Tom I, rozdział tżynasty
Rozdział tżynasty
Jagienka sama wytopiła duży garnek niedźwiedziego sadła, kturego pierwszą kwartę wypił Maćko z ohotą, albowiem było świeże, niepżypalone i miało zapah dzięgielu, kturego znająca się na lekah dziewczyna dożuciła w miarę do garnka. Pokżepił się też zaraz Maćko na duhu i nabrał nadziei, że wyzdrowieje.
— Tego mi było tżeba — muwił. — Jak się w człeku wszystko godnie wytłuści, to się może i ta, psia mać, dżazga kturędy wypsnie.
Następne kwarty nie smakowały mu jednak tak dobże jak pierwsza, ale pił pżez rozum. Jagienka dodawała mu też otuhy, muwiąc:
— Będziecie zdrowi. Biludowi z Ostroga wbili ogniwa od kolczugi głęboko pod karkiem, a od sadła mu wyszły. Jeno jak się rana otwoży, tżeba skromem bobrowym zatykać.
— A skrom masz?
— Mamy. Jeśli zasie świeżego będzie tżeba, to pujdziem ze Zbyszkiem do żeremiuw. O bobra nietrudno. Ale nie wadziłoby także, żebyście jakiemu świętemu co pżyobiecali, takiemu, ktury jest patronem od ran.
— Mnie już to pżez głowę pżehodziło, tylko że nie wiem dobże: kturemu? Święty Jerzy jest patronem ryceżuw: on ci stżeże wojennika od pżygody i wżdy męstwa we wszelakiej potżebie mu pżydawa, a powiadają, że często osobą własną po sprawiedliwej stronie staje i niemiłyh Bogu bić pomaga. Ale taki, co sam rad bije, żadko rad sam smaruje, i od tego może być inny, kturemu on nie będzie hciał whodzić w drogę. Każdy święty ma w niebie swuj użąd i swoją gospodarkę, to się wie! A jeden do drugiego nigdy się nie miesza, bo z tego mogłyby niezgody wyniknąć, w niebie zaś nie pżystoi się świętym wadzić alibo się potykać... Są Kosma i Damian, też wielcy święci, do kturyh się medycy modlą o to, by horubska na świecie nie wyginęły, gdyż inaczej nie mieliby co jeść. Jest także święta Apolonia od zębuw i święty Liboriusz od kamienia, ale to wszystko nie to! Pżyjedzie opat, to mi powie, do kogo mam się udać, bo i nie byle kleryk wszystkie tajemnice boskie posiadł, i nie każdy takie żeczy wie, hociaż ma głowę wygoloną.
— A żebyście samemu Panu Jezusowi ślubowali.
— Pewnie, że On nad wszystkimi. Ale to byłoby tak, jakoby mi, nie pżymieżając, twuj ojciec hłopa pobił, a ja bym do Krakowa do krula na skargę jehał. Co by mi ta krul powiedział? Powiedziałby tak: „Ja nad całym Królestwem gospodaż, a ty do mnie z twoim hłopem pżyhodzisz! A to nie masz użęduw? Nie możesz iść do grodu, do mojego kasztelana i pośżednika?”. Pan Jezus jest gospodażem nad całym światem, rozumiesz? A od mniejszyh spraw ma świętyh.
— To ja wam powiem — żekł Zbyszko, ktury nadszedł na koniec rozmowy. — Ślubujcie naszej nieboszczce krulowej, że jeśli się za wami pżyczyni, to pielgżymkę do Krakowa, do jej grobu odprawicie. Albo to się tam mało cuduw już w naszyh oczah pżygodziło? Po co obcyh świętyh szukać, kiedy jest swoja Pani od innyh lepsza.
— Ba! Żebym to wiedział, że ona od ran!
— A hoćby ta i nie była od ran! Nie będzie się śmiał na nią skżywić byle święty, a skżywi się, to jeszcze sam od Pana Boga oberwie, boć to pżecie nie żadna zwyczajna nawojka, ale krulowa polska...
— Ktura w ostatku pogańską krainę do kżeścijańskiej wiary pżywiodła. Toś mądże żekł — odpowiedział Maćko. — Wysoko ona tam musi siadać w boskim wiecu i pewno, że lada pahołek pżeciw niej nie wskura. Tak też uczynię, jak radzisz, żebym tak zdruw był!
Rada ta podobała się i Jagience, ktura nie mogła opżeć się podziwieniu dla Zbyszkowego rozumu, a Maćko uczynił uroczysty ślub tego samego wieczora i odtąd z większą jeszcze otuhą pił niedźwiedzie sadło, wyglądając z dnia na dzień niehybnego uzdrowienia. Po tygodniu jednak począł tracić nadzieję. Muwił, że sadło „buży” mu w żywocie, a na skuże, wedle ostatniego żebra, coś mu rośnie jakoby guz. Po dziesięciu dniah było jeszcze gożej: guz urusł i poczerwieniał, a sam Maćko zesłabł bardzo, i gdy pżyszła gorączka, począł znuw gotować się na śmierć.
Aż pewnej nocy zbudził nagle Zbyszka:
— Zapal wartko łuczywo — żekł — bo cości się dzieje ze mną, ale nie wiem, czy co dobrego, czy złego.
Zbyszko zerwał się na ruwne nogi i nie kżesząc ognia, rozdmuhał w pżyległej do komory izbie ognisko, zapalił od niego smolną szczypkę i wrucił.
— Co z wami?
— Co ze mną! Guz mi coś pżebodło, pewno zadziora! Tżymam ci ją, ale wydobyć nie mogę! Czuję jeno, jako mi pod pazdurami bżęka i zbyrczy...
— Zadziora! Nic innego. Hyćcie dobże i ciągnijcie.
Maćko jął się pżekręcać i syczeć z bulu, ale tkał palce coraz głębiej, puki nie objął dobże twardego pżedmiotu: wreszcie szarpnął i wyciągnął.
— O Jezu!
— Jest? — spytał Zbyszko.
— Jest. Aż na mnie zimne poty udeżyły. Ale jest: patżaj!
To żekłszy, pokazał Zbyszkowi podługowatą, ostrą dżazgę, ktura się była od źle ukutego grotu odłupała i od kilku miesięcy tkwiła w ciele.
— Hwała Bogu i krulowej Jadwidze! Teraz będziecie zdrowi.
— Może, że mi ulżyło, ale okrutnie boli — muwił Maćko, wyciskając guz, z kturego poczęła wypływać obficie krew pomieszana z ropą. — Tyle będzie tego paskudztwa w człeku mniej, to i musi horość popuścić. Jagienka muwiła, że teraz tżeba będzie skromem bobrowym zatykać.
— Pujdziemy po bobra zaraz jutro.
Maćkowi jednakże zrobiło się zaraz nazajutż znakomicie lepiej. Spał do puźna, a zbudziwszy się, wołał o jedzenie. Na niedźwiedzie sadło nie mugł już patżeć, ale za to rozbito mu dwadzieścia jaj do rynki, gdyż na więcej nie hciała pżez ostrożność Jagienka pozwolić. On zaś spożył je łapczywie wraz z pułbohenkiem hleba i popił garncem piwa, po czym jął wołać, by mu pżywiedli Zycha, bo mu się uczyniło wesoło.
Posłał więc Zbyszko jednego ze swoih Turczynków darowanyh pżez Zawiszę po Zycha, ktury siadł na koń i pżyjehał po południu, właśnie wtedy, kiedy młodzi wybierali się do Odstajanego jeziorka po bobry. Było z początku śmiehu, żartuw i śpiewania pży miodzie bez miary, ale puźniej staży poczęli rozmawiać o dzieciah i wyhwalać każdy swoje.
— Co to za hłop Zbyszko! — muwił Maćko. — To takiego drugiego na świecie nie ma. A mężne to, a wartkie jako ryś, a sprawne. Wiecie! Jak go na śmierć w Krakowie prowadzili, to tak dziewki w oknah piszczały, jakby je kto z tyłu stojący szydłem kłuł, i to jakie dziewki: rycerskie i kasztelańskie curki, o rużnyh cudnyh mieszczkah nie wspominając.
— A nieh ta będą i kasztelańskie, i cudne, a od mojej Jagienki nie lepsze! — odżekł Zych ze Zgorzelic.
— Albo ja wam muwię, że lepsze? Milszej dziewki ku ludziom niże Jagienka hyba nie znaleźć.
— Ja też na Zbyszka nic nie powiadam: kuszę ci bez pokrętki naciąga!...
— I niedźwiedzia sam jeden podepże. Widzieliście, jak go ciął? Cały łeb z jedną łapą odwalił.
— Łeb odwalił, ale podparł nie sam, Jagienka mu pomogła.
— Pomogła?... Nie muwił mi nic.
— Bo jej obiecał... że to dziewce wstyd po nocy do boru hodzić. Mnie zaraz powiedziała, jako było. Inne rade zmyślają, ale ona prawdy nie ukryje. Szczeże żekłszy, nie byłem rad, bo kto ta wie... Hciałem ją skżyczeć, ona zasie powiedziała tak: „Jak ja sama wianka nie upilnuje, to i wy, tatulu, nie upilnujecie, ale nie bujcie się. Zbyszko też wie, co rycerska cześć”.
— Bo pewno. Pżecie i dziś sami poszli.
— Ale pżed wieczorem wrucą. Po nocy diabeł najgorszy, a wstydzić się dziewce nie potżeba, bo ciemno.
Maćko pomyślał hwilę, po czym żekł jakby do siebie:
— A wszelako radzi się oni widzą...
— Ba! Żeby to innej nie był ślubował.
— To, jak wiecie, jest rycerski obyczaj... Ktury by z młodyh swojej paniej nie miał, tego inni za prostaka uważają... Ślubował on pawie czuby i te musi ze łbuw pozdzierać, gdyż popżysiągł na rycerską cześć; Lichtensteina też musi dostać, ale od innyh ślubuw może go opat uwolnić.
— Opat zjedzie lada dzień...
— Myślicie? — spytał Maćko, po czym ozwał się znuw: — Wreszcie co tam takie ślubowanie, kiedy Jurand wręcz mu powiedział, że dziewki nie da! Czy ją innemu obiecał, czy na służbę Bożą ohwiarował, tego ja nie wiem, ale wręcz powiedział, że nie da...
— Muwiłżem wam — zapytał Zych — że opat tak Jagienkę miłuje, jakby była jego? Ostatni raz to jej żekł tak: „Krewnyh mam jeno po kądzieli, ale z tej kądzieli więcej będzie nici dla ciebie niż dla nih”.
Na to Maćko spojżał niespokojnie, a nawet podejżliwie, na Zycha i dopiero po hwili odpowiedział:
— Naszej kżywdy pżecie byście nie hcieli...
— Za Jagienką pujdą Moczydoły — żekł wymijająco Zych.
— Zaraz?
— Zaraz. Innej bym nie popuścił, a jej popuszczę.
— Bogdaniec i tak w połowie Zbyszków, a da Bóg zdrowie, to mu go zagospodaruję jako się patży. Miłujecież wy Zbyszka?
Na to Zych począł mrugać oczyma i żekł:
— Gożej to, że jakoś Jagienka, byle kto o nim wspomniał, zaraz się do ściany obraca.
— A jak wspominacie innyh?
— Jak innego wspomnę, to jeno pryhnie i powiada: „czeguż?!”.
— Ano widzicie. Da Bóg, że pży takiej dziewce zapomni Zbyszko o tamtej. Ja stary, a też bym zapomniał... Napijecie się miodu?
— Napiję się.
— No, opat... juści mądry człowiek! Bywają między opatami, jako wiecie, całkiem świeccy ludzie, ale ten, hoć między mnihami nie siedzi, pżecie jest ksiądz, a ksiądz zawsze lepiej poradzi od zwykłego człeka, bo i na czytaniu się zna, i z Duchem Świętym jest w pobliskości. A wy, że dziewczynie zaraz Moczydoły puścicie, to słusznie. Ja też, byle Pan Jezus do zdrowia pomugł, co będę mugł Wilkowi z Brzozowej kmieciuw odmuwić, to odmuwię. Po źrebiu dobrej ziemi każdemu dam, bo w Bogdańcu ziemi nie brak. A Wilkowi nieh się na Boże Narodzenie pokłonią i do mnie pżyjdą. Albo to im nie wolno? Z czasem to i grudek w Bogdańcu zbuduję, godny kasztelik z dębuw i z rowem wokuł... Zbyszko i Jagienka nieh sobie ninie na polowiczko razem hadzają... Myślę, że i śniegu niezadługo czekać... Wezwyczai się jedno do drugiego i hłopak o tamtej zapomni. Nieh sobie hadzają. Co tam długo gadać! Dalibyście mu Jagienkę czy nie dali?
— Dałbym. Z dawna my to pżecie uradzili, żeby jedno było dla drugiego, a Moczydoły i Bogdaniec dla naszyh wnukuw.
— Grady! — zawołał z radością Maćko. — Bóg da, że posypie się ih jak gradu. — Opat będzie ih nam kżcił...
— Byle nadążył! — zawołał wesoło Zych. — Ale was to już dawno w takiej radości nie widziałem.
— Bo mi pocieszno w sercu... Zadziora wyszła, a co do Zbyszka, wy się o niego nie bujcie. Wczoraj, jak Jagienka na koń siadała... wiecie... wiatr dął... Pytam ja tedy Zbyszka: „Widziałeś?”, a jego zaraz ciągoty wzięły. I tom też zmiarkował, że z początku mało ze sobą gadali, a teraz, jak razem hodzą, to ciągle jedno ku drugiemu szyję obraca i tak uradzają... uradzają!... Napijcie się jeszcze.
— Napiję się...
— Za zdrowie Zbyszka i Jagienki!
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.