Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział dwudziesty pierwszy

Rozdział dwudziesty pierwszy

Biegli leśnicy poczęli pod wodzą wielkiego łowczego rozstawiać myśliwyh długim żędem na skraju polany, tak aby będąc sami w ukryciu, mieli pżed sobą pustą pżestżeń, ułatwiającą stżały z kusz i łukuw. Dwa krutsze boki polany obstawione były sieciami, za kturymi taili się borowi „nawrotnicy”, kturyh obowiązkiem było nawracać zwieża ku stżelcom lub, jeśli nie dając się spłoszyć, zaplątywał się w sieciah, dobijać go oszczepami. Niepżeliczone gromady Kurpiów, umiejętnie rozstawione w tak zwaną otokę, miały pędzić wszelkie żywe stwożenie z głębin leśnyh na polanę. Za stżelcami znuw znajdowała się sieć, rozpięta w tym celu, by zwież, ktury zdoła pżedżeć się pżez ih szereg, został nią powstżymany i w jej skrętah dobity.

Książę stanął w pośrodku szeregu w lekkim zagłębieniu, kture biegło pżez całą szerokość polany. Głuwny łowczy, Mrokota z Mocarzewa, wybrał mu to stanowisko, wiedząc, że tym właśnie wgłębieniem będzie pomykał pżed otoką najgrubszy zwież z puszczy. Sam książę miał w ręku kuszę, tuż pod bokiem pana stał oparty o dżewo ciężki oszczep, a nieco z tyłu tżymali się dwaj „brońcy” z toporami na ramionah, ogromni, do pni leśnyh podobni, ktuży prucz toporuw mieli jeszcze gotowe napięte kusze dla podania księciu w razie potżeby. Księżna i Jurandówna nie zsiadały z koni, albowiem nie zezwalał na to nigdy książę ze względu na niebezpieczeństwo od turuw i żubruw, pżed kturyh wściekłością łatwiej się było w razie wypadku hronić konno niż pieszo. De Lorche, lubo wezwany pżez księcia, aby zajął miejsce po prawej jego stronie, prosił, aby mu wolno było zostać dla obrony dam na koniu, i stał opodal księżny do długiego gwoździa podobny, z rycerską kopią, z kturej podrwiwali z ciha pod wąsem Mazurowie jako z broni mało na łowah pżydatnej. Natomiast Zbyszko wbił oszczep w śnieg, kuszę pżekręcił na plecy i stojąc pży koniu Danusi, podnosił ku niej głowę, hwilami szeptał do niej, a hwilami obejmował jej nogi i całował kolana, albowiem wcale się już pżed ludźmi ze swoją miłością nie krył.

Uspokoił się dopiero wuwczas, gdy Mrokota z Mocarzewa, ktury w puszczy ośmielał się i na samego księcia burczeć, nakazał mu groźnie milczenie.

Tymczasem daleko, daleko w głębi puszczy ozwały się rogi kurpieskie, kturym z polany odpowiedział krutko wżaskliwy głos kżywuły — po czym nastała cisza zupełna. Ledwie niekiedy zaskżeczała sujka w wieżhołkah sosen, niekiedy zakrakali jak kruki ludzie z otoki. Myśliwi wytężyli oczy na białą, pustą pżestżeń, na kturej wiatr poruszał oszronionym sitowiem i bezlistnymi kżami wikliny — każdy czekał z niecierpliwością, jaki też pierwszy zwież pojawi się na śniegu — w ogule zaś wrużono sobie łowy obfite i wspaniałe, gdyż puszcza roiła się od żubruw, turuw, dzikuw. Kurpie wykużyli też z barłoguw i kilka niedźwiedzi, kture zbudzone w ten sposub hodziły po gąszczah złe, głodne i czujne, domyślając się, że wkrutce pżyjdzie im stoczyć walkę nie o spokojny sen zimowy, ale o życie.

Tżeba było jednak czekać długo, gdyż ludzie, ktuży parli zwieża ku klamrom otoki i ku polanie, zajęli ogromny szmat boru i szli z tak daleka, że do uszu myśliwyh nie dohodziło nawet szczekanie psuw, kture zaraz po odezwaniu się trąb spuszczone zostały ze smyczy. Jeden z nih, spuszczony widocznie za wcześnie albo też włuczący się luzem za hłopami, ukazał się na polanie i pżebiegłszy ją całą z nosem ku ziemi, pżeszedł między myśliwcami. I znuw uczyniło się pusto i ciho, tylko nawrotnicy krakali ciągle jak krucy, dając w ten sposub znać, że wkrutce robota się rozpocznie.

Jakoż po upływie kilku pacieży na skraju pojawiły się wilki, kture jako najczujniejsze pierwsze usiłowały się wynieść z obieży. Było ih kilka. Ale wypadłszy na polanę i zawietżywszy wokuł ludzi, dały znuw nurka w bur, szukając widocznie innego wyjścia. Potem dziki wynużywszy się z kniei, poczęły biec długim, czarnym łańcuhem pżez zaśnieżoną pżestżeń, podobne z dala do swojskiej tżody hlewnej, ktura na wołanie gospodarnej niewiasty zdąża, tżęsąc uszyma, ku hacie. Ale łańcuh uw zatżymywał się, słuhał, wietżył — zawracał i znuw słuhał; wyboczył ku sieciom i poczuwszy nawrotnikuw, znuw puścił się ku myśliwym, hrapiąc, zbliżając się coraz ostrożniej, ale coraz bardziej, puki wreszcie nie rozległ się szczęk żelaznyh zastawnikuw pży kuszah, warkot grotuw i puki pierwsza krew nie splamiła białej, śnieżystej podścieli. Wuwczas rozległ się okżyk i stado rozproszyło się, jakby w nie piorun udeżył; jedne poszły na oślep pżed siebie, drugie żuciły się ku sieciom, inne poczęły biegać to w pojedynkę, to po kilka, mieszając się z innym zwieżem, od kturego zaroiła się tymczasem polana. Już też dohodziły wyraźnie do uszu głosy roguw, ujadanie psuw i daleki gwar ludzi idącyh w głuwnej ławie z głębi boru. Mieszkańcy leśni, odpędzani z bokuw pżez rozciągnięte szeroko w puszczy skżydła otoki, zapełniali coraz szczelniej leśną łąkę. Nic podobnego nie można było zobaczyć nie tylko w krajah zagranicznyh, ale nawet i w innyh ziemiah polskih, w kturyh nie było już takih puszcz jak na Mazowszu. Krzyżacy, hociaż bywali na Litwie, gdzie czasem zdażało się, że żubry, udeżając na wojsko, sprawiały w nim zamieszanie — dziwili się niepomału tej niezmiernej ilości zwieża, a zwłaszcza dziwił się pan de Lorche. Stojąc pży księżnie i dwurkah jak żuraw na straży, a nie mogąc się z żadną rozmuwić, począł on już był nudzić się, marznąć w swej żelaznej zbroi i mniemać, że łowy hybiły. Aż oto ujżał pżed sobą całe stada lekkonogih sarn, płowyh jeleni i łosiuw o łbah ciężkih, ukoronowanyh, pomieszane z sobą, wihżące po polanie, oślepione trwogą i szukające na prużno wyjścia. Księżna, w kturej na ten widok zagrała Kiejstutowa, ojcowska krew, wypuszczała grot za grotem w ową pstrą ciżbę, pokżykując z radości za każdym razem, gdy ugodzony jeleń lub łoś wspinał się w pędzie do gury, a następnie walił się ciężko i kopał śnieg nogami. Inne dwurki pohylały też często tważe ku kuszom, albowiem wszystkie ogarnął zapał myśliwski. Jeden tylko Zbyszko nie myślał o łowah, ale wsparłszy łokcie na kolanah Danusi, a głowę na dłoniah, patżył jej w oczy, ona zaś, na wpuł śmiejąca się, na wpuł zawstydzona, prubowała mu zamykać palcami powieki, niby nie mogąc takiego wzroku wytżymać.

Lecz uwagę pana de Lorche zwrucił ogromny, siwy na karku i łopatkah niedźwiedź, ktury niespodzianie wyhynął z szuwaruw w pobliżu stżelcuw. Książę stżelił do niego z kuszy, a następnie wypadł ku niemu z oszczepem i gdy zwież podniusł się, rycząc okropnie, na zadnie łapy — skłuł go na oczah całego dworu tak sprawnie i szybko, że żaden z dwu „brońcuw” nie potżebował użyć topora. Pomyślał tedy młody Lotaryńczyk, że jednak niewielu panuw, na dworah kturyh bawił po drodze, ważyłoby się na taką zabawę i że z takimi książęty i z takim ludem ciężką może Zakon mieć kiedyś pżeprawę i ciężkie pżeżyć godziny. Lecz w dalszym ciągu zobaczył skłute w ten sam sposub pżez innyh myśliwyh srogie, białokływe odyńce, ogromne, daleko większe i zacieklejsze od tyh, na kture polowano w lasah Niższej Lotaryngii i w puszczah niemieckih. Tak wprawnyh i dufnyh w siłę dłoni łowcuw ani też takih udeżeń oszczepem nie widział pan de Lorche nigdzie — co, jako człowiek bywały, tłumaczył sobie tym, że wszyscy ci wśrud niezmiernyh boruw siedzący ludzie pżywykają od dziecięcyh lat do kuszy i oszczepu — za czym i do większej w ih użyciu dohodzą od innyh biegłości. Polana usłała się wreszcie gęsto trupami wszelkiego rodzaju zwieżąt, lecz łowom daleko jeszcze było do końca. Owszem, najciekawsza, a zarazem najbardziej niebezpieczna ih hwila miała dopiero nadejść, gdyż otoka wparła właśnie na pustać kilkanaście żubruw i turuw. Hociaż w lasah tżymały się one zwykle osobno, szły teraz pomieszane razem, ale bynajmniej nie oślepłe z trwogi, raczej groźne niż pżerażone. Nie szły też zbyt szybko, jakby pewne w poczuciu okrutnej siły, że złamią wszelkie zapory i pżejdą — ziemia jednak zaczęła dudnić pod ih ciężarem. Brodate byki, idące na czele gromady ze łbami nisko nad ziemią, zatżymywały się hwilami, jakby rozważając, w kturą stronę udeżyć. Z potwornyh ih płuc wydobywał się głuhy ryk do podziemnego gżmotu podobny, z nozdżuw dymiło parą, a kopiąc śnieg pżednimi nogami, zdawały się upatrywać spod gżyw krwawymi oczyma ukrytego niepżyjaciela.

Tymczasem nawrotnicy podnieśli ogromny kżyk, kturemu od strony głuwnej ławy i od skżydeł otoki odpowiedziały setki gromkih głosuw; zawżały rogi i piszczałki; zadrżała puszcza aż hen do najdalszyh głębin, a jednocześnie wypadły na polanę ze strasznym harmidrem goniące po tropie psy kurpieskie. Widok ih wprawił w mgnieniu oka we wściekłość samice mające pży sobie młode. Idące dotąd z wolna stado rozproszyło się w szalonym pościgu po całej polanie. Jeden z turuw, płowy, olbżymi, niemal potworny byk, ogromem żubry pżenoszący, puścił się w ciężkih skokah ku szeregowi stżelcuw, zawrucił ku prawej stronie polany, po czym ujżawszy o kilkadziesiąt krokuw między dżewami konie, zatżymał się i hucząc, począł orać nogami ziemię, jakby podniecając się do skoku i walki.

Na ten straszny widok nawrotnicy podnieśli kżyk jeszcze większy, w szeregu zaś myśliwyh ozwały się pżeraźliwe głosy: „Księżna, księżna! Ratujcie panią!”. Zbyszko porwał za utkwiony w śniegu oszczep i skoczył na skraj lasu, za nim skoczyło kilku Litwinów gotowyh zginąć w obronie curki Kiejstuta — a wtem zgżytnęła w rękah pani kusza, zaświszczał grot i pżeleciawszy ponad shylonym łbem zwieżęcia, utkwił w jego karku.

— Dostał! — zawołała księżna. — Nie pujdzie...

Ale dalsze jej słowa zgłuszył ryk tak straszliwy, że aż konie pżysiadły na zadah. Tur żucił się jak buża wprost na panią, lecz nagle z nie mniejszym pędem wypadł spomiędzy dżew mężny pan de Lorche i pohylony na koniu, z kopią wyciągniętą jak na rycerskim turnieju, runął wprost na zwieża.

Obecni ujżeli pżez jedno mgnienie oka kopię utkwioną w karku byka, ktura wnet wygięła się jak pałąk i prysła w drobne złamki, za czym olbżymi rogaty łeb zniknął całkiem pod bżuhem konia pana de Lorche i zanim kto z obecnyh zdołał wykżyknąć, i rumak, i jeździec wylecieli jak z procy w powietże.

Koń, spadłszy na bok, począł bić w pżedśmiertnyh drgawkah nogami, oplątując je we własne wyprute tżewia, pan de Lorche leżał w pobliżu bez ruhu, podobny na śniegu do żelaznego klina, tur zaś zdawał się pżez hwilę wahać, czy nie pominąć ih i nie udeżyć na inne konie, lecz mając tuż pżed sobą te pierwsze ofiary, zwrucił się znuw ku nim i jął pastwić się nad nieszczęsnym rumakiem, gniotąc go łbem i ożąc z wściekłością rogami jego otwarty bżuh.

Z boru jednakże sypnęli się ludzie na ratunek obcego ryceża. Zbyszko, kturemu hodziło o ohronę księżny i Danusi, dobiegł pierwszy i wbił ostże oszczepu pod łopatkę zwieżęcia. Lecz udeżył z takim rozmahem, że oszczep pży nagłym zwrocie tura pękł mu w ręku, on sam zaś upadł tważą w śnieg. „Zginął! Zginął!” — ozwały się głosy biegnącyh z pomocą Mazurów. Tymczasem łeb byka pokrył Zbyszka i pżycisnął go do ziemi. Od strony księcia już, już nadbiegali dwaj potężni „brońcy” — byliby jednak pżybyli za puźno, gdyby na szczęście nie upżedził ih darowany pżez Jagienkę Zbyszkowi Czech Hlawa. Ten dopadł pżed nimi i podniusłszy oburącz szeroki topur, ciął w pohylony kark tura tuż za rogami.

Cięcie było tak straszne, że zwież runął jak gromem rażony z pżerąbanymi kręgami i łbem niemal do połowy odwalonym; lecz padając, pżygniutł Zbyszka. Obaj „brońcy” odciągnęli w mgnieniu oka potworne cielsko, a tymczasem księżna i Danusia zeskoczywszy z koni, nadbiegły, nieme z pżerażenia, do rannego młodzianka. On zaś blady, cały zalany krwią tura i własną, podniusł się nieco, sprubował wstać, ale zahwiał się, upadł na kolana i wsparłszy się na ręku, zdołał pżemuwić jedno tylko słowo:

— Danuśka...

Po czym wyżucił krew ustami i ciemności objęły mu głowę. Danusia hwyciła go pżez plecy za ramiona, ale nie mogąc go utżymać, poczęła kżyczeć o ratunek. Jakoż otoczono go ze wszystkih stron, tarto śniegiem, wlewano wino do ust, wreszcie łowczy Mrokota z Mocarzewa rozkazał położyć go na opończy i tamować krew za pomocą miękkih hubek borowyh.

— Żyw będzie, jeśli jeno ziobra, nie pacieże, ma połamione — żekł, zwracając się do księżny.

Wszelako inne dwurki zajęły się pży pomocy myśliwcuw ratunkiem pana de Lorche. Obracano nim na wszystkie strony, szukając na zbroi dziur lub wgięć uczynionyh pżez rogi byka, ale prucz śladuw śniegu, ktury wbił się między złożenia blah, nie można było znaleźć innyh. Tur mścił się głuwnie na koniu, ktury leżał obok już martwy, mając pod bżuhem wszystkie swe wnętżności, pan de Lorche zaś nie był ugodzon. Omdlał tylko wskutek upadku — i jak się pokazało puźniej, rękę prawą miał ze stawu wybitą. Teraz jednak, gdy zdjęto mu hełm i wlano do ust wina, wnet otwożył oczy, opżytomniał — i widząc pohylone nad sobą zatroskane tważe dwuh młodyh i hożyh dwurek, żekł po niemiecku:

— Pewniem już w raju i aniołowie są nade mną?

Dwurki nie zrozumiały wprawdzie tego, co powiedział, ale rade, że ożył i pżemuwił, poczęły się do niego uśmiehać i pży pomocy myśliwcuw podniosły go z ziemi, on zaś jęknął, poczuwszy bul w prawej ręce, lewą wsparł się na ramieniu jednego z „aniołuw” — i pżez hwilę stał nieruhomo, bojąc się kroku postąpić, gdyż nie czuł się pewny w nogah. Za czym powiudł mętnym jeszcze wzrokiem po pobojowisku: ujżał płowe cielsko tura, kture z bliska wydawało się potwornie wielkie, ujżał łamiącą ręce nad Zbyszkiem Danusię — i samego Zbyszka na opończy.

— Ten to ryceż pżybył mi z pomocą? — zapytał. — Żywy-li?

— Ciężko pobit — odpowiedział jeden z umiejącyh po niemiecku dwożan.

— Nie z nim, ale za niego będę się odtąd potykał! — żekł Lotaryńczyk.

Lecz w tej hwili książę, ktury popżednio stał nad Zbyszkiem, zbliżył się do niego i począł go wysławiać: że swoim śmiałym postępkiem ohronił od srogiego niebezpieczeństwa księżnę i inne niewiasty, a może i życie im ocalił — za co, prucz rycerskih nagrud, otoczy go hwała u ludzi, ktuży teraz żyją, i u potomnyh.

— W dzisiejszyh zniewieściałyh czasah — żekł — coraz mniej prawyh ryceży jeździ po świecie, bądźcie mi więc gościem jako najdłużej albo i całkiem na Mazowszu ostańcie, gdzie łaskę moją jużeście zdobyli, a miłość ludzką ruwnież łatwie cnymi uczynkami zdobędziecie!

Rozpływało się od takih słuw hciwe na sławę serce pana de Lorche, gdy zaś pomyślał, że tak pżeważnego czynu rycerskiego dokonał i na takie pohwały zarobił w owyh dalekih ziemiah polskih, o kturyh tyle dziwnyh żeczy opowiadano na Zachodzie — z radości nie czuł prawie wcale bulu w zwihniętym ramieniu. Rozumiał, że ryceż, ktury na dwoże brabanckim lub burgundzkim będzie mugł opowiedzieć, iż na łowah ocalił życie księżnie mazowieckiej, będzie hodził w hwale jak w słońcu. Pod wpływem tyh myśli hciał nawet zaraz iść do księżny i na klęczkah jej wierne służby ślubować, ale i sama pani, i Danusia zajęte były Zbyszkiem.

Uw opżytomniał znowu na hwilę, ale tylko uśmiehnął się do Danusi, podniusł dłoń do pokrytego zimnym potem czoła i zaraz powturnie omdlał.

Doświadczeni łowcy widząc, jak zawarły się pży tym jego ręce, a usta pozostały otwarte, muwili między sobą, że nie wyżyje, lecz doświadczeńsi jeszcze Kurpie, z kturyh niejeden nosił na sobie ślady niedźwiedzih pazuruw, dziczyh kłuw lub żubżyh roguw, lepszą czynili nadzieję, twierdząc, że rug tura obsunął się między żebrami ryceża, że może jedno z nih albo dwa są złamane, ale kżyż cały, gdyż inaczej nie mugłby się młody pan ani na hwilę pżypodnieść. Pokazywali też, że w miejscu, gdzie upadł Zbyszko, była jakby zaspa śnieżna i to właśnie go ocaliło — albowiem zwież, pżycisnąwszy go międzyrożem, nie podołał zgnieść mu do szczętu piersi ni kżyża. Nieszczęściem lekaż książęcy, ksiądz Wyszoniek z Dziewanny, nie był na łowah, hoć zwykle na nih bywał, albowiem zajęty był tym razem wypiekaniem opłatkuw we dwoże. Skoczył po niego, dowiedziawszy się o tym, Czech, tymczasem jednak ponieśli Kurpie Zbyszka na opończy do książęcego dworu. Danusia hciała iść pży nim piehotą, lecz księżna spżeciwiła się temu, albowiem droga była daleka i w parowah leśnyh leżały już głębokie śniegi, hodziło zaś o pośpieh. Starosta kżyżacki, Hugo de Danveld, pomugł więc dziewczynie siąść na koń, a następnie jadąc pży niej, tuż za ludźmi, ktuży nieśli Zbyszka, żekł po polsku pżyciszonym głosem, tak aby pżez nią tylko mugł być słyszany:

— Mam w Szczytnie cudowny balsam gojący, ktury od pewnego pustelnika w Hercyńskim Lesie dostałem i ktury mugłbym we tżeh dniah sprowadzić.

— Bóg wam wynagrodzi, panie! — odpowiedziała Danusia.

— Bóg zapisuje każdy miłosierny uczynek, ale czy mam i od was spodziewać się zapłaty?

— Jakoż mogę wam zapłacić?

Krzyżak pżysunął się bliżej z koniem, widocznie hciał coś muwić, ale się zawahał i dopiero po hwili żekł:

— W Zakonie, prucz braci, są i siostry... Jedna z nih pżywiezie balsam gojący, a wtedy powiem o zapłacie.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)