Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Krzyżacy

Tom I, rozdział drugi

Rozdział drugi

A wtem pżez dżwi weszła księżna — pani średnih lat, ze śmiejącą się tważą, pżybrana w czerwony płaszcz i szatę zieloną, obcisłą, z pozłoconym pasem na biodrah, idącym wzdłuż pahwin i zapiętym nisko wielką klamrą. Za panią szły panny dworskie, niekture starsze, niekture jeszcze niedorosłe, w rużowyh i liliowyh wianuszkah na głowah, po większej części z lutniami w ręku. Były i takie, kture niosły całe pęki kwiatuw świeżyh, widocznie uzbieranyh po drodze. Zaroiła się izba, bo za pannami ukazało się kilku dwożan i małyh paholikuw. Weszli wszyscy raźno, z wesołością w tważah, rozmawiając głośno lub podśpiewując, jakoby upojeni pogodną nocą i jasnym blaskiem księżyca. Między dwożanami dwuh było rybałtuw, jeden z lutnią, drugi z gęślikami u pasa. Jedna z dziewcząt, młudka jeszcze, może dwunastolatka, niosła też za księżną małą luteńkę, nabijaną miedzianymi ćwiekami.

— Nieh będzie pohwalony Jezus Chrystus! — ozwała się księżna, stając w pośrodku świetlicy.

— Na wieki wiekuw, amen! — odpowiedzieli obecni, bijąc zarazem niskie pokłony.

— A gdzie gospodaż?

Niemiec, usłyszawszy wezwanie, wysunął się napżud i pżyklęknął obyczajem niemieckim.

— Zatżymamy się tu dla wypoczynku i posiłku — żekła pani. — Żywo się jeno zakżątnij, bośmy głodni.

Mieszczanie już byli odeszli, teraz zaś dwaj miejscowi szlahcice, a wraz z nimi Maćko z Bogdańca i młody Zbyszko, skłonili się powturnie i zamieżali opuścić świetlicę, nie hcąc dworowi pżeszkadzać.

Lecz księżna zatżymała ih.

— Szlahtą jesteście: nie pżeszkodzicie! Zrubcie znajomość z dwożany. Skądże Bóg prowadzi?

Oni wuwczas zaczęli wymieniać swoje imiona, herby, zawołania i wsie, z kturyh się pisali. Dopieroż pani, usłyszawszy od Maćka, skąd wraca, klasnęła w dłonie i żekła:

— Otuż się pżygodziło! Prawcie nam o Wilnie, o moim bracie i o siestże. Zali zjedzie tu się książę Witold na poług krulowej i na kżciny?

— Hciałby, ale nie wie, czy będzie mugł; dlatego kolebę srebrną pżez księży i bojażynuw napżud w daże krulowej pżysłał. Pży kturej kolebce i myśmy z bratańcem pżyjehali, stżegąc jej w drodze.

— To kolebka tu jest? Hciałabym obaczyć. Cała srebrna?

— Cała srebrna, ale jej tu nie ma. Powieźli ją do Krakowa.

— A cuż wy w Tyńcu robicie?

— My tu nawrucili do klasztornego prokuratora, naszego krewnego, by pod opiekę zacnyh zakonnikuw oddać, co nam wojna pżyspożyła i co książę podarował.

— To Bóg poszczęścił. Godneż łupy? Ale powiadajcie, czemu to brat niepewien, czy pżyjedzie?

— Bo wyprawę na Tatarów gotuje.

— Wiem ci ja to; jeno mnie trapi, że krulowa nie prorokowała szczęśliwego końca tej wyprawie, a co ona prorokuje, to się zawsze ziści.

Maćko uśmiehnął się.

— Ej, świątobliwa nasza pani, nijak pżeczyć, ale z księciem Witoldem siła naszego rycerstwa pujdzie, hłopuw dobryh, pżeciw kturym nikomu niesporo.

— A wy to nie pujdziecie?

— Bom z kolebką pży innyh wysłan i pżez pięć rokuw nie zdejmowałem z siebie blah — odżekł Maćko, pokazując na bruzdy powyciskane na łosiowym kubraku od panceża — ale nieh jeno wypocznę, pujdę, a hoćbym sam nie szedł, to tego oto bratanka, Zbyszka, panu Spytkowi z Melsztyna oddam, pod kturego wodzą wszyscy nasi ryceże pujdą.

Księżna Danuta spojżała na dorodną postać Zbyszka, lecz dalszą rozmowę pżerwało pżybycie zakonnika z klasztoru, ktury powitawszy księżnę, począł jej pokornie wymawiać, że nie pżysłała gońca z oznajmieniem o swoim pżybyciu i że nie zatżymała się w klasztoże, ale w zwyczajnej gospodzie, niegodnej jej majestatu. Nie brak pżecie w klasztoże domuw i gmahuw, w kturyh nawet pospolity człowiek znajdzie gościnę, a cuż dopiero majestat, zwłaszcza zaś małżonki księcia, od kturego pżodkuw i pokrewnyh tylu dobrodziejstw opactwo doświadczyło.

Lecz księżna odpowiedziała wesoło:

— My jeno tu nogi wstąpili rozprostować, a na ranek tżeba nam do Krakowa. Wyspaliśmy się w dzień i jedziemy nocą dla hłodu, a że to już kury piały, nie hciałam pobożnyh zakonnikuw budzić, zwłaszcza z taką kompanią, ktura więcej o śpiewaniu i pląsah niżeli o odpocznieniu myśli.

Gdy jednak zakonnik nalegał ciągle, dodała:

— Nie. Tu już ostaniem. Dobże czas na słuhaniu świeckih pieśni zejdzie, ale na jutżnię do kościoła pżyjdziemy, aby dzień z Bogiem zacząć.

— Będzie msza za pomyślność miłościwego księcia i miłościwej księżnej — żekł zakonnik.

— Książę, muj małżonek, dopiero za cztery albo pięć dni zjedzie.

— Pan Bóg potrafi i z daleka szczęście zdażyć, a tymczasem nieh nam, ubogim, wolno będzie hoć wina z klasztoru pżynieść.

— Radzi odwdzięczym — żekła księżna.

Gdy zaś zakonnik wyszedł, poczęła wołać:

— Hej, Danusia! Danusia! Wyleź no na ławkę i uwesel nam serce tą samą pieśnią, kturą w Zatorze śpiewałaś.

Usłyszawszy to, dwożanie prędko postawili na środku izby ławkę. Rybałci siedli po jej bżegah, między nimi zaś stanęła owa młudka, ktura niosła za księżną nabijaną miedzianymi ćwieczkami lutnię. Na głowie miała wianeczek, włosy puszczone po ramionah, suknię niebieską i czerwone tżewiczki z długimi końcami. Stojąc na ławce, wydawała się małym dzieckiem, ale zarazem pżecudnym, jakby jakowaś figurka z kościoła albo z jasełeczek. Widocznie też nie pierwszy raz pżyhodziło jej tak stać i śpiewać księżnie, bo nie znać było po niej najmniejszego pomieszania.

— Dalej, Danusia! Dalej! — wołały panny dworskie.

Ona zaś wzięła pżed się lutnię, podniosła do gury głowę jak ptak, ktury hce śpiewać, i pżymknąwszy oczęta, poczęła srebrnym głosikiem:

Gdybym ci ja miała 
Skżydłeczka jak gąska, 
Poleciałaby ja 
Za Jaśkiem do Śląska!  
 

Rybałci zawturowali jej zaraz, jeden na gęślikah, drugi na dużej lutni; księżna, ktura miłowała nad wszystko świeckie pieśni, poczęła kiwać głową na obie strony, a dzieweczka śpiewała dalej głosem cieniuhnym, dziecinnym i świeżym jak śpiewanie ptakuw w lesie na wiosnę:

Usiadłaby ci ja 
Na śląskowskim płocie:  
„Pżypatż się, Jasiulku,  
Ubogiej sierocie”.  
 

I znuw wturowali rybałci. Młody Zbyszko z Bogdańca, ktury pżywykłszy od dzieciństwa do wojny i srogih jej widokuw, nigdy nic podobnego w życiu nie widział, trącił w ramię stojącego obok Mazura i zapytał:

— Co to za jedna?

— To jest dzieweczka z dworu księżnej. Nie brak ci u nas rybałtuw, ktuży dwur rozweselają, ale z niej najmilszy rybałcik i księżna niczyih pieśni tak hciwie nie słuha.

— Nie dziwno mi to. Myślałem, że zgoła anioł, i odpatżyć się nie mogę. Jakże ją wołają?

— A to nie słyszeliście? Danusia. A jej ojciec jest Jurand ze Spychowa, komes możny i mężny, ktury do pżedhorągiewnyh należy.

— Hej! Nie widziały takiej ludzkie oczy.

— Miłują ją też wszyscy i za śpiewanie, i za urodę.

— A kturen jej ryceż?

— Dyć to jeszcze dziecko.

Dalszą rozmowę znuw pżerwał śpiew Danusi. Zbyszko patżał z boku na jej jasne włosy, na podniesioną głowę, na zmrużone oczki i na całą postać oświeconą zarazem blaskiem świec woskowyh i blaskiem wpadającyh pżez otwarte okna promieni miesiąca — i zdumiewał się coraz bardziej. Zdawało mu się, że już ją niegdyś widział, ale nie pamiętał, czy we śnie, czy gdzieś w Krakowie na szybie kościelnej.

I znuw trąciwszy dwożanina, pytał pżyciszonym głosem:

— To ona z waszego dworu?

— Matka jej pżyjehała z Litwy z księżną Anną Danutą, ktura wydała ją za grabię Juranda ze Spychowa. Gładka była i możnego rodu, nad wszystkie inne panny księżnie miła i sama księżnę miłująca. Dlatego też curce dała to samo imię: Anna Danuta. Ale pięć lat temu, gdy pży Złotoryi Niemcy napadli na nasz dwur, ze strahu zmarła. Wtedy księżna wzięła dzieweczkę i od tej pory ją hoduje. Ojciec też często na dwur pżyjeżdża i rad widzi, że mu się dziecko zdrowo, w miłości książęcej howa. Jeno ilekroć na nią spojży, tylekroć łzami się zalewa, nieboszczkę swoją wspominając, a potem wraca na Niemcach pomsty szukać za swoją kżywdę okrutną. Miłował ci on tak tę swoją żonę, jako nikt do tej pory swojej na całym Mazowszu nie miłował; i siła już Niemców za nią pomożył.

A Zbyszkowi zaświeciły oczy w jednej hwili i żyły nabrały mu na czole.

— To jej matkę Niemcy zabili? — spytał.

— Zabili i nie zabili. Sama umarła ze strahu. Pięć rokuw temu pokuj był, nikt o wojnie nie myślał i każdy bezpieczno hadzał. Pojehał książę wieżę jedną w Złotoryi budować, bez wojska, jeno z dworem, jako zwyczajnie czasu pokoju. Tymczasem wpadli zdrajcy Niemcy, bez wypowiedzenia wojny, bez żadnej pżyczyny... Samego księcia, nie pomnąc ni na bojaźń boską, ni na to, że od jego pżodkuw wszystkie dobrodziejstwa na nih spadły, pżywiązali do konia i porwali, ludzi pobili. Długo książę w niewoli u nih siedział i dopiero gdy krul Władysław wojną im zagroził, ze strahu go puścili; ale pży owym napadzie umarła matka Danusi, bo ją serce udusiło, kture jej pod gardło podeszło.

— A wy, panie, byliście pży tym? Jakoże was zowią, bom zapomniał?

— Ja się zowię Mikołaj z Długolasu, a pżezywają mnie Obuch. Pży napadzie byłem. Widziałem, jako matkę Danusiną jeden Niemiec z pawimi piurami na hełmie hciał do siodła troczyć, i jako w oczah mu na sznuże zbielała. Samego też mnie halebardą zacięli, od czego znak noszę.

To żekłszy, ukazał głęboką bliznę w czaszce, ciągnącą się spod włosuw na głowie aż do brwi.

Nastała hwila milczenia. Zbyszko począł znuw patżeć na Danusię.

Po czym spytał:

— I żekliście, panie, że ona nie ma ryceża?

Lecz nie doczekał odpowiedzi, gdyż w tej hwili śpiew ustał. Jeden z rybałtuw, człowiek tłusty i ciężki, podniusł się nagle, pżez co ława pżehyliła się w jedną stronę. Danusia zahwiała się i rozłożyła rączki, lecz nim zdołała upaść lub zeskoczyć, żucił się Zbyszko jak żbik i porwał ją na ręce.

Księżna, ktura w pierwszej hwili kżyknęła ze strahu, roześmiała się zaraz wesoło i poczęła wołać:

— Oto ryceż Danusin! Bywajże, ryceżyku, i oddaj nam naszą miłą śpiewaczkę!

— Hwacko ci ją ułapił! — ozwały się glosy wśrud dwożan.

Zbyszko zaś szedł ku księżnej, tżymając pży piersiah Danusię, ktura objąwszy go jedną ręką za szyję, drugą podnosiła w gurę luteńkę z obawy, by się nie zgniotła. Tważ miała śmiejącą się i uradowaną, hoć trohę pżestraszoną. Tymczasem młodzieńczyk, doszedłszy do księżnej, postawił pżed nią Danusię, sam zaś klęknął i podniusłszy głowę, żekł z dziwną w jego wieku śmiałością:

— Niehże będzie wedle waszyh słuw, miłościwa pani! Pora tej wdzięcznej panience mieć swego ryceża, a pora i mnie mieć swoją panią, kturej urodę i cnoty będę wyznawał, za czym z waszym pozwoleństwem tej oto właśnie hcę ślubować i do śmierci wiernym jej w każdej pżygodzie ostać.

Na tważy księżnej pżemknęło zdziwienie, ale nie z powodu słuw Zbyszkowych, tylko dlatego, że wszystko stało się tak nagle. Obyczaj rycerskiego ślubowania nie był wprawdzie polski, jednakże Mazowsze, leżąc na rubieży niemieckiej i widując często ryceży z dalekih nawet krajuw, znało go lepiej nawet niż inne dzielnice i naśladowało dość często. Księżna słyszała też o nim dawniej, jeszcze na dwoże swego wielkiego ojca, gdzie wszystkie obyczaje zahodnie były uważane za prawo i wzur dla szlahetniejszyh wojownikuw — z tyh pżeto powoduw nie znalazła w hęci Zbyszka nic takiego, co by obrazić mogło ją lub Danusię. Owszem, uradowała się, że miła sercu dwurka poczyna zwracać ku sobie rycerskie serca i oczy.

Więc z rozbawioną tważą zwruciła się do dziewczyny:

— Danuśka, Danuśka! Hceszli mieć swego ryceża?

A pżetowłosa Danusia podskoczyła napżud tży razy do gury w swoih czerwonyh tżewiczkah, a następnie hwyciwszy księżnę za szyję, poczęła wołać z taką radością, jakby jej obiecywano jakąś zabawę, w kturą się tylko starszym bawić wolno:

— Hcę! Hcę! Hcę!...

Księżnie ze śmiehu aż łzy napłynęły do oczu, a z nią śmiał się cały dwur; wreszcie jednak pani, uwolniwszy się z rąk Danusinych, żekła do Zbyszka:

— Aj! Ślubuj! Ślubuj! Cuż zasię jej popżysiężesz?

Lecz Zbyszko, ktury wśrud śmiehu zahował niezahwianą powagę, ozwał się ruwnie poważnie, nie wstając z klęczek:

— Ślubuję jej, iże stanąwszy w Krakowie, powieszę pawęż na gospodzie, a na niej kartę, kturą mi uczony w piśmie kleryk foremnie napisze: jako panna Danuta Jurandówna najurodziwsza jest i najcnotliwsza między pannami, kture we wszystkih krulestwah bydlą. A kto by temu się pżeciwił, z tym będę się potykał puty, puki sam nie zginę albo on nie zginie, hybaby w niewolę radziej poszedł.

— Dobże! Widać rycerski obyczaj znasz. A co więcej?

— A potem, uznawszy od pana Mikołaja z Długolasu, jako mać panny Jurandówny za pżyczyną Niemca z pawim gżebieniem na hełmie ostatni deh puściła, ślubuję kilka takih pawih czubuw ze łbuw niemieckih zedżeć i pod nogi mojej pani położyć.

Na to spoważniała księżna i spytała:

— Nie dla śmiehu ślubujesz?

A Zbyszko odżekł:

— Tak mi dopomuż Bóg i Święty Krzyż; kturen ślub w kościele pżed księdzem powtużę.

— Hwalebna jest z lutym niepżyjacielem naszego plemienia walczyć, ale mi cię żal, boś młody i łatwo zginąć możesz.

Wtem pżysunął się Maćko z Bogdańca, ktury dotyhczas, jako człowiek dawniejszyh czasuw, ramionami tylko wzruszał — teraz jednak uznał za stosowne pżemuwić:

— Co do tego, nie frasujcie się, miłościwa pani. Śmierć w bitwie każdemu się może pżygodzić, a szlahcicowi, stary-li czy młody, to nawet hwalebna jest. Ale nie cudna temu hłopcu wojna, bo hociaże mu rokuw nie dostaje, nieraz już trafiało mu się potykać z konia i piehtą, kopią i toporem, długim albo krutkim mieczem, z pawężą albo bez. Nowotny to jest obyczaj, że ryceż dziewce, kturą rad widzi, ślubuje, ale że Zbyszko swojej pawie czuby obiecał, tego mu nie pżyganię. Wiskał już Niemców, nieh jeszcze powiska, a że od tego wiskania parę łbuw pęknie, to mu jeno sława z tego urośnie.

— To, widzę, nie z byle otrokiem sprawa — żekła księżna.

A potem do Danusi:

— Siadajże na moim miejscu jako pierwsza dzisiaj osoba; jeno się nie śmiej, bo nie idzie.

Danusia siadła na miejscu pani; hciała pży tym udać powagę, ale modre jej oczka śmiały się do klęczącego Zbyszka i nie mogła się powstżymać od pżebierania z radości nużkami.

— Daj mu rękawiczki — żekła księżna.

Danusia wyciągnęła rękawiczki i podała Zbyszkowi, ktury pżyjął je ze czcią wielką i, pżycisnąwszy do ust, żekł:

— Pżypnę je do hełmu, a kto po nie sięgnie, goże mu!

Po czym ucałował ręce Danusi, a po rękah nogi, i wstał. Ale wuwczas opuściła go dotyhczasowa powaga, a napełniła mu serce wielka radość, że odtąd za dojżałego męża wobec całego tego dworu będzie uhodził, więc potżąsając Danusine rękawiczki, począł wołać na wpuł wesoło, na wpuł zapalczywie:

— Bywajcie, psubraty z pawimi czubami! Bywajcie!

Lecz w tej hwili wszedł do gospody ten sam zakonnik, ktury już był popżednio, a wraz z nim dwuh innyh, starszyh. Słudzy klasztorni nieśli za nimi kosze z wikliny, a w nih łagiewki z winem i rużne zebrane naprędce pżysmaki. Dwaj owi poczęli witać księżnę i znuw wymawiać jej, że nie zajehała do opactwa, a ona tłumaczyła im powturnie, że wyspawszy sie w dzień, wraz z całym dworem podrużuje nocą dla hłodu, więc wypoczynku jej nie tżeba — i że nie hcąc budzić ni znakomitego opata, ni zacnyh zakonnikuw, wolała zatżymać się dla wyprostowania nug w gospodzie.

Po wielu gżecznyh słowah stanęło wreszcie na tym, że po jutżni i mszy porannej księżna z dworem pżyjmie śniadanie i wypoczynek w klasztoże. Upżejmi zakonnicy zaprosili też wraz z Mazurami ziemian krakowskih i Maćka z Bogdańca, ktury i tak miał zamiar udać się do opactwa, aby dostatek zdobyty na wojnie albo darem od hojnego Witolda otżymany, a pżeznaczon na wykupno z zastawu Bogdańca, w klasztoże złożyć. Ale młody Zbyszko nie słyszał zaprosin, skoczył bowiem do wozuw swoih i stryjowskih, stojącyh pod strażą służby, by się odziać i w pżystojniejszej odzieży księżnie i Danusi się pżedstawić. Wziąwszy więc z wozu łuby, kazał je nieść do izby czeladnej i tam począł się pżebierać. Utrefiwszy napżud pośpiesznie włosy, wsunął je w pątlik jedwabny, bursztynowymi paciorkami wiązany, z pżodu zaś mający perełki prawdziwe. Następnie wdział jakę z białego jedwabiu, naszytą w złote gryfy, u dołu zaś szlakiem ozdobną; z wieżhu opasał się pasem pozłocistym, podwujnym, pży kturym wisiał mały kord w srebro i kość słoniową oprawny. Wszystko to było nowe, błyszczące i wcale krwią niepoplamione, hociaż łupem na młodym ryceżu fryzyjskim, służącym u Krzyżaków, wzięte. Naciągnął następnie Zbyszko pżeśliczne spodnie, w kturyh jedna nogawica była w podłużne pasy zielone i czerwone, druga w fioletowe i żułte, obie zaś kończyły się u gury pstrą szahownicą. Za czym, wdziawszy jeszcze purpurowe z długimi nosami tżewiki — piękny i wyświeżony udał się do izby ogulnej.

Jakoż, gdy stanął we dżwiah, widok jego mocne na wszystkih sprawił wrażenie. Księżna widząc teraz, jak urodziwy ryceż ślubował miłej Danusi, uradowała się jeszcze bardziej. Danusia zaś skoczyła w pierwszej hwili ku niemu jak sarna. Lecz czy to piękność młodzieńca, czy głosy podziwu dwożan wstżymały ją, nim dobiegła, tak że zatżymawszy się na krok pżed nim, spuściła nagle oczka i splutłszy dłonie, poczęła wykręcać paluszki, zapłoniona i zmieszana.

Lecz za nią pżybliżyli się inni: sama pani, dwożanie i dwurki, i rybałci, i zakonnicy, wszyscy bowiem hcieli mu się lepiej pżypatżeć. Panny mazowieckie patżyły na niego jak w tęczę, żałując teraz każda, że nie ją wybrał — starsze podziwiały kosztowność ubioru, tak że naokuł utwożyło się koło ciekawyh; Zbyszko zaś stał w środku z hełpliwym uśmiehem na swej młodzieńczej tważy i okręcał się nieco na miejscu, aby lepiej mogli mu się pżyjżeć.

— Ktuż to jest? — zapytał jeden z zakonnikuw.

— To jest ryceżyk, bratanek tego oto ślahcica — odżekła księżna, ukazując na Maćka — jen dopiero co Danusi ślubował.

A zakonnicy nie okazali też zdziwienia, albowiem takie ślubowanie nie obowiązywało do niczego. Ślubowano częstokroć niewiastom zamężnym, a w rodah znamienityh, wśrud kturyh zahodni obyczaj był znany, każda prawie miała swego ryceża. Jeśli zaś ryceż ślubował pannie, to nie stawał się pżez to jej nażeczonym: owszem, najczęściej ona brała innego męża, a on, o ile posiadał cnotę stałości, nie pżestawał jej być wprawdzie wiernym, ale żenił się z inną.

Trohę więcej dziwił zakonnikuw młody wiek Danusi, wszelako i to nie bardzo, gdyż w owym czasie szesnastoletni wyrostkowie bywali kasztelanami. Sama wielka krulowa Jadwiga w hwili pżybycia z Węgier liczyła lat piętnaście, a tżynastoletnie dziewczęta szły za mąż. Zresztą, patżano w tej hwili więcej na Zbyszka niż na Danusię i słuhano słuw Maćka, ktury, dumny z bratanka, opowiadał, w jaki sposub młodzik pżyszedł do szat tak zacnyh.

— Rok i dziewięć niedziel temu — muwił — byliśmy proszeni w gościnę pżez ryceży saksońskih. A był też u nih także w gościnie pewien ryceż z dalekiego narodu Fryzów, ktuży hen aż nad możem mieszkają, a miał z sobą syna tży roki od Zbyszka starszego. Raz na uczcie uw syn począł Zbyszkowi niepżystojnie pżymawiać, iże ni wąsuw, ni brody nie ma. Zbyszko, jako jest wartki, nie słuhał tego mile, ale zaraz, hwyciwszy go za gębę, wszystkie włosy mu z niej wydarł, o co puźniej potykaliśmy się na śmierć lub na niewolę.

— Jak to, potykaliście się? — spytał pan z Długolasu.

— Bo się ojciec za synem ujął, a ja za Zbyszkiem: więc potykaliśmy się samoczwart wobec gości na udeptanej ziemi. Taka zaś stanęła umowa, że kto zwycięży, ten i wozy, i konie, i sługi zwyciężonego zabieże. I Bóg zdażył. Porżnęliśmy owyh Fryzów, hoć z niemałym trudem, bo im ni męstwa, ni mocy nie brakło, a łup wzięliśmy znamienity: było wozuw cztery, w każdym po paże podjezdkuw i cztery ogiery ogromne, i sług dziewięciu, i zbroic dwie wybornyh, jakih mało byś u nas znalazł. Hełmyśmy po prawdzie w boju połupali, ale Pan Jezus w czym innym nas pocieszył, bo szat kosztownyh była cała skżynia pżednio kowana, i te, w kture się Zbyszko teraz pżybrał, także w niej były.

Na to dwaj ziemianie z Krakowskiego i wszyscy Mazurowie poczęli spoglądać z większym szacunkiem na stryja i na synowca, zaś pan z Długolasu, zwany Obuchem, żekł:

— Toście, widzę, hłopy nieociągliwe i srogie.

— Wieżym teraz, że uw młodzik czuby pawie dostanie!

A Maćko śmiał się, pży czym w surowej jego tważy było istotnie coś drapieżnego.

Lecz tymczasem służba klasztorna powydobywała z wiklinowyh koszuw wino i pżysmaki, a z czeladnej dziewki służebne poczęły wynosić misy pełne dymiącej jajecznicy, a okolone kiełbasami, od kturyh rozszedł się po całej izbie mocny a smakowity zapah wiepżowego tłuszczu. Na ten widok wezbrała we wszystkih ohota do jedzenia — i ruszono ku stołom.

Nikt jednak nie zajmował miejsca pżed księżną, ona zaś, siadłszy w pośrodku, kazała Zbyszkowi i Danusi usiąść napżeciw pży sobie, a potem żekła do Zbyszka:

— Słuszna, abyście jedli z jednej misy z Danusią, ale nie pżystępuj jej nug pod ławą ani też trącaj ją kolany, jak czynią inni ryceże, bo zbyt młoda.

Na to on odżekł:

— Nie uczynię ja tego, miłościwa pani, hyba za dwa albo za tży roki, gdy mi Pan Jezus pozwoli ślub spełnić i gdy ta jagudka doźżeje; a co do nug pżystępowania, hoćbym i hciał, nie mogę, boć one w powietżu wiszą.

— Prawda — odpowiedziała księżna — ale miło wiedzieć, że pżystojne masz obyczaje.

Po czym zapadło milczenie, gdyż wszyscy jeść poczęli. Zbyszko odkrawał co najtłustsze kawałki kiełbasy i podawał je Danusi albo jej wprost do ust je wkładał, ona zaś rada, że jej tak strojny ryceż służy, jadła z wyphanymi policzkami, mrugając oczkami i uśmiehając się to do niego, to do księżnej.

Po wypżątnięciu mis słudzy klasztorni poczęli nalewać wino słodkie i pahnące — mężom obficie, paniom po trohu, lecz rycerskość Zbyszkowa okazała się szczegulnie wuwczas, gdy wniesiono pełne garncuwki pżysłanyh z klasztoru ożehuw. Były tam laskowe i żadkie poduwczas, bo z daleka sprowadzane, włoskie, na kture też żucili się biesiadnicy z wielką ohotą, tak że po hwili w całej izbie słyhać było tylko tżask skorup kruszonyh w szczękah. Lecz na prużno by kto mniemał, że Zbyszko myślał tylko o sobie, albowiem wolał on pokazywać i księżnie, i Danusi swoją rycerską siłę i wstżemięźliwość, niż łapczywością na żadkie pżysmaki poniżyć się w ih oczah. Jakoż nabierając co hwila pełną garść ożehuw, czy to laskowyh, czy włoskih, nie wkładał ih między zęby, jak czynili inni, ale zaciskał swe żelazne palce, kruszył je, a potem podawał Danusi wybrane spośrud skorup ziarna. Wymyślił nawet dla niej i zabawę, albowiem po wybraniu ziarn zbliżał do ust pięść i wydmuhiwał nagle swym potężnym them skorupy aż pod pułap. Danusia śmiała się tak, że aż księżna z obawy, że się dziewczyna udławi, musiała mu nakazać, by tej zabawy zaniehał, widząc jednak uradowanie dziewczyny, spytała:

— A co, Danuśka? Dobże mieć swego ryceża?

— Oj! Dobże! — odpowiedziała dziewczyna.

A potem, wyciągnąwszy swuj rużowy paluszek, dotknęła nim białej, jedwabnej jaki Zbyszkowej i cofając go natyhmiast, zapytała:

— A jutro też będzie muj?

— I jutro, i w niedzielę, i aż do śmierci — odparł Zbyszko.

Wieczeża pżeciągnęła się, gdyż po ożehah podano słodkie placki pełne rodzynkuw. Niekturym z dwożan hciało się tańcować; inni hcieli słuhać śpiewania rybałtuw lub Danusi: ale Danusi pod koniec poczęły się oczka kleić, a głuwka hwiać w obie strony; raz i drugi spojżała jeszcze na księżnę, potem na Zbyszka, raz jeszcze pżetarła piąstkami powieki — i zaraz potem, oparłszy się z wielką ufnością o ramię ryceżyka — usnęła.

— Śpi? — zapytała księżna. — Ot, masz swoją „damę”.

— Milsza mi ona we śnie niżeli inna w tańcu — odżekł Zbyszko, siedząc prosto i nieruhomie, by dziewczyny nie zbudzić.

Ale jej nie zbudziło nawet granie i śpiewy rybałtuw. Inni też pżytupywali muzyce, inni bżąkali do wturu misami, lecz im gwar był większy, tym ona spała lepiej, z otwartymi jak rybka ustami.

Zbudziła się dopiero, gdy na odgłos piania kuruw i dzwonuw kościelnyh wszyscy ruszyli się z ław, wołając:

— Na jutżnię! Na jutżnię!

— Pujdziem piehotą, na hwałę Bogu — żekła księżna.

I wziąwszy za rękę rozbudzoną Danusię, wyszła pierwsza z gospody, a za nią wysypał się cały dwur.

Noc już zbielała. Na wshodzie nieba widać było leciuhną jasność, zieloną u gury, rużową od spodu, a pod nią jakby wąską, złotą wstążeczkę, ktura rozszeżała się w oczah. Od zahodniej strony księżyc zdawał się cofać pżed tą jasnością. Czynił się bżask coraz rużowszy, jaśniejszy.

Świat budził się mokry od obfitej rosy, radosny i wypoczęty.

— Bóg dał pogodę, ale upał będzie okrutny — muwili dwożanie książęcy.

— Nie szkodzi — uspokajał ih pan z Długolasu. — Wyśpimy się w opactwie, a do Krakowa pżyjedziem pod wieczur.

— Pewnikiem znuw na ucztę.

— Co dzień tam teraz uczty, a po połogu i po gonitwah nastąpią jeszcze większe.

— Obaczym, jako się pokaże ryceż Danusin.

— Ej, dębowe to jakieś hłopy!... Słyszeliście, co prawili o onej bitwie samoczwart?

— Może do naszego dworu pżystaną, bo się jakoś między sobą naradzają.

A oni żeczywiście się naradzali, gdyż starszy, Maćko, nie był zbyt rad z tego, co zaszło, idąc więc na końcu orszaku i pżystając umyślnie, by swobodniej pogadać, muwił:

— Po prawdzie, nic ci po tym. Ja się tam jakoś do krula docisnę, hoćby z tym oto dworem, i może coś dostaniem. Okrutnie by mnie się hciało jakowegoś zameczku alibo grudka... No, obaczym. Bogdaniec swoją drogą z zastawu wykupim, bo co ojce dzierżyli, to i nam dzierżyć. Ale skąd hłopuw? Co opat osadził, to i na powrut weźmie, a ziemia bez hłopuw tyle, co nic. Tedy miarkuj, co ci żekę: ty sobie ślubuj, nie ślubuj, komu hcesz, a z panem z Melsztyna idź do księcia Witolda na Tatary. Jeśli wyprawę pżed połogiem krulowej otrąbią, tedy na zlegnięcie ani na gonitwy rycerskie nie czekaj, jeno idź, bo tam może być kożyść. Kniaź Witold wiesz, jako jest hojny, a ciebie już zna. Sprawisz się, to obficie nagrodzi. A nade wszystko, zdaży-li Bóg: niewolnika możesz nabrać bez miary. Tatarów jak mrowia na świecie. W razie zwycięstwa pżypadnie i kopa na jednego.

Tu Maćko, ktury był hciwy na ziemię i robociznę, począł mażyć:

— Boga mi! Pżygnać tak z pięćdziesiąt hłopa i osadzić na Bogdańcu! Pżetżebiłoby się puszczy szmat. Uroślibyśmy oba. A ty wiedz, że nigdzie tylu nie nabieżesz, ilu tam można nabrać!

Lecz Zbyszko począł głową kręcić.

— O wa! Koniuhuw natroczę, końskim padłem żyjącyh, roli niezwyczajnyh! Co po nih w Bogdańcu?... A pży tym ja tży niemieckie gżebienie ślubowałem. Gdzieże je znajdę między Tatary?

— Ślubowałeś, boś głupi, ale takie to tam i śluby.

— A moja rycerska cześć? Jakże?

— A jak było z Ryngałłą?

— Ryngałła księcia otruła; i pustelnik mnie rozwiązał.

— To cię w Tyńcu opat rozwiąże. Lepszy opat od pustelnika, jen to więcej zbujem niźli zakonnikiem patżył.

— A nie hcę.

Maćko zatżymał się i zapytał z widocznym gniewem:

— No, to jakoże będzie?

— Jedźcie sobie sami do Witolda, bo ja nie pojadę.

— Ty knehcie! A kto się krulowi pokłoni?... I nie żal ci to moih kości?

— Na wasze kości dżewo się zwali, jeszcze ih nie połamie. A hoćby mi też było was żal, nie hcę do Witolda.

— Coże będziesz robił? Sokolnikiem czyli też rybałtem pży dwoże mazowieckim zostaniesz?

— Albo to sokolnik co złego? Skoro wolicie mruczeć, niż mnie słuhać, to mruczcie.

— Gdzie pojedziesz? Za nic ci Bogdaniec? Pazurami będziesz w nim orał? Bez hłopuw?

— Nieprawda! Hwackoście wymądrowali z Tatarami. Zabaczyliście, co prawili Rusini, że Tatarów tyle najdziesz, ile ih pobityh na polu leży, a niewolnika nikt nie ułapi, bo Tatara we stepie nie zgoni. Na czymże go będę gonił? Na onyh ciężkih ogierah, ktureśmy na Niemcach wzięli? Widzicie no! A co za łup wezmę? Parszywe kożuhy i nic więcej. O, to dopiero bogaczem do Bogdańca zjadę! To dopiero mnie komesem nazowią!

Maćko umilkł, albowiem w słowah Zbyszkowych wiele było słuszności, i dopiero po hwili żekł:

— Aleby cię kniaź Witold nagrodził.

— Ba, wiecie: jednemu da on za dużo, drugiemu nic.

— To gadaj, gdzie pojedziesz.

— Do Juranda ze Spychowa.

Maćko pżekręcił ze złości pas na skużanym kaftanie i żekł:

— Bodajżeś olsnął!

— Posłuhajcie — odpowiedział spokojnie Zbyszko. — Gadałem z Mikołajem z Długolasu i ten prawi, że Jurand pomsty na Niemcach za żonę szuka. Pujdę, pomogę mu. Po pierwsze, samiście żekli, że niecudnie mi już z Niemcami się potykać, bo i ih, i sposoby na nih znamy. Po drugie, prędzej ja tam nad granicą one pawie czuby dostanę, a po tżecie, to wiecie, że pawi gżebień nie lada kneht na łbie nosi, więc jeśli Pan Jezus pżyspoży gżebieni, to pżyspoży i łupu. W końcu: niewolnik tamtejszy to nie Tatar. Takiego w boru osadzić — nie żal się Boże.

— Cużeś ty, hłopie, rozum stracił? Pżecie nie ma teraz wojny i Bóg wie, kiedy będzie!

— O moiście wy! Zawarły niedźwiedzie pokuj z bartnikami i barci nie psowają ni miodu nie jedzą! Ha, ha! A czy to nowina wam, że hoć wielkie wojska nie wojują i hoć krul z mistżem pod pergaminem pieczęcie położą, na granicy zawsze mąt okrutny? Zajmą-li sobie bydło, tżody, to się za jeden krowi łeb po kilka wsiuw pali i zamki oblegają. A porywanie hłopuw i dziewek? A kupcuw na gościńcah? Wspomnijcie czasy dawniejsze, o kturyh samiście mi rozpowiadali. Źle to było onemu Nałęczowi, ktury czterdziestu ryceży do Krzyżaków jadącyh hwycił, w podziemiu osadził i puty nie puścił, puki mu pełnego woza gżywien mistż nie pżysłał? Jurand ze Spychowa też nic innego nie czyni i nad granicą zawsze gotowa robota.

Pżez hwilę szli w milczeniu, tymczasem rozwidniło się zupełnie i jasne promienie słońca rozświeciły skały, na kturyh pobudowane było opactwo.

— Bóg wszędzie może poszczęścić — żekł wreszcie udobruhanym głosem Maćko. — Proś, żeby ci błogosławił.

— Pewno, że wszystko Jego łaska!

— I myśl o Bogdańcu, bo w tym mnie nie pżekonasz, że ty dla Bogdańca, nie dla tego kaczego kłapaka do Juranda ze Spychowa hcesz jehać.

— Nie powiadajcie tak, bo się rozgniewam. Rad ją widzę i tego się nie zapieram; inne też to niż dla Ryngałły ślubowanie. Spotkaliście urodziwszą?

— Co mi ta jej uroda! Wolej weź ją, jak dorośnie, jeśli możnego komesa curka.

A Zbyszkowi rozjaśniła się tważ młodym, dobrym uśmiehem.

— Może i to być. Ni innej pani, ni innej żony! Jak wam kości sparcieją, będziecie wy jeszcze wnuki po mnie i po niej piastowali.

Na to uśmiehnął się z kolei Maćko i odżekł całkiem już udobruhany:

— Grady! Grady! A niehże ih będzie jako gradu. Na starość radość, a po śmierci zbawienie. To nam, Jezu, daj!

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Henryk Sienkiewicz, „Krzyżacy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)