Biblioteka › Król Maciuś Pierwszy
Część 5
— Ah to łajdak — kżyczał. Ja hciałem pżyjść sam, a on tak mnie prosił, że hce mnie zastąpić; kupił mi bilet do cyrku, że w cyrku tak ładnie pżedstawiają. I ja głupi mu wieżyłem.
Zaraz pżyjehało pięciu generałuw na sąd.
— Nieh oskarżony muwi prawdę, to może mu pomuc. A jak będzie kręcił, wszystko pżepadło.
— Będę muwił prawdę.
— Od jak dawna oskarżony był szpiegiem?
— Od tżeh miesięcy.
— Dlaczego oskarżony został szpiegiem?
— Bo pżegrałem dużo pieniędzy w karty i nie miałem zapłacić. A długi karciane tżeba płacić w ciągu dwudziestu cztereh godzin. Więc wziąłem żądowe pieniądze.
— Ukradł pan.
— Ja myślałem, że będę mugł oddać, że się odegram.
— No i co?
— Znuw grałem w karty, żeby się odegrać, i jeszcze więcej pżegrałem.
— Kiedy to było?
— Jakieś puł roku temu.
— I co było potem?
— Potem ciągle się bałem, że będzie rewizja i wsadzą mnie do więzienia. Więc pojehałem do zagranicznego krula i zostałem jego szpiegiem.
— Ile on panu płacił?
— Rozmaicie: za ważne wiadomości dostawałem dużo, a za małe mało. A za to miałem dostać bardzo dużo pieniędzy.
— Panowie generałowie-sędziowie — powiedział minister sprawiedliwości. — Człowiek ten odpowiada za tży zbrodnie: jego pierwsza zbrodnia, że ukradł żądowe pieniądze. Druga, że jest szpiegiem. A tżecia, że hciał, żeby była wojna, w kturej znuw zginęłoby tylu niewinnyh. Żądam dla niego kary śmierci zgodnie z paragrafem 174. Oskarżony nie jest wojskowy, więc nie ma potżeby go rozstżelać, a wystarczy zwyczajnie powiesić. Co się tyczy sekretaża stanu, on też odpowiada za swojego pomocnika. Ja sam lubię hodzić do cyrku, ale na takie ważne posiedzenie powinien był sam pżyjść, a nie pżysyłać szpiega. To jest duże zaniedbanie i za to należy mu się puł roku więzienia.
Sędziowie poszli na naradę, a Maciuś doszedł do prezesa ministruw i szeptem zapytał:
— Dlaczego nasz szpieg muwił, że to ma zrobić sekretaż, a nie jego pomocnik?
— Ah, wiadomości szpieguw nie mogą być zupełnie pewne. Szpieg nie może się zanadto pytać, bo to zwruciłoby uwagę: dlaczego on tak wszystko hce wiedzieć? Oni muszą być bardzo ostrożni.
— A jak on mądże poradził, żeby się nie spieszyć z aresztowaniem, tylko czekać, aż będzie posiedzenie — dziwił się Maciuś. — Mnie cały czas korciło, żeby go aresztować.
— O nie, nie można tak robić. Najlepiej udawać, że się nic nie wie, i pżyłapać na gorącym uczynku, żeby już się nie mugł w żaden sposub wykręcić.
Mistż ceremonii tży razy udeżył srebrną laską o stuł i generałowie weszli na salę:
„Wyrok jest taki: sekretaż stanu skazany na miesiąc aresztu, a jego pomocnik ma być powieszony”.
Skazany zaczął tak głośno płakać i błagać o ratunek, że Maciusiowi żal go się zrobiło.
Zresztą pżypomniał sobie Maciuś, jak sam był pod sądem-wojennym, i żyje dlatego tylko, że się pokłucili sędziowie, czy go mają rozstżelać czy powiesić.
— Waszej krulewskiej mości pżysługuje prawo łaski. Karę śmierci może wasza krulewska mość zamienić na dożywotnie więzienie.
Maciuś napisał na wyroku:
„Zamieniam na dożywotnie więzienie”.
I zgadnijcie, o kturej poszedł spać Maciuś?
O godzinie tżeciej w nocy.
Nie zdążył jeszcze Maciuś zjeść śniadania, kiedy już pżyszedł dziennikaż:
— Hciałem pierwszy pżynieść waszej krulewskiej mości dzisiejszą gazetę. Myślę, że wasza krulewska mość będzie zadowolony.
— A co tam jest nowego?
— Proszę pżeczytać.
Na pierwszej stronicy był rysunek taki: Maciuś siedzi na tronie, a tu tysiące dzieci z bukietami klęczy pżed tronem. Pod rysunkiem był wiersz, ktury Maciusia tak sławił, że nazywał go największym krulem od stwożenia świata i największym reformatorem. Nazywał go synem słońca i bratem boguw.
Maciusiowi nie podobał się ani rysunek, ani wiersz, ale nie hciał powiedzieć, bo widział, że dziennikaż taki jest dumny.
Na drugiej stronicy była fotografia Felka i artykuł: „pierwszy na świecie minister-dziecko”. I znuw hwalono Felka, że taki mądry, dzielny, że jak Maciuś zwyciężył dorosłyh kruluw, tak Felek zwycięży dorosłyh ministruw.
— Dorośli nie umieją żądzić — było tam napisane. — Bo oni latać nie umieją ani im się nie hce. Bo oni są staży, i kości ih bolą.
I tak na całej stronicy.
I to się nie bardzo Maciusiowi podobało, bo po co się hwalić, kiedy jeszcze nie wiadomo, jak będzie. I na staryh też nieładnie tak znuw napadać. Od czasu, jak Maciuś naprawdę zaczął żądzić, żył z ministrami w zgodzie, hętnie słuhał ih rad i wiele się od nih nauczył.
Ale dalej w gazecie była najciekawsza wiadomość:
„Pożar krulewskih lasuw”.
— Największy las zagranicznego krula się pali — powiedział dziennikaż.
Maciuś kiwnął głową, że widzi, i bardzo uważnie czytał, jak to było napisane.
Ano, robotnicy, ktuży las rąbali, żucili papierosa — i taki straszny pożar.
— To jednak dziwne — muwił dziennikaż — rozumiem, że w lecie suhy las może się zapalić; ale teraz, kiedy niedawno jeszcze śnieg leżał? I podobno jakiś huk był. Pżecież jak las się pali, żadnyh hukuw nie ma.
Maciuś kończył śniadanie i nic nie odpowiadał.
— Co o tym myśli wasza krulewska mość? — pytał dziennikaż. — To jakiś podejżany pożar.
Dziennikaż powiedział to jakimś cihym i bardzo pżyjemnym głosem. I Maciuś, sam nie wiedząc czemu, pomyślał:
— Tżeba być ostrożnym.
A dziennikaż zapalił papierosa i zaczął znuw o czym innym:
— Wczoraj podobno skazany został na miesięczny areszt sekretaż stanu? Nie dałem o tym wiadomości do naszej gazety, bo dzieci mało obhodzi, co się dzieje z dorosłymi. Gdyby w ih ministerstwie były jakieś niepożądki, to co innego. Wasza krulewska mość nie wie wcale, jaki szczęśliwy był wybur Felka na ministra. Wojsko cieszy się, że syn plutonowego został ministrem. Gazeciaże znają Felka, bo Felek jeszcze pżed wojną spżedawał czasem gazety. No i wszystkie dzieci się cieszą. A za co też biedny sekretaż stanu dostał się do kozy?
— Za niepożądki w kancelarii — odpowiedział Maciuś wymijająco; bo żecz dziwna, pżyszło mu nagle na myśl, że dziennikaż jest szpiegiem.
Kiedy już sobie poszedł, Maciuś długo jeszcze o nim myślał:
— Ee, zdaje mi się. Jestem śpiący, tyle się pżez tyh parę dni nasłuhałem o szpiegah, że gotuw jestem teraz każdego podejżewać.
I Maciuś zapomniał o tym, bo pżed wizytą kruluw strasznie miał dużo do roboty.
Narady z mistżem ceremonii trwały bez końca. Na gwałt odnawiano letni pałac w parku dla czarnyh kruluw. Osobno zbudowano nieduży pałacyk na wypadek pżyjazdu jakiego żułtego krula. Biali krulowie mieszkać będą w pałacu Maciusia.
Nadhodziły klatki z dzikimi zwieżętami. Spieszono, aby ogrud zoologiczny był na czas gotuw.
Tu znuw domy dla dzieci, tu budowa dwuh ogromnyh domuw na parlamenty.
Zaczęły się wybory na posłuw w całym kraju. Do sejmu małego czy dziecinnego, jak go nazywano, postanowiono wybierać posłuw nie młodszyh niż lat dziesięć i nie starszyh niż lat piętnaście. Młodsze klasy w każdej szkole wybierały posła i starsze klasy też jednego posła. Było wiele zamieszania, bo okazało się, że szkuł jest dużo i wszyscy posłowie nie zmieszczą się w jednej sali. Nadhodziło teraz tyle listuw, że Maciuś długie godziny spędzał w swoim gabinecie. Listy były ważne, z rużnymi pytaniami:
Czy można wybierać dziewczynki na posłuw? Rozumie się, że można.
Czy można wybierać posłuw, ktuży jeszcze nie bardzo dobże piszą?
Gdzie mieszkać będą posłowie, ktuży pżyjadą ze wsi i z rużnyh miast?
Czy ma być otwarta dla posłuw szkoła, żeby się mogli uczyć i nie tracili roku, jak będą w stolicy na naradah?
Sekretażowi stanu zamieniono kozę na areszt domowy, to znaczy, że siedział w domu, nie wolno mu było pżez miesiąc wyhodzić na spacer; tylko pżyjeżdżał do Maciusia do kancelarii, bo bez niego Maciuś nie dałby sobie rady.
Mistż ceremonii układał pożądek uroczystości: jakie mają być i gdzie ustawione tryumfalne bramy dla zagranicznyh kruluw, na jakih ulicah ma grać orkiestra, jakie sprowadzić kwiaty. Tżeba było dokupić tależe, noże i widelce. Tżeba było kupić więcej samohoduw. A jak krulowie będą siedzieli w teatże i pży obiedzie? Żeby ważni krulowie mieli lepsze miejsca, żeby nie posadzić obok siebie kruluw, ktuży się nie bardzo lubią. Sprowadzano wina, owoce, kwiaty z ciepłyh krajuw. Malowano domy, kture były brudne. Poprawiano bruki na ulicah. Maciuś nie spał, nie jadł, tylko pracował.
— Pżyszedł do waszej krulewskiej mości budowniczy.
— Ogrodnik pragnie się rozmuwić z waszą krulewską mością.
— Pżyszedł minister spraw zagranicznyh.
— Pżyjehał ambasador żułtego krula.
— Jakihś dwuh panuw pragną się widzieć z waszą krulewską mością.
— Czeguż oni hcą? — zapytał się zniecierpliwiony już Maciuś, kturego tżeci raz odwoływano od obiadu.
— Hcą pomuwić o fajerwerkah.
Maciuś zły i głodny idzie do swego gabinetu, bo teraz mało pżyjmował Maciuś w sali tronowej. Nie było czasu na ceremonie.
— Czego panowie hcecie? Tylko proszę muwić krutko, bo nie mam czasu.
— Słyszeliśmy, że mają pżyjehać dzicy krulowie, więc tżeba im pokazać coś takiego, co im się spodoba. Ogrud zoologiczny ih nie zajmie, bo dość widzieli u siebie dzikih zwieżąt. Na teatże też się nie znają...
— No dobże, dobże — domyślił się Maciuś — więc hcecie użądzić fajerwerki.
— Tak jest.
Na wszystkih żądowyh domah ustawią rakiety. W krulewskim parku zbudują wysoką wieżę. Dalej: młyn. I taki niby wodospad. I wieczorem wszystko to się zapali. Z gurnej części wieży będą szły w gurę rakiety z czerwonyh ogni, a spadać będą zielone i niebieskie kule — niżej kręcić się będą młynki z zielonyh i czerwonyh iskier. W ogniu zakwitać będą rużnokolorowe kwiaty. A wodospad płynąć będzie ognistym deszczem.
— Oto rysunki. Nieh wasza krulewska mość zehce obejżeć.
Rysunkuw, jak to będzie wyglądało — pżynieśli ci pirotehnicy sto dwadzieścia. Maciuś ogląda, a obiad tymczasem stygnie.
— A ile to będzie kosztowało? — pyta się Maciuś pżezornie.
Bo na ostatnim posiedzeniu znuw muwił minister finansuw o potżebie nowej pożyczki.
— Jakże to? — dziwił się Maciuś — pżecież mieliśmy tyle złota.
— Tak jest, ale reformy waszej krulewskiej mości strasznie drogo kosztują.
I zaczęło się wyliczanie, ile kosztuje budowa domuw dla dzieci, ile dwa ogromne gmahy parlamentuw, ile kosztuje miesięcznie czekolada, ile lalki i łyżwy.
— Jeżeli starczy nam pieniędzy na pżyjęcie zagranicznyh gości, to będzie bardzo szczęśliwie.
— A może nie starczyć? — pżestraszył się nie na żarty Maciuś.
— To nic strasznego. Można będzie zebrać nowe podatki. Teraz wszyscy dobże zarabiają, to mogą część pieniędzy oddać żądowi.
— Ah — westhnął Maciuś — gdybyśmy mieli własny port i własne okręty, toby nam Bum-Drum pżysłał złota, ilebyśmy tylko zehcieli.
— Jest na to sposub — wtrącił się minister wojny. — Nie tżeba żałować pieniędzy na armaty, na karabiny, na fortece, toby się i port znalazł. Tak, armaty są ważniejsze od czekolady i lalek.
Maciuś się zaczerwienił. Tak, to prawda, parę nowyh fortec bardzo by się pżydało. Minister wojny zawsze na posiedzeniah tłomaczył, że powinien dostać dla wojska część złota Bum-Druma. Ale Maciuś tak był zajęty innymi sprawami, że ciągle kazał mu trohę poczekać.
Z ciężkim sercem zgodził się Maciuś na fajerwerki.
— To trudno. Już puźniej będzie się oszczędzało. A teraz tżeba pżecież coś ciekawego pokazać i czarnym krulom.
A kiedy puźną nocą leżał Maciuś w łużku, to myślał sobie:
— Może źle zrobiłem, że nie kazałem szpiegowi wysadzić w powietże i fortecy. Zawsze miałby o jedną fortecę mniej. Jeżeli hce wojny, to niehby była wojna. Ale teraz Maciuś nie byłby już głupi; powiedziałby: zwyciężyłem ciebie, więc musisz mi dać jeden port i dziesięć okrętuw.
Maciuś był pżecież u zagranicznyh kruluw, kiedy go poprosili w gości. Więc wiedział, jak oni robili. Było ładnie, nawet bardzo ładnie. Ale pżyjęcie, kture Maciuś pżygotował dla swoih krulewskih pżyjaciuł, było zupełnie nadzwyczajne. Zresztą pżyznali to zgodnie wszyscy krulowie. Bo dużo żeczy było z gury pżyszykowanyh, a dużo niespodzianek wymyślił Maciuś już podczas pobytu kruluw. Co dzień co innego: to polowanie, to wycieczka, to pżedstawienie w cyrku z tresowanymi zwieżętami, to walki siłaczuw.
Pierwsi pżyjehali czarni krulowie. Ale też było z nimi kłopotuw — o rety. Żeby nie poczciwy Bum-Drum, ktury podjął się pilnować pożądku w pżeznaczonym dla nih letnim pałacu — nie można by dać sobie z nimi wcale rady.
Najgorsze, że o byle co zaczynali się bić. Bili się strasznie dziko. Drapali, gryźli i nawet ih rozerwać nie można było. To znuw objadali się pżysmakami, kture im gotował krulewski kuhaż, potem płakali, że ih bżuhy bolą, a jak doktur kazał jeden dzień nie jeść, robili awantury, łamali kżesła i tłukli szyby. To znuw się bali rużnyh żeczy. Krul Lum-Bo tak się pżestraszył, kiedy zobaczył siebie w lustże, że tżeba mu było dać krople, żeby się uspokoił. Krul Du-Nko, zamiast zejść ze shoduw, zjehał na poręczy, spadł i złamał nogę. Krul Mup odgryzł lokajowi palec w złości. A ile było guzuw, trudno zliczyć. Krul Pu-Bu-Ro pżywiuzł dwadzieścia żon, kture wcale nie były zaproszone. Krul Dul-Ko-Cyn w wielkiej tajemnicy pżywiuzł kiełbasę, zrobioną z cztereh Murzynów. Znuw awantura, kiedy mu kiełbasę odebrano. Krul Bra-Put wlazł na dżewo i siedział tam pięć godzin, a jak hciano go zdjąć, pluł, kopał i gryzł. Musiano wezwać strażakuw, ktuży puścili na niego strumień wody, taki silny, że spadł do rozstawionej sieci.
Bum-Drum bardzo się wstydził za swoih ziomkuw i bał się, że całą uroczystość zepsują. Bo że się biją u siebie w pałacu — to trudno. Ale co będzie, jak im stżeli do głowy użądzić awanturę na galowym pżedstawieniu albo podczas galowego obiadu.
— Tżeba wymyślić dla nih jakie kary: albo ruzgi, albo kozę.
Maciuś długo się opierał, ale widział, że inaczej sobie Bum-Drum z nimi nie poradzi.
W jednym z pokoi krulewskiego pałacu było muzeum. Tam były rużne nażędzia, kturymi karał swoih poddanyh Henryk Porywczy. Były tam szydła do wykłuwania oczuw, kleszcze do wyrywania paznokci i łamania palcuw, straszne piły do obcinania rąk i nug, rużne żelazne dyscypliny, żemienie, kije i pałki. Aż włosy stawały na głowie, gdy się na to patżało. Nie lubił Maciuś muzeum. W głębi ogrodu wykopana była głęboka studnia, ale bez wody, dokąd wżucano skazanyh na śmierć głodową.
Bum-Drum postanowił z tego skożystać. I w pżeddzień pżyjazdu białyh kruluw zaprowadził dzikusuw do studni, potem do muzeum tortur — i miał do nih długą pżemowę.
Co muwił, Maciuś nie wiedział, ale musiał im bardzo zagrozić, bo sprawowali się na ulicy i na uroczystościah zupełnie pżyzwoicie.
Tylko dwa razy ukarał Bum-Drum dzikih kruluw. Jeden dostał dziesięć batuw za odgryzienie palca białemu lokajowi, a drugi siedział cały dzień w żelaznej klatce za awanturę w nocy.
A to tak było:
Zahciało mu się w nocy grać na piszczałce. Muwią, że krulowie są zmęczeni i hcą spać, a on nic. Kiedy mu siłą hcieli odebrać piszczałkę, wskoczył na szafę i zaczął żucać na głowy rużne wazony i figury, kture stały na szafie. A co gorsze, że wyskoczył pżez okno do parku i na tarasie zimowego pałacu takiego narobił wżasku, że obudził wszystkih białyh kruluw. Ci tacy źli, że im spać nie dadzą, dalej do Maciusia na skargę.
— Mało tego, że musimy z tymi małpami siedzieć pży jednym stole i patżeć, jak oni łapami i bez widelcuw jedzą, swoje płaskie nosy wycierają palcami — i psują powietże, że wcale jeść nie można, tak obżydzają jedzenie; jeszcze w nocy spokoju mieć nie możemy.
Ledwo udało się Maciusiowi wytłomaczyć, że oni się poprawią, że Bum-Drum też był dziki, a w dwa miesiące nauczył się myć pahnącym mydłem i nawet używa wykałaczek.
Groziło już, że biali krulowie wyjadą, i z trudem udało się pżekonać ih, że mogą jeść osobno, jeśli wolą, że tylko najmniej dzicy Murzyni siedzieć będą razem.
Bo i między czarnymi krulami było tżeh zupełnie pożądnyh i wykształconyh, ktuży nawet nosili spodnie i kołnieżyki i umieli nakręcać gramofon.
Może biali krulowie nie ustąpili by tak łatwo, ale jedni czekali na polowanie, drudzy na walki siłaczuw, a wszyscy czarni, żułci i biali — czekali na fajerwerki.
Żułtyh kruluw pżyjehało tylko dwuh. Krul Kito-Siwo był już zupełnie jak biały, nosił okulary i muwił po europejsku. A Tsiń-Dań, hociaż inny, niż biali, nie był dziki, bo znał etykietę.
Z nim był znuw inny kłopot. Ten z każdym hciał się witać i żegnać. Niby to nic złego, ale tżeba wiedzieć, jak on się witał. Najpżud składał każdemu krulowi czternaście wstępnyh pokłonuw, potem dwanaście zwyczajnyh, dziesięć etykietalnyh, osiem ceremonialnyh, potem sześć uroczystyh, cztery dodatkowe i dwa końcowe. Więc razem było 14 + 12 + 10 + 8 + 6 + 4 + 2 pokłonuw, co trwało 49 minut; wstępne pokłony po puł minuty, a wszystkie inne po minucie.
— Od pięciu tysięcy lat robili tak moi pżodkowie, więc i ja tak będę robił.
— No dobże, ale tak można witać się z jednym albo dwoma krulami, a nie z taką hmarą.
— Dziwnie jest na świecie — myślał Maciuś — jedni są za mało gżeczni, a drudzy znuw zanadto gżeczni, jak to wszystko razem pogodzić?
Krul Tsiń-Dań pżyjehał z dwoma uczonymi, kturym udało się pżekonać Tsiń-Dania, że z czarnymi krulami, kturyh było najwięcej, wcale nie warto się witać. A białym można składać pokłony nie osobiście, a pżed ih obrazami. Odfotografowano więc wszystkih białyh kruluw na dużyh fotografiah i co dzień, rano i wieczorem, Tsiń-Dań składał im w swoim pokoju ukłony. Skończył z jednym, to stawiali lokaje fotografię drugiego, i tak dalej. Tsiń-Dań nigdy nie zdążył na śniadanie, hociaż o dwie godziny wcześniej wstawał i o dwie godziny puźniej się kładł niż inni krulowie.
Co się tyczy czarnyh kruluw, hoć z tym był spokuj. Jedni na powitanie dwa razy wysadzali język, inni cztery razy, inni wsadzali serdeczny palec prawej ręki w lewą dziurkę nosa, jeszcze inni udeżali się piętami w plecy, podskakując do gury tży, a inni sześć razy.
Zdziwił się Maciuś ogromnie, gdy mu Bum-Drum powiedział, że w ubiegłym stuleciu pżez lat piętnaście trwała straszna wojna między dwoma czarnymi krulami, wyłącznie o to, że gdy jeden wsadzał na powitanie palec prawej ręki do lewej dziurki nosa, drugi postępował pżeciwnie. Zbuntował się cały narud. Wdali się w spur kapłani i inni krulowie. Jedni muwią tak, drudzy tak. Zaczęli walczyć, kto ma rację. Palili szałasy i całe wsie, zabijali kobiety i dzieci, brali do niewoli, żucali lwom na pożarcie niewolnikuw. Aż wybuhła zaraza i był taki głud, że dłużej nie mogli wojować, i każdy został pży swoim. I teraz ci dwaj krulowie nie witali się wcale i pży stole siedzieli z daleka.
Powiadam: siedzieli pży stole. I to była trudna sprawa. Napocił się poczciwy Bum-Drum, zanim zrozumieli, że kżesła służą do siedzenia, a nie do rozbijania głuw...
Ale kto miał prawdziwą uciehę, to dzieci w stolicy Maciusia. Szkoły były zamknięte, bo i tak nikt na lekcje nie pżyhodził.
Dzicy krulowie nie lubili jeździć samohodami, a hodzili pieszo po mieście. A za każdym hmara hłopakuw. Miała też i policja za swoje. Po uroczystości prefekt policji skarżył się, że shudł tak, że mu siedem kilo wagi ubyło.
— Bo pomyślcie tylko. Rozleźli się te małpy po mieście, i pilnuj tu, żeby jaki łobuz kamieniem w nih nie cisnął, żeby ih nie pżejehali, no — i żeby oni nie zjedli kogo, bo i o to nietrudno było.
Maciuś musiał mu dać order. W ogule dużo rużnyh orderuw rozdał Maciuś podczas uroczystości: czarni krulowie zawieszali sobie ordery w nosah, a biali — na piersiah. I bardzo byli zadowoleni.
Jeszcze miał Maciuś jedną pżykrość. Bo czarnym krulom nie spodobało się polowanie. I nic dziwnego: nie mogło się podobać polowanie na zające i sarny ludziom, ktuży pżyzwyczaili się zabijać słonie, tygrysy i krokodyle. Może i białym krulom jedno mniej, drugie więcej się podobało, ale byli dobże wyhowani i udawali, że wszystko im się podoba, bo wiedzieli, że Maciuś się stara. A dzicy krulowie byli źle wyhowani, a może nawet myśleli, że Maciuś z nih zażartował. Bo wszczęli taki piekielny hałas i tak groźnie zaczęli potżąsać swymi łukami i dzidami, w kture się na to nieszczęsne polowanie uzbroili, że biali krulowie wsiedli do samohoduw i hcieli zmykać, a Bum-Drum biegał jak szalony i mahał rękami, uspokajając wzbużonyh, co mu się wreszcie udało.
Polowanie odbyło się bez pżygud. Biali krulowie postżelili nawet dwa dziki, jednego niedźwiedzia — i myśleli, że czarni krulowie zrozumieją wreszcie, że i w Europie są niebezpieczne zwieżęta. Ten, ktury zabił niedźwiedzia, już do końca polowania stał razem z czarnymi, niby jak ih kolega, i na migi hwalił się, że umie stżelać, że jest bardzo ważnym myśliwym. Oglądał ih łuki i stżały i nawet prosił, że hce nocować w letnim pałacu. A na drugi dzień pży śniadaniu opowiadał, że czarni są bardzo mili, że się od nih wiele można nauczyć — i nawet kto wie, czy nie smaczniejsze jest jedzenie, jeżeli się je niesie do ust palcami, a nie ostrymi i zimnymi widelcami.
Stała się żecz niesłyhana: curka Bum-Druma, mała i dzielna Klu-Klu, pżyjehała do Maciusia w klatce z małpami.
A było to tak:
Ogrud zoologiczny był już zupełnie gotuw. Wszystkie zwieżęta umieszczone już były w swoih klatkah. We środę miało się odbyć uroczyste otwarcie ogrodu, a w czwartek oddany będzie do zabawy dzieciom. Ale miała nadejść jeszcze jedna skżynia z tżema tak żadkimi małpami, jakih nie posiadał jeszcze żaden biały krul w swoim zwieżyńcu.
Tę skżynię mieli rozpakować podczas uroczystości. Otwożyli tak, żeby małpy od razu wbiegły do klatki. Wszyscy stoją i patżą. Jak tylko odbito deskę, zaraz wyskoczyła do klatki jedna, potem druga małpa. A tżeciej nie ma. Odsunięto trohę skżynię od dżwiczek klatki, a tu wyskakuje mała Klu-Klu i żuca się Bum-Drumowi do nug i coś mu po mużyńsku muwi.
Bum-Drum rozgniewał się strasznie i hociaż już nie taki dziki, hciał kopnąć nieposłuszną Klu-Klu, ale Maciuś wziął ją w obronę.
— Klu-Klu zrobiła źle, że uciekła z domu. Klu-Klu zrobiła źle, że w nocy sama odbiła skżynię, jedną małpę wypuściła i sama zajęła jej miejsce. Ale Klu-Klu poniosła już karę. Bo nawet dla mużyńskiego dziecka — sześć tygodni jehać w skżyni z małpami jest żeczą bardzo niepżyjemną. A pżecież Klu-Klu nie była zwyczajnym czarnym dzieckiem, a pżyzwyczajoną do wygud curką krulewską. Zresztą i w skżyni nie miała tyh wygud, co małpy, bo nie mogła dohodzić do okienka skżyni, pżez kture dawano im żywność, bo się obawiała, żeby jej nie odkryto w drodze i nie odesłano do domu.
— Krulu Bum-Drum, pżyjacielu Bum-Drum — powiedział wzruszony Maciuś — możesz być dumny ze swojej curki. Na nic podobnego nie zdobyłaby się nie tylko dziewczynka, ale żaden biały hłopak.
— Mogę ci podarować tę niesforną dziewczynę, kturą tak bronisz — powiedział rozłoszczony Bum-Drum.
— Dobże — zgodził się Maciuś — nieh zostanie w moim pałacu, nieh się uczy, a gdy zostanie krulową, będzie taką samą reformatorką wśrud czarnyh, jak ja jestem krulem-reformatorem wśrud białyh.
Żecz dziwna: w godzinę po tej całej awantuże Klu-Klu zahowywała się tak, jak gdyby tu już była bardzo dawno.
A kiedy stary profesor, ktury znał 50 językuw, pżemuwił do niej po mużyńsku i wytłomaczył, co hce z nią zrobić Maciuś — odpowiedziała od razu:
— Ja tak samo myślałam. Muj złoty, lwi, krokodylowy profesoże, tylko zaraz zacznij mnie uczyć waszego języka, bo inaczej nie mogę powiedzieć, co myślę, a mam plany bardzo ważne, a nie lubię ani czekać, ani odkładać.
Okazało się, że Klu-Klu zna już sto dwanaście europejskih wyrazuw, kturyh nauczyła się podczas pobytu Maciusia w Afryce.
— To nadzwyczajne jednak, jaka ta mała ludożerka jest zdolna — dziwił się profesor. — Nadzwyczajną ma pamięć.
Bo Klu-Klu nie tylko pamiętała wyrazy, ale i skąd się każdego wyrazu nauczyła, od kogo słyszała. Okazało się, że siedząc w klatce nauczyła się wielu wyrazuw od marynaży.
— Fe, Klu-Klu — muwił profesor — skąd ty znasz te bżydkie wyrazy. Hyba nie rozumiesz, co one znaczą.
A Klu-Klu:
— Te tży wyrazy powiedział tragaż, kiedy brał na plecy klatkę. Te cztery wyrazy powiedział, kiedy się potknął i mało nie pżewrucił. Tak muwił nasz pżewoźnik, kiedy nam jeść dawał. To kżyczeli marynaże, kiedy byli pijani.
— To smutne, moja Klu-Klu, że takimi wyrazami powitali cię biali — powiedział profesor. — Musisz je prędko zapomnieć. My, biali, ładnie między sobą muwimy. Bardzo hętnie będę cię uczył, miła, dzielna, biedna Klu-Klu.
Aż do końca uroczystości Klu-Klu była na pierwszym planie. We wszystkih wystawah najwięcej było teraz fotografii Klu-Klu. Hłopcy najgłośniej kżyczeli i najwyżej żucali na wiwat czapki, kiedy ukazała się w samohodzie Klu-Klu. A kiedy podczas otwarcia sejmu dziecięcego — Klu-Klu powiedziała w europejskim języku:
— W imieniu moih czarnyh rodakuw, dzieci mużyńskih, witam ten pierwszy na świecie parlament dziecięcy.
Zerwała się taka buża oklaskuw i taki zapanował zahwyt, że nawet Felek, hociaż energiczny, nie mugł sobie poradzić. Aż zirytowany kżyknął do jednego z posłuw, ktury się darł jak szalony:
— Te, słuhaj, jak nie pżestaniesz, to dostaniesz w zęby.
To odezwanie się Felka wywarło złe wrażenie wśrud białyh kruluw, ale nie dali po sobie poznać.
Hętnie opisałbym szczegułowo wszystkie zabawy i uroczystości, ale zabrakłoby miejsca na opis ważniejszyh żeczy, bo pżecież nie o zabawah powinno się pisać w książce o krulu-reformatoże. Bo czytelnicy tej książki powinni dobże pamiętać, że Maciuś nie ot tak sobie zaprosił do siebie gości, a szło mu o ważne sprawy polityczne.
Tu między gośćmi był i stary krul ze swoim synem — wrogiem zawziętym Maciusia. Tu był i drugi krul, pżyjaciel żułtyh. Tu był i smutny krul, z kturym Maciuś już parę razy prowadził dłuższą rozmowę:
— Drogi Maciusiu — muwił smutny krul — muszę pżyznać, że zacząłeś bardzo odważnie, że twoje reformy są bardzo ciekawe i ważne. Do tej pory idzie ci wszystko dobże, nawet świetnie. Ale pamiętaj: reformy okupuje się ciężką pracą, łzami i krwią. Ty zaczynasz dopiero. Nie łudź się, że tak zawsze będzie. I nie ufaj zbytnio swym siłom.
— O, wiem — odparł Maciuś — że to trudno. — I opowiedział, ile pracuje, ile nocy nie spał, ile razy jadł zimny obiad.
— Najgorsze, że nie mam własnego portu — żalił się Maciuś. — I robią mi trudności z pżewożeniem złota.
Zamyślił się smutny krul i powiedział:
— Wiesz, Maciusiu, ja myślę, że stary krul dałby ci jeden ze swoih portuw.
— Ah, gdzież znowu. Syn mu na to nie pozwoli.
— A ja myślę, że pozwoli.
— Ależ on mnie nienawidzi. Zazdrości mi, podejżewa, obrażony jest — no wszystko.
— Tak, to prawda, wszystko prawda. Ale, mimo to, on się zgodzi.
— Dlaczego? — zdumiał się Maciuś.
— Bo się ciebie boi. Na moją pżyjaźń nie może liczyć — uśmiehnął się smutny krul. — Drugi krul zadowolony, że ustępujesz mu żułtyh kruluw.
— Pżecież nie mogę zabierać sobie wszystkiego — odburknął Maciuś.
— No tak, rozumnie jest nie hcieć panować nad całym światem. Ale byli, są i będą tacy, ktuży będą probowali. Może i ty, Maciusiu, sprubujesz.
— Nigdy!
— Oho, ludzie się zmieniają; powodzenie psuje.
— Ale nie mnie.
W tej hwili wszedł stary krul z synem.
— O czym tak muwicie wasze krulewskie moście?
— A ot Maciuś się żali, że nie ma portu. Maciuś ma gury, lasy, miasta, pola, ale nie ma moża, ani okrętuw. A teraz, kiedy zapżyjaźnił się z afrykańskimi krulami, koniecznie port mu potżebny.
— I ja tak myślę — odparł siwy krul. — Ale na to może się znaleźć rada. W ostatniej wojnie Maciuś nas zwyciężył i pżerwał wojnę, nie żądając od nas nagrody. To było bardzo szlahetnie z jego strony. Ale teraz na nas kolej, żeby pokazać, że potrafimy być wdzięczni. Prawda, muj synu, że bez szkody dla siebie możemy ustąpić Maciusiowi część naszego moża i jeden port.
— A za okręty Maciuś nam zapłaci — prędko dokończył syn. — Ma pżecież tylu bogatyh pżyjaciuł.
— Ależ najhętniej w świecie — ucieszył się Maciuś.
Wezwano natyhmiast ministra spraw zagranicznyh i sekretaża stanu, napisano odpowiedni papier, ktury podpisali wszyscy krulowie. Mistż ceremonii pżyniusł skżynkę i Maciuś pżyłożył drżącą ręką pieczęć.
Był najwyższy czas kończyć, bo właśnie zapalali fajerwerki.
Było na co patżeć. Całe miasto wyległo na ulice. Park zajęty był pżez posłuw, wojsko i użędnikuw. Osobno zajmowali miejsce dziennikaże, ktuży z całego świata zjehali się, aby opisywać te cuda do swoih gazet. Na balkonah, oknah i na tarasie pałacu zebrali się krulowie. Część dzikih kruluw wdrapała się na dah, żeby lepiej widzieć.
Oto płonie wieża. Bengalskie ognie, rakiety, kule zielone, czerwone lecą ku niebu. Węże ogniste. Młynki, raz wraz inne kolory. A okżyk podziwu wydarł się ze wszystkih piersi, gdy zapalono ognisty wodospad. I wszystko to wśrud huku i stżałuw.
— Jeszcze, jeszcze! — wołali afrykańscy krulowie zdumieni i oczarowani, nazywając Maciusia Królem Stubarwnego Nieba i Pogromcą Ognia.
Ale tżeba było wcześniej iść spać, bo na jutro rano naznaczony był odjazd.
Sto orkiestr grało na ulicah, kiedy samohody krulewskie odwoziły gości na kolej. I dziesięciu krulewskimi pociągami opuścili biali, czarni i żułci krulowie gościnną stolicę Maciusia.
— Odnieśliśmy wielkie dyplomatyczne zwycięstwo — żekł prezes ministruw, zacierając ręce, w powrotnej drodze.
— Co to znaczy? — zapytał Maciuś.
— Oto geniusz — powiedział prezes. — Wasza krulewska mość, nie wiedząc wcale, zrobiłeś żecz wielką. Zwyciężać można nie tylko na wojnie: pobić i kazać sobie coś dać za to. Bez wojny, dyplomatyczne zwycięstwo — to wycyganić coś potżebnego. Mamy port, to najważniejsze.
Maciuś wstawał o godzinie 6-ej rano. Inaczej nie zdążyłby wszystkiego zrobić. Zmienił teraz plan dnia tak, że codziennie dwie godziny się uczył. Pżybyły mu posiedzenia sejmu, a prucz czytania listuw, musiał pżeczytać dwie gazety: dla dorosłyh i dla dzieci, żeby wiedzieć, co się w całym państwie dzieje.
Gdy więc pewnego dnia o godzinie usmej ciho było jeszcze w krulewskiej sypialni, zaniepokojono się w pałacu nie na żarty.
— Maciuś musi być hory.
— Ja myślę: dawno można się było tego spodziewać.
— Żaden z dorosłyh kruluw nie pracuje tyle co on.
— Mizerny był ostatnio bardzo.
— I nie jadł prawie nic.
— A żadnej uwagi nie można było zrobić, bo złościł się zaraz.
— Tak, bardzo był niecierpliwy w ostatnih czasah.
— Najlepiej posłać po doktora.
Pżyjehał pżestraszony doktur i bez zameldowania, bez zastukania nawet, w palcie wszedł, a raczej wbiegł do krulewskiej sypialni.
Maciuś pżebudził się, pżetarł oczy i zapytał niespokojnie:
— Co to się stało? Ktura godzina?
Doktur, bez żadnyh wstępuw, zaczął muwić bardzo prędko, bo się bał, żeby mu Maciuś nie pżerwał.
— Drogi ukohany Maciusiu, dziecko moje miłe, znam ciebie od kołyski. Stary jestem. Na życiu własnym mi nie zależy. Każ mnie powiesić, rozstżelać, wsadzić do więzienia, wszystko mi jedno. Twuj ojciec, umierając, powieżył ciebie mojej opiece. Nie pozwolę ci wstać z łużka i basta. Kto pżyjdzie ci głowę zawracać, każę go zżucić ze wszystkih shoduw. Maciuś, ty hcesz w rok zrobić to, co inni krulowie robią w dwadzieścia lat. Tak nie można. Patż, jak ty wyglądasz. Nie jak krul, ale jak dziecko ostatniego żebraka. Jeżeli prefektowi policji ubyło na wadze, to on grubas i nawet zdrowo dla niego. Ale tobie, Maciuś, ubyło, a ty pżecież rośniesz. O wszystkie dzieci dbasz. Jutro wyjeżdża na wieś dwadzieścia tysięcy dzieci. Dlaczego masz się zmarnować. No, spujż tylko sam. To dla mnie taki wstyd, taki wstyd, że ja stary niedołęga...
Doktur podał Maciusiowi lustro:
— No patż, Maciusiu, patż.
I stary doktur się rozpłakał.
Maciuś wziął lustro. Prawda! Biały, jak papier, wargi blade, oczy podkrążone i smutne, szyja długa i huda.
— Rozhorujesz się i umżesz — muwił płacząc doktur — i nie dokończysz swego dzieła. Ty już jesteś hory.
Maciuś odłożył lustro i pżymknął oczy. I dziwnie mu pżyjemnie, że doktur ani razu nie nazwał go krulem, że nie pozwala mu wstać z łużka i każe zżucić ze shoduw wszystkih, ktuży mają do niego interes.
— Jak to dobże, że jestem hory — pomyślał Maciuś i wyciągnął się wygodnie na łużku.
Maciuś myślał, że jest tylko zmęczony. Dlatego nie hciało mu się jeść, hociaż był głodny. Dlatego nie mugł zasnąć wieczorem, a w nocy miał niepżyjemne sny. To śniło mu się, że czarni krulowie żucili się na dzieci i zjadają je. To, że wali mu się na głowę ognisty deszcz i paży go, i pali. To że obcięli mu dwie nogi i wyjęli jedno oko. To że siedzi w tej studni, skazany na śmierć głodową. Często bolała go głowa, a na lekcji tak nic nie rozumiał, że mu wstyd było Stasia i Helci, a najwięcej czarnej Klu-Klu, ktura po tżeh tygodniah nauki sama czytała już gazetę, pisała dyktando i umiała pokazać na mapie drogę od Maciusinej stolicy do państwa ojca Bum-Druma.
— A co się robi, jak krul jest hory, kto wtedy żądzi? — zapytał Maciuś cihym głosem.
— W lecie i tak parlamenty mają wakacje. Pieniądze są, tżeba je tylko pżywieźć. Port jest, okręty są. Domy w lasah wybudowane. Resztę zrobią użędnicy i ministrowie. A Maciuś pojedzie sobie na dwa miesiące i odpocznie.
— Ale miałem pżecież pojehać do portu, ktury otżymałem. Miałem obejżeć okręty.
— A ja nie pozwalam, i Maciusia zastąpi doskonale minister handlu i prezes ministruw.
— Miałem być obecny na manewrah.
— A będzie obecny minister wojny.
— A listy dzieci?
— Będzie je czytał Felek.
Maciuś westhnął. Niełatwo zgodzić się na zastępstwo, gdy człowiek pżywykł sam wszystko załatwiać. Ale istotnie Maciuś sił nie miał.
Pżyniesiono Maciusiowi śniadanie do łużka, potem mała Klu-Klu opowiadała Maciusiowi śliczne mużyńskie bajki. Potem bawił się pajacykiem, kturego bardzo lubił. Potem oglądał śmieszne obrazki w książkah dla dzieci. Potem pżyniesiono mu do łużka jajecznicę z tżeh jajek, szklankę gorącego mleka i bułkę ze świeżym masłem. I dopiero po tym wszystkim doktor pozwolił mu ubrać się i usiąść na balkonie na wygodnym fotelu.
Siedzi Maciuś, siedzi i o niczym nie myśli, żadnego nie ma kłopotu, o nic się nie boi. I nikt nie ma do niego żadnego interesu: ani żaden minister, ani mistż ceremonii, ani dziennikaż, ani nikt, nikt. Siedzi Maciuś i słuha jak ptaszki ładnie śpiewają w parku. I tak słuha i słuha, aż zasnął i długo spał, aż do samego obiadu.
— A teraz zjemy obiadek — uśmiehał się doktur. — Po obiedzie pżejedziem się powozikiem po parku. Potem znuw dżemka. Potem kąpiel i do łużka lu-lu-spać. A potem kolacja i znuw spać.
Maciuś spał — spał — najhętniej spał. Żadziej mu się teraz coś pżykrego śniło. Więcej jadł. W ciągu tżeh dni pżybyło mu pułtora kilo.
— Tak to rozumiem — cieszył się doktur. — Za tydzień, jeśli tak dalej pujdzie, będę znuw nazywał Maciusia jego krulewską mością. A teraz — to nie krul, a hudziątko, zbiedzony sierotka, ktury opiekował się całym światem, a kturym nie miał się kto zaopiekować, bo nie ma mamusi.
Po tygodniu podał mu doktur lustro:
— Już prawie krul, czy nie?
— Jeszcze nie — odpowiedział Maciuś, kturemu dziwnie pżyjemny był ten pieszczotliwy ton doktora, kturemu dziwnie pżyjemne było, że go traktują jak dziecko i nie nazywają krulewską mością.
Maciuś stał się znuw żywy i wesoły, z trudem zapędzał go doktur na parę godzin do łużka.
— A co tam piszą w gazecie?
— W gazecie piszą, że krul Maciuś jest hory i tak samo, jak wszystkie dzieci w jego państwie, wyjeżdża jutro na całe lato na wieś, na wypoczynek.
— Jutro? — ucieszył się Maciuś.
— Tak, w samo południe.
— A kto jedzie?
— Ano ja, kapitan z dziećmi, no i hyba Klu-Klu, bo z kim by się tu została?
— No rozumie się, że Klu-Klu musi pojehać z nami.
Tylko dwa papiery podpisał Maciuś pżed wyjazdem: że zastępować go będzie prezes ministruw w sprawah obywateli dorosłyh i Felek we wszystkih sprawah dzieci.
Dwa tygodnie nic nie robił Maciuś, tylko się bawił. Zabawy prowadziła Klu-Klu. Rużne polowania, wyprawy wojenne, śliczne budowała z gałęzi szałasy i ih nauczyła. Jedne zabawy odbywały się na ziemi, a drugie na dżewah. Z początku Klu-Klu nie umiała hodzić w tżewikah.
— Co to za dziki zwyczaj, skarżyła się, żeby na nogah nosić ubranie.
Potem gniewała ją sukienka.
— Dlaczego u was hłopcy inaczej się ubierają niż dziewczęta? To jest zupełnie dziki zwyczaj. Pżez to dziewczynki u was są takie niezgrabne. Ani na dżewo nie można się wdrapać, ani pżez płot pżeskoczyć. Zawsze nieszczęsna sukienka plącze się i plącze.
— Ależ Klu-Klu — ty hodzisz po dżewah lepiej, niż nasi wiejscy hłopcy, nie muwiąc już o Maciusiu i Stasiu.
— Alboż to dżewa? — śmieje się Klu-Klu. — To są patyki, dobre dla dwuletnih dzieci, a nie takiej jak ja, dorosłej dziewczyny.
Raz podziwiały dzieci, jak zręcznie pżeskoczyła wiewiurka z dżewa na dżewo.
— I ja to umiem — powiedziała żywo Klu-Klu. I zanim Maciuś, Staś i Helcia zdążyli się połapać, co ona hce zrobić, Klu-Klu zżuciła sukienkę i sandałki, skoczyła za wiewiurką — i rozpoczęła się gonitwa. Wiewiurka skacze z gałęzi na gałęź, a Klu-Klu za nią. Wiewiurka hop z dżewa na dżewo, a Klu Klu za nią. Z pięć minut trwała gonitwa, aż wiewiurka zmęczona skoczyła na ziemię, Klu-Klu za nią. Myślały dzieci, że się zabije, ale ona tak zręcznie spadając to hwytała się, to odpyhała gałęzie, że spadła na ręce — i tżyma wiewiurkę. Złapała ją za kark tak, że wiewiurka nie mogła jej nawet ugryźć.
— Czy to bardzo trujące zwieżątko, ta wasza małpka pułnocy?
— Ani trohę. U nas tylko żmije są trujące.
Klu-Klu szczegułowo wypytała, jak wygląda żmija, uważnie pżyjżała się na obrazku i poszła w las. Cały dzień szukali Klu-Klu. Nie ma i nie ma. Dopiero wieczorem wruciła potargana, podrapana i głodna, ale pżyniosła w szklanej bańce tży żywe żmije.
— Jakże ty je złapałaś? — pyta się zdumiony Maciuś.
— Tak jak się łapie wszystkie jadowite węże — odpowiedziała z prostotą.
Dzieci wiejskie bały się Klu-Klu z początku, ale potem bardzo ją szanowały i lubiły.
— Hociaż dziewuha, a najpierwsza między hłopakami. Muj Boże, jacy to muszą u nih być hłopcy.
— Akurat tacy sami, wcale nie lepsi — tłomaczyła Klu-Klu. To tylko u białyh, dziewczynki noszą długie włosy i suknie, i pżez to nic nie mogą robić.
Ale nie tylko w żucaniu kamieniami i stżelaniu z łuku, w zbieraniu gżybuw i ożehuw była Klu-Klu pierwsza. Nie muwię już o botanice, zoologii, gieografii i fizyce, w kturyh Klu-Klu była najzdolniejszą uczenicą. Wystarczało jej raz zobaczyć na obrazku jakąś roślinę albo muszkę, żeby ją poznać zawsze na łące lub w lesie. Dowiedziała się, że jakaś roślina rośnie na błocie, hajda do wiejskih hłopakuw na zwiady: gdzie tu są błota?
— O, daleko, będzie ze dwie mile.
Daleko może, ale nie dla Klu-Klu. Zakradnie się do kredensu, odłamie pajdę hleba i kawał sera, już jej nie ma.
I nawet jej nie szukają.
— Oho, Klu-Klu gospodarowała w kredensie. Znuw jakaś wyprawa.
Wieczur, noc, nie ma Klu-Klu. Nocowała w lesie, a rano wraca i niesie z tryumfem bukiet błotnyh kwiatuw, a jeszcze i żaby, trytony, jaszczurki, pijawki.
Jej zielnik najbogatszy, jej kolekcja owaduw, motyli i kamieni największa. W jej akwarium rodzi się najwięcej ślimakuw i pływa najwięcej rybek.
A taka zawsze wesoła i w uśmiehu pokazuje swoje białe, ostre ząbki.
Ale umiała być Klu-Klu poważna.
— Ah, Maciusiu, kiedy widziałam pżepiękne fajerwerki i ognisty wodospad, myślałam wtedy, coby to było za szczęście, gdyby i czarne dzieci mogły patżeć na te wasze dziwy. Mam do ciebie, Maciusiu, wielką, wielką prośbę.
— Jaką? — pyta się Maciuś.
— Żebyś sprowadził do swojej stolicy 50 dzieci czarnyh, żeby tak jak ja mogły się uczyć, a potem wruciły do Afryki i nauczyły wszystkiego wszystkie czarne dzieci.
Maciuś nic nie odpowiedział, bo postanowił zrobić Klu-Klu niespodziankę. I tegoż wieczora napisał list do stolicy:
„Kohany Felku. Kiedy wyjeżdżałem, ustawiano na dahu telegraf bez drutu. Robota miała być skończona na pierwszego sierpnia. Telegrafem bez drutu mieliśmy się porozumiewać z Bum-Drumem. Więc proszę cię, żebyś pierwszą depeszę wysłał do Bum-Druma taką, żeby pżysłał pięćdziesiąt dzieci mużyńskih, dla kturyh otwieram szkołę w mojej stolicy. Tylko proszę cię, żebyś nie zapomniał.
Maciuś”.
Poślinił Maciuś kopertę, żeby ją zapieczętować, a tu otwierają się dżwi.
— Felek! Jak to dobże, że pżyjehałeś. Akurat list miałem do ciebie wysłać.
— Pżyjehałem w ważnej misji, użędowo — powiedział poważnie Felek.
Wyjął złotą papierośnicę i poczęstował Maciusia cygarem.
— Nieh wasza krulewska mość skosztuje: prima sort, ekstrafain, godne krulewskiego nosa.
— Ja nie palę — powiedział Maciuś.
— Otuż to właśnie — żekł Felek. — To źle. Krul musi się szanować, i w tej sprawie właśnie użędowo pżyjehałem z misją ratyfikacji mego kontrprojektu. Moje ultimatum jest takie: po pierwsze nie jestem już Felkiem, tylko baronem Feliksem fon Rauch. Muj sejm nie jest sejmem dzieci, a progres-parlamentem, w skruceniu propar. Dalej, raz tżeba skończyć z tym Maciusiem. Wasza krulewska mość ma już dwanaście lat, powinien się uroczyście koronować i nazwać Cezarem Mateuszem Pierwszym. Inaczej wszystkie reformy pujdą do luftu.
— Ja miałem inny projekt — bronił się Maciuś. — Hciałem, żeby dorośli wybrali sobie krula, a ja zostałbym Maciusiem, krulem dzieci.
— Koncepcja waszej krulewskiej mości może być kodyfikowana w swej prymitywnej formie — powiedział Felek — nie śmiem nażucać osobie krulewskiej mego moratorium; jednakże co się tyczy mojej osoby użędowej, pragnę być baronem fon Rauch, ministrem proparu.
Maciuś się zgodził.
Dalej żądał Felek własnej kancelarii, dwuh samohoduw i pensji dwa razy wyższej, niż wynosi pensja prezesa ministruw.
Maciuś się zgodził.
Dalej żądał Felek tytułu hrabiego dla dziennikaża progazu, to jest Gazety dzieci, ktura nazywać się ma Progres Gazetą, w skruceniu Progaz.
Maciuś się zgodził.
Felek miał już gotowe, w stolicy pżygotowane do podpisu papiery. Maciuś podpisał.
Strasznie pżykra była dla Maciusia ta cała rozmowa i Maciuś zgodziłby się na wszystko, byle się jak najprędzej skończyła. Maciusiowi tak było teraz dobże, tak odzwyczaił się od narad i posiedzeń i tak nie hciał pamiętać, ani o tym, co było, gdy tak ciężko pracował, ani o tym, co go czeka, gdy wakacje się skończą — że pragnął, aby Felek możliwie prędko sobie wyjehał.
Pomugł mu w tym doktur, ktury dowiedziawszy się o pżyjeździe Felka, wpadł zły do pokoju Maciusia.
— Muj Felku, prosiłem cię, żebyś krulowi głowy nie zawracał.
— Panie doktoże, proszę o ton spokojniejszy i o nazywanie mnie tak, jak się istotnie nazywam.
— A jak się istotnie nazywasz? — pyta się zdziwiony doktur.
— Jestem baronem fon Rauch.
— Od kiedy?
— Od hwili, kiedy jego krulewska mość łaskawie udzielił mi tego tytułu tym oto oficjalnym aktem.
I Felek wskazał na leżący na stoliku papier, na kturym nie wysehł jeszcze świeży podpis Maciusia.
Długa służba pży dwoże nauczyła doktora karności. Zmienił więc natyhmiast ton i spokojnie, ale stanowczo powiedział:
— Panie baronie fon Rauch, jego krulewska mość jest na urlopie zdrowotnym, a za pżebieg kuracji ja jestem odpowiedzialny. I w imię tej odpowiedzialności żądam, aby pan baron fon Rauch natyhmiast wyjehał, gdzie piepż rośnie.
— Odpowiesz mi pan za to — zagroził Felek, zabrał papiery do teki i jak niepyszny się wyniusł.
Maciuś szczeże był wdzięczny doktorowi, tym bardziej, że Klu-Klu wymyśliła nową zabawę: hwytanie koni na lasso.
Brało się sznurek długi i mocny, pżywiązywało na końcu ołowianą gałkę. Dzieci ustawiały się za dżewami, niby myśliwi. Stajenny wypuszczał dziesięć kucuw z krulewskiej stajni. Oni hwytali te kuce na lasso, a potem dosiadali je na oklep i ujeżdżali.
Klu-Klu nie umiała jeździć konno, bo w jej kraju jeździ się na wielbłądah i słoniah. Ale szybko się nauczyła. Tylko nie lubiła jeździć po damsku i nie znosiła siodła.
— Siodła dobre są dla staruszkuw, ktuży lubią wygodę. A ja, jak jadę na koniu, to hcę siedzieć na koniu, a nie na poduszce. Poduszka dobra jest w nocy w łużku, a nie pży zabawie.
Ależ uciehę miały dzieci wiejskie tego lata. Bo wszystkie prawie zabawy były wspulne. Ale nie tylko nauczyły się od Klu-Klu nowyh zabaw, nowyh bajek i piosenek, robienia łukuw, szałasuw, plecenia koszykuw, kapeluszy, nowego sposobu odszukiwania i suszenia gżybuw; Klu-Klu, ktura pżed dwoma miesiącami muwić jeszcze nie umiała, została nauczycielką pastuszkuw, kturyh uczyła czytać.
O każdej nowej liteże muwiła Klu-Klu, że jest podobna do jakiegoś robaczka.
— Jakże? Znacie rużne muszki, robaki, owady, zioła, znacie ih setki, a głupih tżydziestu literek nie możecie spamiętać. Możecie, tylko wam się zdaje, że to coś bardzo trudnego. Tak samo, jak kiedy się pierwszy raz pływa albo siądzie na konia, albo stanie na lodzie. Wystarczy sobie powiedzieć: to łatwe, i będzie łatwe.
I muwili pastuszki: czytać jest łatwo! I zaczynali czytać. A ih matki aż w ręce klaskały ze zdziwienia:
— Ależ ta czarna dziewuha jest zuh — no! Nauczyciel gardło sobie cały rok zrywał, bił linią, targał za uszy i za kudły, i nic, jak głąby, a ona powiedziała tylko, że litery to muhy, i nauczyła.
— A jak ona krowę wydoiła, było na co patżeć.
— A u mnie cielę zahorowało. Takie dziecko, a tylko spojżała i muwi: „to cielę zdehnie za tży dni”. I bez niej wiedziałam; boż to jedno cielę mi zdehło. A ona: „jeżeli u was rośnie — muwi, takie zioło, to mogę cielę uratować”. Poszłam z nią, bo byłam ciekawa. Szuka, szuka, to powąha, to pogryzie. „Nie ma — powiada, tżeba będzie to sprobować, bo ma podobną gorycz do tamtego”. Nazbierała, dosypała trohę popiołu gorącego, zmieszała, i wszystko tak zręcznie, jak aptekaż, potem wsypała do mleka i daje. A cielę, jakby rozumiało, pije, hociaż gożkie, niesmaczne; beczy, a pije i oblizuje się. I co powiecie? Zdrowe. No, czy nie dziw...
Kiedy skończyło się lato, i kobiety, i mężczyźni, i dzieci żałowali Maciusia, bo krul, i kapitańską parkę, bo gżeczna, i doktora, bo leczył i niejednemu pomugł; ale najwięcej żałowali Klu-Klu.
— Mądre, wesołe i poczciwe dziecko, szkoda, że taka czarna.
— Hoć jak się pżyzwyczaić, niebżydka — dodawali.
Z ciężkim sercem wracał Maciuś do stolicy. A i powitanie nie było pżyjemne. Już na stacji zauważył Maciuś, że coś się święci. Dwożec obstawiony był wojskiem. Mniej było flag i kwiatuw. Prezes ministruw miał minę trohę zakłopotaną. Był i prefekt policji, ktury dawniej nie pżyhodził na powitanie Maciusia.
Siedli do samohoduw i jadą, ale innymi ulicami.
— Dlaczego nie jedziemy ładnymi ulicami?
— A bo tam są pohody robotnikuw.
— Robotnikuw? — zdziwił się Maciuś, ktury pżypomniał sobie wesoły pohud dzieci, kture wyjeżdżały na lato do domuw, kture im w lasah wybudował. — A dokąd oni wyjeżdżają?
— Oni nie wyjeżdżają, pżeciwnie, dopiero niedawno wrucili. To są ci, ktuży budowali domy dla dzieci. Już zbudowali te domy i teraz nie mają roboty, więc robią awantury.
I nagle zobaczył Maciuś ten pohud. Szli robotnicy z czerwonymi sztandarami i śpiewali.
— Dlaczego oni mają czerwone sztandary? Pżecież narodowe sztandary nie są czerwone.
— Robotnicy mają we wszystkih państwah jednakowe sztandary czerwone. Oni muwią, że czerwony sztandar jest wszystkih robotnikuw całego świata.
Maciuś zamyślił się.
— A może zrobić tak, żeby dzieci z całego świata — białe, czarne i żułte — też miały jednego koloru sztandar. Jaki by wybrać kolor?
Samohud pżejeżdżał akurat pżez smutną, szarą, wąską ulicę. Pżypomniał sobie Maciuś zielony las, łąkę zieloną na wsi — i głośno powiedział:
— Czyby nie można zrobić tak, żeby dzieci całego świata miały swuj zielony sztandar?
— Można — powiedział prezes ministruw i jakoś niepżyjemnie się skżywił.
Smutny hodził Maciuś po swoim pałacu, i smutna hodziła Klu-Klu.
— Tżeba się wziąć do pracy, tżeba się wziąć do pracy — powtażał Maciuś, ale mu się okropnie nie hciało.
— Baron fon Rauch — zameldował lokaj.
Wszedł Felek.
— Jutro pierwsze posiedzenie powakacyjne proparu — muwi Felek — zapewne wasza krulewska mość zehce im coś powiedzieć?
— A cuż ja im powiem?
— Zwykle krulowie muwią, że ih cieszy, że narud wypowie swoją wolę, i życzą powodzenia w pracy.
— Dobże, pżyjadę — zgodził się Maciuś.
Ale nie jehał hętnie. Taki tam będzie pewnie kżyk, tyle dzieci, tak się wszyscy będą patżyli na niego.
Ale kiedy zobaczył Maciuś, że oto zebrały się z całego państwa, żeby radzić, jak żądzić: żeby wszystkim było dobże i wesoło, jak poznał po ubraniu dzieci wiejskie, z kturymi tak niedawno dobże się bawił, to nowa energia napłynęła w Maciusia i — powiedział bardzo ładną mowę:
— Jesteście posłami — muwił Maciuś. — Do tej pory byłem sam. Hciałem tak żądzić, żeby wam było dobże. Ale bardzo trudno zgadnąć jednemu, co każdemu potżeba. Wam jest łatwiej. Jedni wiedzą, co potżebne w miastah, inni wiedzą, co potżebne na wsi. Młodsi wiedzą, co potżebne malcom, inni, co potżebne starszym dzieciom. Myślę, że kiedyś dzieci z całego świata zjadą się tak, jak niedawno zjehali się krulowie — i że białe, czarne i żułte dzieci powiedzą — każdy, co potżebne. Na pżykład łyżwy niepotżebne są czarnym dzieciom, bo u nih nie ma ślizgawki. Już robotnicy — muwił Maciuś — mają swuj czerwony sztandar. Może dzieci wybiorą sobie zielony sztandar, bo dzieci lubią las, a las jest zielony...
I tak długo — długo muwił Maciuś, a posłowie słuhali. I jemu było pżyjemnie.
Potem wstał dziennikaż i powiedział, że wyhodzi co dzień gazeta dla dzieci, żeby mogły czytać ciekawe nowiny, i jak ktoś hce coś, może napisać. I zapytał się, czy im było dobże na wsi.
I tu zaczął się taki hałas, że nie wiadomo było, co kto muwi. Na salę weszła policja, pżywołana pżez Felka. Trohę się uciszyło.
Felek powiedział, że kto będzie hałasował, że go się za dżwi wyżuci, żeby każdy muwił po kolei.
Pierwszy zaczął muwić jeden hłopak w wytartej marynarce i bez butuw:
— Ja jestem posłem i hcę odpowiedzieć, że nam wcale nie było dobże. Nie było żadnyh zabaw, jedzenie było złe, a jak padał deszcz, to się z sufituw lała na łeb woda, bo dahy były dziurawe.
— I bielizny nie zmieniali — kżyknął ktoś.
— Pomyje nam dawali na obiad.
— Jak świniom.
— Nie było żadnego pożądku.
— I jeszcze nas bili.
— I zamykali za byle co w komurce.
Znuw zaczął się taki kżyk, że tżeba było pżerwać na dziesięć minut posiedzenie.
Wyżucono cztereh posłuw, ktuży najwięcej hałasowali. I dziennikaż w paru słowah wytłomaczył, że od razu trudno było wszystko zupełnie dobże użądzić, że na pżyszły rok będzie lepiej. I prosił, żeby posłowie muwili, czego hcą.
Znuw hałas:
— Ja hcę tżymać gołębie — kżyczy jeden.
— A ja psa.
— Żeby każde dziecko miało zegarek.
— I żeby dzieciom wolno było telefonować.
— I żeby nas nie całowali.
— Żeby nam bajki opowiadać.
— Kiełbasę.
— Salceson.
— Żeby nam wolno było puźno hodzić spać.
— Żeby każdy miał swuj rower.
— Żeby każde dziecko miało swoją szafkę.
— I więcej kieszeni. Muj ojciec ma tżynaście kieszeni, a ja tylko dwie. Mnie się nic nie mieści, a jak zgubię hustkę do nosa, to kżyczą.
— Żeby każdy miał trąbę.
— I rewolwer.
— Żeby samohodami jeździć do szkoły.
— Żeby nie było wcale dziewczynek i małyh dzieci.
— Hcę być czarnoksiężnikiem.
— Żeby każdy miał swoją łudkę.
— Żeby co dzień hodzić do cyrku.
— Żeby co dzień był śmigus.
— I Prima Aprilis, i tłusty czwartek.
— Żeby każde dziecko miało swuj pokuj.
— Żeby dawali pahnące mydło.
— I perfumy.
— Żeby każdemu dziecku wolno było raz na miesiąc stłuc szybę.
— I papierosy palić.
— Żeby nie było ślepej mapy.
— Ani dyktanda.
— Żeby raz pżez cały dzień nie wolno było dorosłym nigdzie hodzić, tylko dzieciom.
— Żeby wszędzie krulami były dzieci.
— Żeby dorośli hodzili do szkoły.
— Żeby zamiast ciągle czekoladę, dawać pomarańcze.
— I buty.
— Żeby ludzie byli aniołami.
— Żeby każde dziecko miało swuj samohud.
— Okręt.
— I dom.
— I kolej.
— Żeby dzieci miały pieniądze i żeby mogły kupować.
— Żeby, jak jest gdzie małe dziecko, żeby musiała być krowa.
— I koń.
— I żeby każdy miał dziesięć morguw ziemi.
Tak trwało z godzinę, a dziennikaż tylko się uśmiehał i wszystko zapisywał. Dzieci ze wsi z początku się wstydziły, ale potem też zaczęły muwić.
Zmęczyło Maciusia to posiedzenie.
— No dobże, wszystko zapisali, ale co dalej robić?
— Tżeba ih wyhować — powiedział dziennikaż. — Jutro napiszę do gazety sprawozdanie i wytłomaczę, co można i czego nie można zrobić.
Pżehodził akurat pżez korytaż hłopak, ktury hciał, żeby wcale nie było dziewczyn.
— Panie pośle — pyta się dziennikaż — co panu dziewczynki pżeszkadzają?
— Bo na naszym podwurku jest jedna dziewczyna, to z nią rady nie można dać sobie. Sama zaczepia, a jak jej coś zrobić, żeby ją tylko ruszyć, zaraz zaczyna wżeszczeć i leci na skargę. I ona tak ze wszystkimi. Więc myśmy uradzili, żeby z nią był koniec.
Dziennikaż zatżymał drugiego posła:
— Dlaczego pan, panie pośle, nie hce, żeby pana całować?
— Żeby pan miał tyle ciotek, co ja, toby się pan nie pytał. Wczoraj były moje imieniny, to mnie tak wyśliniły, że zwymiotowałem całą leguminę z kremem, jak dorośli lubią się lizać, nieh się sami całują, a nam nieh dadzą spokuj, bo my tego nienawidzimy.
Dziennikaż zapisał.
— A pan, panie pośle. Czy istotnie ojciec pana posła ma tyle kieszeni.
— No nieh pan liczy. W spodniah dwie kieszenie z boku i jedna z tyłu. W kamizelce cztery małe kieszonki i jedna w podszewce. W marynarce dwie w podszewce, dwie z boku i jedna w guże. Na wykałaczkę ojciec ma osobną kieszeń, a ja na klipę nie mam nawet kieszeni. A jeszcze mają szuflady, biurka, szafy, pułki. I potem się hwalą, że nic nie gubią i że u nih jest pożądek.
Dziennikaż zapisał.
Szło akurat dwuh posłuw, kturym musiały dokuczyć bardzo małe dzieci. Dlaczego?
— A kto musi niańczyć i kołysać?
— I każą mu ustępować, bo mały.
— I każą dobry pżykład dawać. Jak taki malec co zrobi, nie na niego kżyczą, tylko na mnie. „Od ciebie się nauczył”. A czy ja jemu kazałem małpować.
Dziennikaż i to zapisał.
Dziennikaż napisał w gazecie, że żaden sejm na świecie nie może zrobić, żeby ludzie byli aniołami albo czarnoksiężnikami, że nie może być co dzień tłusty czwartek i nie można co wieczur hodzić do cyrku. Muszą być i hłopcy, i dziewczynki, małe dzieci i starsze.
Napisane było ostrożnie, żeby nie obrazić posłuw. Więc nie było takih słuw, jak: „pletli głupstwa”, „bez sensu” albo: „tżeba dać za uszy”. Gazeta pisała tylko, co można, a czego nie można zrobić.
— Więcej kieszeni? To można. Wyda się rozkaz krawcom, żeby szyli o parę kieszeni więcej.
No, i tak dalej.
Klu-Klu po pżeczytaniu gazety była wzbużona:
— Muj drogi Maciusiu, pozwul mi iść na posiedzenie. Już ja im powiem. Dlaczego nie ma dziewczynek w waszym sejmie?
— Są, ale nic nie muwią.
— To ja powiem za wszystkie. Także pomysł: że na jakimś podwużu jest nieznośna dziewczynka, zaraz nie ma być wcale dziewczynek. A ilu hłopcuw jest nieznośnyh. To i hłopcuw ma nie być. Nie rozumiem, jak biali ludzie, ktuży wymyślili tyle mądryh żeczy, mogą być jeszcze tacy głupi i dzicy.
Jedzie Klu-Klu z Maciusiem, ale tak jej serce bije, nie żeby się bała, tylko układa sobie wszystko w głowie, co ma powiedzieć.
Patżą się wszyscy na Klu-Klu, a ona siedzi w krulewskiej loży obok Maciusia, jakby nigdy nic.
Felek otwiera posiedzenie.
Zadzwonił i powiedział:
— Posiedzenie otwarte. Pożądek dzienny: o tym, żeby każde dziecko miało zegarek, punkt pierwszy. O tym, żeby dzieci nie całować, punkt drugi. O tym, żeby dzieci miały więcej kieszeni, punkt tżeci. O tym, żeby nie było dziewczynek, punkt czwarty.
W sprawie zegarkuw zapisało się do głosu piętnastu muwcuw.
Jeden poseł muwi, że dzieciom potżebne są zegarki, bo muszą pżyhodzić do szkoły w porę i nie wolno się spuźniać. Starsi prędzej mogą się obejść bez zegarkuw, bo umieją lepiej liczyć w pamięci.
— Jeżeli spuźnia się zegar ojca i mamy, dlaczego ja mam za to cierpieć? — muwi drugi muwca. Jak będę miał własny zegarek, będę pilnował, żeby dobże szedł.
— Zegarek nie tylko do szkoły nam potżebny, powiada tżeci poseł. Jeżeli spuźnimy się na obiad albo wieczorem, oni kżyczą na nas. A co my winni, że nie wiemy, ktura godzina, jeżeli nie mamy zegarkuw?
— A do zabawy także potżebny zegarek — muwi czwarty poseł. Jak się ścigamy albo prubujemy się, kto dłużej będzie stał na jednej nodze, także bez zegarka jest niewygodnie.
— I jak wynajmujemy łudkę na godzinę, to nas oszukują. Muwią, że już godzina, a to kłamstwo, a musimy płacić za godzinę.
Felek znuw zadzwonił:
— Pżystępujemy do głosowania. Zdaje mi się, że jednogłośnie pżejdzie uhwała, że dzieciom potżebne są zegarki.
Znalazło się jednak dziewięciu posłuw, ktuży nie hcieli zegarkuw. Zaraz dziennikaż podbiegł do nih i pytał się, dlaczego nie hcą.
— Bo zaczniemy kręcić i zepsujemy. Bo szkoda pieniędzy. Bo można zgubić. Bo jak hodzić na rękah, to wypadnie i potłucze się. Bo i dorośli nie wszyscy mają zegarki, więc będą zazdrościli i będą się mścić. Bo nie są potżebne. Bo tatuś odbieże, spżeda i pżepije pieniądze.
Felek znuw zadzwonił.
— Uhwała zapadła większością wszystkih głosuw pżeciw dziewięciu.
Jednogłośnie pżeszła uhwała, że dzieci nie hcą, żeby je każdy miał prawo całować, że nie lubią głaskania, nie hcą, żeby je sadzać na kolana, żeby je klepać i pieścić. Dla rodzicuw można zrobić jakiś wyjątek, ale dla ciotek nie. Wybrano komisję, ktura miała opracować dokładnie ustawę. I wtedy jeszcze raz będzie głosowanie. W punkcie tżecim pożądku dziennego uhwalono, że dziewczynki mają mieć dwie kieszenie, a hłopcy — sześć.
Klu-Klu była obużona: dlaczego dziewczynki mają mieć tży razy mniej, albo o cztery kieszenie mniej, niż hłopcy? Ale nic nie muwi i czeka, co będzie dalej.
Felek zadzwonił: sprawa dziewczynek.
I zaczęło się:
— Dziewczynki beksy. Dziewczynki plociuhy. Dziewczynki skarżuhy. Dziewczynki udają. Delikatne. Dziewczynki niezdary. Dziewczynki dumne. Dziewczynki się obrażają. Dziewczynki mają sekrety. Dziewczynki drapią.
A biedne dziewczynki-posłowie siedzą i tylko łzy mają w oczah. Aż tu z loży krulewskiej odzywa się Klu-Klu:
— Proszę o głos.
Zrobiło się ciho.
— W moim afrykańskim kraju hłopcy i dziewczynki tak samo są zręczni, tak samo szybko biegają, drapią się na dżewa i fikają koziołki. A u was nie wiem, co się dzieje. Hłopcy kłucą się ciągle z dziewczynkami, pżeszkadzają w zabawah, a sami nie hcą się z nimi bawić. Patżę i widzę, że nie wszyscy, ale więcej hłopcuw jest łobuzuw, niż dziewczynek.
— Oho, ho — rozległy się głosy.
Felek zadzwonił, żeby nie pżeszkadzać.
— Hłopcy są niedelikatni, hłopcy się biją, hłopcy mają brudne ręce i uszy, hłopcy niszczą ubrania, hłopcy oszukują i kłamią.
— Oho, ho — rozległy się głosy.
Felek zadzwonił, żeby nie pżeszkadzać.
— Hłopcy wydzierają stronice z kajetuw i niszczą książki. Nie hcą się uczyć. Hałasują. Szyby tłuką. Kożystają z tego, że w Europie dziewczynki są słabsze, bo noszą sukienki i mają długie włosy...
— To nieh obetną sobie włosy.
— I nieh włożą spodnie.
Felek dzwoni.
— ...dziewczynki są słabsze, więc hłopcy je kżywdzą. A potem jeszcze udają niewiniątka.
I nagle zerwała się buża. Jedni tupią, drudzy gwiżdżą na palcah. Kżyczą jeden pżez drugiego.
— Patżcie ją: będzie nas uczyć.
— Ty masz białe ręce.
— Do klatki z małpami.
— Krulewska nażeczona.
— Żona Maciusia.
— Maciuś, Maciuś, Burek, idź na piec mruczeć.
— Kanarek. Siądź na gżądce i śpiewaj.
Najwięcej darł się jeden. Wskoczył na fotel poselski, czerwony taki i wżeszczy. Felek go znał: łobuz spod ciemnej gwiazdy. Antek — złodziej kieszonkowy.
— Antek, jak Boga koham — kżyknął Felek — wszystkie zęby ci wybiję.
— Sprubuj. Patżcie go: minister. Baron fon Rauch. Felek — kartofelek. Pamiętasz, jakeś pżekupkom jabłka z koszykuw kradł. Baran, baron.
Felek cisnął w Antka kałamaż i dzwonek. Posłowie podzielili się na tży grupy. Jedni uciekali co thu z sali posiedzeń, a dwie pozostałe grupy zaczęły się prać.
Blady jak kreda Maciuś patżał na to wszystko. A dziennikaż szybko notował.
— Panie baronie fon Rauch, nieh się pan uspokoi. Nic się złego nie stało. To się krystalizują stronnictwa — powiedział do Felka.
I Felek istotnie się uspokoił, bo posłowie zupełnie o nim zapomnieli i bili się między sobą.
Oh, jak Klu-Klu korciło, żeby po gzymsie spuścić się z loży krulewskiej na salę, a złapać jeden fotel poselski, a pokazać tym zuhwalcom, jak umieją się bić afrykańskie dziewczęta. Wiedziała Klu-Klu, że wszystko ona narobiła, żal jej było Maciusia, że pżez nią ma takie zmartwienie. Ale nie żałowała: nieh wiedzą. I cuż jej powiedzieli: że czarna? Wie o tym. Do klatki z małpami? Ano była: nieh z nih ktury sprubuje. Nażeczona Maciusia? Więc co takiego? Gdyby tylko Maciuś hciał się z nią ożenić. Szkoda tylko, że głupia europejska etykieta nie pozwala wziąć udziału w tej walce.
Jak oni się biją! I to hłopcy. Niezdary, niedołęgi, fujary. Biją się już dziesięć minut, a nikt nie zwyciężył. Pżyskakują i odskakują, jak koguty, a połowę udeżeń dostaje powietże.
Jak Felek głupio żucił kałamaż i dzwonek. Gdyby Klu-Klu poczęstowała Antka nie dwoma, ale jednym pżedmiotem, nie stałby teraz jak tryumfator na stole.
I Klu-Klu nie wytżymała. Skoczyła, jedną ręką złapała się poręczy, potem żelaznej sztahetki, lekko stanęła na gzymsie, odbiła się — impet spadku osłabiła, hwytając się za kinkiet elektryczny, pżeskoczyła pżez stuł dziennikaży zagranicznyh, odephnęła jak napżykżone muhy, pięciu napastnikuw Antka.
— Hcesz się bić?
Zamahnął się Antek, ale pożałował. Tylko cztery udeżenia otżymał, a właściwie jedno, bo Klu-Klu udeżyła naraz głową, nogą i dwiema rękami. I Antek leżał na podłodze z rozbitym nosem, zdrętwiałym karkiem, bezwładną ręką i tżema wybitymi zębami.
— Biedni ci biali: jakie oni mają słabe zęby — pomyślała Klu-Klu.
Skoczyła do stołu ministra, zamoczyła husteczkę w szklance wody i pżyłożyła Antkowi do nosa.
— Nie buj się — uspokajała go — ręka nie jest złamana. U nas po takim pobiciu leży się dzień, wy delikatniejsi, to pewnie za tydzień dopiero będziesz zdruw. A za zęby bardzo cię pżepraszam. O, nasze dzieci są znacznie silniejsze od białyh.
Śmiertelnie obrażony wrucił Maciuś do pałacu.
Nigdy, ale to nigdy noga jego w sejmie dziecięcym nie postanie.
Taka czarna niewdzięczność. Taka zapłata za jego pracę, jego dobre zamiary, jego podruże, w kturyh omal nie postradał życia — jego bohaterską obronę kraju.
— Czarnoksiężnikami ih robić, lalki im dawać do samego nieba, głupcom takim. Szkoda, że zaczął to wszystko. Dah im pżeciekał, jedzenie było niedobre, zabaw nie było. A w jakiem państwie dzieci mają taki ogrud zoologiczny? A mało było fajerwerkuw, muzyki wojskowej. Gazetę dla nih wydaje. Nie warto było. Ta sama gazeta jutro obwieści całemu światu, że go kotem-Burkiem i Maciusiem-kanarkiem nazwali. Nie, nie warto było.
I Maciuś kazał powiedzieć, że ani listuw dzieci czytać nie będzie, ani po obiedzie audiencji nie będzie: nie hce dawać więcej prezentuw. Dosyć!
Maciuś zatelefonował do prezesa ministruw, żeby zaraz pżyjehał w bardzo ważnej sprawie; hciał się poradzić, co robić.
— Proszę mnie połączyć z prywatnym mieszkaniem prezesa ministruw.
— A kto muwi?
— Krul.
— Prezesa ministruw nie ma w domu — powiedział prezes ministruw, nie wiedząc, że Maciuś pozna po głosie.
— A pżecież pan ze mną rozmawia teraz — muwi Maciuś pżez telefon.
— Ah, to wasza krulewska mość, ah, pżepraszam bardzo. Ale nie mogę pżyjść, bo jestem hory, i zaraz położę się do łużka. Dlatego muwię, że mnie nie ma w domu.
Maciuś odłożył telefon.
— Kłamie — muwi, hodząc po gabinecie wzbużony. — Nie hce pżyjść, bo już wie o wszystkim. Nikt mnie już teraz nie będzie szanował, śmiać się ze mnie będą.
Ale lokaj zameldował wizytę Felka i dziennikaża.
— Prosić! — rozkazał Maciuś.
— Pżyszedłem zapytać się waszej krulewskiej mości, jak mam napisać w gazecie o dzisiejszym posiedzeniu proparu. Można nic o tym nie pisać, ale będą plotki. Więc może napisać, że posiedzenie było bużliwe, że baron fon Rauch podał się do dymisji, to znaczy, że się obraził i nie hciał już być ministrem. Ale krul się nie zgodził, i baron fon Rauch zostaje ministrem, i krul mu daje order.
— A o mnie co pan napisze?
— Ależ nic. Pżecież o takih żeczah się nie pisze, bo to nieładnie. Najtrudniejsza sprawa, co zrobić z Antkiem. Antek jest posłem, więc nie można mu dać batuw. Posłowie mogą się pobić między sobą, ale żąd nie ma prawa im nic robić, bo są nietykalni. Zresztą dostał już od Klu-Klu i może się uspokoi.
Maciuś był bardzo zadowolony, że nie napiszą w gazecie, że Antek się z niego śmiał — i hętnie Antkowi pżebaczył.
— Jutro posiedzenie zacznie się o dwunastej.
— To mnie wcale nie obhodzi, bo ja nie pżyjdę.
— To źle — powiedział dziennikaż. — Mogą pomyśleć, że wasza krulewska mość się boi.
— Więc co robić? Pżecież jestem obrażony — muwi Maciuś ze łzami w oczah.
— To pżyjdzie delegacja posłuw pżeprosić waszą krulewską mość.
— Dobże — zgodził się Maciuś.
Dziennikaż poszedł, bo musiał zaraz pisać do gazety, żeby jutro rano już było wszystko wydrukowane.
A Felek został.
— A muwiłem ci wtedy, żebyś się pżestał nazywać Maciuś.
— No i co? — pżerwał podrażniony Maciuś. — Ty nazwałeś się baronem fon Rauch, a nazwali cię baranem. To jeszcze gożej niż mnie. Kot to nic złego pżecież.
— Dobże. Ale ja jestem tylko ministrem, a ty jesteś krulem, i gożej, żeby krul był kotem-Maciusiem, niż minister baranem.
Klu-Klu nie poszła na posiedzenie, a Maciuś musiał. Z początku było mu niepżyjemnie, ale wszyscy tak ciho siedzieli, i mowy były takie ciekawe, że Maciuś zapomniał wreszcie o tym, co było wczoraj.
Posłowie muwili dziś o czerwonym atramencie, i żeby się z dzieci nie śmiać.
— Jak nauczyciele poprawiają kajety, zawsze czerwonym atramentem, a my musimy pisać czarnym. Jeżeli czerwony atrament jest ładniejszy, my hcemy też ładnie pisać.
— Tak — powiedziała poseł-dziewczynka — i do kajetuw powinni w szkole dodawać papier na obłożenie. Bo okładka może się zabrudzić. I jakieś pieczątki, jakieś kwiatki, albo coś, żeby można kajet pżystroić.
Kiedy dziewczynka skończyła muwić, rozległy się oklaski. W ten sposub hłopcy hcieli pokazać, że wcale nie gniewają się na dziewczynki, a wczorajszą awanturę zrobiło tylko kilkunastu łobuzuw. A jeżeli na parę setek posłuw jest garstka łobuzuw, to wcale znuw nie tak dużo.
Bardzo długo muwiono, że dorośli śmieją się z dzieci.
— Jak się o coś zapytać, albo coś zrobić, to albo kżyczą na nas i złoszczą się, albo się z nas śmieją. Tak być nie powinno. Dorośli myślą, że wszystko wiedzą, a tak wcale nie jest. Muj tatuś nie mugł wyliczyć pżylądkuw w Australii i wszystkih żek w Ameryce; nie wiedział, z jakiego jeziora wypływa Nil.
— Nil nie jest w Ameryce, tylko w Afryce — odezwał się z miejsca inny poseł.
— Wiem lepiej od ciebie. Tylko tak dla pżykładu powiedziałem. Dorośli nie znają się na markah pocztowyh, nie umieją gwizdać na palcah i dlatego muwią, że to nieładnie.
— Muj wujek umie gwizdać.
— Ale nie na palcah.
— A może i na palcah? Skąd wiesz?
— Głupi jesteś.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.