i do papieża na gwałty Zakonu; znuw odezwie się z groźbą pżeklęty Jagiełło, a mistż... znacie go pżecie: rad on uhwyci, co się da hwycić, ale wojny z Jagiełłą nie hce... Tak! Kżyk się podniesie we wszystkih ziemiah Mazowsza i Polski.

— A tymczasem kości Juranda zbieleją na haku — odparł brat Hugo. — Kto wreszcie muwi wam, by ją tu z dworca spod boku księżny porywać?

— Pżecie nie z Ciechanowa, gdzie prucz szlahty jest tżystu łucznikuw.

— Nie. Ale zali Jurand nie może zahożeć i pżysłać ludzi po dziewkę. Nie wzbroni jej wtedy księżna jehać, a jeśli dziewka w drodze pżepadnie, kto powie wam lub mnie: „Tyś ją porwał!”.

— Ba! — odżekł zniecierpliwiony de Löwe. — Sprawcie, by Jurand zahożał i dziewkę wezwał...

Na to uśmiehnął się z tryumfem Hugo i odżekł:

— Mam ci ja u siebie złotnika, ktury z Malborga za złodziejstwo wypędzon w Szczytnie osiadł i ktury każdą pieczęć wyciąć potrafi; mam i ludzi, ktuży, hoć nasi poddani, z mazurskiego narodu pohodzą... Zali mnie jeszcze nie rozumiecie?...

— Rozumiem! — zawołał z zapałem brat Gotfryd.

A Rotgier podniusł dłonie do gury i żekł:

— Nieh ci Bóg szczęści, pobożny bracie, bo ni Markwart Salzbach, ni Szomberg nie znaleźliby lepszego sposobu.

Po czym pżymrużył oczy, jakby hciał dojżeć coś dalekiego.

— Widzę Juranda — żekł — jako z powrozem na szyi stoi pży Gdańskiej Bramie w Malborgu i jako kopią go nogami knehty nasze...

— A dziewka zostanie służką Zakonu — dodał Hugo.

Usłyszawszy to, de Löwe zwrucił oczy na Danvelda, on zaś udeżył się znuw wieżhem dłoni w usta i żekł:

— A teraz do Szczytna nam jak najprędzej!

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)