Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział dwunasty

Rozdział dwunasty

Zbyszko wybrał się, jak zapowiedział, gdyż Maćko czuł się coraz gożej. Z początku podtżymywała go radość i pierwsze domowe zajęcia, lecz tżeciego dnia wruciła mu gorączka i bul w boku ozwał mu się z taką siłą, iż musiał się położyć. Zbyszko poszedł napżud w dzień, obejżał barci, zobaczył, że jest blisko ogromny ślad na błocie — i rozmuwił się z bartnikiem Wawrkiem, ktury nocami sypiał w pobliżu w szałasie razem z parą srogih podhalskih kundli, ale właśnie miał się już wynieść do wsi z powodu hłoduw jesiennyh.

Obaj rozżucili szałas, zabrali psy, tu i uwdzie rozsmarowali trohę miodu po pniah, by zapah znęcił zwieża, za czym Zbyszko wrucił do domu i począł się gotować na wyprawę. Ubrał się dla ciepła w kubrak łosi, bez rękawuw; na ciemię nawdział żelazny czepiec z drutu, aby niedźwiedź nie mugł mu obedżeć skury z głowy, wreszcie wziął widły dobże okute, dwuzębne, z zadziorami, i topur stalowy, szeroki, na dębowym topożysku nie tak krutkim, jakih zażywają cieśle. O wieczornym udoju był już u celu i wybrawszy sobie dogodne miejsce, pżeżegnał się, zasiadł i czekał.

Czerwone promienie zahodzącego słońca świeciły między gałęziami hojaruw. Po wieżhołkah sosen tłukły się wrony, kracząc i łopocąc skżydłami; gdzieniegdzie kicały ku wodzie zające, czyniąc szelest po żułciejącyh jagodziskah i po opadłyh liściah; czasem śmignęła po buczku hybka kuna. W gąszczah odzywał się jeszcze świegot ptakuw, ktury stopniowo ustawał.

O samym zahodzie nie było w boru spokoju. Pżeszło niebawem opodal Zbyszka stadko dzikuw z wielkim hałasem i fukaniem, a potem kłusowały łosie długim żędem, tżymając jeden drugiemu łeb na ogonie. Suhe gałęzie tżeszczały im pod racicami i las aż dudnił, one atoli połyskując czerwono w słońcu, dążyły do błota, gdzie im było nocą bezpiecznie i błogo. Nareszcie zoże rozpaliły się na niebie, od kturyh wieżhołki sosen zdawały się płonąć jak w ogniu, i z wolna jęło się wszystko uspokajać. Bur szedł spać. Mrok wstawał od ziemi i podnosił się w gurę ku świetlistym zożom, kture też w końcu poczęły omdlewać, zasępiać się, czernieć i gasnąć.

„Teraz, puki się wilki nie odezwą, to będzie ciho” — pomyślał Zbyszko. Żałował jednak, że nie wziął kuszy, mugłby był bowiem z łatwością położyć dzika lub łosia. Tymczasem od strony błota dohodziły jeszcze czas jakiś pżytłumione odgłosy, podobne do ciężkiego stękania i poświstywania. Zbyszko spoglądał ku temu błotu z pewną nieufnością, albowiem hłop Radzik, ktury mieszkał tu niegdyś w ziemnej hacie, znikł razem z rodziną, jakby się pod ziemię zapadł. Jedni muwili, że porwali ih zbuje, byli wszelako ludzie, ktuży widzieli puźniej wedle haty jakieś dziwne ślady ni to ludzkie, ni zwieżęce — i ktuży bardzo kręcili nad tym głowami, a nawet namyślali się, czyby nie sprowadzić księdza z Krześni, aby tę hałupę poświęcił. Nie pżyszło wprawdzie do tego, bo nie znalazł się nikt, ktury by hciał tu zamieszkać, i hatę, a raczej glinę na hruścianyh ścianah, rozpłukały z czasem dżdże — miejsce jednakże nie używało odtąd dobrej sławy. Nie uważał wprawdzie na to Wawrek, bartnik, ktury tu nocował latem w szałasie, ale i o tym Wawrku rużnie muwiono. Zbyszko, mając widły i topur, nie obawiał się dzikih zwieżąt — myślał natomiast z pewnym niepokojem o siłah nieczystyh i rad też był, gdy owe gwary wreszcie umilkły.

Ostatnie odblaski znikły i uczyniła się noc zupełna. Wiatr ustał, nie było nawet zwykłego szumu w wieżhołkah sosen. Kiedy niekiedy spadała tu i uwdzie szyszka, wydając na tle ogulnego milczenia odgłos mocny i donośny, ale zresztą było tak ciho, że Zbyszko słyszał własny oddeh.

W ten sposub pżesiedział długi czas, rozmyślając napżud o niedźwiedziu, ktury mugł nadejść, a następnie o Danusi, ktura z dworem mazowieckim jehała w dalekie strony. Pżypomniał sobie, jak ją hwycił na ręce w hwili rozstania się z księżną i jak jej łzy spływały mu po policzku, pżypomniał sobie jej jasną tważ, jej pżetowłosą głuwkę, jej habrowe wianuszki i jej śpiewanie, jej czerwone tżewiczki z długimi nosami, kture całował na odjezdnym — wreszcie wszystko, co zaszło od hwili, jak się poznali; i ogarnął go taki żal, że jej blisko nie ma, i taka po niej tęsknota, że całkiem w niej zatonął, stracił pamięć, że jest w lesie, że czatuje na zwieża, a natomiast począł sobie muwić w duszy:

„Pujdę ja k’tobie, bo mi nie żyć bez ciebie”.

I czuł, że tak jest — i że musi jehać na Mazowsze, bo inaczej skapieje w Bogdańcu. Pżyszedł mu na myśl Jurand i jego dziwny opur, więc pomyślał, że tym bardziej tżeba mu jehać, aby się dowiedzieć, co to za tajemnica, co za pżeszkody i czyby jakowyś pozew do walki na śmierć nie zdołał ih usunąć. Wreszcie wydało mu się, że Danusia wyciąga do niego ręce i woła: „Bywaj, Zbyszku, bywaj!”. Jakże mu do niej nie iść!

I nie spał — a widział ją tak wyraźnie, jakby w zjawieniu albo we śnie. Jedzie teraz oto Danuśka obok księżny, bżąka jej na luteńce i pośpiewuje, a myśli o nim. Myśli, że go ujży niezadługo, a może się i obziera, czy on za nimi w skok nie pędzi — a on tymczasem w boru ciemnym.

Tu ocknął się Zbyszko — i ocknął się nie tylko dlatego, że sobie pżypomniał bur ciemny, ale i dla tej pżyczyny, że z dala za nim ozwał się jakiś szelest.

Wuwczas ścisnął mocniej widły w garściah, nadstawił uszu i począł słuhać.

Szelest zbliżał się i po niejakim czasie stał się całkiem wyraźny. Hrupały pod czyjąś ostrożną stopą suhe gałązki, szurały opadłe liście i jagodziska... Coś szło.

Hwilami szelest ustawał, jak gdyby zwież zatżymywał się pży dżewah, i wuwczas robiła się taka cisza, że Zbyszkowi poczynało aż w uszah dzwonić — po czym znuw odzywały się kroki wolne i pżezorne. W ogule było w tym zbliżaniu się coś tak ostrożnego, że Zbyszka ogarnęło zdziwienie.

— Musi się „Stary” psuw bać, kture tu były pży szałasie — żekł sobie — ale może to i wilk, ktury mnie zwietżył.

Tymczasem kroki ucihły. Zbyszko jednak słyszał wyraźnie, że coś zatżymało się może o dwadzieścia albo o tżydzieści krokuw za nim i jakby pżysiadło. Obejżał się raz i drugi — ale lubo pnie rysowały się w zmroku dość wyraźnie, nie mugł nic dojżeć. Nie było innej rady, tylko czekać.

I czekał tak długo, że aż zdziwienie ogarnęło go po raz wtury.

— Niedźwiedź nie pżyszedłby tu pżecie spać pod barcią, a wilk byłby mnie już zawietżył i też by nie czekał do rana.

I nagle mrowie pżeszło go od stup do głowy.

A nuż to co „paskudnego” wylazło z błota i zahodzi mu z tyłu? Nuż niespodzianie hwycą go jakie oślizgłe ramiona topielca albo zajżą mu w tważ zielone oczy upiora, nuż się coś roześmieje okropnie tuż za nim albo zza sosny wylezie sina głowa na pajęczyh nogah?

I uczuł, że pod żelaznym czepcem włosy poczynają mu się jeżyć.

Lecz po hwili szelest odezwał się pżed nim — i tym razem wyraźniejszy jeszcze niż popżednio. Zbyszko odethnął. Pżypuszczał wprawdzie, że to samo „dziwo” obeszło go, a teraz zbliża się z pżodu. Ale to wolał. Hwycił wygodnie widły, podniusł się ciho i czekał.

Wtem nad głową usłyszał szum sosen, na tważy uczuł silny powiew, ciągnący od strony błota, a jednocześnie do jego nozdży doleciał swąd niedźwiedzi.

Nie było teraz najmniejszej wątpliwości: szedł miś!

Zbyszko jednej hwili pżestał się bać i pohyliwszy głowę, wytężył wzrok i słuhał. Kroki zbliżały się ciężkie, wyraźne, swąd czynił się ostżejszy; wkrutce dało się słyszeć sapanie i pomruk.

„Byle nie szło dwuh!” — pomyślał Zbyszko.

Ale w tej hwili zobaczył pżed sobą wielki i ciemny kształt zwieżęcia, kture idąc z wiatrem, do ostatniej hwili nie mogło go zwietżyć, tym bardziej że zajmował je zapah rozsmarowanego po pniah miodu.

— Bywaj, dziadku! — zawołał Zbyszko, wysuwając się spod sosny.

Niedźwiedź ryknął krutko, jakby pżerażony niespodzianym zjawiskiem, lecz był już zbyt blisko, aby mugł ratować się ucieczką, więc w jednej hwili podniusł się na zadnie łapy, rozwarłszy pżednie jak do uścisku. Tego właśnie czekał Zbyszko; zebrał się w sobie, skoczył jak błyskawica i całą siłą potężnyh ramion oraz własnego ciężaru wbił widły w piersi zwieża.

Cały bur zatżąsł się teraz od pżeraźliwego ryku. Niedźwiedź hwycił łapami widły, pragnąc je wyrwać, ale zadziory pży ostżah wstżymały, więc poczuwszy bul, zagżmiał jeszcze straszliwiej. Hcąc dosięgnąć Zbyszka, wsparł się na widłah i wbił je w siebie mocniej. Zbyszko nie wiedząc, czy ostża weszły dość głęboko, nie puszczał rękojeści. Człowiek i zwież poczęli się szarpać i szamotać. Bur tżąsł się wciąż od ryku, w kturym bżmiała wściekłość i rozpacz.

Zbyszko nie mugł się jąć topora, nie wbiwszy popżednio drugiego, zaostżonego końca wideł w ziemię, niedźwiedź zaś hwyciwszy za osadę łapami, miotał nią i Zbyszkiem, jakby rozumiejąc, o co hodzi, i — mimo bulu, ktury sprawiało mu każde poruszenie utkwionyh głęboko ostży, nie dając się „podepżeć”. W ten sposub straszna walka pżedłużała się — i Zbyszko zrozumiał, że siły jego w końcu wyczerpią się. Mugł także upaść, a wuwczas byłby zginął, więc zebrał się w sobie, wytężył ramiona, rozstawił nogi, wygiął gżbiet jak łuk, by się nie pżewrucić na wznak, i począł powtażać pżez zaciśnięte zęby:

— Moja śmierć albo twoja!...

I hwycił go wreszcie taki gniew, taka zawziętość, że istotnie wolałby był w tej hwili sam zginąć niż bestię puścić. Wreszcie, zawadziwszy nogą o kożeń sosny, zahwiał się i byłby padł, gdyby nie to, że w tej hwili stanęła pży nim jakaś ciemna postać — i drugie widły „podparły” bestię, a jednocześnie głos jakiś zawołał mu nagle tuż nad uhem:

— Toporem!...

Zbyszko w uniesieniu walki ani na jedno mgnienie oka nie zastanowił się, skąd mu niespodziewana pomoc nadeszła, natomiast hwycił topur i ciął strasznie. Tżasnęły teraz widły złamane ciężarem i ostatnią konwulsją zwieża — uw zaś zwalił się jakby piorunem rażony na ziemię i począł na niej hrapać. Lecz zaraz ustał. Nastała cisza pżerywana tylko głośnym oddehem Zbyszka, ktury wsparł się o sosnę, gdyż nogi hwiały się pod nim. Po hwili dopiero podniusł głowę, spojżał na stojącą obok siebie postać — i pżeląkł się, myśląc, że to może nie człowiek.

— Ktoś jest? — zapytał niespokojnie.

— Jagienka! — odpowiedział cienki, niewieści głos.

Zbyszko aż zaniemuwił ze zdziwienia, oczom własnym nie wieżąc. Ale wątpliwości jego nie trwały długo, gdyż głos Jagienki ozwał się znowu:

— Nakżesam ognia...

Wraz ozwał się szczęk kżesiwa o kżemień, iskry poczęły się sypać i pży ih migotliwym blasku ujżał Zbyszko białe czoło, ciemne brwi i wysunięte napżud usta dziewczyny, kture dmuhały w zatloną hubkę. Wuwczas dopiero pomyślał, że ona pżyszła do tego boru, żeby mu dać pomoc, że bez jej wideł mogłoby być z nim źle — i poczuł tak wielką wdzięczność dla niej, że nie namyślając się długo, hwycił ją wpuł i ucałował w oba policzki.

A jej hubka i kżesiwo wypadły na ziemię.

— Daj spokuj! Czego? — poczęła powtażać stłumionym głosem, ale jednocześnie nie usuwała mu tważy, owszem, ustami dotknęła nawet niby wypadkiem ust Zbyszka.

On zaś puścił ją i żekł:

— Bóg ci zapłać. Nie wiem, co by się bez ciebie pżygodziło.

A Jagienka kucnąwszy w ciemności, by odnaleźć kżesiwo i hubkę, poczęła się tłumaczyć:

— Bojałam się o ciebie, bo Bezduch poszedł też z widłami i z toporem i niedźwiedź go ozdarł. Broń czego Boże, Maćkowi byłoby markotno, a on pżecie i tak ledwie dyha... No, to i wzięłam widły, i poszłam.

— Toś to ty zahodziła tam za sosny?

— Ja.

— A ja myślał, że to „złe”.

— Niemały i mnie strah brał, bo tu koło Radzikowego błota w nocy bez ognia niedobże.

— Czemuś się nie obezwała?

— Bom się bała, że mnie odpędzisz.

I to żekłszy, znuw zaczęła kżesać, a następnie położyła na hubkę kłaczek suhyh konopnyh paździeży, kture wnet stżeliły jasnym płomieniem.

— Mam dwie szczypki — żekła — a ty nazbieraj wartko suhaży; będzie ogień.

Jakoż po hwili buhnęło żeczywiście wesołe ognisko, kturego blask rozświecił ogromne, rude cielsko niedźwiedzia, leżące w kałuży krwi.

— Hej, sroga stwora! — ozwał się z pewną hełpliwością Zbyszko.

— Ale ci łeb prawie caluśki rozwalony! O Jezu!

To powiedziawszy, shyliła się i zanużyła rękę w kudły niedźwiedzie, aby pżekonać się, czy zwież dużo ma w sobie sadła, po czym podniosła się z wesołą tważą:

— Będzie sadła na jakie dwa roki!

— A widły połamane, patż!

— To i bieda, bo co ja w domu powiem?

— Albo co?

— Bo tatuś nie byliby mnie wcale do boru puścili, więc musiałam czekać, puki się wszyscy nie pokładą.

Po hwili zaś dodała:

— Nie powiadaj też, żem tu była, żeby nade mną nie cudowali.

— Ale cię pod dom odprowadzę, bo jeszcze wilcy na cię napadną, a wideł nie masz.

— No dobże!

I tak rozmawiali czas jakiś pży wesołym bżasku ogniska, nad trupem niedźwiedzia, podobni oboje do jakihś młodyh leśnyh stwożeń.

Zbyszko popatżał na wdzięczną tważ Jagienki oświeconą blaskiem płomienia i żekł z mimowolnym zdziwieniem:

— Ale takiej drugiej dziewczyny jak ty to hyba na świecie nie ma. Tobie by na wojnę hodzić!

Ona zaś spojżała mu na hwilę w oczy, po czym odżekła prawie smutno:

— Ja wiem... ale nie śmiej się ze mnie.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)