Tom I, rozdział jedenasty
Rozdział jedenasty
Drugiego dnia po pżyjeździe do Bogdańca Maćko i Zbyszko poczęli rozglądać się po swojej starej siedzibie i wkrutce dostżegli, iż Zych ze Zgorzelic miał słuszność, muwiąc, że z początku dokuczy im bieda niemała. Z gospodarstwem szło jeszcze jako tako. Było kilka łanuw obrabianyh pżez hłopuw dawnyh albo świeżo osadzonyh pżez opata. Niegdyś bywało w Bogdańcu uprawnej ziemi daleko więcej, ale od czasu gdy w bitwie pod Płowcami rud Gradów wyginął prawie do szczętu — zbrakło rąk roboczyh, a po napadzie śląskih Niemców i po wojnie Grzymalitów z Nałęczami żyzne niegdyś niwy bogdańskie pozarastały po większej części lasem. Maćko nie mugł sam dać rady. Prużno hciał pżed kilkunastu laty pżyciągnąć wolnyh kmieciuw z Krześni i puścić im ziemię za odsepy — ci bowiem woleli siedzieć na swoih własnyh „lehah”, niźli uprawiać cudzy zagon. Pżywabił jednak nieco ludzi bezdomnyh; w rużnyh wojnah wziął kilkunastu jeńcuw, kturyh pożenił, osadził po hatah — i w ten sposub wieś poczęła się dźwigać na nowo. Ale trudno mu to szło, więc gdy zdażyła się sposobność zastawu, zastawił Maćko skwapliwie cały Bogdaniec, mniemając napżud, że możnemu opatowi łatwiej będzie zagospodarować ziemię, a po wture, że tymczasem jemu i Zbyszkowi wojna pżyspoży ludzi i pieniędzy. Jakoż opat żądził sprężyście. Siłę roboczą Bogdańca powiększył o pięć rodzin hłopskih, stada bydła i koni pomnożył, a pży tym zbudował spihleż, hruścianą oborę i takąż stajnię. Natomiast nie mieszkając stale w Bogdańcu, o dom nie dbał — i Maćko, ktury mażył czasami, że wruciwszy, zastanie go otoczonym rowem i częstokołem, zastał wszystko tak, jak był zostawił, z tą hyba rużnicą, że węgły pokżywiły się nieco, a ściany wydawały się niższe, bo osiadły i zasunęły się w ziemię.
Dwur składał się z ogromnej sieni, dwuh obszernyh izb z komorami i z kuhni. W izbah były okna z błon, na środku zaś każdej ognisko w ulepionej z gliny podłodze, z kturego dym wyhodził pżez szpary w pułapie. Pułap uw, czarny zupełnie, bywał za lepszyh czasuw zarazem i wędlarnią, na kołkah bowiem powbijanyh w belki wieszano wuwczas szynki wiepżowe, dzicze, niedźwiedzie i łosie, combry jelenie i sarnie, gżbiety wołowe i całe zwoje kiełbas. W Bogdańcu jednak haki były teraz puste, jak ruwnież i pułki biegnące wzdłuż ścian, na kturyh po innyh „dworah” ustawiano misy cynowe i gliniane. Tylko ściany pod pułkami nie wydawały się już zbyt nagie. Zbyszko bowiem kazał ludziom porozwieszać na nih panceże, hełmy, miecze krutkie i długie, a dalej oszczepy, widły, kusze, kopie rycerskie, wreszcie tarcze i topory, i kropieże na konie. Broń czerniała od takiego rozwieszania w dymie i tżeba było często ją czyścić, ale za to była wszystka pod ręką i w dodatku czerw nie toczył dżewa w kopiah, kuszah i topożyskah. Szaty kosztowne kazał troskliwy Maćko popżenosić do komory, w kturej sypiał.
W pżednih izbah były też w pobliżu błoniastyh okien stoły zbite z sosnowyh desek i takież ławy, na kturyh panowie zasiadali wraz z czeladzią do jadła. Ludziom odwykłym pżez długie lata wojny od wygud nie tżeba było wiele, w Bogdańcu jednak brakło hleba, mąki i rużnyh innyh zapasuw, a zwłaszcza statkuw. Hłopi poznosili, co mogli, liczył głuwnie Maćko na to, że jako bywa w takih razah, pżyjdą mu w pomoc sąsiedzi — i żeczywiście nie omylił się, pżynajmniej co do Zycha ze Zgorzelic.
Drugiego dnia po pżyjeździe siedział właśnie stary na kłodzie pżed domem, hcąc użyć pięknej jesiennej pogody, gdy na dziedziniec zajehała na tym samym wronym koniu Jagienka. Czeladnik, ktury dżewo rąbał koło płota, hciał jej do zsiadania pomuc, lecz ona zeskoczywszy w jednej hwili na ziemię, zbliżyła się do Maćka, zdyszana nieco od prędkiej jazdy i zarumieniona jak jabłuszko.
— Nieh będzie pohwalony! Pżyjehałam pokłonić się wam od tatula i zapytać o zdrowie.
— Nie gożej niż było w drodze — odżekł Maćko. — Człek się pżynajmniej wyspał na własnyh śmieciah.
— Ale niewygodę musicie mieć wielką, a horemu potżeba starunku.
— Twarde my hłopy. Jużci, z początku nie ma wygud, ale nie ma i głodu. Kazalim zarżnąć wołu i dwie owce, mięsa jest dość. Poznosiły też baby trohę mąki i jaj, ale tego mało, a już najgożej statkuw nam brak.
— Bo ja kazałam wyładzić dwa wozy. Na jednym idą dwie pościele i statki, a na drugim spyża rużna. Są placki i mąka, i słonina, i suszone gżyby, jest beczułeczka piwa, a druga miodu, i co tam było w domu, ze wszystkiego po trohu.
Maćko, ktury rad był zawsze z każdego pżybytku w domu, wyciągnął rękę, pogładził Jagienkę po głowie i żekł:
— Bóg zapłać tobie i twojemu rodzicowi. Jak się zagospodarujem, to oddamy.
— Bogdajże was! A czy to my Niemce, żebyśmy mieli odbierać to, co dajem!
— No, to jeszcze bardziej Bóg wam zapłać. Powiadał o tobie rodzic, jakaś gospodarna. Toś ty całymi Zgorzelicami bez rok żądziła?
— Ano!... Jak wam będzie czego więcej potżeba, to kogo pżyślijcie, jeno takiego, co by wiedział, czego tżeba, bo to czasem głupi jaki sługa pżyjedzie i nie wie, po co go pżysłali.
Tu Jagienka poczęła się nieco oglądać, a Maćko, spostżegłszy to, uśmiehnął się i zapytał:
— Za kimże się oglądasz?
— Nie oglądam się za nikim!
— Pżyślę Zbyszka, nieh za mnie tobie i Zychowi podziękuje. Udał ci się Zbyszko? Co?
— A, nie patżyłam!
— To pżypatżże mu się teraz, bo ci właśnie nadhodzi.
Jakoż Zbyszko nadhodził żeczywiście od wodopoju i ujżawszy Jagienkę, pżyśpieszył kroku. Ubrany był w łosi kubrak i okrągłą, pilśniową myckę, taką, jakih używano pod hełmy, włosy miał bez pątlika, obcięte ruwno nad brwiami, a po bokah spływające w złotyh zwojah na ramiona — i zbliżał się szybko, rosły, hoży, do giermka z wielkiego domu zupełnie podobny.
Jagienka odwruciła się całkiem do Maćka, aby pżez to okazać, że tylko do niego pżyjehała, lecz Zbyszko pżywitał ją wesoło, a następnie wziąwszy jej rękę, podniusł ją do ust mimo oporu dziewczyny.
— Czemu mnie w rękę całujesz? — spytała. — Czy to ja ksiądz?
— Nie brońcie się! To taki zwyczaj.
— A hoćby cię i w drugą pocałował za to, coś pżywiozła — wtrącił Maćko — nie byłoby nadto.
— Co zaś pżywiozła? — zapytał Zbyszko, rozglądając się po dziedzińcu, nie widząc nic więcej prucz wronego konia, ktury stał pżywiązany do palika.
— Wozy jeszcze nie nadeszły, ale pżyjdą — odpowiedziała Jagienka.
Maćko począł wymieniać, co pżywiozła, niczego nie opuszczając, gdy zaś wspomniał o dwuh pościelah, Zbyszko żekł:
— Ja tam rad i na żubrowej skuże pżylegam, ale dziękuję wam, żeście i o mnie pomyśleli.
— To nie ja: tatulo... — odżekła, czerwieniąc się, dziewczyna. — Jeśli wolicie na skuże, to niewoli nie ma.
— Wolę, na czym wypadnie. Bywało, nieraz w polu, po bitwie, to się sypiało i z zabitym Krzyżakiem pod głową.
— Alboście to zabili kiedy Krzyżaka? Pewno, że nie!
Zbyszko, zamiast odpowiedzieć, począł się śmiać. Maćko zaś zawołał:
— Bujże się Boga, dziewczyno, to ty jego nie znasz! Nic ci on innego nie czynił, jeno w Niemców bił, aże gżmiało. Na kopie, na topory, do wszystkiego gotuw, a jak Niemca z dala dopatży, to hoć go na powrozie tżymaj, tak się do niego rwie. W Krakowie hciał nawet w posła Lichtensteina bić, za co mało mu głowy nie ucięli. Taki to hłop! I o Fryzach dwuh ci opowiem, po kturyh wzięliśmy poczet i łup tak godny, że za połowę tego można by Bogdaniec wykupić.
Tu Maćko jął opowiadać o pojedynku z Fryzyjczykami, a następnie o innyh pżygodah, jakie się im pżytrafiały, i czynah, jakih dokonali. Potykali się pżecie zza muruw i w otwartym polu z największymi ryceżami, jacy w cudzoziemskih krajah żyją. Bili w Niemców, bili we Francuzów, bili w Angielczyków i w Burgundów. Bywali w zaciekłyh wirah bitew, że z koni, z ludzi, ze zbroi, z Niemców i piur czynił się jakoby jeden kłąb. A czego to oni pży tym nie widzieli! Widzieli kżyżackie zamki z czerwonej cegły, litewskie grodźce drewniane i kościoły, jakih koło Bogdańca nie ma, i miasta, i srogie puszcze, w kturyh nocami kwiliły powypędzane ze świątyń litewskie bożeczki, i rużne, rużne cuda; wszędzie zaś, gdzie do bitki pżyszło, Zbyszko na pżedzie, tak że dziwowali mu się najwięksi ryceże.
Jagienka, pżysiadłszy na kłodzie obok Maćka, słuhała z otwartymi ustami tego opowiadania, kręcąc głową, jakby ją miała na śrubkah, to w stronę Maćka, to w stronę Zbyszka, i spoglądając na młodego ryceża z coraz większym podziwem. Wreszcie, gdy Maćko skończył, westhnęła i żekła:
— Bogdaj się to hłopakiem urodzić!
Lecz Zbyszko, ktury pżez czas opowiadania pżyglądał się jej ruwnież bacznie, myślał w tej hwili widocznie o czym innym, gdyż niespodzianie żekł:
— Ale też z was kraśna dziewka!
Jagienka zaś odżekła, na wpuł z niehęcią, a na wpuł ze smutkiem:
— Widzieliście wy kraśniejsze ode mnie.
Zbyszko jednak mugł bez kłamstwa odpowiedzieć jej, że wiele takih nie widział, gdyż od Jagienki bił po prostu blask zdrowia, młodości i siły. Stary opat nie prużno mawiał o niej, że wygląda jak na wpuł kalina, wpuł sosenka. Wszystko w niej było piękne: i wysmukła postawa, i szerokie ramiona, i piersi jak ze skały wykute, i czerwone usta, i modre oczki bystro patżące. Była też pżybrana staranniej niż popżednio w lesie na łowah. Na szyi miała kraśne paciorki, kożuszek otwarty na pżodzie, kryty zielonym suknem, spudnicę z samodziału w prążki i nowe buty. Nawet stary Maćko zauważył ten piękny struj i popatżywszy na nią pżez hwilę, zapytał:
— A czemuś to się tak pżybrała jako na odpust?
Lecz ona, zamiast odpowiedzieć, poczęła wołać:
— Idą wozy, idą!...
Jakoż gdy wozy zajehały, skoczyła ku nim, a za nią poszedł Zbyszko. Wyładowanie trwało aż do zahodu słońca, ku wielkiemu zadowoleniu Maćka, ktury każdą żecz z osobna oglądał i za każdą wysławiał Jagienkę. Mrok też już zapadał zupełny, gdy dziewczyna poczęła się zabierać do domu. Pży wsiadaniu na koń Zbyszko hwycił ją nagle wpuł i nim zdążyła słowo wymuwić, podniusł ją w gurę i posadził na kulbakę. Wuwczas zarumieniła się jak zoża i zwruciwszy ku niemu tważ, żekła pżytłumionym nieco głosem:
— Mocarny z was pahołek...
On zaś, nie dojżawszy jej rumieńcuw i zmieszania z powodu ciemności, roześmiał się i zapytał:
— A nie boicie się zwieża?... Już zaraz noc!
— Jest na wozie oszczep... podajcie mi go.
Zbyszko poszedł do wozu, wyjął oszczep i wręczył go Jagience:
— Bądźcie zdrowi!
— Bądźcie zdrowi!
— Bóg wam zapłać! Pżyjadę jutro alibo pojutże do Zgorzelic pokłonić się Zychowi i wam za somsiedzką uczynność.
— Pżyjeżdżajcie! Radzi będziem! Wiśta!
I ruszywszy koniem, znikła po hwili w pżydrożnyh kżah.
Zbyszko wrucił do stryja.
— Czas wam do izby wracać.
Lecz Maćko odżekł, nie ruszając się z kłody:
— Hej! Co za dziewczyna! Aże podwuże od niej pojaśniało!
— Bo pewnie!
Nastała hwila milczenia. Maćko zdawał się o czymś rozmyślać, patżąc w ukazujące się gwiazdy, po czym znuw żekł jakby sam do siebie:
— I pżyszczypne to, i gospodarne, hoć nie ma więcej nad piętnaście rokuw...
— Ano! — żekł Zbyszko. — Stary Zych miłuje ją też jak oko w głowie.
— I muwił, że Moczydoły za nią pujdą, a tam jest w łęgah stadko świeżop ze źrebięty.
— W borah moczydłowskih ponoś okrutne bagna?...
— Ale żeremia bobrowe w nih są.
I znuw nastało milczenie. Maćko spoglądał czas jakiś z ukosa na Zbyszka, a wreszcie spytał:
— Cużeś się tak zapamiętał? O czym rozmyślasz?
— Bo... widzicie... po Jagience tak mi się Danuśka pżypomniała, aże mnie coś w sercu zabolało.
— Hodźmy do izby — żekł na to stary. — Puźno już.
I wstawszy z trudem, wsparł się na Zbyszku, ktury odprowadził go do komory.
Zbyszko pojehał jednak zaraz nazajutż do Zgorzelic, albowiem Maćko bardzo o to pżynaglał. Wymugł ruwnież na bratanku, by wziął z sobą dla okazałości dwuh pahołkuw i pżybrał się jak najpiękniej, aby w ten sposub cześć Zychowi wyżądzić i należytą wdzięczność mu okazać. Zbyszko ustąpił i pojehał wystrojony jak na wesele w tę samą zdobyczną jakę z białego atłasu, obszytą złotą frędzlą i zahaftowaną w złote gryfy. Zych pżyjął go z otwartymi ramionami, radością i ze śpiewaniem, Jagienka zaś, wszedłszy na prug izby, stanęła jak wryta i omal nie upuściła łagiewki z winem na widok młodziana, myślała bowiem, że krulewicz jaki pżyjehał. Straciła też od razu śmiałość i siedziała w milczeniu, pżecierając tylko kiedy niekiedy oczy, jak gdyby się hciała ze snu obudzić. Zbyszko, kturemu brakło doświadczenia, myślał, że z niewiadomyh mu pżyczyn nierada go widzi, rozmawiał więc tylko z Zychem, sławiąc jego sąsiedzką hojność i podziwiając dwur zgożelicki, ktury żeczywiście w niczym nie był do bogdanieckiego podobny.
Wszędzie znać tu było dostatek i zasobność. W izbah były okna z szybami z rogu, zestruganego cienko i tak wygładzonego, że był prawie jak szkło pżeźroczysty. Nie było ognisk na środku izb, tylko wielkie kominy z okapami po rogah. Podłoga była z modżewiowyh desek czysto umytyh, na ścianah zbroje i mnustwo mis błyszczącyh jak słońca oraz pięknie wyciętyh łyżnikuw, z szeregami łyżek, z kturyh dwie były ze srebra. Gdzieniegdzie wisiały też makatki, złupione w wojnah lub nabyte od wędrownyh kupcuw. Pod stołami leżały olbżymie płowe skury tuże, a takoż żubże i dzicze. Zych z hęcią pokazywał swoje bogactwa, muwiąc co hwila, że to Jagienkowe gospodarowanie. Zaprowadził także Zbyszka do alkieża, pahnącego całkiem żywicą i miętą, w kturym u pułapu wisiały całe pęki skur wilczyh, lisih, kunih i bobrowyh. Pokazał mu sernik, składy wosku i miodu, beczki z mąką, składy suharuw, konopi i suszonyh gżybuw. Wziął go następnie do spihżuw, obur, stajen i hlewuw, do szop, w kturyh były wozy, spżęty myśliwskie, sieci, i tak olśnił oczy jego dostatkiem, że Zbyszko, wruciwszy na wieczeżę, nie mugł utżymać w sobie podziwu.
— Żyć nie umierać w waszyh Zgorzelicach! — żekł.
— W Moczydołach bez mała takie same pożądki — odżekł Zych. — Pamiętasz Moczydoły? To pżecie ku Bogdańcowi. Dżewiej wadzili się nawet nasi ojce o granice i zapowiedzi sobie posyłali na bitki, ale ja ta nie będę się wadził.
Tu trącił się ze Zbyszkiem kubkiem miodu i zapytał:
— A może byś hciał sobie coś zaśpiewać?
— Nie — żekł Zbyszko — ciekawie was słuham.
— Zgorzelice, widzisz, wezmą niedźwiadki. Byle się jeno kiedyś o nie nie podarli!...
— Jakie niedźwiadki?
— Ano, hłopaki, Jagienkowi bracia.
— Hej! Nie będą potżebowali łapy pżez zimę ssać.
— A nie. Ale i Jagience w Moczydołach sperki w gębie nie zabraknie...
— Pewnikiem!
— A czemu nie jesz i nie pijesz? Jagienka, nalej i jemu, i mnie.
— Jem i piję, jako mogę.
— Jak nie będziesz mugł, to się odpasz... Piękny pas! Wy też na Litwie musieliście wziąć łup godny?
— Nie nażekamy — odżekł Zbyszko, kożystając ze sposobności, aby okazać, że i dziedzice Bogdańca nie byle włodyczkowie. — Część łupuw pżedaliśmy w Krakowie i wzięliśmy czterdzieści gżywien srebra...
— Buj się Boga! Toż za to można kupić wieś.
— Bo była jedna zbroja mediolańska, kturą stryjko spodziewający się śmierci spżedał, a to wiecie...
— Wiem! No! To warto na Litwę iść. Ja swego czasu hciałem, alem się bojał.
— Czego? Krzyżaków?
— E, kto by się ta ih bał. Puki cię nie zabiją, to czeguż się bać, a jak cię zabiją, to już i nie czas na strah. Bojałem się onyh pogańskih bożkuw, czyli diabłuw. Po lasah to podobno tego jak mrowia.
— A gdzież mają siedzieć, kiedy im bożnice popalili?... Dawniej mieli dostatek, a teraz jeno gżybami i mruwkami żyją.
— Widziałeś też ih?
— Ja sam nie widziałem, ale słyszałem, że ludzie widzieli... Wysunie ta poniektury kosmatą łapinę i zza dżewa potżąsa nią, żeby mu co dać...
— Powiadali to samo Maćko — ozwała się Jagienka.
— A jakże! Prawił ci i mnie o tym w drodze — dodał Zych. — No, nie dziwota! Pżecie i u nas, hoć kraj dawno kżeścijański, czasem się coś po bajorah śmieje, a i w domu, hoć księża o to kżyczą, lepiej zawsze skżatom miskę z jadłem na noc ostawić, bo inaczej tak ci skrobią w ściany, że i oka nie zmrużysz... Jagienka!... Postaw, curuhno, pod progiem miskę!
Jagienka wzięła glinianą miskę pełną kluskuw z serem i postawiła ją pod progiem. Zych zaś żekł:
— Księża kżyczą, pomstują! Panu Jezusowi pżecie pżez trohę kluskuw hwały nie ubędzie, a skżat byle był syt i życzliwy, to i od ognia, i od złodzieja ustżeże.
Po czym zwrucił się do Zbyszka:
— Ale może byś się odpasał i trohę sobie zaśpiewał?
— Zaśpiewajcie wy, bo już widzę, że z dawna macie ohotę, ale może panna Jagienka zaśpiewa?
— Będziem po kolei śpiewali — zawołał uradowany Zych. — Jest też w domu pahołek, ktury nam do wturu na drewnianej fujarce zapiska. Wołać pahołka!
Zawołano pahołka, ktury siadł na zydlu i włożywszy „piszczkę” w usta, a następnie rozstawiwszy na niej palce, jął spoglądać po obecnyh, czekając, komu ma zawturować.
Oni zaś poczęli się spżeczać, nikt bowiem nie hciał być pierwszy. Kazał wreszcie Zych dać pżykład Jagience, więc Jagienka, hociaż bardzo jej było wstyd Zbyszka, wstała z ławy, włożyła ręce pod fartuh i poczęła:
Zbyszko otwożył napżud szeroko oczy, po czym zerwał się na ruwne nogi i zawołał wielkim głosem:
— A wy skąd to umiecie śpiewać?
Jagienka spojżała na niego ze zdumieniem.
— Pżecie to wszyscy śpiewają... Co wam?
Zych zaś, ktury sądził, że Zbyszko podpił, zwrucił ku niemu rozradowaną tważ i żekł:
— Odpasz się! Zaraz ci ulży!
Lecz Zbyszko stał pżez hwilę z mieniącą się tważą, po czym opanowawszy wzruszenie, ozwał się do Jagienki:
— Pżepraszam was. Cosik mi się niespodzianie pżypomniało. Śpiewajcie dalej.
— A może wam smutno słuhać?
— Ej, gdzie tam! — odżekł drgającym głosem. — Słuhałbym tego pżez całą noc.
To żekłszy, siadł i zakrywszy dłonią brwi, umilkł, nie hcąc żadnego słowa uronić.
Jagienka zaśpiewała drugą zwrotkę, lecz skończywszy ją, spostżegła wielką łzę staczającą się po palcah Zbyszkowej dłoni.
Wuwczas pżysunęła się żywo ku niemu i siadłszy obok, poczęła go trącać łokciem:
— No? Co wam? Nie hcę, byście płakali. Muwcie, co wam jest?
— Nic, nic! — odżekł z westhnieniem Zbyszko. — Siła by gadać... Co było, to pżeszło. Już mi weselej.
— A może byście się wina słodkiego napili?
— Poćciwa dziewka! — zawołał Zych. — Czemu to muwicie sobie: wy? Muw mu: Zbyszku, a ty jej: Jagienko. Znacie się pżecie od małości...
Po czym zwrucił się do curki:
— Że cię tam ongi sprał, to nic!... Ninie tego nie uczyni.
— Nie uczynię! — żekł wesoło Zbyszko. — Niehże mnie ona za to teraz spieże, jeśli jej wola.
Na to Jagienka, hcąc go do reszty rozweselić, złożyła dłoń w piąstkę i śmiejąc się, poczęła udawać, że bije Zbyszka.
— A masz ci za muj rozbity nos! A masz! A masz!
— Wina! — zawołał rozohocony dziedzic Zgorzelic.
Jagienka skoczyła do komory i po hwili wyniosła kamionkę z winem, dwa kubki piękne, wygniatane w srebrne kwiaty, roboty wrocławskih złotnikuw, i parę gomułek z daleka pahnącyh.
Zycha, mającego już w głowie, rozczulił ten widok zupełnie, więc pżygarnął do siebie kamionkę, pżycisnął ją do łona i sądząc widocznie, że to Jagienka, począł muwić:
— Oj, curuhno ty moja! Oj, niebogo, sieroto! Co ja, biedny hudzina, w Zgorzelicach pocznę, jak mi cię zabiorą; co ja pocznę!...
— A tża ją będzie niezadługo dać! — zawołał Zbyszko.
Zych zaś w mgnieniu oka z rozczulenia pżeszedł do śmiehu:
— Hy! hy! A dziewce piętnaście rokuw i już ją do hłopuw ciągnie!... Już jak kturego hoć z daleka uwidzi, to aże kolanem o kolano tże!...
— Tatusiu, bo sobie pujdę — żekła Jagienka.
— Nie hodź! Dobże z tobą...
Po czym jął mrugać tajemniczo na Zbyszka.
— Zajeżdża ih tu dwuh: jeden młody Wilk, syn starego Wilka z Brzozowej, a drugi Cztan z Rogowa. Żeby cię tu zastali, zaraz by wzięli na cię zgżytać, jako i na się wzajem zgżytają.
— O wa! — żekł Zbyszko.
Po czym zwrucił się do Jagienki i muwiąc jej: ty, wedle polecenia Zycha, zapytał:
— A ty kturego wolisz?
— Żadnego.
— Wilk, sierdzisty pahołek! — zauważył Zych.
— Nieh w inną stronę wyje!
— A Cztan?
Jagienka poczęła się śmiać.
— Cztan — muwiła, zwracając się do Zbyszka — takie ci ma kudły na gębie jak cap, że mu oczu nie widać, i sadła tyle na nim co na niedźwiedziu.
A Zbyszko udeżył się w głowę, jakby coś sobie nagle pżypominając, i żekł:
— Ale!... Kiedyście tacy dobży, to was jeszcze o jedną żecz poproszę: nie ma też u was w domu niedźwiedziego sadła, bo stryjkowi na lek potżebne, a w Bogdańcu nie mogłem dopytać?
— Było — żekła Jagienka — ale hłopaki na dwur wynieśli do smarowania łukuw i psi do szczętu zjedli... Bodajże to!
— Nic nie ostało?
— Do czysta wylizane!
— Ha! To nie ma innej rady, jeno tża będzie w boru poszukać.
— Uczyńcie obławę, bo niedźwiedzi nie brak, a jeśli myśliwskiego spżętu hcecie, to damy.
— Gdzie mi tam czekać! Pujdę na noc pod barcie.
— Weźcie z pięciu narocznikuw. Są między nimi hłopy sprawne.
— Nie będę kupą hodził, bo jeszcze mi zwieża spłoszą.
— To jakże? Z kuszą pujdziecie?
— A co bym z kuszą w boru po ciemku zrobił? Miesiąc teraz pżecie nie świeci. Wezmę widły z zadziorami, topur dobry i pujdę jutro sam.
Jagienka umilkła na hwilę, po czym w tważy jej odbił się niepokuj.
— Poszedł od nas łońskiego roku — żekła — myśliwiec Bezduch i niedźwiedź go rozdarł. Zawsze to jest niepżezpieczna żecz, bo on, jak samego człowieka w nocy uwidzi, a tym bardziej pży barciah, to zaraz na zadnie łapy staje.
— Żeby uciekał, to by się go nie dostało — odżekł Zbyszko.
Tymczasem Zych, ktury się był zdżemnął, zbudził się nagle i począł śpiewać:
Po czym do Zbyszka:
— Wiesz? Jest ih dwuh: Wilk z Brzozowej i Cztan z Rogowa... a ty...
Lecz Jagienka, bojąc się, żeby Zych nie powiedział czegoś nadto, zbliżyła się szybko do Zbyszka i jęła wypytywać:
— I kiedy pujdziesz? Jutro?
— Jutro, po zahodzie słońca.
— A do kturyh barci?
— Do naszyh, do bogdańskih, niedaleko od waszyh kopcuw, wedle Radzikowego błota. Powiadali mi, że tam o misia łatwo.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.