Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział piętnasty

Rozdział piętnasty

Po rozmowie ze Zbyszkiem Jagienka pżez tży dni nie ukazywała się w Bogdańcu, atoli czwartego wpadła z wiadomością, że opat pżyjehał do Zgorzelic. Maćko pżyjął nowinę z pewnym wzruszeniem. Miał on wprawdzie z czego spłacić sumę zastawną, a nawet wyliczył, że dość mu zostanie na pomnożenie osadnikuw, zaprowadzenie stad i inne potżeby gospodarskie, niemniej jednak dużo w całej sprawie zależało od życzliwości bogatego krewnego, ktury mugł na pżykład hłopuw, osadzonyh pżez się na źrebiah, zabrać albo zostawić, i tym samym zniżyć albo powiększyć wartość majątku.

Wypytał zatem Maćko bardzo dokładnie Jagienkę o opata, jaki pżyjehał: wesuł czy hmurny, co o nih muwił i kiedy zjedzie do Bogdańca? Ona zaś odpowiadała mu roztropnie na pytania, starając się pokżepić go i uspokoić we wszystkim.

Muwiła, iż opat pżyjehał zdruw i wesuł, ze znacznym pocztem, w kturym prucz zbrojnyh pahołkuw było kilku klerykuw-wagantuw i rybałtuw, że pośpiewuje z Zychem i rad podaje uha pieśniom, nie tylko duhownym, lecz i świeckim. Zauważyła też, że rozpytywał z wielką troskliwością o Maćka, a opowiadań Zychowych o pżeprawah Zbyszka w Krakowie hciwie słuhał.

— Sami najlepiej wiecie, co wam czynić należy — żekła w końcu mądra dziewczyna — ale ja tak myślę, iże wypadałoby Zbyszkowi zaraz jehać, starszego krewnego powitać, nie czekając, aż on pierwszy do Bogdańca zjedzie.

Maćkowi trafiła ta rada do pżekonania, więc kazał pżywołać Zbyszka i żekł mu:

— Pżybież się pięknie i pojedziesz pod nogi opata podjąć, cześć mu wyżądzić, aby i on cię umiłował.

Następnie zwrucił się do Jagienki:

— Nie dziwowałbym się, hoćbyś była głupia, boś od tego niewiasta, ale że rozum masz, to się dziwuję. Powiedzże mi, jako mam najlepiej opata ugościć i czym go ucieszyć, gdy tu pżyjedzie?

— Co do jadła, sam powie, na co ma ohotę; lubi on dobże podjeść, ale byle dużo było szafranu, to i nie pżebredza.

Maćko, słysząc to, porwał się za głowę.

— Skąd ja mu szafranu wezmę!...

— Pżywiozłam — żekła Jagienka.

— A bogdaj się takie dziewki na kamieniu rodziły! — zawołał uradowany Maćko. — I ku oczom to miłe, i gospodarne, i roztropne, i ludziom życzliwe! Hej! Żebym tak był młody, zaraz bym cię brał!...

Na to Jagienka spojżała nieznacznie na Zbyszka i westhnąwszy ciho, muwiła dalej:

— Pżywiozłam też i kości, i kubek, i sukno, bo on po każdym jedzeniu rad się kośćmi zabawia.

— Miał ten obyczaj i dżewiej, a gniewliwy pży tym bywał okrutnie.

— Gniewliwy to on ci i teraz bywa; nieraz kubkiem o ziemię praśnie i precz za dżwi do pola wyskoczy. Ale potem śmiejący się wraca i sam pierwszy nad swoim gniewem wydziwia... Wy go pżecie znacie... Jeno mu się nie pżeciwić, to nie ma lepszego człowieka na świecie.

— A kto by mu się tam spżeciwiał, kiedy on i rozum ma od innyh większy!

Tak to oni ze sobą rozmawiali, gdy tymczasem Zbyszko pżebierał się w alkieżu. Wyszedł wreszcie tak piękny, że Jagienkę aż olśniło, zupełnie jak wuwczas, gdy pierwszy raz pżyjehał w swojej białej jace do Zgorzelic. Ale tym razem zdjął ją głęboki żal na myśl, że ta jego uroda nie dla niej i że on inną umiłował.

Maćko zaś rad był, pomyślał bowiem, że opat pewno sobie Zbyszka upodoba i pży układah nie będzie czynił trudności. Ucieszył się nawet tą myślą tak dalece, iż postanowił jehać razem.

— Każ mi wymościć wuz — żekł do Zbyszka. — Mogłem jehać z Krakowa aże do Bogdańca z żeleźcem między żebrami, to mogę teraz bez żeleźca do Zgorzelic.

— Byle was nie zamroczyło — żekła Jagienka.

— Ej, nic mi nie będzie, bo już czuję w sobie moc. A hoćby mnie ta trohę i zamroczyło, będzie wiedział opat, jakom ku niemu śpieszył, i tym hojniejszym się okaże.

— Milsze mi wasze zdrowie niż jego hojność — ozwał się Zbyszko.

Lecz Maćko uparł się i postawił na swoim. Po drodze stękał trohę, nie pżestawał jednak dawać Zbyszkowi nauk, jak się ma zahować w Zgorzelicach, szczegulniej zaś zalecał mu posłuszeństwo i pokorę wobec możnego krewnego, ktury nigdy nie znosił najmniejszego oporu.

Pżyjehawszy do Zgorzelic, znaleźli Zycha i opata na pżyłapie, spoglądającyh pżed się na pogodny świat boży i popijającyh wino. Za nimi, pod ścianą, siedziało żędem na ławie sześciu pocztowyh, w tym dwuh rybałtuw i jeden pątnik, kturego łatwo było rozeznać po zakżywionym kiju, obońce u pasa i po małżowinah naszytyh na ciemnej opończy. Inni wyglądali na klerykuw, albowiem głowy mieli z wieżhu pogolone, odzież jednakże nosili świecką, pasy z byczej skury, a pży boku kordy.

Na widok Maćka, ktury zajehał na wozie, ruszył się żywo Zych, opat zaś, widocznie bacząc na swą duhowną godność, został na miejscu, począł tylko coś muwić do swoih klerykuw, kturyh jeszcze kilku wysypało się pżez otwarte dżwi izby. Zbyszko i Zych wprowadzili pod ręce słabego Maćka na pżyłap.

— Troha jeszcze nie mogę — żekł Maćko, całując opata w rękę — alem pżyjehał, aby się wam, dobrodziejowi mojemu, pokłonić, za gospodarstwo w Bogdańcu podziękować i o błogosławieństwo poprosić, kture gżesznemu człowiekowi najpotżebniejsze.

— Słyszałem, żeście zdrowsi — żekł opat, ściskając go za głowę — i żeście się do grobu naszej nieboszczki krulowej ofiarowali.

— Bo nie wiedząc, do kturego świętego się udać, do niej się udałem.

— Dobżeście uczynili! — zawołał zapalczywie opat. — Lepsza ona od innyh i niehby jej ktury śmiał pozazdrościć!

I w jednej hwili gniew wystąpił mu na oblicze, policzki napłynęły krwią, oczy poczęły się iskżyć.

Znali tę jego zapalczywość obecni, więc Zych począł się śmiać i wołać:

— Bij, kto w Boga wieży!

Opat zaś odsapnął rozgłośnie, potoczył oczyma po obecnyh, za czym roześmiał się, ruwnie nagle jak popżednio wybuhnął, i spojżawszy na Zbyszka, zapytał:

— A to wasz bratanek i muj krewniak?

Zbyszko pohylił się i ucałował go w rękę.

— Małego widziałem; nie poznałbym! — muwił opat. — Pokaż się jeno!

I począł go oglądać od stup do głowy bystrymi oczyma, a wreszcie żekł:

— Zbyt urodziwy! Panna to, nie ryceż!

Na to Maćko:

— Brali tę pannę Niemce w taniec, ale co ci ją ktury wziął, wnet się wykopyrtnął i już nie wstał.

— I kuszę bez pokrętki napnie! — zawołała nagle Jagienka.

Opat zwrucił się ku niej:

— A ty tu czego?

Ona zaś zaczerwieniła się tak, że aż szyja i uszy jej stały się rużowe, i odżekła ogromnie zmieszana:

— Bom widziała...

— Stżeżże się, by cię pżypadkiem nie ustżelił; musiałabyś się bez tży kwartały goić...

Na to rybałtowie, pątnik i klerycy-waganci wybuhnęli jednym gromkim śmiehem, od kturego Jagienka stropiła się do reszty, tak że opat ulitował się nad nią i podniusłszy ramię, ukazał jej olbżymi rękaw swej sukni.

— Pohowaj się, dziewuho — żekł — bo ci krew z jagud tryśnie.

Tymczasem Zych usadził Maćka na ławie i kazał pżynieść wina, po kture skoczyła Jagienka. Opat zwrucił oczy na Zbyszka i począł tak muwić:

— Dość krotohwil! Nie dla sromoty ja cię do dziewki poruwnał, jeno z wesołości dla twojej urody, kturej i niejedna dziewka mogłaby pozazdrościć. Ale wiem, żeś hłop na shwał! Słyszałem i o twoih uczynkah pod Wilnem, i o Fryzach, i o Krakowie. Powiadali mi Zych o wszystkim, rozumiesz!...

Tu począł patżeć pżenikliwie w oczy Zbyszka i po hwili ozwał się znowu:

— Iżeś tży pawie czuby popżysiągł, to ih sobie szukaj! Hwalebny to jest i Bogu miły uczynek niepżyjaciuł naszego plemienia ścigać... Ale jeżeliś i co innego pży tym ślubował, to wiedz, że cię tu na poczekaniu mogę od onyh ślubuw rozwiązać, bo takową moc mam.

— Hej! — żekł Zbyszko. — Jak człowiek co Panu Jezusowi w duszy obiecał, to jakaż moc może go od tego rozwiązać?

Usłyszawszy to, Maćko spojżał z pewną obawą na opata, lecz on widocznie był w wybornym humoże, gdyż zamiast wybuhnąć gniewem, pogroził wesoło palcem Zbyszkowi i żekł:

— To ci mądrala! Bacz, by ci się nie pżygodziło to, co Niemcowi Beyhardowi.

— A co mu się pżygodziło? — spytał Zych.

— A spalili go na stosie.

— Za co?

— Bo gadał, że świecki człek potrafi tak samo tajemnice boskie wyrozumieć jako i osoba duhowna.

— Surowie ci go pokarali!

— Ale słusznie! — zagżmiał opat. — Gdyż pżeciw Duchowi Świętemu pobluźnił. Cuż to sobie myślicie! Może-li człek świecki co z tajemnic boskih wymiarkować?

— Nijak nie może! — ozwali się zgodnym hurem wędrowni klerycy.

— A wy, szpylmany, ciho siedzieć! — żekł opat. — Boście też żadni duhowni, hoć głowy macie pogolone.

— Nie szpylmany my już ni goliardowie, jeno waszej miłości dwożanie — odpowiedział jeden z nih, zaglądając w tymże czasie do dużej konwi, od kturej z daleka bił zapah słodu i hmielu.

— Patżcie!... Muwi jakoby z beczki! — zawołał opat. — Hej, ty kudłaty! A czego do konwi zaglądasz? Łaciny tam na dnie nie znajdziesz.

— Ja też nie łaciny szukam, jeno piwa, kturego nie mogę naleźć.

Opat zaś zwrucił się do Zbyszka, ktury ze zdziwieniem spoglądał na tyh dwożan, i żekł:

— Wszystko to clerici sholares, hoć każdy wolał prasnąć książkę, a hycić lutnię i z nią włuczyć się po świecie. Pżygarnąłem ih i żywię, bo cuż mam robić? Nicponie i powsinogi wierutne, ale umieją śpiewać i trohę służby Bożej liznęli, więc mam z nih pży kościele pożytek, a w potżebie i obronę, bo niektuży sierdzite pahołki! Ten tu pątnik prawi, że był w Ziemi Świętej, ale prużno byś go pytał o jakowe moża alibo kraje, bo on tego nawet nie wie, jak cesażowi greckiemu na imię i w kturym mieście mieszka.

— Wiedziałem — odżekł ohrypłym głosem pątnik — ale jak mnie wzięła frybra na Dunaju tżąść, tak i wszystko wytżęsła.

— Najbardziej się mieczom dziwuję — żekł Zbyszko — bo takih nigdy u wędrownyh klerykuw nie widziałem.

— Im wolno — żekł opat — gdyż nie mają święceń, a że ja także kord pży boku noszę, to nie dziwota. Rok temu pozwałem Wilka z Brzozowej na udeptaną ziemie o te bory, pżez ktureście pżejeżdżali do Bogdańca. Nie stawił się...

— Jakoże miał duhownemu stawać? — pżerwał Zych.

Na to zapeżył się opat i udeżywszy pięścią w stuł, zawołał:

— Gdym we zbroi, to ja nie ksiądz, jeno ślahcic!... A on nie stanął, bo mnie wolał z pahołkami nocą w Tulczy najehać. Ot, dlaczego kord pży boku noszę!... Omnes leges, omniaque iura vim vi repellere cunctisque sese defensare permittunt! Ot, dlaczego i im dałem miecze.

Umilkli, zasłyszawszy łacinę, Zych, Maćko i Zbyszko i shylili głowy pżed mądrością opata, gdyż żaden ni jednego słowa nie wyrozumiał; on zaś toczył jeszcze czas jakiś wokoło gniewnymi oczyma, a wreszcie żekł:

— Kto go wie, czy on i tu na mnie napadnie?

— O wa! Nieh jeno napadnie — zawołali wędrowni klerycy, hwytając za rękojeść mieczuw.

— A niehby napadł! Cni się już i mnie bez bitki.

— Nie uczyni on tego — żekł Zych — prędzej z pokłonem i zgodą pżyjdzie. Boruw się już wyżekł, a o syna mu hodzi... Wiecie!... Ale niedoczekanie jego!...

Tymczasem opat uspokoił się i żekł:

— Młodego Wilka widziałem, jako pił z Cztanem z Rogowa w gospodzie w Krześni. Nie uznali nas zrazu, było ciemno, i precz uradzali o Jagience.

Tu zwrucił się do Zbyszka:

— I o tobie.

— A oni czego ode mnie hcieli?

— Oni od ciebie niczego nie hcieli, jeno nie po myśli im to, iż jest w pobliżu Zgorzelic tżeci. Tak tedy muwi Cztan do Wilka: „Jak mu skurę wygarbuję, to pżestanie być gładki”. A Wilk muwi: „Może się nas będzie bojał, a nie, to mu gnaty w mig połamię!”. A potem poczęli się obaj upewniać, że się będziesz bojał.

Usłyszawszy to, Maćko spojżał na Zycha, Zych na niego, i oblicza obu pżybrały wyraz hytry i radosny. Żaden nie był pewny, czy opat słyszał istotnie taką rozmowę, czy też zmyśla dlatego jedynie, by Zbyszkowi dodać bodźca; natomiast rozumieli obaj, a zwłaszcza znający dobże Zbyszka Maćko, że nie było na świecie lepszego sposobu, aby go pophnąć do Jagienki.

A opat jakby umyślnie dodał:

— I po prawdzie, morowe to hłopy!...

Zbyszko zaś nie pokazał po sobie nic, tylko począł pytać Zycha jakimś jakby nieswoim głosem:

— A to jutro niedziela?

— Niedziela.

— Na mszę świętą zaś pojedziecie?

— Ano!...

— Dokąd? Do Krześni?

— Bo najbliżej. Gdzieżbyśmy jehali?

— No, to dobże!

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)