Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Król Maciuś Pierwszy

Część 4

Maciuś hciał się pżekonać, czy sekretaż muwi prawdę i zapytał:

— A czy między wczorajszymi listami, kture lokaj niusł do śmietnika, była prośba o buty?

— Nie pamiętam, ale zobaczymy.

Dwaj użędnicy wnieśli ogromną księgę i tam żeczywiście pod numerem 47000000000 zapisane było imię, nazwisko, adres tego hłopca i w linii: treść listu — zapisane było: prośba o buty do szkoły.

— Jestem użędnikiem od lat dwudziestu i w mojej kancelarii zawsze był pożądek.

Maciuś był sprawiedliwy. Podał sekretażowi rękę i powiedział:

— Serdecznie panu dziękuję.

Więc wymyślili taki sposub:

Listy czytane będą tak, jak dotyhczas, pżez użędnikuw. Ciekawsze listy wybierane będą dla Maciusia, ale żeby tyh listuw nie było więcej, jak sto. Listy z prośbami czytane będą osobno i dwuh użędnikuw będzie sprawdzało, czy tam napisano prawdę.

— Ten hłopiec pisze, że mu potżebne buty. A może kłamie. Jak mu krul pośle buty, on je może spżeda i kupi sobie rużne głupstwa.

Maciuś musiał pżyznać, że to słuszna uwaga. Pamiętał, jak na wojnie w ih oddziale był jeden żołnież, ktury spżedawał buty i kupował wudkę, a potem znuw pżyhodził po buty, że mu się podarły.

To wielka szkoda, że ludziom nie można wieżyć; ale co robić?

— Można jeszcze i tak zrobić, że jak użędnicy sprawdzą, że to prawda, krulewska kancelaria pośle po dziecko, i ono pżyjdzie na audiencję, i wasza krulewska mość sam będzie dawał, o co ono prosiło.

„Owszem, to dobra myśl — pomyślał Maciuś. — Ja hcę na audjencji pżyjmować nie tylko zagranicznyh posłuw i ministruw, ale i dzieci”.

Więc dobże. Teraz już Maciuś wiedział, co ma, jako krul dzieci, robić. Rano będzie miał lekcje do dwunastej. O dwunastej krulewskie śniadanie. Potem godzina audiencji dla posłuw i ministruw, potem do obiadu czytanie listuw. Po obiedzie audiencja dla dzieci, potem posiedzenie z ministrami aż do kolacji. A potem spać.

Kiedy już plan dnia został ułożony, Maciusiowi się smutno zrobiło. Pżecież ani godzinki nie miał na zabawę. Ano trudno: jest krulem, hociaż mały jeszcze, a krul musi dbać nie o siebie, a o wszystkih.

Może puźniej trohę, jak już wszystkim da to, co im potżebne, będzie miał Maciuś i dla siebie jakąś godzinę dziennie.

— Zresztą podrużowałem. Byłem na tylu zabawah, byłem miesiąc nad możem, byłem w kraju ludożercuw, teraz mogę się już nie bawić, a wziąć się do pracy krulewskiej.

Jak postanowiono, tak i zrobiono.

Rano uczył się Maciuś, potem czytano mu listy. Czytał użędnik bardzo prędko, a że siedzieć na miejscu tak długo było Maciusiowi trudno, więc słuhał, hodząc po gabinecie z założonymi w tył rękami.

Doktur poradził, że jak jest ciepło i ładna pogoda, żeby czytanie listuw odbywało się w krulewskim ogrodzie. I tak naprawdę było pżyjemniej.

Audiencje były bardzo liczne. Pżyhodzili zagraniczni posłowie pytać się, kiedy krul Maciuś zbieże pierwszy parlament, bo hcą pżyjehać i zobaczyć, jak narud zacznie żądzić. Albo pżyhodzili ministrowie z fabrykantami, ktuży mieli zbudować huśtawki i karuzele w całym państwie, żeby zapytać się, jak krul hce, żeby to było zrobione. To znuw pżyjeżdżali z całego świata rużni dzicy ludzie, że ih krulowie hcą żyć w pżyjaźni z krulem Maciusiem.

— Jeżeli krul Maciuś pżyjaźni się z Bum-Drumem, krulem ludożercuw, to pewnie i nimi nie pogardzi, bo hociaż dzicy, ale już pżestali zjadać ludzi.

— U nas już od tżydziestu lat nie zjadają ludzi — muwi jeden.

— U nas ostatniego człowieka zjedzono czterdzieści lat temu. I to nawet był wyjątkowy wypadek. Bo to był wielki leniuh, pży tym hultaj, więc i tak żadnego pożytku z niego nie było. A że był tłusty, więc kiedy miał już w sądzie piątą sprawę, że nic nie hce robić, wszyscy jednogłośnie postanowili, żeby go zjeść.

Krul Maciuś był już teraz ostrożniejszy, sam nic nie obiecywał, kazał wszystko zapisywać, co oni muwili, i muwił, żeby pżyszli po odpowiedź za tydzień, bo musi się poradzić z ministrem spraw zagranicznyh, że w ogule to wszystko zobaczy się dopiero na posiedzeniu ministruw.

Audiencja dzieci była bardzo pżyjemna. Wpuszczano po kolei do sali tronowej hłopcuw i dziewczynki, i Maciuś dawał im, o co go w listah prosili. Każde dziecko miało swuj numer, i paczka, ktura była pżygotowana, miała taki sam numer. Bo nikogo nie wpuszczano na audiencję, dopuki użędnik nie sprawdził, że to, o co prosi, naprawdę mu jest potżebne, i dopuki na rozkaz Maciusia nie kupiono tego w sklepie. Więc był pożądek i każdy wyhodził zadowolony.

Jeden dostał ciepłe palto, drugi książki, kture mu były potżebne do nauki, a nie miał za co kupić; dziewczynki często prosiły o gżebienie i szczoteczki do zębuw. Kto ładnie rysował, dostawał farby. Jeden hłopiec bardzo prosił o skżypce, bo dawno już grał na organkah, ale mu się znudziło. Nawet zagrał Maciusiowi na organkah i bardzo się ucieszył, gdy otżymał nowe skżypce w ładnym pudełku.

Czasem ktoś na audiencji prosił o coś nowego, o czym nie pisał w liście, i to bardzo Maciusia gniewało.

Jedna dziewczynka, kturej Maciuś dał nową sukienkę na wesele cioci, poprosiła o lalkę do samego nieba.

— Jesteś głupia — powiedział Maciuś, a jak będziesz za wiele hciała, to ci sukienki także nie dam.

W ogule Maciuś był już teraz doświadczonym krulem i omanić go nie było tak łatwo, jak dawniej.

 

Raz podczas audiencji poobiedniej usłyszał Maciuś jakiś niezwykły hałas w poczekalni. Z początku nie zdziwił się bardzo, bo dzieci, kiedy się już pżyzwyczaiły — nie tak bardzo ciho siedziały, czekając na audiencję. Ale ten hałas był inny: tak jakby się ktoś kłucił. Maciuś posłał lokaja, żeby się dowiedział, co to jest. Lokaj wrucił z odpowiedzią, że jakiś dorosły uparł się i koniecznie hce wejść do krula. Zaciekawiło to Maciusia i kazał go wpuścić.

Wszedł jakiś młody pan z teką pod pahą i długimi włosami, i nawet nie złożywszy ukłonu, zaczął głośno muwić:

— Wasza krulewska mości, jestem dziennikażem, to znaczy, że piszę gazety. Już od miesiąca staram się dostać na audiencję, a oni mnie nie wpuszczają. Ciągle muwią: „jutro, jutro”, a potem muwią, że krul jest zmęczony i znuw każą pżyjść jutro. Aż dziś udawałem, że jestem ojcem jednego dziecka; myślałem, że może prędzej się dostanę. Ale lokaje mnie poznali i znuw nie hcieli wpuścić. A ja mam bardzo ważną sprawę, a nawet parę spraw, i jestem pewien, że wasza krulewska mość zehce mnie wysłuhać.

— Dobże — powiedział Maciuś — nieh pan zaczeka, aż załatwię dzieci, bo to są ih godziny, a potem rozmuwię się z panem.

— A czy wasza krulewska mość pozwoli mi zostać w sali tronowej. Będę spokojnie stał i nie będę pżeszkadzał. A jutro napiszę do gazet, jak odbywa się audiencja u krula, bo to będzie bardzo ciekawe dla tyh, ktuży czytają gazety.

Maciuś kazał dać dziennikażowi kżesło i on pżez cały czas coś zapisywał do swego kajetu.

— No, proszę muwić — powiedział Maciuś, kiedy już ostatni hłopiec wyszedł z sali tronowej.

— Krulu — zaczął dziennikaż — nie będę wiele czasu zajmował. Powiem krutko.

Ale pomimo tej zapowiedzi, dziennikaż muwił bardzo długo i ciekawie. Maciuś słuhał uważnie, wreszcie pżerwał:

— Widzę, że istotnie sprawa jest ważna. Więc proszę, nieh pan zje ze mną kolację, a potem pujdziemy do gabinetu i pan dokończy.

Do godziny jedenastej wieczorem muwił dziennikaż, a Maciuś hodził z założonymi w tył rękami po gabinecie i uważnie słuhał. Maciuś po raz pierwszy widział takiego człowieka, ktury pisze gazety — i musiał pżyznać, że jest mądry człowiek i hociaż dorosły, zupełnie niepodobny do żadnego ministra.

— Czy pan pisze czy rysuje także?

— Nie, w każdej redakcji gazety jest ktoś, ktury pisze, a inni znowu rysują. Gdyby wasza krulewska mość hciał jutro odwiedzić naszą gazetę, bylibyśmy bardzo szczęśliwi.

Maciuś dawno już nie wyjeżdżał z pałacu, więc hętnie skożystał z zaproszenia i zaraz nazajutż pojehał samohodem do tej gazety.

Był to duży dom, pżystrojony na pżyjęcie Maciusia flagami, dywanami i kwiatami. Na parteże były ogromne maszyny, kture drukowały gazetę. Wyżej był kantor, skąd gazetę wysyłali na pocztę i spżedawali. Osobno był jakby sklep, gdzie pżyjmowano ogłoszenia i zapłatę. Jeszcze wyżej była redakcja, gdzie pży stołah siedzieli panowie, ktuży pisali to, co zaraz na dole drukowali. Tu pżynoszą telegramy z całego świata, tu telefon dzwoni, tu biegają zasmoleni hłopcy i niosą zapisany papier do drukarni, tu piszą, tu rysują, tam maszyna dudni. Zupełnie jak na wojnie podczas ataku.

Na srebrnej tacy podano Maciusiowi świeżą gazetę, gdzie była fotografa Maciusia, jak podczas audiencji pżyjmuje dzieci — i wszystko było wydrukowane, co dzieci muwiły do Maciusia i co Maciuś im odpowiadał.

Maciuś całe dwie godziny spędził w gazecie i bardzo mu się podobało, że tu tak wszystko prędko idzie. Już teraz wcale się nie dziwił, że w gazecie napisane jest wszystko, co gdzie się stało: jakie były pożary, jakie kradzieże, kogo pżejehali i co robią krulowie i ministrowie na całym świecie.

Miał rację dziennikaż, że gazety wszystko wiedzą. Jak prędko pisali w gazetah, co robił Maciuś, kiedy pojehał w gości do zagranicznyh kruluw, jak o wojnie wszystko prędko pisali i jak od razu wiedzieli, że Maciuś wraca z kraju ludożercuw.

— A dlaczego nie wiedzieliście wtedy, że ja uciekłem na front, a tu została tyko porcelanowa lalka?

— O, myśmy doskonale wiedzieli, tylko my piszemy nie wszystko. W gazetah tylko to się pisze, co potżebne, a inne żeczy my wiemy tylko dla siebie. Cały narud nie może wiedzieć tego, co niepotżebne. I za granicą o wielu żeczah nie powinni wiedzieć.

Maciuś znuw wieczorem długo rozmawiał z dziennikażem.

Więc tak:

— Wszystko, co robi Maciuś — to nie są reformy. Maciuś nie jest reformatorem, ale może nim zostać. Maciuś hce zrobić tak, żeby żądził cały narud. Ale dzieci — to także jest narud. Więc tżeba zrobić dwa sejmy: w jednym będą żądzili dorośli, a w drugim — dzieci. Nieh dzieci wybiorą także swoih posłuw i nieh powiedzą, czy wolą czekoladę, lalki i scyzoryki, czy co innego. Może będą wolały cukierki, a może buty, a może zehcą dostawać pieniądze, i każdy sobie kupi, co mu się podoba. Dzieci powinny mieć tak samo gazetę, jak dorośli, żeby tak samo co dzień wyhodziła. I do tej gazety powinny pisać, co hcą, żeby krul zrobił dla nih, a nie — żeby krul robił to, co mu pżyjdzie do głowy, bo krul nie może pżecież wiedzieć, co kto hce, nie może wszystkiego wiedzieć, a gazeta wie wszystko. Na pżykład wtedy nie wszystkie dzieci dostały czekoladę, bo na wsi użędnicy sami czekoladę zjedli, a dzieciom nic nie dali. I dzieci nawet nie wiedziały, że im się czekolada należy, bo nie mają swojej gazety.

To było dla Maciusia takie zrozumiałe, że zdawało mu się, że on już to sam dawno wymyślił i wiedział. A kiedy teraz pżez cztery wieczory naradzał się z dziennikażem, wszystko sobie ułożył w głowie i na radzie ministruw zabrał głos w tej całej sprawie.

— Panowie ministrowie — zaczął Maciuś i napił się wody, bo hciał długo muwić. — Postanowiliśmy, żeby żądził cały narud, żeby cały narud mugł powiedzieć, czego mu potżeba. Ale zapomnieliście panowie, że narud — to nie tylko dorośli, ale i dzieci. Mamy kilka milionuw dzieci — więc i one powinny żądzić. Nieh będą dwa parlamenty: jeden dla dorosłyh — i tam będą posłowie dorosłyh i ministrowie dorosłyh. A drugi będzie sejm dzieci — i tam dzieci będą posłami i ministrami. Jestem krulem i dorosłyh, i dzieci, ale jeżeli dorośli uważają, że jestem dla nih za mały, nieh sobie wybiorą dorosłego krula, a ja zostanę krulem dzieci.

Maciuś cztery razy pił wodę i bardzo długo muwił. A ministrowie zrozumieli, że to nie żarty, że teraz nie o czekoladę idzie, albo o łyżwy czy huśtawki, tylko o bardzo ważną reformę.

— Ja wiem, że to jest trudne — zakończył Maciuś. — Wszystkie reformy są trudne. Ale tżeba zacząć. Jeżeli mnie się nie uda zrobić tak, jak tżeba, moje reformy dokończy muj syn albo muj wnuk.

Ministrowie pohylili głowy. Tak długo i tak mądże nigdy jeszcze Maciuś nie muwił. To prawda — dzieci też są narodem, więc i one mają prawo żądzić. Ale jak to zrobić? Czy potrafią, czy nie są za głupie?

Powiedzieć, że dzieci są głupie, ministrowie nie mogli, bo Maciuś był dzieckiem. Trudno: tżeba będzie sprobować.

Gazetę dla dzieci można założyć; Maciuś pżywiuzł dużo złota, więc pieniądze są. Ale kto będzie pisał do tej gazety?

— Już ja mam dziennikaża.

— A kto będzie ministrem?

— Ministrem będzie Felek.

Maciusiowi bardzo na tym zależało, żeby pżekonać Felka, że jest nadal jego pżyjacielem. Bo Felek drażnił się z nim często i muwił:

— Łaska pańska na pstrym koniu jedzie. Na wojnie pod kulami dobry był Felek. A na bale i do teatru, i nad może do zbierania muszelek, to lepszy był Stasio i Helcia. Ale do kraju ludożercuw znuw Felek pojehał, bo tam niebezpiecznie, więc mamusia nie pozwoliła jehać Stasiowi i Helci. Ano cuż: jestem synem zwyczajnego plutonowego, a nie pana kapitana. Może znuw pżyjdzie jakieś niebezpieczeństwo — i znuw się Felek okaże potżebny.

Bardzo jest niepżyjemnie, jeżeli kogo oskarżają, że jest dumny, albo jeszcze gożej — że jest niewdzięczny.

I teraz właśnie nadażyła się sposobność, żeby pżekonać Felka, że się mylił, że Maciuś pamięta o nim nie tylko w biedzie. Pży tym Felek ciągle biegał z dziećmi, pełno go było na wszystkih ulicah. Więc z pewnością dobże wie, czego dzieciom potżeba.

 

Biedny Maciuś. Tak bardzo hciał być prawdziwym krulem, tak bardzo hciał już sam żądzić, tak bardzo hciał rozumieć wszystko. Jego życzenie się spełniło. Ale nie wiedział Maciuś, ile pracy, ile kłopotuw i zmartwień spadnie na jego głowę.

Wewnątż kraju wszystko szło dobże. Zaczęto budować w lasah domy dla dzieci, więc budowniczowie, mulaże, cieśle, zduni, blahaże, ślusaże i szklaże mieli robotę i byli zadowoleni, bo dużo zarabiali. Pracowały cegielnie, tartaki, huty szklane, budowano specjalną fabrykę łyżew, pżybyły cztery wielkie fabryki cukierkuw i czekolady. Robiono specjalne klatki dla dzikih zwieżąt i wagony do ih pżewożenia koleją; trudny był i bardzo kosztowny wagon dla słoni i wielbłąduw, specjalny wagon tżeba było obmyślić dla żyrafy, ktura ma strasznie długą szyję. Za miastem ogrodnicy użądzali ogrud zoologiczny. Budowano dwa wielkie domy, gdzie mieli zbierać się posłowie z całego kraju na narady, jak żądzić i jakie wydawać prawa i pżepisy.

Jeden gmah sejmu pżeznaczony był dla posłuw dorosłyh, a jeden dla dzieci. W parlamencie dziecinnym wszystko było użądzone tak samo, tylko klamki były u dżwi niżej, żeby nawet mali posłowie mogli sami dżwi otwierać, kżesła były niskie, żeby im nogi nie dyndały w powietżu, i okna niżej, żeby mogli sobie wyglądać na ulicę, jak posiedzenie nie będzie bardzo ciekawe.

Zadowoleni byli żemieślnicy i robotnicy, że mają robotę, zadowoleni byli fabrykanci, że mają zarobki, zadowolone były dzieci, że krul o nih myśli. Dzieci czytały swoją gazetę, gdzie każdy pisał, co hce, i te, kture nie umiały czytać, teraz uczyły się na gwałt czytać i pisać, bo hciały wiedzieć, co będzie, i hciały do swojej gazety pisać, co im się podoba.

Więc rodzice i nauczyciele byli zadowoleni, że dzieci są takie pilne. I bujek teraz było w szkołah mniej, bo każdy hciał, żeby go lubili, żeby go wybrali na posła.

Teraz Maciusia kohało nie tylko wojsko, a prawie wszyscy. I podziwiali, że taki mały krul tak prędko się nauczył i tak dobże żądzi.

Ale narud nie wiedział, jakie kłopoty ma Maciuś. A najgorsze było to, że zagraniczni krulowie coraz więcej zaczęli zazdrościć Maciusiowi.

— Co on sobie myśli — muwili. — My już dawno żądzimy, a Maciuś hce być od razu najpierwszy? Wielka sztuka być dobrodziejem za cudze pieniądze. Bum-Drum dał mu złoto, a Maciuś się rozpożądza. Czy wypada, żeby biały krul pżyjaźnił się z ludożercami?

Wszystko to wiedział Maciuś od swoih szpieguw i minister spraw zagranicznyh ostżegał, że może być wojna.

Maciuś bardzo nie hciał teraz wojny. Nie hciał się odrywać od roboty. Coby to było; żemieślnicy znuw musieliby iść do okopuw i domy byłyby nieskończone. A Maciuś hciał, żeby już w tym roku w lecie dzieci wyjehały na wieś, a w jesieni żeby się zebrały oba sejmy: dla dorosłyh i dla dzieci.

— Więc co robić, żeby nie było wojny? — pytał się Maciuś, hodząc wielkimi krokami po gabinecie, założywszy ręce do tyłu.

— Tżeba, żeby zagraniczni krulowie pokłucili się między sobą i żeby najsilniejsi zapżyjaźnili się z Maciusiem.

— Ah, to byłoby doskonale. Ja myślę, że tżeci smutny krul, ktury gra na skżypcah, mugłby się z nami zapżyjaźnić. On mi wtedy muwił, że nie hciał ze mną wojować wcale, i jego najmniej pobiłem, bo był w rezerwie, i on sam mi radził, żebym zrobił reformę dla dzieci.

— To bardzo ważne, co mi wasza krulewska mość muwi — powiedział minister spraw zagranicznyh. — Tak, on może się z nami zapżyjaźnić. Ale ci dwaj, to zostaną zawsze naszymi wrogami.

— Dlaczego? — zapytał Maciuś.

— Ten pierwszy gniewa się, że u nas lud będzie żądził.

— A co to jego obhodzi?

— Bardzo go obhodzi: bo jak jego narud się dowie, to także zehce żądzić, nie będzie hciał być najgorszy, nie pozwoli mu się rozpożądzać. I będzie u niego rewolucja.

— No, a drugi?

— Drugi? — Hm, z nim można się porozumieć. On się najbardziej o to gniewa, że dzicy krulowie teraz więcej nas lubią, niż jego. Dawniej czarni i żułci krulowie jemu pżysyłali prezenty, a teraz — nam. Można się z nim umuwić, żeby sobie zatżymał żułtyh kruluw, a my będziemy się pżyjaźnili z czarnymi.

— Ano dobże, tżeba sprobować, bo ja nie hcę wojny — powiedział stanowczo Maciuś.

Tegoż wieczora zasiadł krul Maciuś do napisania listu do smutnego krula, ktury grał na skżypcah.

„Donieśli mi moi szpiegowie, że zagraniczni krulowie zazdroszczą, że mi Bum-Drum pżysyła złoto, i że pewnie znuw napadną na mnie. Więc proszę, żeby wasza krulewska mość został moim pżyjacielem i żeby się z nimi pogniewał”.

Dużo pisał Maciuś o swoih reformah, prosił o radę, co dalej robić. Pisał o tym, ile ma pracy, jak trudno być krulem. I prosił, żeby smutny krul się nie martwił, jak ktoś w parlamencie kżyknie: „Precz z krulami”, bo taki jeden może być o coś zły, że krul nie zrobił tego, co on hciał, ale za to inni są zadowoleni.

Była puźna noc, kiedy Maciuś odłożył piuro. Potem wyszedł Maciuś na balkon krulewskiego zamku i patżał na swoją stolicę. Na ulicah paliły się latarnie, ale w oknah domuw było ciemno, bo już wszyscy spali.

I Maciuś pomyślał:

— Wszystkie dzieci śpią spokojnie, a ja jeden czuwam i muszę w nocy pisać listy, żeby wojny nie było, żeby spokojnie kończyć domy na wsi, żeby dzieci mogły na lato wyjehać. Każde dziecko myśli tylko o swoih zajęciah szkolnyh i o swoih zabawkah, a ja nawet nie mam czasu się uczyć ani bawić, bo muszę myśleć o wszystkih dzieciah mojego państwa.

Wszedł Maciuś do pokoju, gdzie były jego zabawki. Leżały spokojnie, zakużone i dawno nie ruszane.

— Muj pajacyku — powiedział Maciuś do swojego pajaca — pewnie się gniewasz, że się z tobą tak dawno nie bawiłem. Co robić? Ty jesteś drewniany pajacyk i jak ciebie nie złamać, leżysz sobie i nic ci nie potżeba. A ja muszę myśleć o prawdziwyh ludziah, kturym bardzo dużo potżeba.

Położył się Maciuś, zgasił elektryczne światło i już miał zasnąć, a tu sobie nagle pżypomniał, że nie napisał jeszcze listu do drugiego zagranicznego krula o tym, żeby on brał prezenty od żułtyh kruluw z Azji, a Maciusiowi zostawił jego czarnyh afrykańskih pżyjaciuł.

Co tu robić? Tżeba, żeby dwa listy razem były wysłane. Odkładać nie można, bo co będzie, jak wypowiedzą wojnę, zanim te listy dostaną?

Więc wstał Maciuś, hociaż ze zmęczenia bolała go głowa, i pisał do samego rana długi list do drugiego zagranicznego krula.

I tak po niepżespanej nocy znuw cały dzień pracował. I ten dzień bardzo był dla Maciusia ciężki.

Bo pżyszedł telegram z morskiego miasta, że krul Bum-Drum pżysłał cały okręt dzikih zwieżąt i złota, ale że zagraniczny krul nie pozwala, żeby pżez jego państwo pżejeżdżało to wszystko.

Pżyszli ambasadorowie zagranicznyh kruluw, powiedzieli, że nie hcą, żeby wozić prezenty ludożercuw pżez ih państwa, że raz pozwolili, to nie znaczy, że muszą się Maciusia słuhać, że Maciuś sobie za dużo pozwala, że Maciuś ih raz zwyciężył, to jeszcze nic nie znaczy, bo oni kupili teraz nowe armaty i wcale się Maciusia nie boją.

W ogule muwili tak, jakby hcieli się kłucić, jeden nawet tupnął nogą, aż mistż ceremonii musiał mu zwrucić uwagę, że etykieta nie pozwala tupać, jak się rozmawia z krulem.

Maciuś napżud zaczerwienił się ze złości, bo płynęła w nim krew Henryka Porywczego, i kiedy powiedzieli, że się Maciusia nie boją, już hciał kżyknąć:

— I ja się was nie boję także. Zresztą możemy sprobować i zobaczymy.

Ale po hwili Maciuś zbladł i tak zaczął muwić, jakby nie rozumiał, o co im hodzi:

— Panowie ambasadorowie, niepotżebnie się gniewacie. Ja wcale nie hcę, żeby się wasi krulowie bali. Właśnie dziś w nocy napisałem listy, że hcę się z waszymi krulami pżyjaźnić. Proszę oddać te listy. Tu są tylko dwa listy, ale zaraz napiszę i do tżeciego. Jeżeli prezentuw Bum-Druma nie hcecie za darmo pżewieźć pżez wasz kraj, ja hętnie zapłacę. Nie wiedziałem, że to waszym krulom sprawi pżykrość.

Ambasadorowie nie wiedzieli, co Maciuś napisał do ih kruluw, bo koperty były zalepione i zalakowane krulewską pieczęcią, więc już nic nie muwili, tylko pomruczeli coś pod nosem i poszli sobie.

A Maciuś miał naradę z dziennikażem, drugą naradę z Felkiem, potem z ministrami. A jeszcze audiencja, a jeszcze podpisanie papieruw. A jeszcze pżegląd wojsk. Bo to była akurat rocznica bitwy, kturą wojsko krulewskie wygrało za czasuw Witolda Zwycięzcy.

Wieczorem Maciuś był taki zmęczony i blady, że doktur bardzo się zmartwił:

— Tżeba szanować zdrowie — powiedział doktur. — Wasza krulewska mość dużo pracuje, mało je i mało śpi, wasza krulewska mość rośnie i może zahorować na suhoty i będzie pluł krwią.

— Ja już wczoraj plułem krwią — powiedział Maciuś.

Doktur jeszcze bardziej się pżestraszył, zbadał Maciusia, ale wyjaśniło się, że to nie suhoty, tylko Maciusiowi wypadł ząb, i dlatego Maciuś pluł krwią.

— Gdzie jest ten ząb? — zapytał się mistż ceremonii.

— Wyżuciłem go do kosza z papierami.

Mistż ceremonii nic nie powiedział, ale pomyślał sobie:

— Ładne nastały czasy. Krulewskie zęby wyżuca się do śmietnika.

Bo w etykiecie dworskiej było powiedziane, że krulewskie zęby powinny być oprawiane w złoto i zbierane do skżynki, wysadzanej brylantami, a skżynka pżehowywała się w skarbcu.

 

— Tżeba koniecznie użądzić zjazd kruluw. Po pierwsze, Maciuś był u nih z wizytą, więc teraz powinien ih do siebie poprosić. Po drugie, tżeba uroczyście w obecności wszystkih kruluw otwożyć pierwsze posiedzenie parlamentu. Dalej, tżeba pokazać im nowy ogrud zoologiczny. I co najważniejsza, tżeba rozmuwić się, czy oni hcą żyć w pżyjaźni, czy nie.

Wysyłano list za listem, telegram za telegramem, ministrowie wyjeżdżali i pżyjeżdżali. Sprawa była ważna: albo pżyjaźń z krulami i spokojna praca, żeby wszystko było dobże i żeby wszystkim było dobże, żeby było dużo pracy i za pracę dobra zapłata, żeby wszystko było tanie i dobre, albo — nowa wojna.

Toteż posiedzenia odbywały się i w dzień, i w nocy. To samo było w pałacu Maciusia, to samo u zagranicznyh kruluw.

Pżyhodzi ambasador i muwi:

— Muj krul hce żyć w zgodzie z Maciusiem.

— A dlaczego wasz krul szykuje nowe wojska i buduje nowe fortece? Jeżeli ktoś nie hce wojny prowadzić, to nie buduje nowyh fortec.

— Muj krul — muwi ambasador — pżegrał jedną wojnę, więc się teraz musi pilnować, ale to wcale nie znaczy, że hce napaść na Maciusia.

Ale szpiegowie donosili, że ten pierwszy krul najwięcej się odgraża.

Właściwie nawet nie sam krul hciał wojować, bo był stary i zmęczony. Ale jego najstarszy syn, następca tronu, koniecznie hciał wojny z Maciusiem.

Szpiegowie Maciusia podsłuhali nawet jedną rozmowę starego krula z synem.

— Ojciec jest stary już i niedołężny — muwił syn. — Najlepiej będzie, jeżeli ojciec odda mi tron, to ja sobie już z Maciusiem poradzę.

— A co tobie Maciuś złego zrobił? On jest bardzo pżyjemny i mnie się bardzo podoba.

— Podoba się, podoba, a on napisał list do smutnego krula, żeby od nas odszedł i żeby się z nim pżyjaźnił. On hce oddać drugiemu krulowi wszystkih żułtyh kruluw, a sobie zatżyma Bum-Druma i czarnyh afrykańskih kruluw. A kogo my wtedy będziemy mieli, kto nam będzie pżysyłał złoto i prezenty? A jak zostaniemy sami, a oni się zapżyjaźnią z Maciusiem, to we tżeh napadną na nas. Musimy zbudować dwie nowe fortece i mieć więcej wojska.

Syn starego krula wiedział wszystko, bo miał znowu swoih szpieguw, ktuży mu donosili.

Stary krul musiał się zgodzić, żeby było więcej wojska i żeby zbudować jeszcze jedną fortecę, bo się bał, że jak będzie wojna i znuw pżegra, to syn powie:

— A nie muwiłem ojcu, że tak będzie? Tżeba było oddać mi tron i koronę, toby tego nie było.

I tak trwało pżez całą jesień i zimę, że nie wiadomo było, kto z kim się będzie pżyjaźnił.

Dopiero jak Maciuś wysłał listy, że zaprasza wszystkih do siebie w gości, musieli powiedzieć prawdę: czy hcą pżyjehać, czy nie.

Odpowiedź na zaproszenie pżyszła taka:

— Owszem, pżyjedziemy hętnie, ale stawiamy za warunek, że Maciuś nie zaprosi Bum-Druma. My jesteśmy biali krulowie i nie hcemy zasiadać pży jednym stole z ludożercami. Nasze dobre wyhowanie i nasz honor krulewski nie pozwalają na to, żeby się bratać z dzikusami.

Biednego Maciusia bardzo obraziła taka odpowiedź, bo znaczyła, że Maciuś jest źle wyhowany i niehonorowy. Minister spraw zagranicznyh radził, żeby udawać, że tego nie zauważyli i nie zrozumieli, ale Maciuś za nic się nie hciał zgodzić.

— Nie hcę udawać, że nie rozumiem. Nie, to nie. Oni obrazili nie tylko mnie, ale i mojego pżyjaciela, ktury mnie pżysiągł wierność w niebezpieczeństwie, ktury gotuw jest oddać za mnie życie w wodzie, w ogniu i w powietżu, ktury na dowud, jak bardzo mnie koha, hciał być pżeze mnie zjedzony. To trudno, on był dziki, bardzo dziki, ale hce się poprawić. On jest moim prawdziwym pżyjacielem, on mi ufa, ani on u mnie, ani ja u niego szpieguw nie mamy. A biali krulowie są fałszywi i zazdrośni. I ja im to wszystko napiszę.

Pżestraszył się nie na żarty minister spraw zagranicznyh.

— Wasza krulewska mość nie hce wojny, a taka odpowiedź — to na pewno wojna. Można im napisać, ale inaczej.

Znuw całą noc nie spał Maciuś, ale razem z ministrami układali odpowiedź.

Więc tak:

Krul Maciuś właśnie dlatego zapżyjaźnił się z Bum-Drumem, żeby Bum-Drum pżestał być ludożercą. Bum-Drum obiecał Maciusiowi, że więcej już ludzi jeść nie będzie. Jeżeli Bum-Drum nie dotżymał słowa, to dlatego tylko, że boi się, żeby go kapłani nie otruli, bo kapłani mużyńscy nie hcą, żeby ih narud pżestał być dziki. Zresztą Maciuś gotuw jest sprawdzić, czy Bum-Drum pżestał być ludożercą, czy nie, i da białym krulom odpowiedź.

Na zakończenie w liście Maciuś pisał:

„I zapewniam wasze krulewskie moście, że i mnie drogi jest honor muj i mego czarnego pżyjaciela, i tego honoru gotuw jestem bronić za cenę krwi swojej i życia”.

To znaczyło, żeby się zagraniczni krulowie stżegli, bo Maciuś obrażać się nie pozwoli i hoć nie hce, gotuw jest zacząć nową wojnę.

Zagraniczni krulowie napisali: „dobże, jeżeli Bum-Drum pżestał być już ludożercą, może do Maciusia razem z nimi pżyjehać”.

Zagraniczni krulowie, a właściwie tylko ten pierwszy, hcieli odwlec sprawę, bo jego nowe fortece jeszcze nie były gotowe. Oni tak myśleli:

— Jak Maciuś napisze, że Bum-Drum już nie jest ludożercą, to my napiszemy, że czarni krulowie kłamią, że są wiarołomni, że wieżyć im nie można, więc nie mogą do Maciusia pżyjehać.

A nie spodziewali się, że Maciuś im nowego figla spłata.

A Maciuś tymczasem, jak tylko dostał odpowiedź, oświadczył:

— Jadę aeroplanem do krula Bum-Druma, żeby się pżekonać, czy on już nie je ludzkiego mięsa.

Na prużno ministrowie odradzali Maciusiowi tak niebezpiecznej podruży. Wiatr może strącić aeroplan, pilot może zabłądzić, może zabraknąć benzyny, coś może się zepsuć w motoże.

Nawet fabrykant, ktury miał ten aeroplan zrobić i na pewno dużo miał zarobić, odradzał Maciusiowi:

— Ja nie mogę zapewnić, że aeroplan pżez pięć dni w powietżu nie będzie miał żadnego uszkodzenia. Aeroplany fruwają zwykle w hłodnyh krajah; my nie wiemy jeszcze, czy od gorąca coś się nie zepsuje. Zresztą jakaś śrubka może się złamać, a na pustyni nie ma mehanika, ktury by mugł uszkodzony aeroplan naprawić.

Zresztą aeroplan nie będzie mugł uradzić więcej, niż pilota i Maciusia. A jak się Maciuś porozumie z Bum-Drumem bez profesora, ktury zna pięćdziesiąt językuw.

Maciuś kiwał głową, że tak, że rozumie, że to bardzo trudna, bardzo niebezpieczna podruż, że istotnie może zginąć w piaskah pustyni, że bez profesora bardzo trudno będzie się z Bum-Drumem porozumieć; ale pomimo wszystko postanowił, że pojedzie — i pojedzie.

I bardzo prosi fabrykanta, żeby nie żałował pieniędzy, tylko wezwał najlepszyh majstruw, sprowadził najlepsze nażędzia i materiały, i zrobił jak najprędzej jak najlepszy aeroplan.

Fabrykant odłożył na bok wszystkie inne roboty, najlepsi mehanicy pracowali na tży zmiany dzień i noc. Głuwny inżynier fabryki tak wszystko obliczał, że aż zwariował i potem musiał się dwa miesiące leczyć w szpitalu. A Maciuś codziennie pżyjeżdżał do fabryki krulewskim samohodem i po parę godzin siedział, i oglądał dokładnie każdą rurkę i każdą śrubkę.

Jakie wiadomość ta uczyniła wrażenie w kraju i za granicą, łatwo sobie wyobrazić. W gazetah o niczym innym prawie nie pisano, tylko o krulewskiej podruży. Maciusia nazywali „krulem powietża”, „krulem pustyni”, „Maciusiem wielkim”, „Maciusiem szalonym”.

— No, teraz już będzie koniec — muwili zazdrośni. Dwa razy Maciusiowi sztuka się udała, ale teraz już mu się nie uda.

Długo szukał Maciuś kierownika-pilota. Zgłosiło się dwuh: jeden już trohę stary, bez nug i o jednym oku, i drugi — Felek.

Ten pilot bez nug był właśnie starszym mehanikiem, ktury składał aeroplan. On fruwał już wtedy, kiedy aeroplany nie były bardzo dobre i często spadały. On siedem razy spadał, cztery razy tylko się mocno potłukł, ale nic, raz stracił oko, raz zmiażdżyło mu nogi, a raz złamało dwa żebra i tak wstżąsnęło muzg, że pżez rok leżał w szpitalu i stracił mowę. I teraz muwił nie bardzo wyraźnie. Ostatni wypadek zniehęcił go do fruwania, ale że kohał strasznie aeroplany, więc wstąpił do fabryki, żeby hoć je robić i patżeć, kiedy już latać nie może.

Ale z krulem Maciusiem pojedzie: ręce ma mocne, a jedno dobre oko za dwoje oczu wystarczy.

Łatwo zrozumiał Felek, że nie może się poruwnać z tak doświadczonym pilotem, a ustąpił tym hętniej, że jak wszyscy, myślał, że w tę podruż można się wybrać, ale nie można wrucić.

A szalony Maciuś ze swym beznogim toważyszem pojehał.

 

Siedzi sobie oficer białego garnizonu u telegrafisty, pali fajkę i gawędzi o tym i o owym.

— Ot psie życie, siedzieć tu ciągle w tej mużyńskiej wiosce na bżegu pustyni — i świata bożego nie widzieć. Od czasu, jak był tu krul Maciuś i teraz ciągle pżesyłają pżez naszą wieś klatki z dzikimi zwieżętami i worki ze złotem od krula Bum-Druma, jeszcze się bardziej pżykży. Takie zwieżęta będą sobie mieszkały w Maciusinej stolicy, w pięknem mieście, wśrud białyh ludzi, a ja — człowiek, mam do śmierci siedzieć na tym pustkowiu. Dawniej to hoć Murzyni się buntowali, więc się wojowało z nimi. A jak się zapżyjaźnili z krulem Maciusiem, siedzą ciho, nie napadają na nas i liho wie, po co my tu jesteśmy, jeszcze rok albo dwa, to i stżelać się zapomni wreszcie.

Telegrafista hciał coś odpowiedzieć, a tu nagle telegraf zadzwonił.

— Oho, depesza jakaś.

Aparat stukał, a na białym pasku papieru zaczęły się pokazywać litery.

— Oho ho, ciekawa nowina.

— A co takiego?

— Nie wiem jeszcze. Zaraz: „krul Maciuś jutro o godzinie szesnastej pżyjedzie koleją, żeby aeroplanem pżefrunąć pustynię do krula Bum-Druma. Aeroplan też pżyjedzie koleją. Więc jak będą wyjmowali aeroplan, nieh złamią jakieś kułko, żeby krul Maciuś nie mugł fruwać. To jest tajemnica”.

— Rozumiem — powiedział kapitan. Pewnie naszym krulom nie podoba się pżyjaźń Maciusia z Bum-Drumem. To jest bardzo niepżyjemny rozkaz. Sami nie hcieli się pżyjaźnić z ludożercami, a Maciusiowi pżeszkadzają. To jest wielkie świństwo. Ale trudno: jestem oficerem i muszę rozkaz wykonać.

Zaraz oficer zawołał zaufanego żołnieża i kazał mu się pżebrać za tragaża kolejowego.

— Na kolei tragażami są Murzyni, więc jak Maciuś zobaczy jednego białego, to go na pewno wynajmie, żeby pilnował dzikusuw, żeby czego nie zepsuli. Więc masz wykręcić jedno kułko, żeby zepsuć aeroplan.

— Rozkaz — powiedział żołnież, pżebrał się za tragaża i poszedł na stację.

Pżyjehał Maciuś, obstąpili go Murzyni. Maciuś pokazuje na migi, że tżeba wyjąć tę maszynę, tylko ostrożnie, żeby czego nie zepsuć. Boi się Maciuś, że go nie zrozumieją. A tu nagle zjawia się biały człowiek. Ucieszył się bardzo Maciuś.

— Dobże panu zapłacę — muwi Maciuś, tylko nieh im pan wszystko wytłomaczy i pilnuje.

Tymczasem pżybiega kapitan, niby że się dopiero w tej hwili dowiedział o pżyjeździe Maciusia.

— Co? Aeroplanem? Ho ho, to dopiero piękna podruż. Jak to — już jutro? Nieh krul zatżyma się parę dni u nas, odpocznie. No, hodźcie panowie do nas na śniadanie.

Maciuś hętnie się zgodził, ale lotnik w żaden sposub nie hciał iść.

— Już ja wolę tu swoim jednym okiem popilnować, żeby mi czego nie zmajstrowali.

— Już ja będę pilnował — muwi ten pżebrany za tragaża żołnież.

Ale beznogi lotnik uparł się. Nie i nie. Dopuki aeroplanu nie zdejmą z wagonu i nie zestawią razem, on się na krok nie ruszy.

Ano, co robić, kiedy taki uparty. Wyjmują Murzyni osobno skżydła, osobno pakę z motorem, osobno śmigę i zaraz wszystko pod kierunkiem pilota pżyśrubowują. Ten pżebrany tragaż prubuje to tak, to tak, gdzieś go się pozbyć, ale mu się nie udaje. Więc poczęstował go usypiającym cygarem. Jak ten parę razy zaciągnął się, tak i zasnął.

— Nieh sobie śpi biały człowiek, on jest bardzo zmęczony podrużą. A i wy jesteście spracowani — powiedział biały tragaż do Murzynów, macie tu pieniądze, idźcie napić się wudki.

Murzyni poszli sobie, lotnik spał, a on tymczasem odśrubował najważniejsze kułko, bez kturego aeroplan nie może fruwać, pod palmą figową zakopał to kułko głęboko w piasku.

Obudził się po godzinie lotnik, zawstydził się trohę, że zasnął podczas roboty — i dokończył składanie aeroplanu, ktury Murzyni potoczyli na kołkah aż do obozu.

— No i co? — pyta się oficer żołnieża cihutko.

— Wszystko w pożądku — odpowiedział żołnież. — Odkręcone kułko zakopałem pod palmą. Czy pżynieść?

— Nie, nie potżeba, nieh sobie tam leży.

Jeszcze słońce nie wzeszło, kiedy Maciuś zaczął się szykować do drogi. Wziął zapas wody na cztery dni, tylko trohę jedzenia i dwa rewolwery. Benzynę naleli do motoru i wzięli oliwę, żeby oliwić motor. I nic więcej. Bo tżeba było, żeby aeroplan był lekki.

— No, możemy jehać.

Ale co to? Motor nie działa. Co to może być? Pżecie sam go pakował, sam go zestawiał.

— Nie ma kułka! — kżyknął nagle. — Kto mugł odkręcić kułko?

— Jakie kułko? — pyta się oficer.

— Tu, tu było kułko. Bez tego kułka nie można jehać.

— A nie wziął pan zapasowego kułka?

— Cuż to ja wariat, czy co? Wziąłem to, co się w drodze może złamać albo zepsuć, ale kułko ani zepsuć, ani złamać się nie mogło.

— Może je zapomniano pżykręcić?

— A już! Sam je pżykręciłem jeszcze w fabryce. Widziałem je wczoraj, kiedy wyjmowano motor ze skżyni. To musiał ktoś naumyślnie odkręcić.

— Jeżeli to było błyszczące kułko — muwi oficer — mogli Murzyni zabrać, bo oni bardzo lubią błyszczące żeczy.

Maciuś, ktury srodze zmartwiony niepowodzeniem, stał milcząc koło aeroplanu, dostżegł nagle koło skżydła aparatu coś świecącego w piasku.

— A co się tam świeci? Zobaczcie no moi panowie.

Jakież było zdziwienie wszystkih, gdy tym pżedmiotem błyszczącym okazało się właśnie zagubione kułko.

— Co za diabelski jakiś kraj — kżyknął pilot. — Same dziwne żeczy się tu dzieją! Jak żyję, nie zasypiałem pży pracy, a wczoraj pierwszy raz w życiu zasnąłem. Rużne żeczy mi się psuły i łamały w moih aeroplanah, ale nigdy jeszcze nie odkręciło się to kułko właśnie, kture najmocniej jest zawsze pżyśrubowane. I skąd ono się tu akurat wzięło?

— No, spieszmy się — powiedział Maciuś — bo i tak już straciliśmy godzinę.

Nie mniej zdziwiony był oficer, a najwięcej żołnież, ktury teraz już w zwykłym ubraniu stał niedaleko.

— To jest figiel tyh czarnyh diabłuw-Murzynów — pomyślał. I tak było.

Kiedy Murzyni poszli do szynku, zaczęli rozmawiać o tej dziwnej maszynie, kturą ładowali z pociągu.

— Zupełnie jak ptak. Podobno biały krul ma na nim pofrunąć do ludożercy Bum-Druma.

— Czego ci biali nie wymyślą — kiwali ze zdumieniem głowami.

— A dla mnie — powiedział jeden stary Murzyn — dziwniejszy od martwego ptaka jest ten żywy biały tragaż. Tżydzieści lat pracuję u białyh, a nie pamiętam, żeby kiedy biały się ulitował, że czarny robotnik jest zmęczony, i żeby pżed ukończeniem pracy dawał pieniądze.

— I skąd on się tu wziął? Czy pżyjehał razem z nimi?

— Ja wam daję słowo, że to jest jeden z tutejszyh, pżebrany za tragaża. Jak na białego, za dobże muwi naszym językiem.

— A czy nie zauważyliście, że ten bez nug mehanik zasnął, kiedy mu biały tragaż dał cygaro? To z pewnością było usypiające cygaro.

— W tym coś jest — zgodzili się na jedno.

Po skończonej pracy biały tragaż poszedł sobie, a oni usiedli niedaleko palmy, pod kturą zakopane było kułko. I nagle jeden młody Murzyn zawołał:

— Oho, tam jest świeżo poruszony piasek. Tam coś zakopano. Pamiętam doskonale, że pżed robotą piasek pod palmą nie był ruszony.

Zaczęli kopać, znaleźli kułko i zaraz się domyślili wszystkiego.

— Co robić? Biali hcą zrobić Maciusiowi grandę, a Murzyni kohają Maciusia. Mało to oni zarabiają teraz pieniędzy od czasu, jak zdejmują z wielbłąduw Bum-Druma ciężkie klatki, skżynie i worki, i ładują do wagonuw — tego ogniem ziejącego smoka, kturego biali nazywają koleją.

Co robić? Jeżeli pujdą do Maciusia i oddadzą kułko, oficer białego garnizonu może ih surowo ukarać. Rada w radę, postanowili w nocy zakraść się do obozu i kułko podżucić.

Tak też zrobili. I dzięki pomocy poczciwyh Murzynów mugł Maciuś z tżygodzinnym wprawdzie opuźnieniem, puścić się w drogę.

 

Zabłądzili!

Kto sam nie pżeżył, ten nie zrozumie wcale, ile grozy mieści się w tym słowie. Jeżeli zabłądziłeś w lesie, masz hociaż dżewa wokoło, możesz trafić na hatkę leśniczego, masz w lesie jagody, strumyk — możesz się wody napić, zasnąć pod dżewem. Jeżeli zabłądzi okręt, są ludzie na okręcie — mogą rozweselić, pocieszyć — jest zapas jedzenia, wyspy jakieś się widzi. Ale tak we dwuh zabłądzić w powietżu nad pustynią — to hyba najstraszniejsze, co może spotkać człowieka. Ani zapytać się, ani zobaczyć, ani bodaj zasnąć tylko, żeby się ożeźwić trohę.

Siedzisz na tym strasznym ptaku i wiesz, że pędzi jak stżała, ale nie wie dokąd, i wiesz, że pędzi doputy, dopuki ma benzynę i oliwę, i padnie martwy, kiedy się zapas wyczerpie. A wraz ze śmiercią martwego olbżyma — żadnej nadziei, jeno śmierć w gorącym piasku pustyni.

Dwa dni temu pżefrunęli nad pierwszą oazą, wczoraj pżefrunęli nad drugą oazą, a dziś o godzinie siudmej rano mieli pżefrunąć nad tżecią oazą — i o czwartej po południu byliby w kraju Bum-Druma. Godziny obliczone były pżez dwudziestu profesoruw uczonyh. Dokładnie obliczone były zgodnie z siłą wiatru. Kierunek mieli jeden, bo w powietżu nie mieli potżeby omijać żadnyh pżeszkud.

Więc co się stało?

O siudmej rano mieli pżefrunąć nad ostatnią tżecią oazą, a tymczasem jest już czterdzieści minut po siudmej, a pod nimi piasek i piasek.

— Jak długo możemy się jeszcze tżymać w powietżu?

— Jeszcze najwyżej sześć godzin. Benzyny może by starczyło na dłużej, ale oliwy ta bestia tyle wypija, że rady sobie dać nie można. Gorąco jest, to jej się hce pić — nie dziwota.

Rozumieli tę potżebę napoju, bo i oni mieli niewielki zapas wody.

— Nieh wasza krulewska mość pije — muwi lotnik — mnie mniej wody potżeba, bo nogi moje zostały w kraju, i już im woda niepotżebna. Oj, trudno mi będzie po śmierci na czworakah wracać do domu, żeby swoje nogi odszukać.

Żartował niby, ale Maciuś widział, że odważny lotnik łzy ma w oczah.

— Czterdzieści pięć minut po siudmej.

— Pięćdziesiąt minut po siudmej.

— Usma godzina.

A oazy nie widać.

— Gdyby jakaś buża albo co, nie żal by było ginąć. Ale tak wszystko szło dobże. O dziesięć sekund za wcześnie minęli pierwszą oazę, o cztery sekundy za puźno minęli drugą oazę. Fruną z tą samą szybkością — no niehby o pięć minut się spuźnili. Ale — cała godzina.

Już prawie u celu, już dziś miała się zakończyć ta ostatnia niebezpieczna podruż Maciusia. Wszystko zależało od tej podruży. No i co?

— Może zmienić kierunek? — radzi Maciuś.

— Kierunek łatwo zmienić. Muj aeroplanik posłuszny jest na skinienie. Jak on ślicznie idzie! To nie jego wina, co się stało. Nie martw się, muj drogi ptaszku. Zmienić kierunek — ale dlaczego — i na jaki? Ja myślę, że frunąć dalej. Może to znuw jakiś diabelski figiel, tak jak z tym kułkiem. Bo w jaki sposub ono zginęło i dlaczego się zaraz znalazło? Znuw hce pić motor: masz, durniu, kieliszek oliwy, ale pamiętaj, że pijaństwo zawsze sprowadza nieszczęście, a ciebie specjalnie marny los czeka.

— Oaza! — kżyknął nagle Maciuś, ktury nie odrywał oczu od lunety.

— Tym lepiej — powiedział pilot, tak samo spokojny teraz w szczęściu, jak pżed hwilą spokojny był w nieszczęściu.

— Jak oaza, to oaza. Spuźnienie o godzinę i pięć minut. To nic strasznego. Mamy zapas na tży godziny więcej, niż potżeba, bo wiatr nam nie pżeszkadza. Ano, napijemy się teraz razem. Lotnik nalał kubek wody dla siebie, stuknął nim o oliwiarkę.

— Zdrowie twoje, braciszku.

I naoliwiwszy maszynę obficie, sam wypił cały kubek wody.

— Nieh wasza krulewska mość pozwoli mi na hwilę lunetę, nieh i ja pżez moje jedno oko spojżę na to dziwo.

— He, he, ładne dżewka ma Bum-Drum. A czy wasza krulewska mość jest pewien, że Bum-Drum pżestał być ludożercą? Być zjedzonym — to jeszcze nie najgorsze, jeżeli się wie, że cię pżynajmniej pohwalą, żeś smaczny. Ale ja z pewnością jestem twardy i łykowaty, pży tym bez nug ważę mniej, i rosuł na połamanyh żebrah nie byłby wcale pożywny.

Maciuś wydziwić się nie mugł, jak ten milczący człowiek, ktury prawie nic nie muwił pżez całą drogę koleją, nagle zrobił się rozmowny i wesoły.

— A czy wasza krulewska mość jest pewien, że to ta sama oaza, bo może znuw najedziemy na pżeklęte piaski, to może już tu lepiej lądować.

Tak bardzo znuw Maciuś nie był pewien, bo z gury wszystko wygląda inaczej, ale lądować nie można, bo na pewno spotkaliby zbujcuw pustyni, albo wpadliby w szpony dzikih zwieżąt.

— Może zniżymy lot, żeby się blisko pżyjżeć.

— Ano dobże — powiedział Maciuś.

Frunęli bardzo wysoko, żeby nie było tak gorąco, bo hcieli oszczędzać oliwę. Ale teraz nie mieli potżeby się obawiać, kiedy zaledwie kilka godzin drogi dzieliło ih od końca podruży.

Aeroplan warknął, szarpnął — i zaczął się opuszczać.

— A to co? — zdziwił się Maciuś.

I natyhmiast kżyknął:

— W gurę, czym prędzej w gurę!

Jakiś dziesiątek stżał utkwił w skżydłah aeroplanu.

— Nie jesteś ranny? — zapytał Maciuś niespokojnie pilota.

— Ani trohę. Ładnie nas pżyjmują te czarne mordy — dodał.

Jeszcze parę stżał świsnęło koło aeroplanu — i znuw wznieśli się wysoko.

— Teraz jestem pewien, że ta sama oaza. Zbujcy pustyni nie zapuszczają się zbyt daleko, bo nic by tam nie mieli do roboty. Oni kręcą się w bliskości lasuw Bum-Druma i obozują w najbliższej oazie.

— Więc wasza krulewska mość jest pewien, że aeroplanem wracać nie będziemy, tylko na wielbłądah?

— Rozumie się, że Bum-Drum odeśle nas tak, jak pierwszym razem. Zresztą w kraju Bum-Druma można hyba dostać oliwę, ale benzyny na pewno nie ma.

— Jeżeli tak — powiedział pilot — można zaryzykować. Pożądny maszynista kolei, jak jest spuźniony, dogania, żeby pżybyć w porę. I ja tak zrobię: puszczę z całyh sił aparat, żeby wylądować tak, jak napisane w rozkładzie jazdy. Może to już ostatnie fruwanie w moim życiu, więc nieh sobie użyję.

I puścił motor z taką szybkością, że w minutę mieli już oazę i zbujcuw daleko za sobą.

— A stżały nie szkodzą? — zapytał się Maciuś.

— Ani trohę: nieh sobie dyndają.

Fruną, fruną, fruną, fruną. Motor dobże oliwiony działa, jak potżeba — znuw, jak tamtym razem — zaczynają się pokazywać po trohu to kżaki, to niskie dżewka.

— Ho-ho, muj konik czuje już stajnię — żartuje lotnik.

Wypili resztę wody, dojedli zapasy, żeby nie lądować o głodzie. Bo nie wiadomo, jak długo trwać będą uroczystości powitania, zanim ih nakarmią. A zresztą nie wypada pżyjehać w gości takim wygłodzonym, żeby nie pomyśleli, że oni tu naumyślnie pżyjehali tylko, żeby ih Murzyni nakarmili.

Ostrożnie zaczęli się opuszczać, zwolnili biegu, bo Maciuś już z daleka dostżegł szary pasek lasuw Bum-Druma.

— No dobże — muwi pilot — ale czy tam w lesie jest jaka polanka, bo na dżewa pżecie nie spadniemy. Co prawda, raz lądowałem w lesie, a właściwie nie ja, ale aeroplan mnie lądował. Wtedy właśnie straciłem oko. I ja byłem wtedy jeszcze młody, i aeroplany były młode i nieposłuszne.

Akurat pżed pałacem, to jest krulewskim szałasem Bum-Druma, była obszerna polanka. I teraz już zupełnie nisko kołując nad lasem, aeroplan szukał tej polanki.

— Trohę na prawo — woła Maciuś, patżąc pżez lunetę. — Za daleko, proszę się cofnąć.

Aeroplan zatoczył w powietżu koło — znuw było niedobże.

— W lewo, mniejsze koło, dobże.

— O, widzę, widzę, tak, to polanka, ale co to?

— W gurę — kżyknął Maciuś pżerażony.

Znuw wznieśli się wyżej, a do uszu ih dobiegł z dołu taki kżyk, jakby cały las wżeszczał.

Cała polanka pżed krulewskim namiotem pełna była ludzi. Głowa koło głowy.

— Coś się musiało stać. Albo Bum-Drum umarł, albo jest jakieś święto.

— No dobże, ale nie możemy pżecież na łby im wjeżdżać.

— A no, tżeba wznosić się i opadać, aż zrozumieją, że muszą się rozejść, bo inaczej ih porozbijamy.

Siedem razy podnosili się w gurę i zniżali, aż dzikusy zrozumieli, że ten wielki ptak hce usiąść na polance, więc nie bez trudu — cofnęli się między dżewa — i aeroplan spokojnie wylądował.

Ledwo Maciuś stanął na ziemi, gdy podbiegło do niego jakieś kudłate zwieżątko i z całej siły pohwyciło go za szyję.

Kiedy Maciuś postał hwilę i już pżestało mu się kręcić w głowie i migać pżed oczami — rozpoznał tuż koło tważy kędzieżawą głowę mużyńskiego dziecka; a gdy dziecko podniosło głowę i spojżało mu w oczy, Maciuś poznał od razu curkę krulewską, małą miłą Klu-Klu.

 

Maciuś nic nie rozumiał, co się dzieje. A stało się wszystko tak prędko, że Maciusiowi hwilami zdawało się, że śni albo jest w iluzjonie.

Więc napżud zobaczył Maciuś Bum-Druma, związanego afrykańskimi sznurami. Bum-Drum leżał na stosie, a wokoło stali czarni kapłani. Wszyscy kapłani byli straszni, ale jeden był najstraszniejszy: miał dwa skżydła, dwie głowy, cztery ręce i dwie nogi. Tak był pżebrany. A w jednej ręce tżymał jakąś deskę, na kturej coś było narysowane czy napisane krwią ludzką; w drugiej ręce tżymał zapaloną pohodnię. I Maciuś domyślił się, że mają Bum-Druma spalić. A obok stało związanyh sznurem jego sto żon i każda tżymała w ręce zatrutą stżałę, ostżem skierowaną w serce. Dzieci Bum-Druma strasznie płakały, hodziły na czworakah albo fikały żałobne koziołki. Jedna tylko mała Klu-Klu ciągnęła za rękę Maciusia w stronę ojca i coś muwiła, ale co, Maciuś nie wiedział. Maciuś na wszelki wypadek wyjął rewolwer i stżelił w powietże.

W tej samej hwili usłyszał Maciuś za sobą kżyk. To lotnik kżyknął, zatżepotał rękami w powietżu, podskoczył w gurę swoim beznogim korpusem, zsiniał i padł martwy na ziemię.

Wtedy wszyscy dzicy zaczęli tak wżeszczeć, że Maciuś myślał, że oszaleli. A kapłan z dwiema głowami rozciął sznury Bum-Druma — zaczął tańczyć jakiś najdzikszy taniec, potem wszedł na stos, na kturym pżed hwilą leżał Bum-Drum — i dotknął dżewa zapaloną pohodnią. Dżewo widocznie było pżesycone jakimś łatwopalnym płynem, bo od razu buhnął płomień tak silny, że Maciuś z Klu-Klu ledwo zdążyli odskoczyć w bok, bo też się mogli spalić.

Aeroplan leżał niedaleko stosu, więc zajęło się od ognia jedno skżydło, rozległ się huk, wybuhła benzyna w motoże. Maciusia porwały na ręce żony Bum-Druma, posadziły go na złotym tronie — i potem Bum-Drum i wszyscy mniejsi krulowie i książęta kładli głowy na stopnie tronu, i prawą nogą Maciusia tży razy udeżali się w szyję, muwiąc pży tym jakieś wyrazy, kturyh Maciuś zupełnie nie rozumiał.

Ciało zmarłego pilota owinęli w płahty, pżesycone tak wonnymi olejkami, że Maciusiowi, ktury po odbytej ceremonii ukląkł, aby zmuwić za niego modlitwę, aż zakręciło się w głowie.

— Co to wszystko ma znaczyć? — pytał siebie Maciuś.

Stało się coś nadzwyczajnego, to jasne, ale co? Wygląda tak, jakby Maciuś uratował życie Bum-Drumowi i jego stu żonom. Niby jest tak, że Maciusiowi nie grozi żadne niebezpieczeństwo. Ale czy można być pewnym czegoś w kraju tyh dziwnyh ludzi.

Skąd zebrała się taka straszna masa Murzynów. Co oni będą robili. Bo tymczasem rozpalili w lesie parę tysięcy ognisk i tańczyli, grali, śpiewali. Każda muzyka co innego grała, każde plemię co innego śpiewało.

Że nie byli tu tylko poddani Bum-Druma, poznał Maciuś po ih strojah. Jedni musieli być z lasuw, bo pżybrani w zieleń i piura ptakuw, drudzy nosili na plecah panceże wielkih morskih żułwi, inni pżystrojeni w skury małp, jeszcze inni zupełnie nadzy, tylko w nosah i w uszah mieli ozdoby.

Nie bał się Maciuś, bo już nieraz patżał odważnie śmierci w oczy, ale sam jeden daleko od domu, wśrud tylu tysięcy dzikusuw, sam jedniusieńki... Nie, tego było za wiele nawet dla mężnego serca Maciusia. A gdy pżypomniał sobie jeszcze poczciwego toważysza, ktury w tak tajemniczy sposub zginął, taka go opanowała żałość, że wybuhnął głośnym płaczem.

Maciuś zajmował osobny szałas ze skur lwih i tygrysih i myślał, że może się swobodnie wypłakać, że go nikt nie usłyszy. Ale się omylił. Mała Klu-Klu czuwała, mała Klu-Klu nie odstępowała Maciusia ani na krok. I teraz znuw zobaczył ją pży świetle ogromnego brylanta. I Klu-Klu płakała, położyła swą małą czarną rączkę na jego czole i zalewała się żewnymi łzami.

O, jak żałował Maciuś, że nie zna języka ludożercuw. Klu-Klu wszystko by mu powiedziała. Muwiła coś do niego, muwiła bardzo powoli i po parę razy powtażała ten sam wyraz. Myślała, że tak może Maciuś zrozumie. Pokazywała coś na migi. Ale z tego wszystkiego dwuh żeczy domyślił się Maciuś: że Klu-Klu jest jego najwierniejszą pżyjaciułką na świecie i że Maciusiowi żadne nie grozi niebezpieczeństwo — ani teraz, ani w pżyszłości.

Mimo zmęczenia, Maciuś całą noc nie spał.

Nad ranem dopiero uspokoiły się trohę kżyki i Maciuś zasnął. Ale znuw go obudzili, znuw posadzili na tronie i każda grupa Murzynów składała prezenty. Maciuś uśmiehał się, dziękował, ale rozumiał, że na całym świecie nie ma tylu wielbłąduw, żeby to wszystko pżewieźć pżez pustynię. Zresztą zagraniczni krulowie pżed samym wyjazdem Maciusia oświadczyli, że tylko klatki z dzikimi zwieżętami pżepuszczać będą pżez swoje państwa, ale nic więcej, hoćby im Maciuś nie wiedzieć ile hciał zapłacić.

— Ah co za szkoda — myślał Maciuś, że moje państwo nie ma własnego portu i własnyh okrętuw.

A jeśli mam prawdę powiedzieć, pomyślał też Maciuś, że gdyby wybuhła nowa wojna i Maciuś znuw ją wygrał, to zagraniczny krul musiałby dać mu jeden port na możu, żeby Maciuś nie potżebował ih łaski.

Hętnie zostałby Maciuś jakiś tydzień, żeby wypocząć, ale nie mugł: a co będzie, jeśli bez niego wybuhnie wojna; jak sobie poradzi puźniej z czytaniem listuw? Pżecież miał co dzień czytać sto listuw i stu dzieciom dawać podczas audiencji wszystko, co im potżebne.

— Tżeba wracać — muwi Maciuś do Bum-Druma, pokazuje na wielbłąda, maha ręką na pułnoc.

Bum-Drum zrozumiał.

Potem Maciuś pokazał, że hce zabrać do domu ciało dzielnego pilota.

Bum-Drum zrozumiał.

Kiedy odwinięto nasycone pahnidłami szmaty, Maciuś zobaczył swego toważysza zmarłego: był teraz zupełnie biały i twardy, jak marmur. Włożono go do hebanowej skżyni i pokazano Maciusiowi na migi, że może go zabrać.

Do drugiej skżyni złożono szczątki spalonego aeroplanu. Maciuś pokazał, że tego może nie brać. Zdziwiło go bardzo, że Bum-Drum strasznie się ucieszył, jak gdyby spalony aeroplan był czymś nadzwyczajnie ważnym.

No, dobże; ale najważniejszego Maciuś nie wiedział: czy Bum-Drum jest jeszcze ludożercą, czy nie? Nie było innego sposobu, tylko wziąć Bum-Druma ze sobą.

I Maciuś wziął Bum-Druma. I znaną już drogą ruszyła krulewska karawana pżez pustynię.

I dopiero w swoim gabinecie, w swojej stolicy, zrozumiał Maciuś te wszystkie dziwne żeczy, kturyh był świadkiem w kraju ludożercuw. Profesor, ktury znał pięćdziesiąt językuw, tak wytłomaczył Maciusiowi:

Kiedy jeden z pżodkuw Bum-Druma hciał pżestać być ludożercą, i jego otruli — najstarszy kapłan dziki ogłosił takie stare podanie:

Pżyjdzie czas, kiedy ludożercy się zmienią. Będzie tak. Nad wieczorem pokaże się razu pewnego ogromny ptak, ktury będzie miał żelazne serce, a w jego prawem skżydle wisieć będzie dziesięć zatrutyh stżał. Ten ptak siedem razy okrąży polankę krulewskiej stolicy i spadnie. Ten ptak będzie miał ogromne skżydła, cztery ręce, dwie głowy, troje oczu i dwie nogi. Jedna głowa i dwie ręce tego ptaka zatrują się jedną z dziesięciu stżał i umrą. Dwa razy rozlegnie się piorun. Wtedy najstarszy kapłan będzie spalony, pęknie żelazne serce wielkiego ptaka. I zostanie się z ptaka tylko kawał marmuru, garść popiołu — i biały człowiek, ktury się stanie krulem wszystkih czarnyh kruluw. I wtedy Murzyni pżestaną być ludożercami i zaczną się uczyć od białyh ih rużnyh sztuk i mądrości. A dopuki ten ptak się nie pokaże, nic zmieniać nie wolno. A każdy krul, ktury zehce coś wcześniej zmienić, musi zginąć od ognia albo od trucizny. Bum-Drum wybrał ogień. I akurat wtedy, kiedy miało się odbyć uroczyste spalenie Bum-Druma i otrucie jego stu żon — zjawił się aeroplan z dwoma podrużnymi. Maciuś dał dwa pioruny, a lotnik — to jest dwie ręce i jedno oko ptaka — zginął, zakłuwszy się pżez nieostrożność jedną z dziesięciu stżał zbujcuw pustyni. Najstarszy kapłan dobrowolnie się spalił, wielki ptak spłonął, a Maciuś został krulem nie tylko wszystkih ludożercuw, ale wszystkih czarnyh kruluw. Tylko że od tej pory ludożercy już nigdy ludzi jeść nie będą, hcą się uczyć czytać i pisać, nie będą do nosa kładli muszli i kości i ubierać się będą tak, jak wszyscy ludzie.

— To doskonale — zawołał Maciuś — nieh Bum-Drum pżyśle tu ze stu Murzynów, nasi krawcy nauczą ih szyć ubrania, nasi szewcy nauczą ih robić buty, nasi muraże nauczą ih budować domy. Poślemy im gramofony, żeby się nauczyli ładnyh melodii, najpżud poślemy trąby, bębny i flety, potem skżypce i fortepiany. Nauczymy ih naszyh tańcuw — i poślemy im szczotki do zębuw i mydło.

— Jak się pżyzwyczają, może pżestaną być tacy czarni. Hoć prawdę powiedziawszy, nie szkodzi wcale, że oni inaczej wyglądają.

— Wiem, co zrobię — kżyknął nagle Maciuś — użądzę w stolicy Bum-Druma telegraf bez drutu. Wtedy będzie łatwo załatwiać z nimi wszystkie interesy, bo jeździć ciągle tak daleko jest trudno.

I Maciuś wezwał krulewskih żemieślnikuw i kazał zrobić dla Bum-Druma dwadzieścia ubrań, dwadzieścia palt i par butuw, i dwadzieścia kapeluszy. Fryzjer ostżygł mu włosy. A Bum-Drum na wszystko pozwalał. Było mu tylko trohę niepżyjemnie, kiedy zjadł pudełko pasty do czyszczenia butuw i kawałek pahnącego mydła, kture mu dano do mycia. Od tej pory cztereh lokajuw pilnowało Bum-Druma, żeby pżez omyłkę znuw jakiego głupstwa nie zrobił.

 

Zaraz na drugi dzień po pżyjeździe Maciusia prezes ministruw zwołał naradę, ale Maciuś prosił, żeby odłożyć. Akurat spadł śliczny, biały, wilgotny śnieg, w parku krulewskim zebrało się ze dwudziestu hłopakuw; był między nimi i Felek i Stasio; bawili się tak dobże, że Maciusiowi aż się serce rwało do zabawy.

— Panie prezesie ministruw — powiedział Maciuś — ja wczoraj dopiero wruciłem z ciężkiej i niebezpiecznej podruży. Załatwiłem wszystko dobże. Więc hociaż jestem krulem, czy nie mogę hoć jeden dzień trohę odpocząć? Pżecież jestem małym hłopcem i lubię się bawić. Jeżeli nie ma nic bardzo ważnego i można jeden dzień zaczekać, to wolę, żeby jutro była narada, a dziś będę się cały dzień bawił z hłopcami. Taki ładny śnieg — pewnie już ostatni w tym roku.

Prezesowi ministruw żal się zrobiło Maciusia, bo hociaż Maciuś nie prosił go o pozwolenie, tylko pytał się, czy można; ale tak wyszło, że Maciuś bardzo go prosi o pozwolenie na tę zabawę.

— Ah, jeden dzień można zaczekać — powiedział premier.

I Maciuś aż podskoczył z radości. Włożył krutkie futerko, żeby mu nie pżeszkadzało — i po hwili już lepił kule śniegowe i żucał się z hłopakami. Z początku w Maciusia nie żucali kulami, nie wiedzieli, czy wolno. Ale Maciuś zauważył, że w niego nie celują, więc kżyknął:

— Wymawiam. Słuhajcie, to nie zabawa, że ja w was żucam, a wy nie. Tak to nie sztuka. Już wy się nie bujcie: potrafię się obronić. Kule pżecież — to nie zatrute stżały.

Więc dobże. Teraz podzielili się na dwie partie. Ci napadają, ci się bronią. Hałas taki, aż lokaje wybiegli zobaczyć, co się dzieje. Ale zauważyli krula, więc tylko się zdziwili, nic nie powiedzieli i odeszli.

Nikt nie poznałby krula, gdyby go nie znał. Tak samo był cały zaśnieżony, bo się parę razy pżewrucił i niejedną kulę dostał w plecy, w głowę i w uho. Bronił się zajadle.

— Słuhajcie — kżyknął nagle. — Umuwmy się tak, że kto zostanie udeżony kulą, ten będzie się liczył, że zabity, i już w bitwie udziału brać nie może. Wtedy będziemy wiedzieli pżynajmniej, kto wygrał.

To nie było dobże, bo za prędko wszyscy byli zabici. Więc wymuwili, że kto tży razy dostanie kulą, będzie zabity. Co prawda, niektuży oszukiwali — i nawet tży razy udeżeni — dalej się bili. Ale już było lepiej. Mniej było hałasu, lepiej lepili kule i uważniej celowali. Potem zmienili tak, że zabity był, kto się pżewrucił.

Śliczna — pżeśliczna była zabawa.

Potem ulepili ze śniegu ogromnego bałwana, dali mu do tżymania miotłę, zrobili mu oczy z węgla i nos z marhwi. Raz wraz wbiegał Maciuś do krulewskiej kuhni.

— Panie kuhażu, proszę o dwa węgielki.

— Panie kuhażu, proszę o marhew na nos dla bałwana ze śniegu.

Kuhaż był zły, bo za Maciusiem wpadali wszyscy hłopcy, a że w kuhni było gorąco, więc śnieg topniał i brudziła się podłoga.

— Dwadzieścia osiem lat jestem krulewskim kuhażem, ale takiego hlewa w mojej kuhni jeszcze nie pamiętam — mruczał kuhaż i gniewnie poganiał kuhcikuw, żeby wycierali podłogę.

— Szkoda, że w kraju Bum-Druma nie ma śniegu — pomyślał Maciuś. — Nauczyłbym dzieci mużyńskie lepić bałwany.

Kiedy już bałwan był gotuw, Felek zaproponował jazdę sankami. Były cztery małe saneczki dla dzieci krulewskih i cztery kuce. Zapżężono kuce.

— Sami będziemy powozili — powiedział Maciuś do stajennyh. — Będziemy się ścigać naokoło parku: kto pierwszy pięć razy objedzie cały park.

— Dobże — zgodzili się hłopcy.

I już Maciuś siadał do sanek, gdy nagle zobaczył prezesa ministruw, ktury szedł szybko w ih stronę.

— Pewnie po mnie — posmutniał i westhnął Maciuś.

I tak było naprawdę.

— Pżepraszam, stokrotnie pżepraszam waszą krulewską mość. Jest mi niezmiernie pżykro, że muszę pżerwać zabawę waszej krulewskiej mości.

— No trudno. Bawcie się beze mnie — powiedział Maciuś do hłopcuw. — Więc co się takiego stało?

— Pżyjehał nasz najważniejszy szpieg zagraniczny — szeptem powiedział minister. — Ten szpieg pżywiuzł takie nowiny, kturyh nie mugł pisać, bo się bał, że jego list może wpaść w czyjeś ręce. Musimy się zaraz naradzić, bo on za tży godziny jedzie za granicę.

Akurat pierwsze sanki pżewruciły się, bo kuc dawno już nie był zapżęgany i zły taki, zamiast napżud, w bok skoczył. Ze smutkiem spojżał Maciuś, jak hłopcy, śmiejąc się, podnosili się ze śniegu i ustawiać zaczęli sanki. Ale co robić. Poszedł.

Ciekaw był Maciuś zobaczyć prawdziwego szpiega, bo do tej pory tylko słyszał o nih.

Maciuś myślał, że wprowadzą jakiegoś hłopaka bosego albo dziada z workiem na plecah, a tymczasem zobaczył bardzo eleganckiego pana, że w pierwszej hwili nawet myślał, że to minister rolnictwa, kturego mniej znał, bo minister gospodarował na wsi i żadko pżyjeżdżał na posiedzenia.

— Jestem szefem szpieguw u pierwszego krula zagranicznego — powiedział elegancki pan — pżyjehałem upżedzić waszą krulewską mość, że syn tego krula skończył wczoraj budowę fortecy. Ale to jeszcze nie najgorsze. On w wielkiej tajemnicy zbudował w lesie pżed rokiem wielką fabrykę pociskuw i jest zupełnie gotuw do wojny. On ma sześć razy więcej prohu niż my.

— A to łotr — kżyknął Maciuś — ja w lasah budowałem domy dla dzieci, żeby mogły na lato wyjehać na wieś. A on robił w lesie kule i armaty, żeby napaść na moje państwo i zniszczyć, co ja zbuduję.

— Zaraz, to jeszcze nie wszystko — ciągnął dalej szef szpieguw swoim miłym cihym głosem. On hciał zrobić jeszcze coś gorszego. Wiedząc, że wasza krulewska mość wyśle do zagranicznyh kruluw zaproszenie na uroczystość otwarcia sejmu, pżekupił naszego sekretaża, i ten zamiast zaproszenia miał wysłać sfałszowane wypowiedzenie wojny.

— Ah, to łotr. Ja od razu wtedy widziałem, kiedy byłem u nih w gościah, że on mnie nie cierpi.

— Jeszcze nie skończyłem. O, on jest bardzo mądry, ten syn starego krula. Gdyby sekretażowi nie udało się tu zamienić listuw, były pżygotowane takie same dwa papiery ze sfałszowanym podpisem Maciusia krula na dworah smutnego krula i pżyjaciela żułtyh kruluw. A teraz wasza krulewska mość pozwoli mi stanąć w jego obronie.

— A jakże pan może bronić takiego wiarołomnego zbuja?

— To trudno: on dba o swuj kraj tak, jak my dbamy o nasz kraj. My hcemy być pierwsi i oni hcą. Gniewać się nie ma potżeby, tżeba tylko pilnować się i wszystkiemu w porę zaradzić.

— Więc co ja mam robić?

— Wasza krulewska mość podpisze zaraz zaproszenia do zagranicznyh kruluw i ja te listy w tajemnicy zabiorę. Jutro na posiedzeniu będziecie radzili, jak i kiedy zaprosić zagranicznyh kruluw, niby że listy jeszcze nie wysłane. Sekretażowi tżeba pozwolić zmienić te listy i dopiero w ostatniej hwili je otwożyć — i wtedy go aresztować.

— No dobże, ale co będzie z fortecą i tą fabryką armat?

— Ah głupstwo — uśmiehnął się szef szpieguw. — Fortecę i fabrykę wysadzi się w powietże. Właśnie pżyjehałem w tej sprawie do waszej krulewskiej mości, żeby otżymać pozwolenie.

Maciuś zbladł.

— Jakże to? Pżecież nie ma wojny. Co innego podczas wojny wysadzać w powietże niepżyjacielskie prohownie. Ale tak: niby zapraszać z wizytą do siebie, niby nic nie wiedzieć, co on robi, i wyżądzać mu taką szkodę.

— Ja rozumiem — muwił dalej szef szpieguw — wasza krulewska mość myśli, że to jest nieszlahetne, nieładne. Jeżeli wasza krulewska mość nie pozwoli, ja tego nie zrobię. Ale nie będzie dobże: on ma sześć razy więcej prohu niż my.

Maciuś hodził po gabinecie strasznie zdenerwowany.

— A jakże pan to zrobi? — zapytał się Maciuś.

— Pomocnik głuwnego inżyniera tej fabryki jest pżez nas pżekupiony. On wie dokładnie, gdzie co jest. Tam jest jeden nieduży budynek na skład desek. O tym nikt nie będzie wiedział. Tam leży dużo wiuruw, wiury się zapalą, wybuhnie pożar.

— No to go zgaszą.

— Nie zgaszą pożaru — uśmiehnął się szef szpieguw i pżymrużył oczy. — Bo tak się dziwnie stanie, że akurat pęknie głuwna rura wodociągowa i w całej fabryce nie będzie ani kropli wody. Wasza krulewska mość będzie spokojny.

— A robotnicy czy zginą? — zapytał znuw Maciuś.

— Pożary zwykle wybuhają w nocy, więc dużo robotnikuw nie zginie. A w razie wojny zginęłoby ludzi sto, tysiąc razy więcej.

— Wiem, wiem — powiedział Maciuś.

— Wasza krulewska mości, musimy tak zrobić — wtrącił nieśmiało prezes ministruw.

— Ja wiem, że musimy — z gniewem powiedział Maciuś. — Więc po co mnie pytacie się, czy pozwalam.

— Nam nie wolno inaczej.

— Musimy, nie wolno. Więc proszę fabrykę spalić, ale fortecy tymczasem nie ruszać.

Maciuś szybko podpisał zaproszenia na otwarcie parlamentu do tżeh zagranicznyh kruluw i poszedł do swego pokoju.

Usiadł Maciuś pży oknie i — patżał, jak Stasio, Felek i wszyscy hłopcy wesoło wozili się sankami. Oparł ciężko głowę na rękah i pomyślał:

— Teraz rozumiem, dlaczego smutny krul tak smutnie gra na skżypcah. I rozumiem, dlaczego on wtedy nie hciał, a musiał ze mną prowadzić wojnę.

 

Kiedy miało się odbyć ostatnie posiedzenie, na kturym podpisane już zaproszenia będą włożone do kopert i zapieczętowane krulewską pieczęcią — Maciuś niecierpliwie czekał na sekretaża stanu, żeby widzieć, jak on będzie kładł do kopert sfałszowane wypowiedzenie wojny, zamiast zaproszenia do stolicy Maciusia na otwarcie parlamentuw. Zdziwiło go bardzo, że sekretaż nie pżyszedł, tylko jego pomocnik.

— Więc domy będą gotowe? — zapytał się Maciuś.

— Z pewnością będą gotowe.

— Doskonale.

Więc zrobi się tak. Uroczystości trwać będą tydzień. Pierwszego dnia — nabożeństwo, pżegląd wojsk, obiad galowy i wielkie pżedstawienie w teatże.

Drugiego dnia — otwarcie sejmu dorosłyh. Tżeciego dnia otwarcie sejmu dla dzieci. Czwartego dnia — otwarcie ogrodu zoologicznego. Piątego dnia wielki pohud dzieci, kture wyjeżdżają na wieś na całe lato do domuw, kture dla nih w lasah swoih zbudował Maciuś.

Szustego dnia — wielki bal pożegnalny dla zagranicznyh kruluw. A siudmego dnia wyjazd wszystkih gości.

Maciuś dodał jeszcze do programu czwartego dnia odsłonięcie pomnika dzielnego pilota, ktury zginął w ostatniej jego podruży — i wielką zabawę dla czarnyh kruluw.

Na wszystkih zabawah będą obecni posłowie obu sejmuw, i Felek-minister siedzieć będzie po lewej stronie Maciusia, a prezes ministruw po prawej. To znaczy, że minister dorosłyh i minister dzieci są zupełnie ruwni wobec krula; i do Felka wszyscy tak samo zwracać się będą:

— Panie ministże.

Kiedy już wszystko uradzono, Maciuś podpisał zaproszenia do zagranicznyh kruluw: do białyh na białym papieże, do żułtyh — na żułtym, i do czarnyh — na czarnym papieże. Do białyh kruluw zaproszenia napisane były czarnym atramentem, do żułtyh — czerwonym, a do czarnyh kruluw zaproszenia napisane były złotym atramentem. Zaproszenia do czarnyh kruluw miał zawieźć Bum-Drum, do żułtyh kruluw zaproszenia miały być posłane pżez ih pżyjaciela — białego krula. Ale z gury umuwione było, że biały krul zatżyma te zaproszenia u siebie i nie pośle. Wtedy żułci krulowie obrażą się na Maciusia i będą się pżyjaźnili z tamtym.

Mistż ceremonii pżyniusł skżynkę z krulewską pieczęcią. Zaproszenia po kolei wkładano do kopert i pomocnik sekretaża stanu pieczętował je czerwonym i zielonym lakiem.

Maciuś patżał uważnie. Dawniej śmieszyła go ta cała ceremonia pieczętowania listuw, uważał ją za niepotżebną i złościł się, że trwa tak długo. A teraz już rozumiał, że to jest ważne.

Już były zapieczętowane wszystkie listy, oprucz ostatnih tżeh. Ministrom znudziła się też ta ceremonia, zapalili cygara i rozmawiali sobie po cihu, hociaż regulamin zabraniał rozmawiać podczas pieczętowania listuw krulewską pieczęcią. Oni nie wiedzieli, co będzie. Wiedział wszystko tylko Maciuś, prezes ministruw i minister sprawiedliwości. Potem nawet bardzo się obraził minister spraw zagranicznyh, że jemu nic nie powiedzieli.

Pomocnik sekretaża stanu zbladł, ale ręce mu ani trohę nie drżały. I kiedy miał włożyć zaproszenie do białyh kruluw, nagle zaczął kasłać. Niby że nie może znaleźć hustki do nosa, zaczął szukać w kieszeniah. I tak zręcznie wyjął z kieszeni razem z hustką takie same arkusze, a tamte shował, że zauważyć mogli tylko ci, ktuży o wszystkim wiedzieli.

— Pżepraszam waszą krulewską mość — powiedział pokornie — ale w moim gabinecie jest wybita szyba i tak się zaziębiłem.

— O, nie szkodzi — powiedział Maciuś — nawet to moja wina, bo tę szybę ja wybiłem, kiedy bawiliśmy się kulami śniegowymi.

Ale on taki kontent, że mu się dobże udało. A tu nagle minister sprawiedliwości muwi:

— Panowie ministrowie, proszę o uwagę. Odłużcie panowie cygara.

Zaraz się domyślili, że coś się stało. A minister sprawiedliwości włożył na nos okulary i zwraca się do pomocnika sekretaża stanu.

— Aresztuję pana w imieniu prawa, jako szpiega i zdrajcę. Zgodnie z paragrafem 174 będzie pan powieszony.

A temu oczy wyszły na wieżh, jak gały, zaczął wycierać pot z czoła, ale udaje jeszcze spokojnego.

— Panie ministże, ja nic nie wiem, ja nic nie rozumiem. Jestem hory, mam kaszel. Bo szybę wybili w moim gabinecie. Muszę iść do domu, położyć się do łużka.

— Nie, bratku, nie uciekniesz mi. Już ciebie w więzieniu wyleczą.

Whodzi pięciu więziennyh strużuw i zakładają mu łańcuhy na ręce i nogi.

— Co się stało? — pytają zdumieni ministrowie.

— Zaraz panowie zobaczycie. Proszę, nieh wasza krulewska mość złamie pieczęcie tyh listuw.

Maciuś otwożył koperty i pokazał papiery fałszowane.

Tam było napisane:

„Teraz, kiedy wszyscy dzicy krulowie są moimi pżyjaciułmi, nie dbam o was wcale. Pobiłem was raz, pobiję drugi raz. I wtedy będziecie się mnie słuhali. Wypowiadam wam wojnę”.

A piąty struż więzienny wyjmuje z kieszeni pomocnika sekretaża zgniecione razem z hustką do nosa zaproszenia do białyh kruluw.

Okutemu w kajdany kazano podpisać protokuł, że to wszystko prawda. Wezwano telefonicznie sekretaża stanu, ktury pżestraszony zaraz pżyjehał.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)