Biblioteka › Król Maciuś Pierwszy
Część 6
Może znuw wynikłaby kłutnia, ale pżewodniczący zadzwonił i powiedział, że nie wolno posłuw nazywać głupcami, że będzie za to wykluczał z posiedzenia.
— A co znaczy wykluczać z posiedzenia?
— To jest parlamentarne wyrażenie. W szkole muwi się: wyżucić za dżwi.
Tak posłowie powoli uczyli się, jak tżeba się sprawować na sejmie.
Pod koniec posiedzenia wszedł jeden spuźniony poseł.
— Pżepraszam że się spuźniłem — muwi — ale mama nie hciała wcale pozwolić, bo wczoraj podrapali mi nos i nabili guza.
— To jest nadużycie. Poseł jest nietykalny i nie mogą mu w domu zabronić iść na posiedzenie. Co to będzie za pożądek? Jak jego wybrali na posła, musi radzić. W szkole też mogą zadrapać nos czasem, a rodzice nie zabraniają.
Tak zaczął się spur między dziećmi i dorosłymi, a to był dopiero początek.
Bo tżeba powiedzieć to, o czym ani Maciuś, ani posłowie jeszcze nie wiedzieli: że za granicą o parlamencie dziecinnym zaczęły pisać gazety. I dzieci zaczęły coraz częściej rozmawiać w szkołah i w domu. I jak im niesprawiedliwie postawili zły stopień albo się na nih gniewali, zaraz muwiły:
— Żebyśmy mieli swoih posłuw, toby tego nie było.
A w małym państwie krulowej Kampanelli w południowej Europie o coś się dzieci pogniewały i użądziły strejk. Ktoś się dowiedział, że dzieci hcą mieć, tak jak robotnicy, swuj własny sztandar, że sztandar ma być zielony. Więc użądziły pohud z zielonym sztandarem.
Dorośli bardzo się gniewali:
— Nowa historia. Mało mamy kłopotu z robotnikami i ih czerwonym sztandarem, teraz się znuw zacznie z dzieciakami. Tego tylko brakowało.
Maciusia bardzo wiadomość ucieszyła, a w gazecie dzieci napisany był o tym duży artykuł pod nagłuwkiem:
„Ruh się zaczyna”.
Pisało tam, że w państwie krulowej Kampanelli jest ciepły klimat, i dzieci są tam bardziej gorące. Dlatego tam pierwsze zaczęły domagać się praw.
„Niedługo zielony sztandar pżyjęty będzie pżez wszystkie dzieci całego świata. I wtedy dzieci zrozumieją, że nie powinny się bić. I będzie pożądek. I wszyscy ludzie będą się kohali. I wcale nie będzie wojen. Bo jak nauczą się nie bić, jak są małe, nie będą się biły, jak urosną”.
„Krul Maciuś — pisało w gazecie, pierwszy powiedział, żeby dzieci miały zielony sztandar. Krul Maciuś to wymyślił i teraz może zostać krulem dzieci nie tylko w swoim państwie, ale na całym świecie”.
„Krulewna Klu-Klu pojedzie do Afryki i tam wszystko wytłomaczy dzieciom mużyńskim. Będzie dobże. Dzieci będą miały takie same prawa jak dorośli i będą obywatelami”.
„Dzieci będą się słuhały nie dlatego, że się boją, tylko że same hcą, żeby był pożądek”.
Wiele jeszcze innyh żeczy ciekawyh pisali w gazecie. I Maciuś dziwił się bardzo, że smutny krul muwił, że tak trudno być reformatorem, że reformatoży najczęściej marnie kończą, a dopiero po śmierci ludzie widzą, że oni dobże radzili — i stawiają im pomniki.
— A mnie wszystko idzie dobże, żadne niebezpieczeństwo mi nie grozi. Miałem i ja wprawdzie sporo zmartwień i kłopotuw, ale na to musi być pżygotowany każdy, kto żądzi całym narodem.
Aż tu raz pżed sejmem zebrała się młodzież, to jest ci, ktuży skończyli lat piętnaście. Zebrali się wszyscy, jeden wdrapał się na latarnię i kżyczy:
— O nas zupełnie zapomnieli. My także hcemy mieć posłuw. Dorośli mają swuj sejm, dzieci mają swuj sejm, a my mamy być gorsi? My na to nie pozwolimy, żeby się takie szczeniaki rozpożądzały. Jeżeli malcom dają czekoladę, nam nieh dają papierosy. To niesprawiedliwe.
Akurat posłowie idą na posiedzenie, a ci ih nie puszczają.
— Ładni posłowie, ktuży jeszcze tabliczki mnożenia nie umieją, a stuł piszą pżez u, hociaż się muwi: stoły.
— A niektuży wcale pisać nie umieją.
— Oni mają żądzić.
— Precz z takim żądem!
Prefekt policji zatelefonował, żeby Maciuś siedział w domu, bo jest awantura. A tymczasem puścił konną policję, ktura zaczęła rozpędzać tłum. Ci nie hcą się rozejść, zaczynają żucać w policję, co kto miał: książki, śniadania. I już niektuży zaczynają wyrywać kamienie z bruku ulicznego. Wtedy prefekt policji wszedł na balkon i kżyczy:
— Jeżeli nie pujdziecie, wezwę wojsko. A jak w wojsko kto żuci kamieniem, to napżud stżelą w powietże, a jak nie pomoże, będą do was stżelać.
Nic nie pomogło, nawet się jeszcze bardziej rozzłościli; wyłamali dżwi i wtargnęli na salę posiedzeń.
— Nie ruszymy się stąd, dopuki nie dostaniemy takih samyh praw, jak dzieci.
Wszyscy potracili głowy, nie wiedzą, co robić. A tu nagle w krulewskiej loży pokazuje się Maciuś, ktury nie posłuhał prefekta policji i pżyjehał sam, żeby się dowiedzieć, co to za awantura.
— Hcemy mieć także sejm, hcemy mieć posłuw, hcemy mieć prawa — napżud kżyczą, potem wżeszczą tak, że już nawet nie wiadomo, co kto muwi.
Maciuś stoi i nic. Czeka. A ci widzą, że nic z tego nie będzie, więc sami zaczęli sykać: „ciho, no już, no pżestańcie”. Wreszcie ktoś kżyknął: „Krul hce muwić”. I zrobiło się ciho.
Maciuś muwił długo i mądże. Bo im pżyznał słuszność.
— Obywatele — muwi Maciuś — wam się należą prawa, tak. Ale wy już niedługo będziecie dorośli i wejdziecie do sejmu dorosłyh. Zacząłem od dzieci, bo sam jestem jeszcze mały — i lepiej wiem, czego potżeba dzieciom. Od razu nie można zrobić wszystkiego. I tak mam dużo pracy. Jak urosnę i będę miał piętnaście lat, i już u dzieci będzie pożądek, wezmę się do was.
— A my wtedy nie potżebujemy łaski, bo będziemy już w parlamencie dorosłyh.
Widzi Maciuś, że tak źle, więc inaczej muwi:
— A zresztą dlaczego się nas czepiacie? Wy już macie wąsy i palicie papierosy, więc idźcie do tamtego parlamentu, nieh was tam pżyjmą.
Najstarsi, ktuży naprawdę już mieli trohę wąsuw, pomyśleli:
— Żeczywiście. Po co nam jakiś smarkaty sejm? My możemy być już w prawdziwym parlamencie.
A młodsi wstydzili się powiedzieć, że nie palą papierosuw, więc też powiedzieli:
— Dobże.
I poszli sobie. A jak szli do sejmu dorosłyh, wojsko ih nie puściło. Stanęli z nastawionymi bagnetami i zatżymali pohud. Ci hcą wracać, a z tyłu też wojsko. Więc rozdzielili się — i jedni weszli w jedną ulicę na prawo, a drudzy na lewo. Potem się znuw rozdzielili, a wojsko z tyłu najeżdża i goni. I tak ih rozdzielili na małe kupki, i dopiero policja zaczęła ih aresztować.
Kiedy się Maciuś o tym dowiedział, bardzo się gniewał na prefekta policji, bo tak wyglądało, że krul ih oszukał. Ale prefekt się tłomaczył, że nie może inaczej. Więc Maciuś kazał rozlepić na rogah ulic ogłoszenie, żeby wybrali tżeh najmądżejszyh i pżyszli do niego na audiencję, to się z nimi rozmuwi.
A tu wieczorem proszą krula na posiedzenie ministruw.
— Jest źle — muwi minister oświaty. — Dzieci nie hcą się uczyć. Jak im nauczyciel coś każe, to się śmieją. „A co pan nam zrobi? A nie hcemy. A pujdziemy na skargę do krula. A powiemy naszym posłom”. I nauczyciele nie wiedzą, co mają robić. A starsi wcale już się nie hcą słuhać. „Te smyki będą żądzić, a my mamy kuć, nie ma głupih. Jak nie mamy swoih posłuw, możemy i szkuł nie mieć”. Dawniej mali bili się z małymi, a teraz starsi dokuczają małym i drażnią ih: „idź, poskarż się pżed swoim posłem”. I ciągną ih za uszy i biją. Nauczyciele muwią, że jeszcze dwa tygodnie będą czekali, ale jak się nie uspokoi, nie hcą być więcej nauczycielami. Już i tak paru odeszło. Jeden założył sobie budkę z wodą sodową, a drugi założył fabrykę guzikuw.
— W ogule dorośli są bardzo niezadowoleni, powiedział minister spraw wewnętżnyh. Wczoraj jeden pan w cukierni muwił, że dzieciom pżewruciło się w głowah, że zdaje im się, że mogą robić, co hcą — i że tak hałasują, że można zwariować. Skaczą po kanapah, w pokoju grają w piłkę, włuczą się bez pozwolenia po ulicah i tak strasznie drą ubrania, że niedługo hodzić będą hyba tak, jak Murzyni. Ten pan muwił jeszcze inne żeczy, ale tego nie mogę powtużyć. Kazałem go aresztować i ma teraz sprawę o obrazę krula, czyli majestatu.
— Już wiem, co zrobię — powiedział Maciuś. — Tak zrobię: nieh wszyscy, ktuży się uczą, będą użędnikami. Oni tak samo piszą, rahują, pracują i hodzą do szkoły, jak użędnicy hodzą do biur i tam pracują. Więc za ih pracę należy się zapłata. Będziemy im płacili. Wszystko nam jedno, czy dajemy czekoladę, łyżwy i lalki, czy pieniądze. A dzieci będą wiedziały, że muszą robić, co do nih należy, bo inaczej nie dostaną pensji.
— Można sprobować — zgodzili się ministrowie.
Maciuś zupełnie zapomniał, że teraz on już nie żądzi, tylko parlament, więc kazał napisać takie ogłoszenie i rozwiesić na rogah ulic.
A tu od samego rana wpada dziennikaż, taki zły, i muwi:
— Jeżeli wasza krulewska mość będzie wszystkie ważne wiadomości rozlepiał, po co jest gazeta.
A za nim Felek:
— Jeżeli wasza krulewska mość sam wydaje nowe prawa, od czego są posłowie?
— Tak — pżyznał dziennikaż. — Baron fon Rauch ma rację. Krul może tylko powiedzieć, że tak hce zrobić, ale dopiero posłowie powiedzą, że pozwalają tak zrobić. A może oni wymyślą coś lepszego?
Widzi Maciuś, że się pośpieszył niepotżebnie. Co to będzie teraz?
— Nieh wasza krulewska mość zatelefonuje, żeby tymczasem wydawali dalej czekoladę, bo może być rewolucja. A dziś jeszcze omuwimy tę sprawę na posiedzeniu z posłami.
Złe miał Maciuś pżeczucia — i stało się naprawdę coś bardzo złego. Bo napżud postanowili, żeby całą sprawę oddać na naradę komisji. Ale Maciuś się nie zgodził.
— Jak komisja ma coś zrobić, tżeba długo czekać. A nauczyciele powiedzieli, że tylko dwa tygodnie będą czekali, a jak nie, to sobie pujdą i koniec.
Dziennikaż doszedł do Felka i coś mu muwił do uha. Felek uśmiehał się bardzo zadowolony i kiedy Maciuś skończył, poprosił o głos:
— Panowie posłowie — powiedział Felek. — Ja hodziłem do szkoły i wiem, co się tam dzieje. W ciągu jednego roku niesprawiedliwie stałem w ławce siedemdziesiąt razy, w kącie stałem niesprawiedliwie sto pięć razy, za dżwi niesprawiedliwie byłem wyżucony sto dwanaście razy. I myślicie, że tak było w jednej szkole? Wcale nie. Ja uczyłem się w sześciu rużnyh szkołah i wszędzie było tak samo. Dorośli nie hodzą do szkuł, więc nie wiedzą, jak tam jest wszystko niesprawiedliwie. Ja myślę, że jeżeli nauczyciele nie hcą czekać, nie hcą dzieci uczyć, to można wydać prawo, żeby uczyli dorosłyh. Jak dorośli zobaczą, jak to pżyjemnie, nie będą nas zaganiać ciągle do książki, a nauczyciele zobaczą wtedy, że z dorosłymi jest gożej, bo się nie dają — i pżestaną na nas gadać.
I posypały się skargi na szkołę i na nauczycieli. Ten niesprawiedliwie został na drugi rok, tamten zrobił tylko dwa błędy i dostał zły stopień, tamten spuźnił się, bo noga bolała, i stał w kącie, inny nie mugł nauczyć się wierszy, bo mały brat wydarł akurat tę stronicę, a nauczycielka powiedziała, że to wykręty.
Kiedy już posłowie się zmęczyli i byli głodni, Felek oddaje pod głosowanie projekt:
— Komisja obmyśli, co zrobić, żeby w szkole wszystko było sprawiedliwe, i czy płacić dzieciom za naukę, jak użędnikom. A tymczasem do szkuł mają hodzić dorośli. Kto się zgadza, nieh podniesie rękę.
Paru posłuw hciało jeszcze coś powiedzieć, ale większa część podniosła rękę i Felek powiedział:
— Sejm prawo uhwalił.
Nie można wcale opisać, co się działo w państwie Maciusia, kiedy się ludzie dowiedzieli o postanowieniu sejmu dziecięcego.
— Co to za nowe pożądki — złościli się jedni. — Dlaczego mają rozkazywać? My mamy swuj sejm i my się możemy nie zgodzić. Nieh ih sejm postanawia, co mają robić dzieci; a nie mają prawa muwić, co my mamy robić.
— No dobże, my będziemy hodzili do szkoły, a kto będzie pracował? — pytali się drudzy.
— A nieh sobie dzieci robią teraz wszystko, kiedy tak rozpożądziły. Zobaczą, że nie tak łatwo, jak im się zdaje.
— Zobaczymy — tłomaczyli spokojniejsi. — Może nawet dobże się stało. Jak dzieci pżekonają się, że nie umieją, że bez nas nic nie potrafią, to będą nas więcej szanowały.
I bezrobotni nawet się cieszyli.
— Ten Maciuś, mądry krul. Myśmy już hcieli robić rewolucję, a on tak wymyślił, że jest dobże. Od tego kopania i noszenia cegieł bolą nas kości; a tak będziemy sobie siedzieli wygodnie na ławkah i jeszcze nauczymy się ciekawyh żeczy. A ile nam będą płacili?
Więc wyszło prawo, że za naukę płaci się tak samo, bo nauka — to także praca. I wyszło prawo, że dzieci będą wszystko robiły, a dorośli mają hodzić do szkoły.
Było strasznie dużo zamieszania, bo hłopcy najwięcej hcieli być strażakami, szoferami, a dziewczynki hciały być sklepowymi w sklepah z zabawkami i w cukierniah. A niektuży, jak to zawsze bywa, głupstwa muwili: jeden hłopak hciał być katem, a jeden hciał być Indianinem, a jeden wariatem.
— Pżecież wszyscy nie mogą robić tego samego.
— To nieh kto inny robi. Dlaczego ja mam robić to, czego inni nie hcą.
I w rodzinah dużo było sporuw, jak dzieci oddawały rodzicom swoje książki i kajety.
— Wy zniszczyliście książki i poplamiliście kajety, a teraz będą na nas kżyczeli, że jesteśmy brudasy — muwi mama.
— Zgubiłeś ołuwek, a teraz nie mam czym rysować i nauczycielka będzie się gniewała — muwi ojciec.
— Śniadanie się spuźniło, to napisz mi teraz zaświadczenie, że się pżez śniadanie spuźnię do szkoły — muwi babcia.
A nauczycielki bardzo się cieszyły, że hoć trohę wypoczną, bo dorośli są spokojniejsi.
— Damy dzieciom pżykład, jak tżeba się uczyć — muwiły.
A byli tacy, co się śmieli z tego wszystkiego, byli weseli i cieszyli się, że jest coś nowego.
— Pżecież i tak długo nie potrwa — muwili wszyscy.
Bardzo dziwnie wyglądało miasto, jak dorośli szli z książkami do szkoły, a dzieci szły do biur, do fabryk i do sklepuw, żeby ih zastąpić. Niektuży byli bardzo smutni i wstydzili się, a inni nic sobie nie robili.
— No to co? Znuw jesteśmy dziećmi. A bo to źle być dzieckiem.
Pżypominali dawne czasy, nawet spotykali się koledzy, ktuży dawniej razem na jednej ławce siedzieli. Pżypominali sobie staryh nauczycieli, rużne zabawy i psoty.
— Pamiętasz starego łacinnika? — pyta się kolegi inżynier fabryki.
— A pamiętasz, jakeśmy się pobili raz... o co nam wtedy poszło?
— Aa, wiem. Kupiłem scyzoryk i ty powiedziałeś, że nie jest stalowy, tylko żelazny.
— I siedzieliśmy w kozie.
Jeden doktur i jeden adwokat tak się pżejęli tymi opowiadaniami, że zupełnie zapomnieli, że już nie są małymi hłopakami, i zaczęli się spyhać do rynsztoka i gonić, aż pżehodząca nauczycielka musiała im zwrucić uwagę, że na ulicy tżeba się zahowywać pżyzwoicie, bo ludzie patżą.
Ale niektuży byli bardzo źli. Jedna pani bardzo gruba, właścicielka restauracji, idzie z książkami do szkoły, ale taka zła, że strah. A tu ją poznał jeden mehanik.
— Patż, idzie ta kwoka. Pamiętasz, jak ona nas zawsze oszukuje: dolewa wodę do wudki i za kawałek śledzia liczy tak, jak za cały śledź. Wiesz co, podstawimy jej nogę. Jak jesteśmy dzieci, to dzieci. No nie?
Podstawił jej nogę. Mało się nie pżewruciła. Kajety jej się rozsypały.
— Łobuzy — kżyczy gruba pani.
— Ja nienaumyślnie.
— Poczekajcie, powiem nauczycielce, że nie dajecie spokojnie pżejść pżez ulicę.
Za to dzieci szły bardzo spokojnie i poważnie, i o godzinie dziewiątej już wszystkie biura i wszystkie sklepy były otwarte.
A w szkołah dorośli pousiadali. Staruszkowie usiedli na ostatnih ławkah i bliżej pieca. Oni sobie myśleli, że podczas lekcji będzie można się trohę zdżemnąć.
Ano czytają, piszą, rahują. Wszystko dobże. Nauczycielki egzaminują, czy dużo zapomnieli. Parę razy tylko nauczycielka się gniewała, że nie uważają. I naprawdę dosyć trudno im było uważać, bo każdy myślał, co się dzieje w domu, w fabryce, w sklepie, jak tam dzieci gospodarują.
Dziewczynki hciały się pokazać, że dobże gospodarują, żeby pierwszy obiad był taki smaczny, jak nigdy. Ale było im trudno, bo nie wszystkie umiały.
— Wiesz co, może zamiast zupy dać konfitury.
Idą do sklepu kupić.
— Ah, jak drogo. W żadnym sklepie nie jest tak drogo. Pujdę kupić gdzie indziej.
Jedne dzieci targowały się, żeby pokazać, że tanio kupują. A te znowu, kture spżedawały, hciały się pohwalić, że dużo utargowały. Więc handel szedł aż miło.
— Proszę jeszcze dziesięć pomarańczy.
— I funt rodzynkuw.
— I sera szwajcarskiego. Tylko żeby się nie pżypalił, bo odniosę.
— Moje sery są w najlepszym gatunku, a pomarańcze mają cienką skurkę.
— To dobże, a ile mam zapłacić?
Spżedający niby liczy, ale nie bardzo mu idzie.
— A ile masz pieniędzy?
— Sto.
— To za mało. Tyle rużnyh żeczy więcej kosztuje.
— To ja puźniej pżyniosę.
— No dobże.
— Ale proszę mi wydać resztę.
— Głupia jesteś. Dajesz za mało i jeszcze hcesz resztę.
Tżeba pżyznać, że nie bardzo gżecznie obhodzono się w sklepah i w użędah, i często się słyszało takie zdania jak:
— Głupi, kłamiesz, to się wynoś, nie to nie, nie stawiaj się, patżcie no, czego się zahciewa, odczep się — i tak dalej.
I często się słyszało:
— Poczekaj, jak mama wruci ze szkoły...
Albo:
— Poczekaj, wszystko tatusiowi powiem; już niedługo szkoła się skończy.
Najwięcej pżeszkadzali ulicznicy, bo wpadali do sklepuw, jedli i nie hcieli wcale płacić.
Niby była policja. Stali hłopcy na rogah ulic, ale jeszcze dobże nie wiedzieli, co mają robić.
— Patż, co ty za milicjant. Wpadli do sklepu, złapali garść suszonyh śliwek i uciekli.
— A dokąd uciekli?
— A bo ja wiem.
— No, jak nie wiesz, więc co ja ci poradzę?
— Jak jesteś milicjant, to powinieneś patżeć.
— Dobże. Ty masz jeden sklep i nie możesz upilnować, a ja mam pięćdziesiąt sklepuw do pilnowania.
— Głupi jesteś.
— No to głupi. A jak ci się nie podoba, to mnie nie wołaj i już.
Wyhodzi milicjant, a szabla mu się plącze.
— Także pretensja: hce, żeby aresztować złodzieja, a nie wie, gdzie jest. Psia służba. Stuj jak ten słup i patż na wszystko. I żeby mi hoć dała jabłko albo co, to nie. Powiem, że nie hcę być więcej milicjantem i koniec. Nieh sobie robią, co hcą. Mogę wrucić do szkoły, jak im się nie podoba.
Wracają rodzice ze szkuł, dzieci otwierają im dżwi i pytają się:
— Czy mamusia wydawała?
— Czy tatuś dobże zrobił zadanie?
— Z kim babcia siedzi na ławce?
— Na kturej ławce?
A znuw inne dzieci wracają z biur i wstępują do szkoły, żeby ojca albo mamę odprowadzić do domu.
— No, co robiłeś w biuże? — pyta się ojciec.
— A nic. Siedziałem pży biurku, potem trohę wyglądałem pżez okno, bo pogżeb szedł, potem zacząłem palić papierosa, ale był gożki. Potem leżały tam jakieś papiery, to wszędzie podpisałem swoje nazwisko. Potem pżyszło tżeh panuw, ale muwili po jakiemuś, pewnie po francusku albo po angielsku, to im powiedziałem, że nie rozumiem. Potem miała być herbata; ale nie było, więc tylko zjadłem cukier. A potem telefonowałem do rużnyh koleguw, co oni robią; ale telefony się poplątały, czy co — więc tylko jeden mi odpowiedział, że pracuje na poczcie, i tam jest dużo listuw z zagranicznymi markami.
Obiady w niekturyh domah były dobre, ale w innyh wszystko się pżypaliło, albo wcale nie mogli rozpalić ognia. Więc prędko tżeba było gotować.
— Muszę się spieszyć — muwi mama, bo mam na jutro dużo lekcji zadanyh. Pani powiedziała, że dorosłym tżeba więcej zadawać. To jest niesprawiedliwie. W innyh szkołah mniej zadają.
— A czy stał kto w kącie?
Mama się trohę zawstydziła, ale powiedziała, że stali.
— A za co?
— Na czwartej ławce siedziały dwie panie, podobno kiedyś się znały, mieszkały razem na letnim mieszkaniu czy coś, więc pżez całą lekcję gadały. Pani im dwa razy muwiła, żeby pżestały, a one nic — dalej gadają. Aż je pani postawiła do kąta.
— Czy płakały?
— Jedna jeszcze się śmiała, a druga miała łzy w oczah.
— A hłopcy was nie zaczepiają?
— Tak, trohę.
— To zupełnie tak samo, jak u nas — cieszyły się dzieci.
Siedzi Maciuś w gabinecie i czyta gazetę, w kturej dokładnie opisane jest wszystko, jak ten pierwszy dzień pżeszedł. Gazeta pżyznawała, że jeszcze nie ma wielkiego pożądku, że telefony bardzo źle działają, że listy na poczcie jeszcze nie są ułożone jak potżeba, że wczoraj jeden pociąg się wykoleił, ale ile osub jest rannyh, nie wiadomo, bo telegrafy się poplątały. Ale trudno, dzieci jeszcze się nie pżyzwyczaiły. Każda reforma wymaga czasu. Żadna reforma nie odbyła się bez znacznyh wstżąśnień w życiu gospodarczym kraju.
Zresztą, komisja pracuje nad tym, żeby dokładnie opracować prawo o szkołah, żeby nauczyciele i dzieci, i rodzice, żeby wszyscy byli zadowoleni.
Aż tu nagle wpada Klu-Klu uradowana, klaszcze w ręce, podskakuje do gury:
— Nowina, zgadnij co się stało?
— Co takiego? — pyta się Maciuś.
— Tysiąc czarnyh dzieci pżyjehało.
Maciuś zapomniał nawet, że w swoim czasie posłał telegrafem bez drutu do krula Bum-Druma zaproszenie dla stu dzieci, ale w drodze papuga, czy coś, stuknęła dziobem, czy czymś, i dopisało się jeszcze jedno zero, i wyszło, że Maciuś nie sto, ale tysiąc dzieci zaprasza.
Stropił się Maciuś, ale Klu-Klu była uszczęśliwiona.
— To jeszcze lepiej. Jeżeli więcej dzieci od razu nauczy się, będzie można zrobić pożądek od razu w całej Afryce.
I Klu-Klu wzięła się nie na żarty do roboty. Ustawiła wszystkie dzieci w parku. Te, kture znała i wiedziała, że są pożądne, zrobiła setnikami, to znaczy, że każde z nih brało pod opiekę sto. A te znowu wybierały po dziesięciu dziesiętnikuw. Każdy dziesiętnik dostał jeden pokuj w letnim pałacu, a setnicy mieszkali w zimowym pałacu Maciusia. Klu-Klu wszystko powiedziała setnikom, co w Europie robić wolno, a co nie. Setnicy zaraz to samo powtużyli dziesiętnikom, a ci znowu swoim dziesiątkom.
Tak samo będą się uczyć.
— Ale jak oni będą spali?
— Tymczasem mogą spać na podłodze. Pżecież są jeszcze dzicy i im wszystko jedno.
— A co będą jedli? — pyta się Maciuś. Pżecież kuhaże hodzą do szkoły.
— Tymczasem mogą jeść surowe mięso. Pżecież są jeszcze dzicy i im wszystko jedno.
Klu-Klu nie lubiła tracić czasu i zaraz po obiedzie miała pierwszą lekcję. A tak zrozumiale tłomaczyła, że po cztereh godzinah już trohę wiedzieli i zaczęli uczyć dziesiętnikuw.
I byłoby wszystko dobże. Ale wpada znuw konny posłaniec, że dzieci otwożyły pżez nieostrożność klatkę z wilkami w zoologicznym ogrodzie — i wszystkie wilki wyleciały. W mieście ludzie tacy nastraszeni, że nikt nie hce wyjść na ulicę.
— Nawet muj koń nie hciał jehać, aż musiałem go bić żelazną szpicrutą — muwił posłaniec.
— A po co było wypuszczać wilki?
— To nie wina dzieci — muwi konny posłaniec. — Dozorcy poszli do szkoły, a nic nie powiedzieli dzieciom, kture ih miały zastąpić, że klatki otwierają się na mehaniczne rygle. Więc one nie wiedziały i otwożyły.
— A ile było wilkuw?
— Dwanaście. A najgorszy jeden. Zupełnie nie wiem, jak go teraz złapać?
— A gdzie są te wilki?
Nie wiadomo: uciekły. Ludzie muwią, że je widzieli na mieście, że biegają po ulicah. Ale nie można wieżyć, bo są pżestraszeni i każdego psa nazywają wilkiem. Już puścili plotkę, że wszystkie zwieżęta uciekły z klatek. Jedna kobieta pżysięgała się, że ją gonił tygrys, hippopotam i dwa węże — okularniki.
Kiedy się dowiedziała o tym Klu-Klu, zaraz wypytała się, co to za zwieżęta wilki, bo w Afryce nie ma wilkuw, więc ih nie znała.
— Czy one ryczą, jak mają napaść?
— Czy skaczą?
— Czy hwytają zębami, czy drą pazurami? Czy napadają zawsze, czy jak są głodne?
— Czy są odważne, czy thużliwe?
— Czy mają dobry słuh, węh, wzrok?
Aż wstyd było Maciusiowi, że tak mało wie, ale co wiedział, to wytłomaczył.
— Ja myślę — powiedziała Klu-Klu, że one się ukryły w samym ogrodzie. Pujdę z setnikami i załatwię to bardzo prędko. Ah jaka szkoda, że nie uciekły także lwy i tygrysy. To byłoby lepsze polowanie.
Idzie Maciuś, idzie Klu-Klu i jeszcze dziesięć Murzynów. A ludzie stoją w oknah i patżą. A na ulicy nie ma ani jednego człowieka. Puściusieńkie zupełnie. Sklepy pozamykane. Tak, jakby całe miasto wymarło.
Aż wstyd było Maciusiowi, że biali tacy thuże.
Ale doszli do ogrodu — i zaczęli bić w kotły i dąć w piszczałki. Hałas, jakby całe wojsko szło. A tam były takie kżaki, taki gąszcz.
— Stać! — zawołała Klu-Klu — pżygotować łuki. Tam się coś rusza.
Wybiegła Klu-Klu, skoczyła na dżewo — i ledwo złapała się gałęzi, a tu na nią takie wielkie wilczysko. Oparł się wilk, pazurami drapie pień dżewa i wyje, a tamte mu odpowiadają.
— To ih pżewodnik — kżyczy Klu-Klu. — Teraz już tamte możecie zapędzić do klatki. Obejdźcie kżaki i z tamtej strony je wystraszcie.
Tak też zrobili. Wilki pżestraszone pędem uciekają, ci stżelają do nih z łukuw, ale niedużymi stżałami, biją mocno w te swoje bębny. Jeden z prawej strony, drugi z lewej. I nie pżeszło pięciu minut, jak jedenaście wilkuw siedziało w klatce.
Zaraz zamknęli klatkę. A ten dwunasty zobaczył, że został sam jeden, więc dał susa i gdzieś popędził.
Klu-Klu zeskoczyła z dżewa.
— Prędzej — kżyczy — nie dać mu uciec z ogrodu.
Ale było już za puźno. Wilk jak oszalały wybiegł na miasto. I teraz mieszkańcy już naprawdę widzieli, jak wilk biegnie pżez ulicę, a za nim Klu-Klu i dziesięć Murzynów. Na samym końcu dopiero szedł Maciuś. Gdzie było jemu ścigać się z dzikusami. Spocony, zmęczony, ledwo tżymał się na nogah. Aż go jakaś poczciwa staruszka poprosiła do swego mieszkania i dała mleka i bułki.
— Jedz, krulu Maciusiu — muwi — dobry ty jesteś krul. Ja mam osiemdziesiąt lat, rużnyh kruluw widziałam. Byli gorsi, byli lepsi. A takiego jak ty nie było. I o nas, staryh, pomyślałeś, dałeś nam szkołę, takie dobrodziejstwo, i jeszcze nam płacisz za naukę. Mam syna w dalekih krajah, on pisze do mnie co puł roku, a ja howam listy, ale ih czytać nie umiem. A dać do pżeczytania obcym ludziom nie hcę, bo może tam jest jaka tajemnica, a może mnie oszukają i co innego powiedzą. A teraz będę mogła się dowiedzieć, co się z nim dzieje. A nauczycielka powiedziała, że jak się postaram, za dwa miesiące sama będę mogła do niego napisać. To się dopiero muj hłopak ucieszy.
Wypił Maciuś mleko, pocałował staruszkę w rękę, podziękował i poszedł.
A wilczur tymczasem wskoczył do kanału i tam siedzi. A Klu-Klu hce tam wleźć.
— Coo? Nie pozwolę — kżyczy Maciuś. — To jest kanał podziemny, tam jest ciemno. Albo się udusisz, albo cię ten wilk rozszarpie.
Uparła się Klu-Klu, wzięła nuż myśliwski w zęby i włazi do kanału. Nawet Murzyni byli pżestraszeni, bo w ciemności walczyć z dzikiem zwieżęciem jest najniebezpieczniej.
Postał Maciuś, postał, aż sobie pżypomniał, że ma elektryczną latarkę. Więc niewiele myśląc, spuścił się w kanał. Taka wąska rura — gdzie oni się podzieli? A tu pod ziemią dopiero sklepienie; dołem płynie woda — błoto takie i nieczystości, kture spływają z rynsztokuw. Smrud aż dusi.
— Klu-Klu — woła Maciuś, a eho się odbija ze wszystkih stron, bo kanały pżehodzą pod całym miastem. I Maciuś nie wie, czy mu Klu-Klu odpowiada, czy nie. Zapala Maciuś i gasi latarkę, bo boi się, że się wyczerpie i zupełnie zgaśnie. Aż tu w jednym pżejściu, gdy stał po kolana w wodzie, usłyszał łomot.
Zapalił latarkę. Jest i Klu-Klu i wilk. Klu-Klu udeżyła wilka nożem w gardło, a wilk ją zębami za rękę. Klu-Klu prędko pżełożyła nuż w drugą rękę i znuw wilka. A on puścił rękę, nahylił mordę i już ją ma hwycić zębami za bżuh. A jakby pżegryzł kiszki, to już byłby koniec. Dopiero Maciuś żuca się na wilka, aż mu latarką dotknął ślepiuw. A w drugiej ręce rewolwer. Wilk zęby wyszczeżył, tak go światło oślepiło. A Maciuś mu kulę w samo oko.
Klu-Klu zemdlała. Maciuś ciągnie ją, a boi się, że nie uradzi, że się Klu-Klu w tym błocie utopi. A sam ledwo się tżyma na nogah. I mogło być źle, ale tam na guże nie prużnowały mużyńskie dzieci. Nie pozwoliła im Klu-Klu zejść, to prawda, ale jak długo będą tu stali, jak gapy? Więc wleźli w podziemną rurę, zaraz zauważyli światełko. I wynieśli napżud Klu-Klu, potem Maciusia, a w końcu zabitego wilka.
— Maciuś, coś ty narobił — muwi smutny krul. — Maciuś, opamiętaj się, bo grozi ci wielkie niebezpieczeństwo. Szkoda, żebyś się zmarnował. Pżyjehałem cię ostżec. Boję się, że pżyjehałem za puźno. Byłbym pżyjehał już tydzień temu, ale od czasu, jak dzieci prowadzą pociągi, koleje wasze są do niczego. Od samej granicy musiałem jehać na hłopskih furah. Może i lepiej się stało, bo pżejeżdżałem pżez rużne wsie i miasteczka i wiem, co muwi o tobie narud. Maciusiu, jest źle, wieżaj mi.
Smutny krul w największej tajemnicy opuścił swoje państwo i pżyjehał ratować Maciusia.
— A co się stało takiego? — zapytał się Maciuś wzbużony.
— Stało się dużo złego, tylko ciebie oszukują, pżed tobą ukrywają, ty nic nie wiesz.
— Wiem wszystko — obraził się Maciuś — co dzień pżecież czytam gazetę. Dzieci powoli się pżyzwyczajają, komisja pracuje. A żadna reforma nie może wejść w życie bez wstżąśnień. Wiem, że jest niepożądek.
— Słuhaj, Maciuś, ty czytasz tylko jedną gazetę, tylko swoją gazetę. Tam wszystko kłamią. Pżeczytaj inne gazety.
I smutny krul położył na biurku paczkę pżywiezionyh gazet.
Maciuś rozwijał powoli gazety. Czytał tylko wypisane dużymi literami nagłuwki gazet; nie potżeba było czytać, żeby wiedzieć, o czym tam piszą. Maciusiowi pociemniało w oczah:
„Krul Maciuś zwariował”.
„Krul żeni się z afrykańską małpą”.
„Panowanie czarnyh diabłuw”.
„Minister-złodziej”. „Ucieczka szpiega z więzienia”.
„Gazeciaż-Felek baronem”.
„Wysadzenie w powietże dwuh fortec”.
„Nie mamy ani armat, ani prohu”.
„W pżededniu wojny”.
„Ministrowie wywożą klejnoty”.
„Precz z krulem-tyranem”.
— Tu właśnie — kżyknął Maciuś — są same kłamstwa. Co za panowanie czarnyh diabłuw? Że dzieci mużyńskie pżyjehały się do nas uczyć? One są pożyteczne. Jak wilki uciekły z klatki, one z narażeniem życia zagoniły je do klatki, a Klu-Klu ma całą rękę poszarpaną. Jak nie miał kto czyścić kominuw, bo białe dzieci nie hciały, i zaczęły się pożary, to czarne dzieci są kominiażami. Mamy armaty i mamy proh. Ja wiem, że Felek był gazeciażem, ale złodziejem nie był, a ja nie jestem tyranem.
— Maciusiu, nie gniewaj się, bo to nic nie pomoże. Muwię ci, że jest źle. Hcesz, pujdziemy na miasto, sam się pżekonasz.
Pżebrał się Maciuś za zwyczajnego hłopca, smutny krul też był zwyczajnie ubrany. I wyszli.
Pżehodzą koło tyh samyh koszar, obok kturyh pżehodził wtedy z Felkiem, gdy po raz pierwszy wykradł się na wojnę w nocy z pałacu. O, jaki był wtedy szczęśliwy, jak nic nie rozumiał, jaki był dziecinny. Teraz już wszystko wie i niczego się nie spodziewa.
Siedzi koło koszar stary żołnież, fajkę pali.
— Co tam słyhać w wojsku?
— Ano nic: dzieci gospodarują. Wystżelały na wiwat naboje, popsuły armaty. Nie ma wojska już.
I zapłakał.
Pżehodzą koło fabryki. Siedzi robotnik, tżyma książkę na kolanah, wierszy na jutro się uczy.
— Co tam słyhać w fabrykah?
— A wejdźcie, to zobaczycie. Teraz każdemu wolno whodzić.
Whodzą. W kantoże papiery porozżucane, głuwny kocioł pękł, maszyny stoją. Paru hłopcuw kręci się po sali.
— Co wy tu robicie?
— Ano, pżysłali tu nas pięciuset, żeby robić. Tamci powiedzieli: „nie ma głupih” i poszli sobie na wagary. A nas tak ze tżydziestu, no pżyszliśmy. Nic nie wiemy, wszystko zepsute. Tamci odeszli, a my trohę zamiatamy. Rodzice w szkole, w domu się nudzi. I niepżyjemnie brać pieniądze, jak się nic nie robi.
Połowa sklepuw na ulicah zamknięta, hociaż już wszyscy wiedzieli, że wilki w klatce.
Weszli do jednego sklepu. Bardzo miła dziewczynka spżedawała.
— Moja panienko, dlaczego tyle sklepuw jest zamkniętyh.
— Bo wszystko ukradli. Policji nie ma, wojska nie ma. Łobuzeria włuczy się po ulicy i grabi. Co kto miał, zaniusł do domu i shował.
Wstąpili na dwożec kolei. Na środku leżał rozbity pociąg.
— Co to się stało?
— Zwrotniczy poszedł grać w piłkę, a naczelnik stacji poszedł łowić ryby. A maszynista nie wiedział, gdzie hamulec ratunkowy. I ot: stu ludzi zabityh.
Maciuś zagryzł wargi, żeby nie wybuhnąć płaczem.
Niedaleko dworca był szpital. I tu niby dzieci opiekowały się horymi. A doktoży, jak mieli mniej lekcji zadanyh, wpadali na puł godzinki. Ale to niewiele pomogło. Chorzy jęczeli i umierali bez pomocy, a dzieci płakały, bo się bały i nie wiedziały, co robić.
— No cuż, Maciusiu, wrucimy hyba do pałacu?
— Nie, muszę iść do mojej gazety rozmuwić się z dziennikażem — odpowiedział Maciuś spokojnie, ale widać było, że się w nim wszystko gotuje.
— Ja nie mogę tam iść z tobą — powiedział smutny krul, bo mogą mnie poznać.
— Ja niedługo wrucę — powiedział Maciuś i szybko iść zaczął do redakcji.
A krul popatżał za nim, popatżał, pokiwał głową i wrucił do pałacu.
Maciuś nie szedł teraz, a biegł. Ręce zacisnął w pięście i czuł, jak odzywa się w nim krew Henryka Porywczego.
— Poczekaj, ty złodzieju, ty kłamczuhu, ty oszuście. Odpowiesz ty mi za wszystko.
Wpadł Maciuś do pokoju dziennikaża. Pży biurku siedział dziennikaż, a Felek leży na kanapie i pali cygaro.
— A, i ty tu jesteś — kżyknął raczej, niż powiedział Maciuś. — Tym lepiej, rozmuwię się z wami dwoma. Coście wy zrobili?
— Wasza krulewska mość zehce spocząć — zaczął swoim cihym, miłym głosem dziennikaż.
Maciuś drgnął. Teraz już był pewien, że dziennikaż jest szpiegiem. Dawno mu to już serce muwiło, ale teraz zrozumiał wszystko.
— A masz, ty szpiegu! — kżyknął Maciuś i już miał stżelić do niego z rewolweru, z kturym się od czasu wojny nie rozstawał, gdy szpieg błyskawicznym ruhem shwycił Maciusia za rękę. Kula udeżyła w sufit.
— Dzieciom się rewolweruw nie daje — powiedział z uśmiehem dziennikaż i tak mocno ścisnął rękę Maciusia, jakby mu mięso odhodziło od kości. Ręka się sama otwożyła, dziennikaż rewolwer shował do biurka i zamknął na klucz.
— Teraz możemy spokojnie porozmawiać. Więc co wasza krulewska mość ma mi do zażucenia? Że broniłem waszej krulewskiej mości w mojej gazecie, że uspokajałem i tłumaczyłem; że hwaliłem Klu-Klu, za to wasza krulewska mość nazywa mnie szpiegiem i hce do mnie stżelać.
— A to głupie prawo o szkołah?
— Cuż ja winien? Pżez głosowanie postanowiły tak dzieci.
— Dlaczego pan nie napisał w gazecie, że nasze fortece wysadzone w powietże?
— O tym powinien był donieść minister wojny. Narud o takih żeczah nie powinien wiedzieć, to jest tajemnica wojskowa.
— A dlaczego pan się tak wypytywał o pożar w lasah zagranicznego krula?
— Dziennikaż musi się o wszystko pytać, bo z tego, co wie, wybiera potem wiadomości do gazety. Gazetę moją wasza krulewska mość czytał codziennie. Czy źle w niej pisało?
— O, bardzo dobże, aż za dobże — boleśnie roześmiał się Maciuś.
Dziennikaż spojżał Maciusiowi prosto w oczy i zapytał:
— Czy wasza krulewska mość i teraz jeszcze nazwie mnie szpiegiem?
— Ja cię nazwę — kżyknął nagle Felek, zrywając się z kanapy.
Dziennikaż zbladł, z wściekłością spojżał na Felka, i zanim obaj hłopcy mogli się opamiętać, już stał we dżwiah.
— Zobaczymy się niezadługo znuw, smarkacze! — zawołał i zbiegł szybko po shodah.
Pżed domem nie wiadomo skąd się wziął samohud. Dziennikaż coś powiedział szoferowi.
— Tżymaj, łapaj! — kżyczał Felek pżez okno, kture z rozmahem otwożył.
Ale było za puźno: samohud znikł na rogu. Zresztą kto go miał zatżymać? Tylko pżed domem zebrało się trohę gapiuw i dzieci, i patżyli, co to za hałas.
Maciuś zdziwiony był tym, co się stało, a Felek z płaczem żucił mu się do nug:
— Krulu, zabij mnie. Krulu, to wszystko moja wina — ryczał Felek — o, ja nieszczęśliwy. Co ja narobiłem.
— Poczekaj, Felek, puźniej pomuwimy o wszystkim spokojnie. Co się stało, to się już nie odstanie. W niebezpieczeństwie tżeba być spokojnym i rozważnym. Tżeba myśleć nie o tym, co było, a o tym, co być powinno, co będzie, co musi być.
Hciał Felek zaraz opowiedzieć, ale Maciuś nie hciał tracić ani hwili czasu.
— Słuhaj Felek, telefony zepsute. Mam tylko ciebie jednego. Czy wiesz, gdzie mieszkają ministrowie?
— Ja bym czego nie wiedział. Oni na rużnyh ulicah mieszkają. Ale to nic. Nogi mam dobre: dwa lata byłem gazeciażem. Pewnie hcesz ih wezwać?
— I natyhmiast.
Maciuś spojżał na zegarek:
— Jak długo ci potżeba na drogę?
— Puł godziny.
— Dobże. Więc za dwie godziny mają być u mnie w sali tronowej. I powiedz, że jeżeli ktury powie, że hory, to nieh pamiętają, że jestem potomkiem Henryka.
— Pżyjdą! Już ja im powiem! — kżyknął Felek.
Zżucił buty, elegancki tużurek z orderem. Na biurku stała flaszka z tuszem drukarskim. Felek zasmarował spodnie, ręce, trohę tważ — i na bosaka puścił się kłusem zwoływać ministruw. A Maciuś szybko pobiegł w stronę pałacu krulewskiego, bo pżed posiedzeniem ministruw hciał się jeszcze rozmuwić ze smutnym krulem.
— Gdzie ten pan, ktury rano ze mną rozmawiał? — pyta się zdyszany, ledwo mu Klu-Klu dżwi otwożyła.
— Ten pan wyszedł i zostawił list na biurku.
Wpada Maciuś do gabinetu, bo miał złe pżeczucie, łapie list, a tam jest tak napisane:
„Drogi, kohany Maciusiu. Stało się to, czego się najbardziej obawiałem. Muszę cię opuścić. Drogi Maciusiu, gdybym nie znał ciebie, zaproponowałbym ci, abyś wspulnie ze mną wyjehał do mojego kraju, ale wiem, że się nie zgodzisz. Jadę pułnocną szosą, gdybyś hciał, mugłbyś mnie dogonić konno w dwie godziny. Zatżymam się w karczmie, zaczekam. Może. Jeżeli nie, pamiętaj, że jestem twoim pżyjacielem. Ufaj mi nawet wtedy, kiedy będziesz sądził, że cię zdradziłem. Cokolwiek zrobię, to dla twego dobra. Błagam cię o jedno: to musi być tajemnica. Nikt, ale to nikt, nie może o tym wiedzieć. List spal koniecznie. Natyhmiast go spal. Żal mi ciebie, biedne dziecko, sieroto samotny, bardzo bym hciał oszczędzić ci hoć część nieszczęść, kture ciebie czekają. Może jednak pojedziesz ze mną? List ten spal koniecznie”.
Maciuś szybko pżeczytał list, zapalił świecę, pżytknął koniec papieru. Papier zaczął się tlić, buhnął płomieniem, zwijał się w trąbkę: zczerniał. Płomień pażył Maciusiowi palce, ale on na to nie zważał.
— Dusza moja więcej cierpi niż palce — pomyślał.
Napżeciw biurka wisiały portrety jego ojca i matki.
— Biedny, samotny sieroto — westhnął Maciuś, patżąc na portrety zmarłyh rodzicuw.
Westhnął tylko głęboko. Nie wolno mu było płakać, bo za hwilę miał włożyć koronę i nie może mieć oczuw czerwonyh.
Do pokoju ciho wślizgnęła się Klu-Klu i stanęła tak pokornie, że hoć w pierwszej hwili rozdrażniła Maciusia jej obecność, po hwili zapytał się łagodnie.
— Czego hcesz, Klu-Klu?
— Biały krul ukrywa pżed Klu-Klu swe troski. Biały krul nie hce czarnej dzikiej Klu-Klu powieżyć swyh tajemnic, ale Klu-Klu wie i Klu-Klu nie opuści białego krula w potżebie.
Klu-Klu powiedziała to uroczyście, tżymając obie ręce wzniesione do gury. Tak samo pżysięgał mu kiedyś Bum-Drum.
— I cuż ty wiesz, Klu-Klu? — wzruszony zapytał się Maciuś.
— Biali krulowie pozazdrościli Maciusiowi złota, hcą go zwyciężyć i zabić. Smutny krul żałuje Maciusia, ale jest słaby, więc się boi silnyh białyh kruluw.
— Milcz, Klu-Klu.
— Klu-Klu milczeć będzie, jak grub, ale Klu-Klu poznała smutnego krula. Zdradzić może Maciusia ten spalony list, ale nie Klu-Klu.
— Milcz, Klu-Klu, ani słowa więcej — zawołał Maciuś, zżucając popiuł spalonego listu na podłogę i depcząc go nogami.
— Klu-Klu pżysięga, że nic więcej nie powie.
Był najwyższy czas skończyć rozmowę, bo akurat lokaje wrucili ze szkoły i popyhając się wpadli do gabinetu.
Zaczerwienił się ze złości Maciuś:
— Co to za wżaski — kżyknął. — Od kiedy to lokaje krulewscy ośmielają się z takim hałasem wpadać do krulewskiego gabinetu? Mało mieliście czasu nadokazywać się w szkole.
Mistż ceremonii zaczerwienił się tak, że aż uszy stały się czerwone.
— Wasza krulewska mości, błagam w ih imieniu o pżebaczenie. Ale te biedne hłopaki od lat dziecinnyh pozbawieni byli zabaw dziecięcyh. Byli dawniej lokajczykami i kuhcikami, potem lokajami, zawsze musieli być ciho. A teraz zupełnie jak wariaci...
— No dobże, dobże. Pżygotujcie salę tronową. Za puł godziny posiedzenie.
— Oj, ja mam tyle lekcji zadanyh na jutro — jęknął jeden.
— Ja muszę mapę rysować.
— Ja mam sześć zadań i całą stronicę...
— Nie pujdziecie jutro do szkoły — groźnie pżerwał Maciuś.
Skłonili się i już ciho wyszli. Tylko we dżwiah omal się nie pobili, bo jeden pophnął drugiego i ten udeżył brodą o klamkę.
Wbiegł Felek, brudny, spocony, w podartyh portkah.
— Załatwiłem, wszyscy będą.
I zaczął opowiadać.
Tak, w gazetah pisali prawdę. Felek kradł pieniądze i brał łapuwki. Kiedy zastępował Maciusia na audiencji, wydawał tylko część pżygotowanyh paczek, a co mu się podobało, zabierał dla siebie. Kto mu dawał pieniądze albo prezenty, temu dawał lepsze paczki. Miał kilku koleguw, między nimi Antka, ktuży co dzień pżyhodzili i brali. Ale szpiegiem nie był. Wszystko mu radził dziennikaż. Kazał mu nazywać się baronem, kazał mu zażądać orderu. Udawał pżyjaciela. A potem nagle zażądał sfałszowania papieru: niby że Maciuś wyżuca wszystkih ministruw i zabiera dorosłym wszystkie prawa: że dzieci mają żądzić. Felek nie hciał się zgodzić. Wtedy dziennikaż włożył kapelusz i muwi: „Jak nie, to idę do krula i powiem, że kradniesz paczki i bieżesz łapuwki”. I Felek się zląkł. Felek nie rozumiał, skąd on wszystko wie, myślał, że dziennikaże tak wszystko wiedzą. A teraz widzi, że to szpieg. I jeszcze jedno: jeszcze jeden papier sfałszowali; była to jakaś odezwa czy coś — do dzieci całego świata.
Maciuś założył ręce w tył i długo hodził po gabinecie:
— Wiele złego narobiłeś, Felku. Ale ja pżebaczam.
— Co? Pżebaczyć? Jeżeli mi wasza krulewska mość pżebaczy, to już wiem, co zrobię.
— No co? — zapytał Maciuś.
— Wszystko powiem ojcu; już on mi sprawi łaźnię taką, że popamiętam.
— Nie rub tego, Felek. Po co? Ty możesz inaczej odkupić swą winę. Hwila jest poważna, ludzie mi są potżebni. Możesz mi się pżydać.
— Minister wojny pżyjehał — zameldował marszałek dworu.
Maciuś włożył koronę, oh, jak strasznie ciężką koronę — i wszedł do sali tronowej.
— Panie ministże wojny, co pan wie? Krutko, bez wstępuw. Bo i ja wiem wiele.
— Raportuję waszej krulewskiej mości, że posiadamy tży fortece (było pięć), czterysta armat (było tysiąc) i dwieście tysięcy zdatnyh do użytku karabinuw. Naboi mamy na dziesięć dni wojny (było na tży miesiące).
— A buty, tornistry, suhary?
— Składy są całe, tylko marmolada zjedzona.
— Czy wiadomości pana są ścisłe?
— Najzupełniej.
— Czy pan sądzi, że prędko będzie wojna?
— Polityką się nie zajmuję.
— Czy zepsute armaty i karabiny prędko można doprowadzić do pożądku?
— Część jest znacznie uszkodzona, inne można by naprawić, o ile piece i kotły w fabrykah są w pożądku.
Maciuś pżypomniał sobie widzianą fabrykę i spuścił głowę: korona stała się jeszcze cięższą po tej uwadze.
— Panie ministże, jaki duh panuje wśrud wojska?
— Żołnieże i oficerowie są rozżaleni. Najbardziej ih boli to, że muszą hodzić do szkuł cywilnyh. Kiedy już otżymałem dymisję...
— To była sfałszowana dymisja, ja o tym nic nie wiedziałem. Podpis był podrobiony.
Minister wojny zmarszczył brwi.
— Kiedy dostałem tę sfałszowaną dymisję, pżyszła do mnie jakaś tam delegacja czy coś, że żądają szkuł wojskowyh. No i dostała ode mnie ta delegacja, czy coś takiego. Marsz do cywilnej szkoły, kiedy rozkaz do cywilnej, marsz w ogień, marsz do samego piekła, jeśli rozkaz.
— No, a gdyby tak po staremu wszystko? Czyby pżebaczyli?
Minister wojny wyjął szablę.
— Wasza krulewska mości, ode mnie począwszy do ostatniego żołnieża — wszyscy, jak jeden, z krulem-bohaterem na czele, za ojczyznę, za honor żołnierski.
— To dobże, to bardzo dobże.
„Jeszcze nie wszystko stracone” — pomyślał Maciuś.
Ministrowie spuźnili się, a i tak bardzo się zasapali, bo nie pżyzwyczajeni hodzić pieszo. Marszałek dworu meldował, że — pżyjehali — ale oni pżyszli, bo samohody były zepsute, a szofeży odrabiali lekcje na dzień następny.
Maciuś powiedział na wstępie, że wszystko narobił szpieg-dziennikaż. No i teraz tżeba się zastanowić, co będzie.
Zaraz napisali do gazety, że dzieci mają już jutro pżyjść do szkoły; a kto się dowie za puźno, może się spuźnić, ale pżyjść musi. Dorośli nieh już siedzą do pauzy, a potem mają wrucić do swoih zwykłyh zajęć. Bezrobotnym będzie się jeszcze pżez miesiąc wydawało zapłatę szkolną, a potem jeśli hcą, mogą wyjehać do kraju Bum-Druma, ktury hce u siebie też budować domy, szkoły i wszystko. Oba sejmy tymczasem się zamyka. Napżud się otwoży sejm dorosłyh, potem się pomyśli, co zrobić z młodzieżą od lat piętnastu; a jak komisja opracuje regulamin, będzie otwarty także sejm dzieci, tylko że dzieci będą muwiły, co hcą, a potem sejm dorosłyh powie, czy można. Dzieci nie mogą rozkazywać dorosłym. Głosować na posłuw mogą tylko te dzieci, kture są pożądne i dobże się uczą.
Tę odezwę podpisał Maciuś i wszyscy ministrowie.
Drugą odezwę napisał Maciuś do wojska. Pżypomniał ostatnią wojnę i odniesione zwycięstwa.
„Dwie najważniejsze fortece wysadzono nam w powietże. Więc nieh bohaterska pierś żołnieża będzie fortecą dla każdego, kto się ośmieli wejść na naszą ziemię” — kończyła się odezwa, kturą podpisał Maciuś i minister wojny.
Minister handlu prosił żemieślnikuw, żeby prędko naprawili wszystko, żeby pootwierano sklepy, bo w mieście jest smutno i bżydko.
Minister oświaty obiecywał dzieciom, że ih sejm będzie niedługo otwarty, jeżeli się wezmą do nauki, jak należy.
A prefekt policji ręczył, że jutro od samego rana policja zajmie swoje posterunki.
— Tymczasem nic więcej nie możemy zrobić — powiedział prezes ministruw. — Musimy zaczekać, aż zacznie funkcjonować telegraf i poczta, wtedy zobaczymy, co się dzieje w całym kraju i za granicą.
— A co się mogło stać? — zapytał się niespokojnie Maciuś, bo jakoś mu się wydawało, że wszystko za łatwo i za dobże poszło. A może go tylko smutny krul tak nastraszył.
— Nie wiemy, co się mogło stać. Nic nie wiemy.
Na drugi dzień wszystko było dobże. Po pierwszej lekcji, na kturej odczytano gazetę i nauczyciele pożegnali się ze swymi uczniami — dorośli poszli do domu. Zanim znuw oddali dzieciom książki i kajety, upłynęło trohę czasu. Ale o dwunastej w południe już było jak dawniej. I tżeba pżyznać, że cieszyli się wszyscy: i dorośli, i dzieci, i nauczyciele.
Nauczyciele nic nie muwili dzieciom, ale bardzo byli zadowoleni, bo z dorosłymi mieli też dużo kłopotuw. Między tymi, co nie mieli jeszcze tżydziestu lat, sporo było łobuzuw: zaczepiali, śmieli się i hałasowali na lekcji; starsi znowu nudzili, że im niewygodnie siedzieć, że ih głowa boli, bo duszno — że atrament niedobry; a staruszkowie spali i nic nie kożystali, a jak nauczycielka na nih kżyczała, nic sobie nie robili, bo sporo było głuhyh. Młodsi robili starym rużne figle, staży się skarżyli, że im spokoju nie dają. Zresztą pżyzwyczaili się już w szkołah do dzieci, więc woleli, jak było dawniej.
W biurah niby to gniewano się, że dzieci wszystko popżewracały do gury nogami, ale myśleli, że może i lepiej się stało, bo jak jakiś papier ważny zginie, to się zwali na dzieci. A i użędnicy bywają rużni: jedni mają papiery w pożądku, a drudzy nie bardzo.
Z fabrykami było gożej, ale bezrobotni hętnie pomagali, bo myśleli, że jak zobaczą, jak oni dobże pracują, to może ih zostawią.
Było parę drobnyh awantur, ale policja dobże wypoczęła, więc wzięła się od samego rana do roboty. A i złodzieje ciho siedzieli, bo pżez ten czas najedli się i nakradli, i bali się tylko, żeby ih rużne sprawki nie wyszły na jaw. Niektuży, tacy trohę tylko złodzieje, nawet odnieśli to, co zabrali.
Kiedy koło wieczora wyjehał na miasto krulewski samohud, trudno już było poznać, co wczoraj się działo.
Ano dobże: czeka Maciuś na wiadomości. Wieczorem dowie się o wszystkim.
Tymczasem Klu-Klu zaczęła znuw lekcje z mużyńskimi dziećmi. Maciuś był na lekcji i dziwił się, że czarne dzieci tak prędko się uczą. Dopiero Klu-Klu wytłomaczyła, że na setnikuw wybrała najzdolniejsze i najpilniejsze, a tamte już tak prędko uczyć się nie będą. Nie wiedziała biedna Klu-Klu, jak niedługo i jak smutnie jej lekcje będą pżerwane.
Pierwszy, jak zwykle, pżyjehał prezes ministruw. Bo że wczoraj pżyszedł pierwszy minister wojny, to dlatego, że pżyzwyczajony do marszuw.
Prezes ministruw niusł pod pahą pakę papieruw, a sam smutny jakiś i zakłopotany.
— I cuż, panie prezesie ministruw?
— Źle — westhnął. — Ale można się było tego spodziewać. Może nawet i lepiej.
— Więc co? Muw pan prędzej.
— Wojna!
Maciuś drgnął.
Zebrali się wszyscy.
Stary krul zżekł się tronu, oddał koronę synowi. Syn wypowiedział wojnę i od razu ze swoim wojskiem ruszył w kierunku stolicy.
— Więc pżeszedł granicę?
— Pżed dwoma dniami. Już uszedł czterdzieści wiorst.
Zaczęło się odczytywanie depesz i listuw. Trwało to długo. Maciuś pżymknął zmęczone oczy, słuhał, myślał — nic nie muwił.
— Może i lepiej się stało.
Głos zabrał minister wojny:
— Nie wiem jeszcze, jaką drogę wybrał niepżyjaciel, ale myślę, że idzie w kierunku wysadzonyh w powietże dwuh fortec. Jeżeli będzie szedł prędko, może dojść do stolicy w pięć dni, jeżeli powoli, będziemy go mieli za dni dziesięć.
— Jak to? Nie pujdziemy na spotkanie? — kżyknął nagle Maciuś.
— Niemożliwe. Ludność musi się sama bronić. Parę drobnyh oddziałuw tżeba wysłać, hoć szkoda ludzi i karabinuw. Moje zdanie: nieh idą. Generalna bitwa będzie na polu pżed samą stolicą. Albo zwyciężymy, albo...
I nie dokończył.
— A może dopomogą nam ci dwaj inni krulowie? — wtrącił minister spraw zagranicznyh.
— Nie będzie czasu na to — wtrącił minister wojny. — Zresztą nie znam się na tym.
Minister spraw zagranicznyh długo muwił, co tżeba zrobić, żeby ci dwaj krulowie wystąpili pżeciw niemu.
— Smutny krul, na niego można liczyć z pewnością. Tylko że on nie lubi wojować, wojska ma niewiele. Sam nic nie poradzi. I w tamtej wojnie nie brał udziału, a tylko stał w rezerwie. Zrobi to samo, co ten drugi, pżyjaciel żułtyh. Temu znowu Maciuś odstąpił wszystkih żułtyh kruluw, więc właściwie nie ma się o co bić. Hoć kto wie? Może zehce zabrać i część czarnyh.
Głos zabrał prezes ministruw:
— Panowie, możecie nie robić tego, co ja proponuję, ale się nie gniewajcie. Oto moja rada: posłać do niepżyjaciela notę, że wojny nie hcemy, żeby powiedział wyraźnie, o co mu hodzi. Ja myślę, że on hce tylko dostać kontrybucję. Zaraz wam wytłomaczę. Po co ustąpił nam bez wojny jeden port i spżedał tanio dziesięć okrętuw? Bo hciał, żeby Bum-Drum pżysłał złoto. Pieniędzy mamy dużo. Co nam szkodzi oddać mu połowę?
Maciuś milczał. Zacisnął pięści i milczał.
— Panie prezesie ministruw — powiedział minister finansuw. — Ja myślę, że on się nie zgodzi. Dlaczego ma brać połowę złota, kiedy może wziąć wszystko? Dlaczego ma pżerywać wojnę, kiedy hce zwyciężyć. Panie ministże wojny, pan ma głos.
Maciuś zacisnął pięści tak, że mu aż paznokcie weszły w ciało. Czekał.
— Ja myślę, że notę tżeba wydać — powiedział minister wojny. — Jeżeli odpowie, potem my odpowiemy, ja się na tym nie znam. Ale wiem, że to trwa kilka dni, parę dni, niehby jeden dzień. A tu każda godzina jest droga. My tymczasem naprawimy sto, niehby pięćdziesiąt armat i parę tysięcy karabinuw.
— A jeśli się zgodzi wziąć połowę złota i wojnę pżerwie — zapytał Maciuś cihym i bardzo pżyjemnym, jakimś dziwnym nieswoim głosem.
Zapanowała cisza. Wszyscy patżyli na ministra wojny, ktury zbladł, zaczerwienił się, zbladł znowu i szybko powiedział:
— To się zgodzić.
I dodał jeszcze:
— My sami tej wojny nie możemy wygrać. A na pomoc jest już za puźno.
Maciuś pżymknął oczy i tak już siedział do końca posiedzenia. Niektuży ministrowie myśleli nawet, że zasnął. Ale Maciuś nie spał i ile razy pży układaniu noty muwiono: „Prosimy niepżyjacielskiego krula” — drgały zawsze Maciusine wargi.
Kiedy tżymał piuro, żeby podpisać, zapytał tylko:
— Czy zamiast: „prosimy” nie można inaczej napisać?
Pżepisano raz jeszcze, i wyraz: „prosimy” zamieniono na „pragnęlibyśmy”.
„Pragnęlibyśmy pżerwać wojnę”.
„Pragnęlibyśmy pokojowo zakończyć spur”.
„Pragnęlibyśmy połową złota opłacić koszty wojny”.
Maciuś podpisał. Była godzina druga w nocy.
W ubraniu żucił się Maciuś na łużko, ale nie spał. Już dzień się zaczynał, a Maciuś nie spał.
— Zwyciężyć albo zginąć — powtażał.
Syn starego krula posuwał się z całym swym wojskiem w kierunku wysadzonyh w powietże fortec. I tu minister wojny zgadł, bo się na tym znał. Ale posuwał się bardzo powoli, i tu minister wojny nie zgadł.
Młody krul musiał być bardzo ostrożny, musiał iść powoli, żeby wszędzie kopać doły i robić okopy. Prowadził pierwszą wojnę i bał się, żeby go nie otoczyli, żeby nie zrobili tak, jak na początku tamtej wojny zrobił jego ojciec, że wpuścił Maciusia do swego kraju, a potem zaszedł mu z tyłu. Młody krul musiał być bardzo ostrożny, żeby tej wojny nie pżegrać. Bo wtedy powiedzieliby wszyscy: „Stary krul był lepszy, wolimy ojca niż syna”. Więc musiał pokazać, że właśnie on jest lepszy.
Wolał iść powoli, ostrożnie, a wreszcie po co miał się spieszyć? I tak Maciuś nie może prowadzić wojny, bo wojsko hodzi do szkoły, a dzieci psują armaty. Tam w stolicy Maciusia siedzi i czuwa mądry szpieg-dziennikaż i pilnuje, żeby robić jak największy niepożądek i zamieszanie. Doskonale się stało, że dzieci, a może więcej nawet: szpiedzy, popsuli koleje i telegrafy. Ani się Maciuś nie dowie tak prędko o wojnie, ani nie będzie mugł wysłać wojska tyle, ile potżeba.
Tak myślał syn starego krula i wcale się nie spieszył. Nieh wojsko się nie męczy, żeby mogło stoczyć bitwę pżed stolicą Maciusia. Bo jasne było, że jedna bitwa być musi.
Idą wojska, idą, idą, nikt ih nie zatżymuje. Ludność widzi, że nikt jej nie broni, zresztą zagniewani na Maciusia — nie tylko się nie bronią, ale nawet się cieszą i witają niepżyjaciela, jak zbawcę.
— Hajda dzieci do szkoły, skończyły się Maciusine żądy...
Aż tu nagle ktoś idzie i powiewa białą horągwią:
— Aha, już się Maciuś dowiedział o wojnie.
Pżeczytał młody krul list Maciusia i zaczął się śmiać.
— Oho, hojny wasz Maciuś, połowę złota mi daje. Taki prezent, ho-ho! kto by się nie połakomił.
— Co mam odpowiedzieć mojemu krulowi? Jeżeli połowa złota za mało, możemy dać więcej. Proszę o odpowiedź.
— No to powiedz swojemu Maciusiowi, że z dziećmi się nie układa, a ih się... bije. I więcej mi żadnyh listuw nie pżynoś, bo i tobie może się dostać. Ruszaj, a żywo!
List Maciusia żucił na podłogę i podeptał nogami.
— Wasza krulewska mości, prawo międzynarodowe wymaga, żeby na listy krulewskie odpisywać.
— No dobże, więc odpiszę.
I na liście Maciusia, pogniecionym i zabłoconym, napisał tylko dwa słowa:
„Nie ma głupih!”
Tymczasem stolica dowiedziała się o wojnie i o liście Maciusia — i z niecierpliwością oczekiwała odpowiedzi. A tu pżyhodzi taka odpowiedź.
Rozzłościli się wszyscy:
— A to zarozumialec. Ordynus taki. Poczekaj, już my ci pokażemy.
I miasto nie na żarty zaczęło się szykować do obrony:
— Już my ci pokażemy.
Wszyscy jak jeden — stanęli po stronie Maciusia. Zapomnieli o urazah i gniewah, a pamiętali o zasługah Maciusia. I teraz nie jedna, ale wszystkie gazety pisały o Maciusiu-reformatoże, o Maciusiu-bohateże.
W fabrykah dzień i noc pracowano. Wojska się ćwiczyły na ulicah i na placah. Wszyscy powtażali słowa Maciusia:
— Zwyciężyć albo zginąć.
Co dzień nowe wiadomości i plotki; jedne złe, drugie dobre:
„Niepżyjaciel zbliża się do stolicy”.
„Smutny krul obiecał Maciusiowi pomoc”.
„Bum-Drum pżysyła wszystkie czarne wojska”.
A kiedy Klu-Klu wyprowadziła swoih tysiąc czarnyh dzieci na ulicę, taki zapał ogarnął mieszkańcuw, że obżucili ją kwiatami i nosili na rękah. A było sporo takih, ktuży muwili:
— Wprawdzie Klu-Klu jest strasznie czarna, ale znuw nie tak, żeby się z nią Maciuś już zupełnie nie mugł ożenić.
Tymczasem niepżyjaciel naprawdę się zbliżał.
No i wreszcie zaczęła się bitwa.
W mieście słyhać było stżały. Wieczorem ludzie powłazili na dahy i muwili, że widzą ogień. To nie była prawda.
Na drugi dzień bitwy stżały słyhać już było mniej wyraźnie. I wszyscy muwili, że to znaczy, że Maciuś zwyciężył i teraz goni niepżyjaciela.
Tżeciego dnia ciho było.
— Niepżyjaciel pewnie już uciekł daleko.
Ale pżyszła wiadomość z pola bitwy, że niepżyjaciel wprawdzie cofnął się o pięć wiorst, ale nie został rozbity, tylko zajął okopy, kture sobie pżedtem na wszelki wypadek pżygotował.
A można było wygrać bitwę, tylko że armat i prohu miał Maciuś mało. Można było wygrać bitwę, bo niepżyjaciel nie był pżygotowany, że tak silnie stolica bronić się będzie; ale musiał Maciuś bardzo oszczędzać proh, żeby nie zostać bez niczego. Szkoda, ale co robić.
Tymczasem do niepżyjacielskiego krula pżyszedł szpieg-dziennikaż.
Żucił się na niego z wściekłością młody krul:
— Coś ty mi nagadał, że Maciuś nie ma ani prohu, ani armat. Ah ty taki-siaki. Żebym nie był ostrożny, to mogłem pżegrać wojnę.
Dopiero szpieg opowiedział, co było, że go Maciuś odkrył, że do niego stżelał, że ledwo uciekł i tydzień cały ukrywał się w piwnicy, że musiał ih ktoś zdradzić, bo Maciuś wyszedł na miasto i sam widział, jaki jest niepożądek straszny. Opowiedział o Felku, no — o wszystkim.
— Z Maciusiem nie jest dobże: prohu ma mało i armat mało. Ale bronić się łatwiej, niż napadać. A pży tym jest blisko stolicy i ma wszystko blisko. A my musimy z daleka pżywozić. Sami nie damy rady. Pżyjaciel żułtyh kruluw musi nam pżyjść na pomoc.
— Musi, nie musi. On mnie nie bardzo lubi. A zresztą jak pżyjdzie na pomoc, tżeba się z nim dzielić.
— No trudno.
— A może lepiej było wziąć połowę złota samemu i pżerwać wojnę — pomyślał młody krul.
Ano, stało się. — Więc szpieg zaraz wyjehał do stolicy krula — pżyjaciela żułtyh kruluw i zaczyna go namawiać, żeby wystąpił pżeciw Maciusiowi.
Ale ten nie hce:
— Maciuś nic mi złego nie zrobił.
Dopiero szpieg zaczyna go namawiać.
Powinien wystąpić, bo i tak Maciuś pżegra wojnę. Pżecież młody krul jest już koło stolicy. Jeżeli tyle drogi sam uszedł, i teraz sobie sam poradzi. I co wtedy? Wszystko weźmie dla siebie. Młody krul wcale nie potżebuje pomocy, tylko hce, żeby krulowie po ruwno się podzielili, żeby nie było zazdrości.
— Więc dobże: poradzę się jeszcze ze smutnym krulem. Albo razem wystąpimy, albo żaden.
— Jak długo mam czekać na odpowiedź?
— Tży dni.
— Dobże.
Pisze więc pżyjaciel żułtyh kruluw do smutnego krula, co on hce robić, a tu pżyhodzi odpowiedź, że smutny krul jest ciężko hory i nie może odpowiedzieć. A tu pżyhodzi list od Maciusia, żeby jemu pomuc, bo na niego niesprawiedliwie napadli.
„Patżcie tylko, jaki on jest: udawał pżyjaciela, niby podarował mi port i spżedał okręty. A teraz wysadził w powietże dwie fortece, skożystał, że dzieci popsuły telefony i telegrafy i wszedł ze swoim wojskiem. A jak ja się zapytałem, jakie ma pretensje, że może żartem mi podarował, więc mu zapłacę połowę złota — on nagadał głupstw i napisał: »nie ma głupih«. Czy tak się robi?”.
Taki sam list, tylko serdeczniejszy, napisał Maciuś do smutnego krula.
A smutny krul wcale nie był hory, tylko jak wtedy wyjehał w tajemnicy do Maciusia, kazał doktorowi powiedzieć, że jest hory, żeby nikt nie whodził do jego sypialni, tylko doktur.
I doktur co dzień rano whodził do pustej sypialni i niby badał krula, zanosił tam rużne lekarstwa, kture wylewał zaraz, i jedzenia, kture zjadał.
A kiedy smutny krul wrucił wreszcie z podruży i już naprawdę położył się do łużka, to był taki zmęczony, że wszyscy uwieżyli, że jest po horobie. Bo niepżyjemnie i ciężko jest podrużować po kraju, gdzie jest wojna, a jeszcze bardziej, gdy się tżeba ukrywać.
Jak tylko smutny krul wszedł do gabinetu i pżeczytał oba listy, tak zaraz muwi:
— Pżygotować mi pociąg krulewski. Jadę do krula-pżyjaciela żułtyh.
Smutny krul myślał, że go namuwi, żeby iść Maciusiowi na pomoc, bo nie wiedział, na jaki podstęp się zdobędzie pżebiegły szpieg.
— Maciuś nic ci złego nie zrobił — muwił szpieg, wyhodząc zły od krula. — Mam tży dni czasu. Tżeba zrobić coś takiego, żebyś się rozgniewał na Maciusia. Wtedy inaczej pogadasz.
A szpieg miał w kieszeni papier z podpisem Felka i sfałszowanym podpisem Maciusia. A ten papier — to był niby —
Manifest do dzieci całego świata.
„Dzieci — pisało tam w tej odezwie — ja, Maciuś pierwszy, zwracam się do was, abyście mi pomogły pżeprowadzić moje reformy. Hcę zrobić tak, żeby dzieci nie potżebowały się słuhać dorosłyh. Hcę, żeby dzieci mogły robić, co im się podoba. Ciągle tylko słyszymy, że nie wolno albo nieładnie, albo niegżecznie. To jest niesprawiedliwe. Dlaczego dorosłym wszystko wolno, a nam nic? Ciągle się na nas gniewają i kżyczą, i złoszczą się. Nawet biją. Hcę, żeby dzieci miały takie same prawa jak dorośli. Jestem krulem i znam historię dobże. Dawniej nie mieli praw ani hłopi, ani robotnicy, ani kobiety, ani Murzyni. A teraz wszyscy mają prawa, tylko dzieci nie!
W moim państwie już dzieciom dałem prawa, już w kraju krulowej Kampanelli dzieci się zbuntowały. Użądźcie rewolucję i żądajcie praw. A jak wasi krulowie się nie zgodzą, to zżućcie tyh kruluw i wybieżcie mnie. Hcę być krulem wszystkih dzieci na świecie: białyh, żułtyh i czarnyh. Dam wam wolność. Więc pomużcie mi i użądźcie rewolucję na całym świecie”
podpisali:
Krul Maciuś
minister Baron von Rauch
Dziennikaż poszedł do drukarni i kazał wydrukować dużo tyh odezw i rozżucił je po całym mieście, a parę kartek umazał w błocie, potem wysuszył, zgniutł i shował do kieszeni.
Akurat dwaj krulowie się naradzali, co robić, i już hcieli pomuc Maciusiowi, a tu whodzi dziennikaż i muwi:
— Patżcie, co wyrabia Maciuś; on buntuje dzieci, hce zostać krulem całego świata. Oto znalazłem na ulicy takie tży kartki. Pżepraszam, że są trohę zapaćkane.
Krulowie pżeczytali i bardzo się zmartwili:
— Nie ma rady. Musimy wystąpić pżeciw Maciusiowi. On się wtrąca do naszyh dzieci, kture wcale do niego nie należą — i żułte dzieci też do niego nie należą. To jest bardzo bżydko.
Smutny krul łzy miał w oczah.
— Co ten Maciuś narobił. Co ten Maciuś narobił. Po co on tak napisał?
Ale nie było rady.
— Może lepiej będzie nawet dla Maciusia, że i ja wypowiem mu wojnę. I tak by go zwyciężyli sami i wtedy nie mieliby już żadnej litości, a tak mogę się na coś pżydać Maciusiowi.
Jak się Maciuś dowiedział, że i tamci idą na niego, w pierwszej hwili nie hciał wieżyć.
— Więc i smutny krul mnie zdradził. Ha, trudno, pokazałem im w tamtej wojnie, jak Maciuś zwycięża, teraz pokażę, jak Maciuś ginie.
Całe miasto wyszło z łopatami, zaczęło kopać rowy, sypać dla wojska wały. Wykopali tży linie okopuw: jedna w dwudziestu wiorstah od miasta, a potem co pięć wiorst.
— Będziemy ustępowali krok za krokiem.
Kiedy młody krul się dowiedział, że tamte wojska już idą na pomoc i są blisko, zaczął sam bitwę, bo hciał być pierwszy. Myślał, że mu się uda. I trohę mu się udało, bo zdobył pierwszą linię okopuw. Ale druga linia była mocniejsza, wały wyższe, rowy szersze i drutu kolczastego było więcej.
I wtedy właśnie nadeszła pomoc. I już tży wojska razem udeżyły na wojsko Maciusia.
Znuw cały dzień trwała bitwa. Niepżyjaciel poniusł duże straty, a Maciuś tżymał się mocno.
— Może dać spokuj? — sprobował powiedzieć smutny krul, ale tamci się na niego żucili tak, że nie wiem.
— Nie, musimy zgnieść tego zarozumialca.
I znuw od samego rana wre bitwa.
— Oho, już mniej stżelają — cieszył się niepżyjaciel.
I naprawdę tego dnia wojsko Maciusia mniej stżelało, bo rozkaz głosił:
— Oszczędzać proh i kule.
— Co robić? — pyta się Maciuś.
— Ja myślę — powiedział prezes ministruw — że tżeba jeszcze raz prosić, żeby pżerwali wojnę. Jak można bez prohu prowadzić wojnę?
Ale na naradzie wojennej była też Klu-Klu, jako naczelniczka czarnego oddziału. Ten oddział nie brał jeszcze udziału w bitwie, bo nie był uzbrojony. Czarne dzieci umiały stżelać tylko z łukuw. Więc napżud nie mogły znaleźć dżewa odpowiedniego na łuki i stżały, a jak już znalazły, musiały wszystko robić dopiero, i teraz właśnie były gotowe.
— Słuhajcie — muwi Klu-Klu. — Ja radzę cofnąć się w nocy na tżecią linię obrony. Dziś w nocy pujdzie ktoś do obozu niepżyjaciela i powie, że Bum-Drum pżysłał czarne wojska z dzikimi zwieżętami. Jutro rano wypuścimy z klatek lwy i tygrysy i zaczniemy stżelać. A jak ih dobże nastraszymy, wtedy dopiero zapytamy się ih, czy hcą się pogodzić, czy nie.
— A czy to nie będzie oszustwo? — zapytał się niespokojnie Maciuś.
— Nie, to się nazywa fortel wojenny — powiedział minister sprawiedliwości.
— Więc dobże — zgodzili się wszyscy.
A Felek pżebrał się za niepżyjacielskiego żołnieża i na bżuhu pełzając wślizgnął się do niepżyjacielskiego obozu i niby nic, temu i owemu zaczął opowiadać o lwah i Murzynach.
Ale ci tak się z niego śmieją i nie wieżą.
— Et, głupi, śniło ci się pewnie.
I jedni drugim opowiadają to głupstwo.
Ale Felek idzie, a tu go zaczepiają żołnieże:
— Ej kamrat, a słyszałeś już nowinę?
— Jaką? — pyta się Felek.
— Podobno Bum-Drum z Murzynami i lwami pżyszedł Maciusiowi na pomoc.
— E, bajki — muwi Felek.
— Wcale nie bajki. Podobno słyhać ryki dzikih zwieżąt.
— A nieh sobie ryczą, co to mnie obhodzi — muwi Felek.
— Poczekaj, będzie cię obhodziło, jak cię lew rozszarpie.
— A cuż to ja słabszy od lwa?
— Ah ty stawiaku. Ty i lew. Patżcie go: nawet na prawdziwego żołnieża nie wyglądasz.
Idzie Felek dalej, a tu już opowiadają żołnieże, że Bum-Drum pżysłał cały okręt strasznie jadowityh wężuw. Już Felek sam nic nie opowiada, tylko słuha, albo nawet śmieje się, że nie wieży. A oni kżyczą, żeby się nie śmiał, tylko modlił lepiej, bo może sprowadzić nieszczęście swoim głupim śmiehem.
Że też żołnieże od razu tak uwieżyli!
Ano, jak żołnież jest parę dni w boju, więc jest zmęczony i zdenerwowany, a jeszcze daleko od domu, a tu muwili, że bitwa będzie łatwa, że Maciuś nie ma prohu i wcale się bronić nie będzie, a on widzi, że wcale tak łatwo nie jest — to się jeszcze więcej zdenerwuje i w byle głupstwo uwieży.
Wrucił Felek, wszystko opowiedział — i nowa otuha wstąpiła w Maciusia.
— Tyle razy mi się udało, może i teraz się uda.
Cihutko w nocy opuścili okopy i pżeszli bliżej miasta. Pżynieśli żołnieże klatki z lwami i tygrysami, pży kturyh stanęła połowa Murzynów. A druga połowa rozeszła się po wszystkih oddziałah dziesiątkami, żeby ih niepżyjaciel wszędzie mugł widzieć.
Więc tak będzie:
Oni zaczną stżelać do pustyh okopuw i zobaczą, że nikt nie odpowiada, więc pujdą do ataku. Zobaczą, że nikogo nie ma, to się ucieszą i zaczną kżyczeć na wiwat i cieszyć się, że już widzą stolicę, i będą mogli wejść do miasta, rabować, jeść, pić i bawić się. A tu nagle Murzyni udeżą w bębny, zaczną strasznie kżyczeć, wypuszczą dzikie zwieżęta i stżałami popędzą je na niepżyjaciela. Tam zacznie się popłoh, nieład, zamieszanie. A wtedy Maciuś na czele konnicy ruszy na nih, a za nim piehota.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.