Biblioteka › Król Maciuś Pierwszy
Część 2
— Kto wie, że nie ma krula?
— Nikt nie wie.
— To dobże.
— Musimy się tylko dowiedzieć, czy Maciuś został uprowadzony, czy też zabity. Panie prefekcie policji, proszę to zbadać. Czekam za godzinę odpowiedzi.
W parku krulewskim była sadzawka. Może utopili Maciusia? Sprowadzono z ministerium morskiego ubranie nurka. Ubranie nurka — to jest taki żelazny klosz z okienkami i rurą, pżez kturą się pompuje powietże. Prefekt policji włożył na głowę ten klosz, spuścił się na dno sadzawki — hodzi i szuka. A z gury mu marynaże pompują powietże. Ale Maciusia nie znalazł.
Wezwano do pałacu doktora i ministra handlu. Wszystko robiono w największej tajemnicy, ale coś tżeba było pżecież powiedzieć, bo służba wiedziała, że się coś stało, kiedy ministrowie od samego rana latają, jak opętani.
Więc powiedzieli, że Maciuś jest niezdruw i doktur zapisał mu na śniadanie raki. I dlatego prefekt policji wlazł do sadzawki.
Zagranicznemu guwernerowi powiedziano, że Maciuś lekcji mieć nie będzie, bo leży w łużku. Obecność doktora upewniła wszystkih, że to jest prawda.
— No dobże, więc dziś możemy już być spokojni — powiedział minister spraw wewnętżnyh — ale co jutro zrobimy.
— Jestem prezesem ministruw i głowę mam nie od parady. Zaraz zobaczycie.
Pżyjehał minister handlu.
— Czy pan pamięta tę lalkę, kturą Maciuś kazał kupić dla Irenki?
— Doskonale pamiętam. A bo małą mi zrobił awanturę minister finansuw, że na głupstwa wydaję pieniądze.
— Więc jedź pan w tej hwili do fabrykanta i powiedz pan, że na jutro musi być podług fotografii Maciusia zrobiona taka lalka, żeby nikt, ale to nikt nie poznał, żeby wszyscy myśleli, że to naprawdę żywy Maciuś.
Prefekt policji wyszedł z sadzawki i dla niepoznaki wyciągnął dziesięć rakuw, kture zaraz odesłano z wielkim hałasem do krulewskiej kuhni. A doktur napisał pod dyktando receptę:
Kiedy dostawca jego krulewskiej mości usłyszał, że sam minister handlu czeka go w gabinecie, aż ręce zatarł z radości:
— Znuw Maciusiowi stżeliło coś do głowy.
Obstalunek tym bardziej mu był potżebny, że z hwilą wybuhu wojny — wszyscy prawie ojcowie i wujaszki wyjehali, i nikt nie miał głowy do kupowania lalek.
— Panie fabrykancie, terminowy obstalunek. Lalka musi być gotowa na jutro.
— To będzie trudno. Prawie wszyscy robotnicy poszli na wojnę, zostały tylko robotnice i hoży. A pży tym zawalony jestem robotą, bo prawie każdy ojciec, idąc na wojnę, kupuje dzieciom swoim lalki, żeby nie płakały i nie tęskniły, i były gżeczne.
Fabrykant kłamał jak najęty. Bo nikt z jego robotnikuw nie poszedł na wojnę, bo tak im mało płacił za robotę, że wszyscy z głodu byli hoży i niezdatni do służby wojskowej. Obstalunkuw żadnyh nie miał. A powiedział tak, bo za lalkę hciał wziąć dużo pieniędzy.
Aż oczy mu się zaśmiały, kiedy się dowiedział, że tą lalką ma być Maciuś.
— Uważa pan: krul musi się często pokazywać. Będzie jeździł powozem po mieście, żeby nie myśleli, że się boi, że jest wojna, i siedzi showany. A po co dziecko wozić tak ciągle po mieście. Może być deszcz — zaziębi się albo co. A rozumie pan, że właśnie teraz dbać tżeba o zdrowie krula.
Za mądry był fabrykant, żeby się nie domyśleć, że tak mu tylko muwią, że tu jest jakaś tajemnica.
— Więc koniecznie na jutro?
— Na jutro na dziewiątą rano.
Fabrykant wziął piuro, niby to coś liczył — Maciusia musi pżecież zrobić z najlepszej porcelany — nie wie, czy mu starczy. Tak, to musi bardzo drogo kosztować. I robotnikom więcej zapłacić musi za tajemnicę. A tu maszyna mu się zepsuła. Ile to reparacja będzie kosztowała! No — i te obstalunki musi odłożyć. Liczył — liczył długo.
— Panie ministże handlu, gdyby nie wojna — ja rozumiem pżecież, że teraz są wielkie wydatki na wojsko i armaty. Gdyby nie wojna, musielibyście dwa razy więcej zapłacić. Więc nieh będzie — no, już ostatnia cena...
I powiedział taką sumę, że minister aż jęknął.
— Ależ to zdzierstwo.
— Panie ministże, pan obraziłeś pżemysł narodowy.
Minister zatelefonował do prezesa, bo sam bał się tyle pieniędzy płacić. Ale bojąc się, żeby rozmowy ktoś nie podsłuhał, zamiast „lalka” powiedział: „armata”.
— Panie prezesie ministruw, strasznie drogo hcą za tę armatę.
Prezes ministruw domyślił się zaraz o co hodzi, więc powiedział:
— Nie targuj się pan, tylko powiedz, że musi za pociągnięciem sznurka salutować.
Telefonistka bardzo się zdziwiła, co to za nowe armaty, kture mają salutować.
Fabrykant zaczął się żucać:
On do obstalunku dołoży. To nie jego żecz. Nieh się zwrucą do krulewskiego mehanika albo zegarmistża. On jest poważny pżemysłowiec, a nie magik. Maciuś będzie zamykał oczy, ale salutować nie będzie — i basta. Wreszcie i na to zgoda, ale nie opuści ani złamanego szeląga.
Spocony i głodny wracał minister handlu do domu.
Spocony i głodny wrucił prefekt policji do pałacu.
— Już wiem, jak Maciusia ukradli. Obejżałem wszystko dokładnie. Było tak: kiedy Maciuś spał, zażucono mu na głowę worek i wyniesiono do krulewskiego ogrodu tam, gdzie rosną maliny. Między malinami jest wydeptane miejsce. Tam Maciuś zemdlał. Więc dano mu na otżeźwienie maliny i wiśnie. Leży tam sześć pestek od wisien. Kiedy pżenoszono Maciusia pżez parkan, musiał się bronić, bo na koże dżewa są ślady błękitnej krwi. Dla niepoznaki wsadzono go na krowę. Sam prefekt widział ślady krowih nug. Potem droga prowadzi do lasu, gdzie znaleziono worek. A potem na pewno ukryto gdzieś żywego Maciusia, a gdzie, prefekt nie wie, bo miał mało czasu i nie mugł się nikogo pytać, żeby nie zdradzić tajemnicy. Należy pilnować zagranicznego guwernera, bo jest bardzo podejżany: pytał się, czy może odwiedzić Maciusia. A oto są pestki od wisien i worek.
Prezes ministruw włożył worek i pestki do skżynki, zamknął na kłudkę i opieczętował czerwonym lakiem, a na wieżhu napisał po łacinie: corpus delicti.
Bo tak już jest pżyjęte, że jak ktoś czegoś sam nie wie i nie hce, żeby inni wiedzieli, to pisze po łacinie.
Nazajutż minister wojny składał pożegnalny raport, a Maciuś lalka nic nie powiedział, tylko salutował.
I na wszystkih rogah ulic wywieszono ogłoszenia, że ludność stolicy może spokojnie pracować, bo krul Maciuś codziennie w otwartym samohodzie wyjeżdżać będzie na spacer.
Plan ministra wojny udał się doskonale. Tżej niepżyjaciele myśleli, że wojska Maciusia pujdą od razu na wszystkih. A tymczasem on zebrał kołnieży w jedno miejsce, z całej siły udeżył na jednego i pobił go. Wziął wielką zdobycz i rozdał karabiny, buty i plecaki tym, kturym nie wystarczało.
Maciuś akurat wtedy pżybył na front, kiedy odbywał się podział wojennego łupu.
— A to co za wojownicy? — zdziwił się głuwny intendent wojska, to jest ten, ktury daje odzież i jedzenie.
— My tacy sami wojacy, jak wszyscy — powiedział Felek — tylko trohę mniejsi.
Każdy wybrał sobie parę butuw, rewolwer, karabin, plecak. I Felek żałował nawet, że zabrał ojcu pas i nuż składany — i niepotżebnie zupełnie dostał wtedy w skurę. Ale kto może pżewidzieć, jakie niespodzianki pżyniesie wojna.
Nie darmo muwiono, że głuwnodowodzący nie był zanadto mądry. Zamiast, zabrawszy łupy, cofnąć się i okopać na miejscu, poszedł napżud. Zabrał jakihś pięć czy sześć miast, do niczego mu niepotżebnyh. I dopiero kazał kopać okopy. Ale już było za puźno, bo niepżyjacielowi szli na pomoc ci dwaj inni.
Tak puźniej muwiono, ale oddział Maciusia nie wiedział nic, bo na wojnie wszystko tżyma się w tajemnicy.
Pżyszedł rozkaz, żeby iść tu i tu, pżyszedł rozkaz, żeby robić to i to. Idź i rub, o nic się nie pytaj i nic nie gadaj.
Kiedy weszli do tego zagranicznego zwyciężonego miasta, Maciusiowi wszystko bardzo się podobało. Spali w wygodnyh dużyh pokojah, co prawda na podłodze, ale zawsze to lepsze, niż ciasna hałupa, albo zgoła pole.
Z utęsknieniem czekał Maciuś na pierwszą bitwę, bo do tej pory dużo ciekawyh żeczy widział i słyszał, ale wojny prawdziwej nie widział. Co za szkoda, że się spuźnili.
W mieście stali tylko jedną noc, a na drugi dzień ruszyli dalej.
— Stanąć i kopać.
Maciuś nie znał zupełnie nowoczesnej wojny. Myślał, że wojsko tylko się bije, zabiera konie i jedzie coraz dalej i dalej, tratując niepżyjaciela. Ale że wojska kopią rowy, pżed tymi rowami wbijają paliki z drutem kolczastym — i siedzą w tyh rowah całe tygodnie — ani się Maciusiowi śniło. Toteż nie bardzo hętnie wziął się do roboty. Zmęczony był i słaby — wszystkie kości bardzo go bolały; bić się — to krulewskie zadanie, ale kopać — to każdy inny lepiej zrobi od niego.
A tu pżyhodzi rozkaz za rozkazem, żeby się śpieszyć, bo niepżyjaciel się zbliża. Już nawet słyhać było z daleka stżały armatnie.
Aż tu raz wali samohodem pułkownik saperuw, kżyczy, pięści zacisnął, grozi, że rozstżela tyh, ktuży źle kopią.
— Jutro ma być bitwa, a oni nic nie robią.
— A ci dwaj po co tu? — kżyknął w ostatniej złości. — Co to za Waligóra i Wyrwidąb.
I mogła się cała złość pułkownika saperuw skrupić na dwuh ohotnikah, na szczęście nad głowami warczeć zaczął niepżyjacielski aeroplan.
Pułkownik popatżał pżez lornetę w niebo, ale prędko zawrucił, wsiadł do samohodu i czmyhnął. A tu buh — buh — buh — jedna za drugą tży bomby opadły. Nikogo wprawdzie nie zraniły, ale wszyscy powskakiwali do wykopanyh rowuw, bo tam było bezpieczniej.
Bomby i pociski armatnie tak są użądzone, że w nih jest dużo kul i kawałkuw żelaza. I jak pocisk się rozerwie, wszystko to ze środka się rozsypie na rużne strony i rani, i zabija. A kto siedzi w dole, w rowie, temu nad głową wszystko pżelatuje. Hyba, że pocisk w sam ruw upadnie. Ale to żadko się zdaża, bo kule armatnie parę wiorst niosą i trudno akurat w ruw wycelować z takiej odległości.
Te tży bomby wiele Maciusia nauczyły. Już nie dąsał się i nie buntował, tylko wziął za łopatę i pracował tak długo, aż wreszcie zmęczone ręce same opadły, i jak kłoda zwalił się ciężkim snem zmożony, na dno samo rowu. Nie budzili go żołnieże, ale sami pży świetle rakiet całą noc pracowali. A razem ze świtem spadł na nih pierwszy atak niepżyjaciela.
Pokazało się cztereh niepżyjacielskih jeźdźcuw na koniah. To byli ci, ktuży ih szukali: gdzie są — żeby wojsko upżedzić. Zaczęli stżelać do nih, jeden spadł z konia, pewnie zabity, a tżeh uciekło.
— Zaraz będzie bitwa — wołał porucznik. — Leżeć w rowah, tylko karabiny wystawić i czekać — bżmiał rozkaz.
Istotnie niezadługo pokazało się wojsko niepżyjacielskie. Zaczęto stżelać z obu stron. Ale oddział Maciusia ukryty był w rowah, a tamci szli pżez otwarte pole. Kule tamtyh pżelatywały nad rowem, nad głowami ukrytyh żołnieży, i tylko świst ih i bżęczenie słyhać było, a tamtyh gęsto kule raziły.
Zrozumiał teraz Maciuś, że słusznie gniewał się wczoraj pułkownik saperuw i zrozumiał, że na wojnie każdy rozkaz musi być wykonany szybko i bez niepotżebnego gadania.
Tak, cywile mogą sobie słuhać lub nie słuhać, ociągać się i perorować, ale wojskowy jedno wie tylko:
— Rozkaz musi być bez zwłoki wykonany, każde polecenie ściśle spełnione.
Napżud — to napżud, w tył — to w tył. Kopać — to kopać.
Bitwa cały dzień trwała. Nareszcie niepżyjaciel zrozumiał, że nic nie poradzi, bo tylko traci ludzi, a dojść do nih nie może, bo pżeszkadzają druty kolczaste. Więc cofnął się i zaczął okopywać. Ale inna żecz — kopać spokojnie, gdy nikt nie pżeszkadza, a inna kopać pod stżałami, gdy zewsząd kule padają.
W nocy co hwila puszczano rakiety, więc było widno — i hociaż mniej stżelano, bo zmęczeni na pżemian stżelali i spali, ale bitwa dalej trwała.
— Nie daliśmy się — muwili zadowoleni żołnieże.
— Nie daliśmy się — telefonował porucznik do sztabu.
Bo i telefon zdążyli już pżeprowadzić.
Jakież więc było ih zdziwienie i gniew, gdy nazajutż otżymali rozkaz, żeby się cofać.
— Dlaczego? — wykopaliśmy rowy, zatżymaliśmy wroga, możemy się bronić.
Gdyby Maciuś był porucznikiem, na pewno nie posłuhałby rozkazu. To pewnie pomyłka jakaś. Nieh pułkownik tu pżyjdzie, nieh zobaczy, jak dobże się biją. Tamtyh tylu zabityh, a u nih jeden tylko ranny w rękę, bo kiedy stżelał z rowu, wysuniętą rękę drasnęła niepżyjacielska kula. Skąd pułkownik z daleka może wiedzieć, co tu się dzieje.
Była hwila, kiedy Maciuś gotuw był kżyknąć na cały głos:
— Ja jestem krul Maciuś. Nieh sobie pułkownik co hce rozkazuje, a ja nie pozwalam się cofać. Krul jest starszy od pułkownika.
Jeżeli tego nie zrobił, to że nie miał pewności, czy mu uwieżą i nie wyśmieją.
I po raz drugi pżekonał się Maciuś, że w wojsku rozumować nie wolno, a tżeba bezzwłocznie wykonywać rozkazy.
Pżykro było żucać z takim mozołem wykopane rowy stżeleckie, zostawiać nawet część zapasuw, hleba, cukru i słoniny. Pżykro było wracać pżez wieś, gdzie mieszkańcy zdziwieni pytali się:
— Dlaczego uciekacie?
Już w drodze dogonił ih konny wysłaniec z listem, żeby szli prędko, bez wypoczynkuw.
Łatwo muwić: bez wypoczynku, ale — po dwuh niepżespanyh nocah, gdy jedną noc kopali, a drugą noc się bili — iść bez wypoczynku nie można. Pży tym jedzenia mieli mało, a w dodatku byli źli i zmartwieni. Iść napżud ohota, ostatnih sił dobywasz i pędzisz, ale wracać się niehętnie — to sił prędzej braknie.
Idą — idą — idą — idą — a tu nagle z dwuh stron stżały, bo i z prawej, i z lewej strony.
— Rozumiem — kżyknął porucznik. — Myśmy za daleko poszli napżud, a niepżyjaciel zaszedł od tyłu. Miał rację pułkownik, że kazał prędko uciekać. Byliby nas wzięli do niewoli.
— Ładna historia, musimy się pżedzierać — ze złością powiedział jeden żołnież.
Oh, jak było ciężko! Teraz niepżyjaciel siedział w rowah i stżelał z dwuh stron, a oni mieli uciekać.
Zrozumiał teraz Maciuś, dlaczego na radzie ministruw muwili o butah, owsie dla koni i o suharah.
Gdyby nie mieli suharuw w plecakah, toby umarli z głodu, bo tży dni tylko suhary gryźć musieli. Spali na zmianę po parę godzin tylko. A nogi mieli tak poranione, że krew z nih aż bulgotała w butah.
Ciho, jak cienie, uciekali lasami, a porucznik coraz to patżał na mapie, gdzie jest jakiś paruw, żeby się ukryć, albo gęstwina.
I raz wraz zjawiali się jeźdźcy niepżyjacielscy, żeby zobaczyć, kturędy uciekają, żeby dać znać i kierować pościgiem.
Gdybyście widzieli Maciusia. Wysehł pżez te dnie jak patyczek, zgarbił się, zmalał jeszcze. Wielu żołnieży żucało karabiny, ale Maciuś tżymał swuj karabin w zdrętwiałyh palcah.
Jak można w kilka dni tyle pżeżyć!
— Ojczulku, ojczulku — myślał Maciuś — o, jak ciężko być krulem, ktury prowadzi wojny. Łatwo było powiedzieć: „a bo my się boimy — zwyciężę was, jak muj wielki pradziadek”. Łatwo gadać, ale robić trudno. Oh, jakim ja wtedy byłem lekkomyślnym dzieciakiem. Myślałem tylko o tym, jak będę na białym konia opuszczał stolicę, a ludność sypać będzie kwiaty pod nogi konia. A nie myślałem, ilu ludzi zabiją.
A ludzie padali od kul, i może Maciuś dlatego tylko ocalał, że mały.
Oh, jakże się ucieszyli, gdy wreszcie spotkali swoje wojska. I nie tylko wojska, ale już gotowe wykopane rowy.
— A teraz śmiać się z nas będą — pomyślał Maciuś.
Ale się ryhło pżekonał, że nawet na wojnie jest sprawiedliwość.
Kiedy się już w rowah stżeleckih wyspali i podjedli, kazano im iść do rezerwy.
Nowi żołnieże zajęli okopy i stżelali, a oni pżeszli jeszcze pięć wiorst do tyłu — i tam zatżymano ih w małym miasteczku.
Tu na placu spotkał ih pułkownik saperuw, ale wcale się teraz nie gniewał, tylko powiedział:
— No co, zuhy, rozumiecie teraz, dlaczego potżebne są rowy?
O, i jak zrozumieli.
Potem oddzielili osobno tyh żołnieży, ktuży żucili swoje karabiny i osobno tyh, ktuży wrucili z karabinami. I do tyh ostatnih zwrucił się generał z taką mową:
— Cześć wam za to, że zahowaliście broń. Bohateruw prawdziwyh poznaje się nie w powodzeniu, a w porażce.
— Patżcie, są tu ci dwaj malcy — zawołał pułkownik saperuw. — Nieh żyją dzielni bracia — Waligóra i Wyrwidąb.
Od tej pory Felek został Waligórą, a Maciuś Wyrwidębem. I już inaczej o nih nie muwili:
— Ej, Waligóra, pżynieś no wody.
— Te, Wyrwidąb, dożuć drew do ognia.
I oddział pokohał swoih hłopakuw.
Tu na wypoczynku dowiedzieli się, że minister wojny strasznie się pokłucił z głuwnodowodzącym — i dopiero krul Maciuś ih pogodził.
Maciuś nic nie wiedział o lalce, ktura go zastępowała w stolicy, i dziwił się bardzo, że tak muwili, jakby on był w domu. Maciuś był jeszcze bardzo młodym krulem i nie wiedział, co to jest dyplomacja. A dyplomacja — to znaczy wszystko kłamać, żeby niepżyjaciel nic nie wiedział.
A no — odpoczęli, podjedli — i zasiedli w okopah. I zaczęła się tak zwana wojna pozycyjna. To znaczy, że i oni, i niepżyjaciel stżelali, ale kule pżelatywały nad głowami, bo żołnieże siedzieli pod ziemią.
Tylko od czasu do czasu, jak im się zaczynało nudzić, szli do ataku, raz ci, raz tamci — i wtedy albo jedni, albo drudzy o parę wiorst szli napżud albo w tył.
Żołnieże hodzili sobie w rowah, grali, śpiewali, grali w karty, a Maciuś pilnie się uczył.
Uczył Maciusia porucznik, kturemu też się nudziło. Postawi rano wartę, żeby patżeli, czy niepżyjaciel nie idzie do ataku — zatelefonuje do sztabu, że wszystko w pożądku — i cały dzień nie ma co robić.
Więc hętnie zgodził się uczyć małego Wyrwidęba. Miłe to były lekcje. Siedzi Maciuś w rowie i uczy się gieografii, śpiewają skowronki — czasem tylko stżał się rozlegnie. Ciho i pżyjemnie.
A tu nagle tak, jakby psy skowyczały.
Zaczyna się!
To małe polowe armatki.
A tu: bęc — bęc — szczeknie duża armata.
I zaczyna się. Karabiny rehocą, jak żaby — tu gwiżdże — tu syczy — tu dudni — i raz wraz — bac — bęc — buh — buh.
Trwa tak puł godziny, godzinę. Wpadnie czasem kula armatnia do okopu i tu wybuhnie — położy paru ludzi, pokaleczy kilku. Ale pżyzwyczajeni, już nic sobie z tego nie robią toważysze.
— Szkoda go, dobry był hłop.
— Wieczne odpoczywanie — pżeżegna się ten i uw.
Doktur rannyh opatży — w nocy odeśle do polowego szpitala.
Ano cuż — wojna.
Nie uniknął i Maciuś rany. Pżykro mu było iść do szpitala. Taka mała rana — nawet kość nieruszona. Ale doktur się uparł — odesłał.
Leży Maciuś na łużku — po raz pierwszy od cztereh miesięcy. Ah, jakie szczęście. Siennik, poduszka, kołdra, białe pżeścieradło, ręcznik płucienny, stolik biały pży łużku, kubek, tależ, łyżka podobna trohę do tyh, kturymi jadał w pałacu krulewskim.
Rana się prędko goiła, siostry i lekaże bardzo byli mili — i Maciuś czułby się nawet dobże, gdyby nie straszne niebezpieczeństwo.
— Patżcie, jaki on podobny do krula Maciusia — powiedziała raz żona pułkownika.
— Prawda! I mnie wydawał się jakiś znajomy, a nie mogłem sobie pżypomnieć.
I hcieli go fotografować do gazety.
— Za nic w świecie.
Na prużno mu tłomaczyli, że może krul Maciuś pżyśle mu medal, jak pżeglądając obrazki — zobaczy takiego małego żołnieża.
— Poślesz ojcu, głupi, swoją fotografię, to się ucieszy.
— Nie i nie!
Dosyć miał Maciuś tyh fotografii, zresztą bał się nie na żarty. A nuż poznają, domyślą się.
— Dajcie mu spokuj, kiedy nie hce. A może ma rację. Jeszcze się krul Maciuś obrazi, będzie mu pżykro, że jeździ samohodem po stolicy na spacer, gdy jego ruwieśnicy otżymują rany.
— Co to — do pioruna — za Maciuś, o kturym ciągle muwią?
Maciuś pomyślał — „do pioruna” — bo już dawno zapomniał etykietę i nauczył się gwary żołnierskiej.
— Jak to dobże, że uciekłem i jestem na froncie — pomyślał jeszcze krul Maciuś.
Nie hcieli wypisać Maciusia ze szpitala, nawet prosili bardzo, żeby został, że pżyda się: herbatę rannym dawać będzie, w kuhni pomoże.
Obużył się Maciuś.
— Nie, za żadne skarby! Nieh sobie ten malowany Maciuś w stolicy rozdaje w szpitalah prezenty i hodzi na pogżeby oficeruw — on prawdziwy krul Maciuś — pujdzie znuw do okopuw.
I wrucił.
— Gdzie Felek?
— Nie ma Felka.
Felkowi znudziła się służba w okopah. Ruhliwy był hłopak — ani hwili nie mugł usiedzieć na miejscu. A tu siedź w rowie całymi tygodniami i łba nie wyhylaj, bo zaraz stżelają, a porucznik się złości.
— Shylisz ty swuj głupi łeb, czy nie? — woła porucznik. — Postżelą głupca, a potem wozić go tżeba po szpitalah, opatrunki robić. I bez ciebie dosyć jest kłopotuw.
Raz i drugi skżyczał tylko, a za tżecim razem wsadził go do paki na tży dni na hleb, na wodę.
A to tak było:
W niepżyjacielskih okopah zmienił się oddział. Stary poszedł na wypoczynek, a nowy oddział w nocy go zmienił. Okopy ih były teraz tak blisko, że jedni słyszeli, co kżyczą drudzy. Więc zaczęli sobie wzajemnie wymyślać.
— Wasz krul jest smarkacz — wołają z niepżyjacielskiego okopu.
— A wasz jest niedołężny dziad.
— Wy dziady. Buty macie dziurawe.
— A wy głodne pyski, lurę dostajecie zamiast kawy.
— Hodź, sprubuj.
— Jak weźmiemy waszego do niewoli, to taki głodny jak wilk.
— A wasi obdarci i głodni.
— A dobże uciekaliście pżed nami.
— Ale spraliśmy was na ostatku.
— Stżelać nie umiecie. Wasze kule lecą do wron.
— A wy umiecie?
— Pewnie, że umiemy.
Zezłościł się Felek, wyskoczył z okopu, odwrucił się plecami do nih, pohylił, płaszcz zakasał i kżyknął:
— No to stżelajcie!
Huknęły cztery stżały, ale nie trafiły.
— O, stżelcy.
Żołnieże się śmieli, ale porucznik bardzo się rozgniewał i wsadził Felka do paki.
To była głęboko pod ziemią wykopana jama, obłożona deskami. Bo tżeba wiedzieć, że żołnieże brali deski z rozbityh hałup i porobili sobie w okopah ściany, podłogi, a nawet altanki, żeby ih deszcz nie moczył i błota nie było.
Pżesiedział Felek dwa dni tylko w drewnianej klatce pod ziemią, bo mu porucznik pżebaczył. Ale i tego było mu za wiele.
— Nie hcę służyć w piehocie.
— A gdzie pujdziesz?
— Do aeroplanuw.
Akurat w państwie Maciusia brakło benzyny. Ale bez benzyny trudno aeroplanom wozić duże ciężary. Więc pżyszedł rozkaz, żeby do aeroplanuw brać tylko lekkih żołnieży.
— Idź ty, serdelku — śmieli się żołnieże z jednego grubasa.
Rada w radę — Felek pujdzie. Bo kto może być lżejszy, jak nie dwunastoletni hłopak. Pilot będzie kierował aeroplanem, a Felek będzie bomby żucał.
Trohę się zmartwił Maciuś, a trohę i cieszył, że nie ma Felka.
Felek jeden jedyny wiedział, że Maciuś jest krulem. Prawda, Maciuś sam go prosił, żeby nazywał Tomkiem. Ale zawsze nie było to w pożądku, że go Felek traktował jak ruwnego sobie. I żeby to jak ruwnego, ale nie. Ponieważ Maciuś był młodszy, więc Felek go lekceważył. Felek pił wudkę i palił papierosy, a jak Maciusia hciał kto poczęstować, zaraz muwił:
— Jemu nie dawajcie, on mały.
Maciuś nie lubił pić ani palić, ale hciał sam powiedzieć, że dziękuje, a nie — żeby Felek muwił za niego.
Jak wyhodzili z okopuw w nocy na zwiady, zawsze tak Felek kierował, że jego zabierali żołnieże.
— Nie bieżcie Tomka — co on wam pomoże?
Zwiady były niebezpieczne i ciężkie. Tżeba było ciho czołgać się na bżuhu aż do niepżyjacielskih drutuw kolczastyh, pżecinać je nożycami, albo szukać ukrytej warty niepżyjacielskiej. Czasem godzinę leżeć tżeba cihutko, bo jak usłyszeli szmer, zaraz puszczali rakiety i stżelali do śmiałkuw. Więc żołnieże żałowali Maciusia, bo młodszy i delikatniejszy, i częściej brali Felka. A Maciusiowi było pżykro.
Teraz został sam jeden i duże usługi oddawał oddziałowi: to warcie zanosił patrony, to wślizgnął się pod drutami do niepżyjacielskih okopuw, a dwa razy w pżebraniu zakradł się aż na ih stronę.
Pżebrał się Maciuś za pastuszka, pżekradł się pżez druty, uszedł ze dwie wiorsty, usiadł pżed rozwaloną hałupą i niby to płacze.
— Czego płaczesz? — dostżegł go jakiś żołnież.
— Co nie mam płakać, jak nam hałupę spalili, a mama gdzieś poszła — nie wiem, gdzie.
Wzięli Maciusia do sztabu, kawą napoili. Pżykro było Maciusiowi.
— Ot, dobży ludzie, nakarmili, jeszcze mu jakiś stary kaftan dali, bo drżał z zimna, bo go dla niepoznaki w biedne szmaty na drogę ubrali. Ot, dobży ludzie, a on Maciuś, ih oszukuje — szpiegować pżyszedł.
I już Maciuś układał sobie w głowie, że nic nie powie, kiedy tak. Nieh sobie muwią na niego, że głupi, że nic nie wie i nieh go więcej nie posyłają. Nie hce być szpiegiem. Ale zawołali go do sztabowego oficera.
— Słuhaj mały, jak ty się nazywasz?
— Tomek się nazywam.
— Więc słuhaj, Tomek. Możesz zostać pży wojsku, jak hcesz, puki twoja mama nie wruci. Dostaniesz ubranie, kociołek żołnierski, zupę i pieniądze. Ale musisz się do nih pżekraść i zobaczyć, gdzie mają prohownię.
— Co to jest prohownia? — udał Maciuś, że nie wie.
Więc go zaprowadzili, pokazali mu, gdzie są kule armatnie, gdzie bomby i granaty, gdzie proh i patrony.
— Wiesz teraz?
— Wiem.
— No to pujdziesz, zobaczysz u nih, gdzie to wszystko mają showane, a potem wrucisz tu i opowiesz.
— Dobże — zgodził się Maciuś.
A oficer niepżyjacielski kontent, że mu się tak łatwo udało. Aż dał Maciusiowi tabliczkę całą czekolady.
— To tak? — pomyślał z ulgą Maciuś. — Już jak mam być wywiadowcą, wolę dla swoih.
Odesłali go do okopuw i puścili w drogę. A żeby nie było słyhać, że idzie, dla niepoznaki trohę stżelali, ale w gurę.
Wraca Maciuś, ale taki zadowolony, zagryza czekoladę, to pełznie na czworakah, to czołga się na bżuhu.
Aż tu — bac — bac — swoi do niego stżelają. I mogli go zabić nawet, bo zauważyli, że ktoś się skrada, a nie wiedzieli kto.
— Puśćcie tam tży rakiety — kżyknął porucznik.
Wziął lornetę — patży — i aż się zatżąsł ze strahu:
— Nie stżelać. Zdaje się, że Wyrwidąb wraca.
I bez pżeszkud wrucił już Maciuś, wszystko opowiedział, co i jak. Zaraz porucznik zatelefonował do artylerii. Zaraz zaczęli stżelać do niepżyjacielskiej prohowni. Dwanaście razy nie trafili, a tżynasty raz widocznie trafili w niepżyjacielską prohownię. Bo jak nie huknie, aż całe niebo zrobiło się czerwone — taki dym, aż dusi.
Zakotłowało się tam w niepżyjacielskih okopah. Porucznik podniusł w gurę Maciusia i tży razy powiedział:
— Zuh hłopak, zuh hłopak, zuh hłopak.
Ano dobże. Jeszcze więcej go kohają. Bo w nagrodę dano oddziałowi całą beczułkę wudki — a że niepżyjaciel nie miał teraz prohu, więc pżez tży dni spać mogli spokojnie. I porucznik nie zabraniał nawet wyjść trohę z okopuw, wyprostować plecy. A tamci siedzą i tak się złoszczą, że nic nie mogą poradzić.
I znuw wszystko poszło po staremu. W dzień Maciuś uczy się u porucznika, a czasem kopie trohę, bo deszcz ciągle psuje okopy, to go wyślą na wartę, to postżela. I dużo razy myślał Maciuś:
— Jakie dziwne. Tak bardzo hciałem wynaleźć szkło palące, żeby wysadzać w powietże niepżyjacielskie prohownie. I hociaż niezupełnie, ale trohę się spełniło moje życzenie.
I tak skończyła się jesień — i nadeszła zima.
Śnieg upadł. Pżysłano im ciepłe odzienie. Biało było i ciho.
I znuw miał się Maciuś ważnej nowej żeczy dowiedzieć. Pżecież nie mogły tak wojska siedzieć tylko w okopah. Bo coby to było? Jakby się wojna skończyła?
Ciho było w okopah na froncie, ale za to szła ogromna praca w stolicy. Tżeba było pżygotować wszystko, żeby zebrawszy wojsko w jedno miejsce, z całej siły udeżyć na niepżyjaciela i pżełamać front. Bo jak tylko w jednym miejscu pżerwać linię okopuw, niepżyjaciel musi wszędzie uciekać, bo pżez tą pżerwę whodzą wojska i zaczynają stżelać od tyłu.
Pżez zimę porucznik został już kapitanem, a Maciuś dostał medal. O, jakże się cieszył. Oddział ih dwa razy wymieniony był, że się dzielnie sprawuje.
Sam jenerał pżyjehał do ih okopu i czytał rozkaz:
„W imieniu krula Maciusia dziękuję oddziałowi za wysadzenie prohowni w powietże i za dzielną służbę w obronie ojczyzny i rodakuw. I daję wam tajne polecenie, żeby pżerwać front niepżyjacielski, jak tylko będzie ciepło”.
To był wielki zaszczyt.
Zaraz zaczęto potajemne pżygotowania. Pżywieziono dużo armat i kul. A z tyłu zebrała się konnica i czeka.
Co dzień patżą żołnieże na słońce, kiedy już będzie ciepło. Bo im się już strasznie nudziło.
Tak biedacy czekali, tak się szykowali. A nie wiedzieli, ile pżecierpieć będą musieli. Kapitan ih taki wymyślił podstęp wojenny: żeby nie napadać wszystkimi siłami, tylko pierwszego dnia część wojska posłać do ataku, żeby szli tylko na niby, i żeby się zaraz wrucili. Wtedy niepżyjaciel będzie myślał, że oni słabi, a na drugi dzień dopiero żuci wszystkie siły i pżerwie linię okopuw.
Tak też i zrobił.
Posłał połowę wojska do ataku. Pżed atakiem długo kazał stżelać artylerii w niepżyjacielskie druty kolczaste, żeby je porozrywać, poszarpać i zrobić wolną drogę dla piehoty.
— Napżud!
Oh, jak pżyjemnie wybiec z tyh nieznośnyh okopuw, z tyh mokryh rowuw, biec z całej siły i kżyczeć: „Wiwat — napżud — dalej”. Pżestraszył się niepżyjaciel, kiedy zobaczył, że walą na niego na bagnety, nawet stżelał mało i bezładnie, już doszli do drutuw kolczastyh, kture były porozżucane. A tu kapitan daje hasło do odwrotu.
Ale Maciuś i jeszcze kilku żołnieży, czy że nie słyszeli rozkazu, czy że poszli trohę dalej — otoczeni pżez niepżyjacielską wartę, dostali się do niewoli.
— Aha, zlękli się wasi — drwili żołnieże. — Lecieli, lecieli, hałasu narobili, a jak do nas dobiegli, to uciekli. I wcale was nie tak znuw dużo.
Tak muwili niepżyjacielscy żołnieże, bo wstyd im było, że sthużyli i zapomnieli aż stżelać.
Po raz drugi szedł Maciuś do sztabu, tylko za pierwszym razem pżebrany był i szedł jako wojenny wywiadowca, a teraz w żołnierskim płaszczu szedł jako jeniec.
— A znamy cię, ptaszku — kżyknął rozzłoszczony niepżyjacielski oficer. — To ty byłeś w zimie, to pżez ciebie prohownię naszą wysadzili w powietże. Ho, ho! Już teraz nam nie umkniesz, jak wtedy. Weźcie starszyh żołnieży do obozu jeńcuw, a mały za szpiegostwo będzie powieszony.
— Jestem żołnieżem — kżyknął Maciuś. — Macie mnie prawo rozstżelać, ale nie wieszać.
— Takiś ty mądry — kżyknął oficer — patżcie, czego mu się zahciewa. Teraz może jesteś żołnieżem, ale wtedy byłeś Tomkiem i zdradziłeś nas. I my ciebie powiesimy.
— Nie wolno — znuw upierał się Maciuś. — Ja wtedy także byłem żołnieżem, a pżyszedłem tu w pżebraniu i umyślnie usiadłem pżed spaloną hałupą.
— No, dosyć gadania. Odprowadzić go osobno pod silną strażą do więzienia. A jutro sąd wojenny rozpatży tę sprawę. Jeżeli byłeś naprawdę i wtedy żołnieżem, to może ci się uda, hoć wolałbym stryczek dla ciebie, niż kulę.
Na drugi dzień odbył się sąd polowy.
— Oskarżam tego hłopca — muwi oficer na sądzie — że w zimie wyszpiegował, gdzie jest nasza prohownia — i doniusł niepżyjacielskiej artylerii. Dwanaście razy stżelili i nie trafili, a za tżynastym razem trafili i wysadzili prohownię w powietże.
— Czy tak było, czy pżyznajesz się do winy? — zapytał się siwy sędzia-generał.
— Było inaczej. Nie ja wyszpiegowałem, gdzie jest prohownia, a ten właśnie oficer mnie zaprowadził, pokazał mi wszystko i kazał iść zobaczyć, gdzie jest u nas prohownia — i dać mu znać. I za to dał mi czekoladę. Może nie tak było?
Zaczerwienił się bardzo oficer, bo źle wtedy zrobił, bo nie wolno muwić nikomu, gdzie są składy pociskuw.
— Byłem żołnieżem i posłano mnie na wywiad, a wasz oficer hciał ze mnie zrobić szpiega — ciągnął śmiało Maciuś.
— A skąd ja mogłem wiedzieć? — zaczął się tłomaczyć oficer.
Ale jenerał nie dał mu dokończyć:
— Wstyd, panie oficeże, że taki mały pana oszukał. Zrobiłeś pan źle i będziesz za to ukarany. Ale i temu hłopcu pżebaczyć nie można. Co pan powie, panie adwokacie?
Adwokat zaczął bronić Maciusia:
— Panowie sędziowie, oskarżony, ktury to się podaje za Wyrwidęba, to za Tomcia Palucha — nie jest winien. Był żołnieżem i musiał się słuhać. Poszedł na wywiad, bo go posłano. I myślę, że powinien być posłany tak samo do obozu jeńcuw, jak inni.
Generał trohę się ucieszył, bo mu żal było hłopaka. Ale nic nie muwił, bo wojskowy nie ma prawa pokazać, że kogoś żałuje, a tym bardziej niepżyjacielskiego żołnieża.
Więc tylko shylił głowę nad książką, gdzie były napisane wszystkie prawa wojenne — i szukał, co tam napisane o szpiegah wojennyh.
— Ooo, jest — powiedział nareszcie. — Szpieguw cywilnyh, ktuży za pieniądze zdradzają — należy wieszać od razu, szpieguw wojskowyh można zaraz rozstżelać, albo jeżeli adwokat się nie zgadza, tżeba odesłać wszystkie papiery do wyższego sądu i z rozstżelaniem trohę poczekać.
— Więc ja żądam — powiedział adwokat — żeby posłać tę sprawę do wyższego sądu.
— Dobże — zgodził się generał i wszyscy sędziowie.
I Maciusia odprowadzono znuw do jego więzienia.
Więzienie Maciusia — to była sobie zwyczajna hałupa wiejska. Bo w polu na froncie nie ma pżecież wielkih kamiennyh domuw z kratami w oknah. Takie wygody mają miasta, a nie — wojsko na froncie. Więc też Maciusia odprowadzono do tej hałupy, tylko że pżed oknami i pżed dżwiami stało po dwuh żołnieży z nabitymi karabinami i rewolwerami.
Siedzi więc Maciuś i myśli nad swoją dolą. Ale jakoś wcale nie traci nadziei.
— Mieli mnie powiesić, a nie powiesili. Może się i od kuli wykręcę. Tyle już kul kręciło się koło mnie.
Zjadł z apetytem kolację, nawet bardzo smaczną — bo skazanyh na karę śmierci dobże żywią — już takie jest prawo. A Maciuś tak był traktowany, jak skazany na śmierć.
Usiadł Maciuś pży oknie i patży w niebo, jak aeroplany fruwają: „Nasze to czy niepżyjacielskie?” — myśli sobie.
A tu jak nie gżmotną od razu tży bomby, a wszystkie blisko Maciusinego więzienia.
Co było potem, Maciuś nie pamięta. Bo znuw spadł cały grad bomb. Jedna udeżyła w hałupę — coś się zakotłowało. Jakieś jęki, kżyki, furczenie. Ktoś go pohwycił, ale Maciuś głowę miał zwieszoną. Potem coś klekotało nieznośnie. A kiedy się wreszcie ocknął — leżał na szerokim łużku w jakimś pięknie umeblowanym pokoju.
— Jak się wasza krulewska mość czuje? — pyta się, salutując, ten sam stary generał, ktury mu w zimie pżypiął medal za wysadzenie prohowni.
— Jestem Tomek Paluch, Wyrwidąb, żołnież zwyczajny, panie generale — kżyknął, zrywając się z posłania, Maciuś.
— A już — roześmiał się generał. — Zaraz się pżekonamy. Hej, zawołać tu Felka.
Wszedł Felek w ubraniu lotnika.
— Powiedz, Felek, kto to jest?
— To jest jego krulewska mość, krul Maciuś Pierwszy.
Maciuś nie mugł się dłużej zapierać. I wcale nie potżeba było teraz ukrywać. Pżeciwnie, hwila wojenna wymagała najbardziej, żeby najgłośniej na całe wojsko i na całe państwo kżyknąć, że krul Maciuś żyje i jest na froncie.
— Czy wasza krulewska mość może już wziąć udział w obradah?
— Mogę — odpowiedział Maciuś.
Więc było tak. I generał opowiedział, jak to zamiast Maciusia zrobiono lalkę, jak ta lalka codziennie jeździła po stolicy samohodem, jak prezes ministruw nawet na tronie podczas audiencji sadzał tę lalkę, ktura za poruszeniem sznurka kiwała głową i salutowała.
Do powozu wnoszono lalkę, bo krul Maciuś — tak pisali w gazetah — dał słowo, że nogą nie stąpi na ziemię, dopuki ta ziemia nie będzie całkiem wolna od ostatniego niepżyjacielskiego żołnieża.
I długo się sztuka udawała — i ludzie wieżyli, hoć dziwno im było, że krul Maciuś zawsze tak samo siedzi na tronie i w powozie, nigdy się nie uśmiehnie, ani nic nie powie, tylko czasem głową kiwnie i salutuje.
Ten i uw coś podejżewał, a było wreszcie i wielu takih, ktuży wiedzieli o zniknięciu krula Maciusia.
Niepżyjaciel też zaczął się czegoś domyślać, upżedzony pżez swoih szpieguw, ale udawał, że nic, bo co go to mogło obhodzić? Była zima, a zimą i tak siedzi się tylko w okopah.
Dopiero kiedy się dowiedzieli, że wojsko Maciusia hce pżerwać front, zaczęli na serio myszkować — i całą tajemnicę poznali.
I oto w pżeddzień ataku wynajęli jakiegoś łobuza, ktury z całej siły cisnął kamień w lalkę Maciusia.
Maciuś się stłukł. Porcelana się rozsypała, tylko ręka lalki salutowała w powietżu, bo głowy już nie było. I jedni zaczęli rozpaczać, inni zaczęli się złościć, że ih oszukują i grozić rewolucją, a inni się śmieli.
Kiedy nazajutż po prubnym ataku, kiedy to krul Maciuś dostał się do niewoli, miał nastąpić atak generalny — nagle pokazały się nad wojskiem aeroplany, tylko zamiast bomb, żucały karteczki nadrukowane. To były proklamacje.
„Żołnieże! — pisało w tyh kartkah — generałowie i ministrowie was oszukują. Nie ma już Maciusia. Od początku wojny jeździ po stolicy porcelanowa lalka, kturą dziś stłukł kamieniem jakiś łobuz. Idźcie do domu, pżestańcie się bić”.
Z trudem udało się pżekonać żołnieży, żeby jeszcze trohę poczekali, że to może kłamstwo. Ale do ataku już iść nie hcieli.
I wtedy to Felek powiedział wszystko.
Ucieszyli się generałowie, telefonują do kapitana, żeby natyhmiast pżysłał do sztabu Maciusia. I jakże się pżerazili, gdy się dowiedzieli, że Maciuś w prubnym ataku dostał się do niewoli.
Co robić?
Powiedzieć zbuntowanym żołnieżom, że Maciuś w niewoli — raz już oszukani, nie zehcą uwieżyć. Na nadzwyczajnej naradzie postanowili napaść na niepżyjaciela aeroplanami i wykraść w popłohu Maciusia.
Wszystkie aeroplany podzielono na cztery oddziały. Jeden miał napaść na obuz jeńcuw, jeden na areszt, jeden na prohownię, a jeden na sztab oficeruw.
Tak też zrobili. Zażucili bombami dom, gdzie byli wszyscy oficerowie. Więc już nikt nie mugł dawać rozkazuw. Żucili dużo bomb tam, gdzie zdawało im się, że jest prohownia, ale to się nie udało, bo tam prohowni nie było. A tżeci oddział wpadł do obozu jeńcuw, szukając Maciusia, ale go nie znalazł. Tylko czwarty oddział porwał Maciusia i zemdlonego z wielkim trudem odwiuzł Maciusia do siebie.
— Dzielnie się spisaliście, moi panowie. A ile straciliśmy aeroplanuw?
— Wysłaliśmy tżydzieści cztery aeroplany, a wruciło piętnaście.
— Jak długo trwał atak? — zapytał Maciuś.
— Od wzlotu do powrotu upłynęło czterdzieści minut.
— Ano dobże — powiedział — więc jutro atak generalny.
Oficerowie aż w ręce z radości klasnęli.
— A to niespodzianka. Doskonale! Żołnieże na całej linii dowiedzą się tej jeszcze nocy, że krul Maciuś żyje, że jest wśrud nih i sam poprowadzi ih do ataku. Ucieszą się hłopcy setnie i bić się będą jak lwy.
Zaraz zahuczały telefony i telegrafy do wojska i do stolicy.
W nocy wyszły nadzwyczajne dodatki wszystkih gazet.
Dwie odezwy napisał Maciuś: jedną do żołnieży, drugą do narodu. O rewolucji nikt już nie myślał, tylko młodzież i dzieci użądziły kocią muzykę pżed pałacem prezesa ministruw.
Zaraz zebrała się rada ministruw i wydała swoją odezwę, że to wszystko było tak naumyślnie zrobione, żeby oszukać niepżyjaciela.
W wojsku taki był zapał, że się doczekać nie mogli rana i ciągle tylko pytali się, ktura godzina.
No i ruszyli do ataku.
Tżeh kruluw prowadziło wojnę z Maciusiem. Jednego rozbili na głowę i wzięli do niewoli, drugiego tak pobili, że prędzej, niż za tży miesiące nie mugłby znuw wojować, bo mu zabrali prawie wszystkie armaty i więcej niż połowę wojska. Więc został się tylko jeden, ktury stał w rezerwie.
Kiedy się bitwa skończyła, zebrano się znuw na naradę. Był i głuwnodowodzący, i minister ekstra-pociągiem zdążył pżyjehać ze stolicy.
— Czy ścigać wroga, czy nie?
— Ścigać — kżyknął dowodzący wojskami. — Jeżeli poradziliśmy sobie, kiedy ih było tżeh, tym bardziej pobijemy jednego, ktury został.
— Ja muwię, że nie — powiedział minister wojny. — Już mieliśmy nauczkę wtedy, kiedyśmy niepotżebnie tak daleko za niepżyjacielem polecieli.
— To było co innego — powiedział głuwnodowodzący.
Wszyscy czekali, co powie Maciuś.
Strasznie hciało się Maciusiowi hociaż troszeczkę gonić zwyciężonyh wroguw, ktuży go hcieli powiesić. Zresztą ściga zwykle konnica, a Maciuś ani razu jeszcze w tej wojnie konno nie jehał. Tyle słyszał o tym, jak krulowie na koniah zwyciężali, a on tyle się czołgał na bżuhu, tyle shylony siedział w rowie, że hoćby troszkę pojeździć prawdziwie na koniu.
Ale pamiętał Maciuś początek wojny. Poszli za daleko i mało wojny nie pżegrali. Pamiętał Maciuś, że o głuwnodowodzącym muwili, że cymbał. I pamiętał Maciuś, że obiecał wuwczas odjeżdżającym posłom, że postara się ih prędko zwyciężyć — i postawi łagodne warunki pokoju.
Długo milczał Maciuś, a wszyscy w milczeniu czekali.
— Gdzie jest nasz krulewski jeniec? — zapytał się nagle.
— Jest tu niedaleko.
— Sprowadzić go proszę.
Wprowadzono okutego w kajdany niepżyjacielskiego krula.
— Rozkuć kajdany — kżyknął Maciuś.
W tej hwili spełniono rozkaz, tylko straż bliżej jeńca stanęła, żeby nie uciekł.
— Zwyciężony krulu — powiedział Maciuś — wiem, co to niewola. Daruję ci wolność. Jesteś pobity, więc proszę cię, żebyś resztę swojego wojska zabrał z mojego kraju.
I krula odwieziono samohodem, aż do okopuw, a potem poszedł do swoih.
Na drugi dzień pżyszedł papier, podpisany pżez wszystkih tżeh niepżyjacielskih kruluw.
„Krulu Maciusiu — pisali — jesteś mężny, rozumny i szlahetny. Po co mamy się bić? Hcemy się z tobą pżyjaźnić. Wracamy do naszego kraju. Czy się zgadzasz?”
Krul Maciuś się zgodził.
Pokuj został zawarty.
Pożądni żołnieże wszyscy się cieszyli, cieszyły się ih żony, matki i dzieci. Byli może i niezadowoleni ci, ktuży na wojnie rabują i kradną, ale takih jest niezbyt wielu.
Toteż z radością witano Maciusia, gdy krulewskim pociągiem wracał do stolicy.
Na jednej stacji kazał zatżymać pociąg, a sam poszedł do poczciwej zwrotniczowej.
— Pżyszedłem do pani na kawę — powiedział Maciuś z uśmiehem.
Zwrotniczowa z radości nie wiedziała, co robić.
— Co za szczęście, co za szczęście — muwiła, a z oczu tak jej łzy kapią, kapią.
W stolicy czekał już samohud, ale Maciuś zażądał białego konia.
Ucieszył się mistż ceremonii, za głowę się złapał:
— Ah, jaki ten Maciuś mądry. Właśnie na koniu powinien krul wracać z wojny, a nie na benzynie.
I jehał Maciuś stępa pżez wszystkie ulice, a we wszystkih oknah mieszkańcy, a najwięcej dzieci.
Dzieci najwięcej kwiatuw żucają i najgłośniej kżyczą:
— Vivat. Nieh żyje krul Maciuś! Vivat, vivat, vivat.
Maciuś tżymał się ostro, ale był bardzo zmęczony. Atak, niewola, ucieczka, narada, znuw bitwa, podruż, a teraz ten kżyk straszny, tak zmęczyły Maciusia, że hwilami w głowie mu zaczynało szumieć i w oczah się migało. Tak jakby gwiazdy, czy co.
A tu jakiś gamoń żucił w gurę czapkę, ktura spadła akurat na głowę konia. A koń był rasowy z krulewskiej stajni, więc bardzo wrażliwy. Koń żucił się w bok, a Maciuś spadł z konia.
Zaraz pżenieśli go do pojazdu i już pełnym galopem odwieziono do pałacu. Maciuś nic sobie nie zrobił złego, nie zemdlał, a tylko zasnął mocno. I spał, spał, spał, do wieczora, a potem do rana, i jeszcze do południa.
— Żryć dawajcie, do stu piorunuw — huknął Maciuś, aż lokaje zbledli ze strahu, jak papier.
W minutę na łużku, koło łużka i pod łużkiem stało już ze sto pułmiskuw z jedzeniem i pżysmakami.
— Zabrać mi w tej hwili te zamorskie frykasy — huknął Maciuś — hcę kiełbasy z kapustą i piwa.
Rety babskie, w pałacowym kredensie ani kawałka kiełbasy. Na szczęście kapral straży pałacowej pożyczył.
— Ah wy maminsynki, niunie, piecuhy, pieszczohy, dziamdzie, lalusie, ciamary — sypał Maciuś całą swoją żołnierską uczoność. — Już ja się do was wezmę teraz.
Wcina Maciuś kiełbasę, aż mu się uszy tżęsą, a myśli w duhu:
— Teraz będą wiedzieli, że wrucił prawdziwy krul, kturego muszą się słuhać.
Maciuś pżeczuwał, że po zwycięskiej wojnie będzie musiał rozpocząć jeszcze większą walkę ze swymi ministrami.
Jeszcze na froncie doszła uszu wiadomość, że minister finansuw pieni się ze złości.
— Ładny zwycięzca — muwił. — Dlaczego nie żądał kontrybucji. Zawsze tak było, że kto pżegra, ten płaci. Szlahetny, dobże, nieh teraz sam gospodaruje, gdy w skarbie pustki. Nieh płaci fabrykantom za armaty, szewcom za buty, dostawcom za owies, groh i kaszę. Dopuki była wojna, wszyscy czekali, a teraz — płać, jak nie ma z czego.
Wściekły był i minister spraw zagranicznyh.
— Jak świat światem, nigdy jeszcze nie zawierano pokoju bez ministra spraw zagranicznyh. A cuż to ja od parady? Użędnicy śmieją się ze mnie.
Ministrowi handlu fabrykant spokoju nie dawał: „Płać — muwi — za lalkę porcelanową”.
I prezes ministruw niezbyt miał czyste sumienie, i prefekt policji trohę się obawiał, że wtedy nie bardzo mądże ucieczkę Maciusia wytłomaczył.
Maciuś trohę wiedział, reszty się domyślał — i postanowił — zrobić z nimi pożądek.
— Dość tyh ministerialnyh żąduw. Albo się muszą słuhać, albo — fora ze dwora. Teraz prosić prezesa ministruw nie będzie, gdy mu się zehce horować.
Oblizał się Maciuś po kiełbasie, splunął na dywan i kazał wylać na siebie kubeł zimnej wody.
— To jest kąpiel żołnierska — powiedział zadowolony.
Włożył koronę na głowę i wszedł do sali posiedzeń. Był tam minister wojny.
— A gdzie reszta?
— Nie wiedzieli, że wasza krulewska mość hce z nimi odbyć naradę.
— Może myśleli, że po powrocie z wojny zasiądę do lekcji z zagranicznym guwernerem? A oni będą robili, co hcą?... Do pioruna, mylą się bardzo... Panie ministże, ogłaszam naradę na godzinę drugą. Kiedy się zbieżemy w sali, ma się cihaczem zebrać w korytażu pluton żołnieży. Plutonowy ma stać pżed dżwiami i słuhać, a jak klasnę w ręce, ma wejść z żołnieżami na salę. Panu mogę powiedzieć prawdę: jeżeli zehcą zrobić tak, żeby wszystko było po staremu, jak pżed wojną — każę ih do stu tysięcy bomb i kartaczy — aresztować. Ale to tajemnica.
— Rozkaz, wasza krulewska mość — skłonił się minister.
Maciuś zdjął koronę i poszedł do pałacowego ogrodu. Tak dawno tu nie był.
— Ah prawda — zawołał — zupełnie zapomniałem o Felku.
Gwizdnął — w odpowiedzi otżymał hasło kukułki.
— Hodź, Felek. Nie buj się. Teraz jestem już prawdziwym krulem i nie potżebuję się pżed nikim tłomaczyć.
— No tak, ale muj ojciec co powie.
— Powiesz ojcu, że jesteś krulewskim faworytem i zabraniam, by cię tknął bodaj palcem.
— Gdyby wasza krulewska mość zehciał to napisać.
— Bardzo hętnie, hodź do mego gabinetu.
Felek nie dał sobie tego dwa razy powtażać.
— Panie sekretażu stanu, proszę napisać papier, że Felek jest mianowany moim faworytem.
— Wasza krulewska mości, pży dwoże nie było takiego stanowiska.
— Jeżeli nie było, teraz już jest, bo taka moja krulewska wola.
— Może waszej krulewskiej mości wola rozkaże napisanie papieru odroczyć do posiedzenia ministruw. Zwłoka nie zbyt wielka, a — zawsze trohę — formalniej.
Maciuś gotuw był ustąpić, ale Felek — nieznacznie pociągnął go za rękaw.
— Żądam natyhmiastowego napisania papieru, do pioruna — huknął Maciuś.
Sekretaż poskrobał się w głowę i napisał dwa papiery. Na jednym napisane było:
„Ja, krul Maciuś żądam nieodwołalnie, by bezzwłocznie napisany i do podpisu podany, a po złożeniu pieczęci wręczony był mi papier o mianowaniu Felka nadwornym krulewskim faworytem. W razie niewypełnienia natyhmiast tej mojej woli i tego mojego kategorycznego rozkazu, winny oporu ulegnie najsurowszej, najbezwzględniejszej każe. Co wiadomym panu sekretażowi Dworu czynię i własnoręcznym swym podpisem stwierdzam”.
Sekretaż tłomaczył, że tylko po podpisaniu tego papieru — będzie miał prawo wydać ten drugi.
Krul Maciuś podpisał, po czym sekretaż wydał opatżone pieczęcią mianowanie Felka faworytem.
Potem pżeszli do krulewskiej bawialni — oglądali zabawki, książki, rozmawiali, wspominali swe pżygody wojenne; potem jedli razem obiad. Potem poszli razem do ogrodu, gdzie Felek pżywołał swoih ruwieśnikuw z podwuża — doskonale się bawili aż do posiedzenia ministruw.
— Muszę iść — powiedział smutnie Maciuś.
— Gdybym ja był krulem, nic i nigdy bym nie musiał.
— Nie rozumiesz tego, muj Felku, i my krulowie nie zawsze możemy robić, cobyśmy hcieli.
Felek wzruszył ramionami na znak, że jest innego zdania — i dość niehętnie, hociaż z papierem, podpisanym pżez samego krula, wrucił do domu, wiedząc, że spotka się z surowym wzrokiem ojca i znanym mu pytaniem:
— Gdzieś się wałęsał, kundlu jeden. Hodź no tu, gadaj.
Co po tym pytaniu zwykle następowało, Felek wiedział; tym razem miało być inaczej.
Zaczęły się skargi i biadania.
Minister skarbu muwił, że nie ma pieniędzy. Minister handlu muwił, że kupcy dużo stracili pżez wojnę i nie mogą płacić podatkuw. Minister kolei muwił, że wagony musiały tyle wozić na front, że się popsuły zupełnie i tżeba je poprawiać — i to musi dużo kosztować. Minister oświaty muwił, że dzieci pżez czas wojny bardzo się rozpuściły, bo ojcowie wyjehali, a matki nie mogły sobie z nimi dać rady; więc nauczyciele żądają podwyższenia pensji i wprawienia potłuczonyh szyb. Pola pżez wojnę nie zasiane, towaruw pżez wojnę mało. I tak w kułko pżez całą godzinę.
Prezes ministruw wypił szklankę wody, co zawsze czynił, kiedy miał długo muwić. Maciuś strasznie nie lubił, kiedy prezes ministruw pił wodę.
— Panowie, dziwne jest nasze posiedzenie. Gdyby ktoś nie wiedział, a słyszał to wszystko, myślałby, że wojna skończyła się nieszczęśliwie, że zostaliśmy pobici. A pżecież jesteśmy zwycięzcami. Do tej pory bywało tak, że zwyciężeni płacili kontrybucję, że ten, ktury pobił wroguw — bogacił się. I to było słuszne. Bo to państwo wojnę wygrywa, kture nie skąpi na armaty, na proh i na jedzenie dla wojska. Myśmy wydali najwięcej pieniędzy i myśmy zwyciężyli. Nasz bohaterski krul Maciuś sam mugł ocenić, że wojsko miało wszystko, czego mu było potżeba. Ale dlaczego my mamy płacić? Oni nas zaczepili, oni z nami zaczęli, myśmy im pżebaczyli — i w tym nasza wspaniałomyślność i dobroć. Ale dlaczego nie mieli nam zwrucić kosztuw wojny? Nie hcemy nic waszego, ale dajcie, co nam się należy. Bohaterski krul Maciuś uniusł się szlahetnością i dał wrogom pokuj — i to było czynem zaruwno rozumnym, jak pięknym — ale pokuj za darmo stwożył niesłyhane trudności finansowe. My sobie z tym poradzimy, bo mamy doświadczenie, bo pżeczytaliśmy dużo mądryh książek, bo jesteśmy ostrożni, bo wiele umiemy i jeżeli krul Maciuś zaszczyci nas tym samym zaufaniem, jakiem cieszyliśmy się pżed wojną — jeżeli rady nasze zehce pżyjmować...
— Panie prezesie ministruw — pżerwał Maciuś — dość tej gadaniny. Tu nie o rady hodzi, a o to, że wy hcecie żądzić, a ja mam być porcelanową lalką. Więc muwię, że do pioruna, do stu tysięcy bomb i kartaczuw — ja się nie zgadzam.
— Wasza krulewska mości...
— Dosyć. Nie zgadzam się i basta. Ja jestem krulem — i ja krulem zostanę.
— Proszę o głos — odezwał się minister sprawiedliwości.
— Proszę, tylko krutko.
— Według prawa — dodatek piąty do paragrafu 777.555 — księgi XII tomu 814 — zbioru praw i pżepisuw — na stronicy piątej, w wierszu czternastym, czytamy:
„Jeśli następca tronu nie ma ukończonyh dwudziestu lat...”.
— Panie ministże sprawiedliwości, mnie to nic nie obhodzi.
— Rozumiem: wasza krulewska mość pragnie pogwałcić prawo. Gotuw jestem podać prawo, kture to pżewiduje. Jest § 105.486.
— Panie ministże sprawiedliwości, to mnie nic nie obhodzi.
— I na to jest prawo. „Jeśli krul lekceważy prawa, zawarte w paragrafah...”.
— Czy pan pżestanie do holery, czy nie...
— Jest i o holeże prawo. „W razie wybuhu epidemii i holery...”.
Zniecierpliwiony Maciuś klasnął w ręce. Na salę weszli żołnieże.
— Aresztuję panuw — kżyknął Maciuś. — Odprowadzić ih do więzienia.
— I na to jest prawo — zawołał uradowany minister. — To się nazywa dyktatura wojskowa. Oj, to jest już bezprawie — kżyknął, gdy żołnież kolbą potrącił parę żeber.
Ministrowie biali jak kreda szli do więzienia. Minister wojny został wolny; złożył ukłon wojskowy i wyszedł.
Zapanowała grobowa cisza. Maciuś został sam. Założył ręce w tył i hodził długo po sali. A ile razy pżehodził koło lustra, spoglądał w nie i myślał: podobny jestem trohę do Napoleona.
— Co tu robić?
Na stole pozostała kupa papieruw. Czy podpisać je, czy wszystkie podpisać, co w nih napisane, dlaczego na jednyh pisze się: zezwalam, na — drugih: odłożyć, albo: zabronić.
Może nie wszystkih ministruw należało aresztować. Może w ogule nie należało tego robić? Bo co teraz będzie?
I za co właściwie? Co oni złego zrobili? Prawdę powiedziawszy, Maciuś zrobił głupstwo. Dlaczego się tak pospieszył z zawarciem pokoju? Mugł wezwać ministruw — na pewno minister finansuw powiedziałby o kontrybucji.
Kto mugł wiedzieć, że są jakieś kontrybucje. Hoć co prawda, to prawda. Dlaczego ma płacić ten, ktury zwyciężył? A zresztą oni sami zaczęli.
A może napisać do kruluw. Ih jest aż tżeh, to im łatwiej razem zapłacić, niż jemu jednemu.
Ale jak się pisze takie papiery? Jak on muwił — ten minister: tom 814. Ileż jest tyh książek? A Maciuś pżeczytał dopiero dwa zbiorki powiastek i życiorys Napoleona. To strasznie mało.
Coraz cięższe myśli dręczyły Maciusia, gdy nagle pżez otwarte okno usłyszał hasło kukułki.
Nareszcie nie jest sam.
— Słuhaj, Felek, co ty byś zrobił na moim miejscu?
— Ja bym na miejscu waszej krulewskiej mości dalej się bawił w ogrodzie i na ih posiedzenia wcale bym nie hodził. Ja bym robił, co mnie się podoba, a oni niehby sobie robili, co im się podoba.
Maciuś pomyślał, że Felek jest jednak bardzo prosty hłopak i nie rozumie, że krul musi pżecież żądzić dla szczęścia narodu, a nie — w berka i palanta grać tylko. Ale nic. Nie powiedział mu tego.
— Trudno, Felku, stało się. Już oni siedzą w więzieniu.
— Nieh siedzą, jeśli taka wola waszej krulewskiej mości.
— Ba, patż ile tu papieruw nie podpisanyh. A jak nie podpiszę, nie będzie ani kolei, ani fabryk, no — nic.
— No, to podpisać tżeba.
— Nie. Poczekaj. Słuhaj: ja bez nih nic nie wiem. Nawet staży krulowie nie mogą się obejść bez ministruw.
— No to można ih wypuścić.
Maciuś mało nie żucił się Felkowi na szyję z radości. Takie proste, a nie pżyszło mu do głowy. Żeczywiście nic się złego nie stało. Może ih w każdej hwili wypuścić. Ale postawi im warunki. Nie będzie im się wolno tak rozpożądzać — będą musieli się go słuhać. Nie, żeby on, krul, musiał wykradać z kredensu albo z ogrodu własnego coś dla pżyjaciela, albo pżez kratę z zazdrością patżeć na zabawy hłopcuw. On też się hce bawić. Hce, żeby jego nauczycielem był poczciwy kapitan, pod kturego rozkazami pżebył całą wojnę. Cuż on wreszcie hce tak złego — hce być wesołym hłopcem, jak każdy, żeby go nie męczyli.
Felek nie mugł być długo, bo miał jakieś ważne interesy na mieście, pżyszedł tylko pożyczyć trohę pieniędzy — niewiele: tylko na tramwaj i może na papieros i czekoladę.
— Ależ bardzo hętnie. Masz, Felku.
I Maciuś znuw został sam.
Mistż ceremonii jakoś go unikał, guwerner gdzieś się shował, a lokaje pżesuwali się ciho, jak cienie.
I nagle Maciusiowi pżyszło na myśl, czy oni wszyscy nie uważają go czasem za tyrana.
I strah go ogarnął.
To byłoby pżecież okropne. Maciuś był prawnukiem Henryka Porywczego, ktury ludzi zabijał jak wrony.
Co tu robić, co robić?
Żeby hoć Felek znuw pżyszedł albo kto.
I ciho wszedł do pokoju stary doktur Maciusia. Ucieszył się Maciuś szczeże.
— Mam ważny interes — zaczął doktur nieśmiało. — Boję się jednak, że mi wasza krulewska mość odmuwi.
— A cuż ja tyran jestem, czy co? — zapytał się Maciuś, uważnie patżąc doktorowi w oczy.
— E, skądby znuw tyran. Tylko, że pżyhodzę w trudnej sprawie.
— Jakiej?
— Hciałem prosić o parę drobnyh ulg dla uwięzionyh.
— Muw śmiało, doktoże. Na wszystko z gury się zgadzam. Ja się na nih wcale nie gniewam, ja ih wypuszczę z więzienia, tylko muszą mi obiecać, że się za bardzo rozpożądzać nie będą.
— O, to prawdziwie krulewskie słowa — zawołał uradowany doktur. I śmiało zaczął wyliczać prośby uwięzionyh. — Prezes ministruw prosi o poduszkę, materac i pieżynę, bo nie może spać na słomie, bo kości go bolą...
— A ja spałem na ziemi — wtrącił Maciuś.
— Minister zdrowia prosi o szczoteczkę i proszek do zębuw. Minister handlu prosi o biały hleb, bo nie może jeść czarnego więziennego hleba. Minister oświaty prosi o książkę do czytania. Minister spraw wewnętżnyh prosi o proszek, bo ze zmartwienia dostał boleści.
— No, a minister sprawiedliwości?
— On o nic nie prosi, bo wyczytał w 745 tomie praw, że uwięzieni ministrowie dopiero po tżeh dniah pobytu w więzieniu mają prawo składać prośby do łaski krulewskiej, a oni siedzą dopiero tży godziny.
Maciuś kazał posłać wszystkim ministrom pościel pałacową, polecił wysłać im zaraz krulewski obiad i wieczorem kolację z winem. A ministra sprawiedliwości pod strażą kazał sprowadzić do siebie.
Kiedy pżyszedł minister sprawiedliwości, Maciuś kazał mu upżejmie usiąść na kżeśle i zapytał:
— Czy to będzie zgodne z prawem, jeśli wypuszczę was jutro z kozy?
— Niezupełnie, mości krulu, ale dyktatura wojskowa uznaje procedurę pżyspieszoną — i jeśli to tak nazwiemy, będzie wszystko formalnie.
— Panie ministże, a czy jak ja ih wypuszczę, oni mogą mnie wsadzić do kozy?
— Nie mają prawa, hoć z drugiej strony tom 949 omawia stronę prawną tak zwanego — zamahu stanu.
— Nie rozumiem — pżyznał krul Maciuś. — Ile tżeba czasu, aby to wszystko zrozumieć?
— Hyba z pięćdziesiąt lat — odpowiedział minister.
Maciuś westhnął. Korona zawsze zdawała mu się ciężką, ale teraz tak mu ciężyła, jakby była kulą armatnią.
Ministrom zdjęto kajdany, wprowadzono ih do więziennej jadalni — pżybyli też z wolności minister sprawiedliwości i wojny — straż z obnażonymi szablami zajęła swoje miejsca — i zaczęła się narada.
Maciuś ułożył w nocy taki plan:
— Wy będziecie się zajmowali dorosłymi, a ja będę krulem dzieci. Jak będę miał dwanaście lat, będę żądził dziećmi do lat dwunastu, jak będę miał piętnaście lat, to — do piętnastu. A sam jako krul mogę robić, co hcę. A reszta nieh będzie po staremu. Ja jestem sam mały i wiem, co jest potżebne dla malcuw.
— I my byliśmy mali kiedyś — powiedział prezes ministruw.
— No dobże, a ile pan ma lat?
— Czterdzieści tży — powiedział premier.
— A dlaczego pan żądzi tymi, co są starsi od pana? A pan minister kolei jest młody, a kolejami jeżdżą i staruszkowie.
A ministrowie powiedzieli:
— No, prawda.
— Więc cuż pan na to, panie ministże sprawiedliwości, czy można tak robić?
— W żaden sposub — powiedział minister sprawiedliwości. — Według prawa (tom 1349) dzieci są własnością rodzicuw. Jest jedna tylko możliwość.
— Jaka? — zapytali wszyscy ciekawie.
— Krul Maciuś musi się nazwać: krul Maciuś Pierwszy-Reformator (tom 1764, str. 377).
— Co to znaczy?
— To znaczy, że jest krulem, ktury zmienia prawa. Jak krul powie: „hcę wydać prawo takie i takie”, to powiem: „nie wolno, bo już jest inne prawo”. A jak krul powie: „hcę wprowadzić taką a taką reformę”, powiem: „dobże”.
Zgodzili się wszyscy. Ale najtrudniej było z Felkiem.
— Nie może być faworytem.
— Dlaczego?
— Bo na to nie pozwala etykieta.
Nie było na posiedzeniu mistża ceremonii, więc nie mogli dobże ministrowie wytłomaczyć, co to jest dworska etykieta. Jedno wiedzieli tylko na pewno: że krulowie mogą mieć faworytuw, ale dopiero po śmierci. Nie znaczy to, żeby krul Maciuś miał, Boże broń, umierać, ale ten papier musi być od Felka odebrany za wszelką cenę.
— Tak, to nie jest prawny papier — potwierdził minister sprawiedliwości. — Felek może pżyhodzić do krula, może być jego serdecznym pżyjacielem — tak — ale nie może to być napisane i w dodatku z pieczęcią.
— No dobże — powiedział Maciuś, żeby ih wyprobować — a jeżeli nie ustąpię i zostawię was dalej w więzieniu?
— To zupełnie żecz inna — uśmiehał się minister sprawiedliwości. — Krul wszystko może.
Zdziwił się Maciuś, że o jakieś głupstwo, o jakiś papierek tylu ludzi hce siedzieć w kozie.
— Mości krulu — powiedział minister sprawiedliwości — nieh się krul nie obrazi — prawo i to pżewiduje; jest i o tym wzmianka w 235 tomie. Krul może i za życia mianować faworytuw, ale musi się nazwać nie reformatorem...
— A jak? — zapytał Maciuś niespokojnie, bo już się trohę zaczął domyślać.
— Musi być krulem Tyranem.
Maciuś wstał, straż więzienna niespokojnie podniosła uzbrojone w więzienne szable ręce, nastała wielka cisza. Wszyscy aż zbledli ze strahu, co też krul Maciuś powie. Nawet więzienne muhy pżestały bżęczeć.
A Maciuś głośno i powoli powiedział:
— Od dziś nazywam się krulem Maciusiem Reformatorem. Jesteście panowie wolni.
Struż więzienny wyniusł zaraz kajdany do komurki, bo nie były potżebne, straż więzienna showała szable, a klucznik otwożył ciężkie żelazne dżwi. Ministrowie wesoło zacierali ręce.
— Zaraz, moi panowie. Muszę zrobić jakąś reformę: nieh jutro każdy uczeń dostanie w szkole funt czekolady.
— Za dużo — powiedział minister zdrowia. — Najwyżej ćwierć funta.
— To nieh będzie ćwierć funta.
— W państwie całym mamy pięć milionuw uczniuw — powiedział minister oświaty. — Jeżeli mają dostać czekoladę łobuzy i leniuhy...
— Wszyscy! — zawołał Maciuś — wszyscy bez wyjątku.
— Taką ilość czekolady mogą pżygotować nasze fabryki dopiero w dziewięć dni.
— A koleje mogą ją rozwieźć po całym państwie w tydzień.
— Jak widzi wasza krulewska mość, rozkaz może być spełniony dopiero za tży tygodnie.
— No, trudno — powiedział Maciuś, a w duszy pomyślał sobie: jak to dobże, że mam doświadczonyh pomocnikuw. Bez nih nie wiedziałbym nawet, ile potżeba czekolady, bez nih nie wiedziałbym, kto ma ją zrobić. Nie pżyszło mi do głowy, że tżeba ją pżecież porozwozić po całym państwie.
Ale głośno Maciuś tego nie muwił. Udawał nawet, że jest trohę niezadowolony. Więc dodał:
— Więc proszę, żeby jutro ogłoszono o tym w gazetah.
— Pżepraszam bardzo — powiedział minister sprawiedliwości. — Wszystko to bardzo piękne, ale to nie jest reforma. To jest tylko — krulewski dar dla dzieci szkolnyh. Gdyby krul Maciuś wydał prawo, że każdy uczeń dostawać będzie codziennie na koszt skarbu czekoladę, to co innego. To by było już prawo. A tak — to jest funda, prezent, niespodzianka.
— No nieh będzie funda — zgodził się Maciuś, bo był już zmęczony i bał się, że jeszcze będą gadali.
— Posiedzenie zamknięte. Żegnam panuw.
Maciuś pojehał krulewskim samohodem do swego pałacu, wpadł prędko do ogrodu, gwizdnął na Felka.
— Widzisz, Felek, teraz jestem już prawdziwym krulem. Już wszystko dobże.
— Waszej krulewskiej mości, ale mnie nie bardzo.
— Dlaczego? — zapytał zdziwiony Maciuś.
— Bo mnie ojciec tak sprał za ten papier, że mi szrapnele pżed oczami latały.
— Sprał cię, powiadasz? — zdumiał się Maciuś.
— A tak. „Prawo krulewskie — powiada — dawać ci fawory, a moje ojcowskie prawo, kundlu jeden, kości ci porahować. W pałacu ty krulewski, a w domu ty plutonowski. A ojcowska ręka pewniejsza od krulewskiej łaski”.
Maciuś był ostrożny. Już wiedział, że tak od razu nic nie należy robić. W życiu tak, jak na wojnie: jeżeli hcesz zwyciężyć, musisz dobże się pżygotować do ataku. Pospieszył się z tym papierem — i głupstwo palnął. Sobie kłopotu narobił i Felkowi bulu. A teraz wstyd i ujma dla jego krulewskiego honoru. Bo jakże: on, krul, daje papier, a jakiś plutonowy bije za jego papier krulewski.
— Słuhaj Felek, troszkę pospieszyliśmy się. Pamiętasz: ja nawet hciałem trohę zaczekać. Ja ci muszę jedną żecz wytłomaczyć.
I opowiedział Maciuś, jak było z tą czekoladą.
— Krulowie nie mogą robić wszystkiego, co hcą.
— No tak. Wasza krulewska mość...
— Słuhaj, Felek, muw mi dalej po imieniu. Pżecież razem wojowaliśmy, pżez ciebie z niewoli się wyrwałem.
Rada w radę, postanowili, że na odosobnieniu będą muwili sobie po dawnemu.
— Sztaba, Waligóra.
— Sztaba, Wyrwidębie.
Teraz lżej już było Maciusiowi odebrać nieszczęsny papier.
— Dam ci za ten papier łyżwy, dwie lanki, album z markami, palące szkło i magnes.
— A stary znuw mnie zbije.
— Prawda, muj Felku, bądź cierpliwy, sam widzisz, że krulowie nie mogą też tak od razu. Krulowie muszą słuhać się prawa.
— A co to jest?
— Sam jeszcze nie wiem dobże. To są jakieś książki, czy coś.
— No tak — powiedział smutnie Felek — jak ty jesteś ciągle na posiedzeniah, to się po trohu uczysz wszystkiego, a ja co...
— Nie martw się, muj złoty Felku, zobaczysz, że będzie dobże. Jeżeli mogę rozdać pięciu milionom dzieci czekoladę, to pżecież mogę i dla ciebie dużo dobrego zrobić. Tylko to musi być prawnie zrobione. Ty wcale nie wiesz, jak ja teraz długo wieczorem nie mogę zasnąć w łużku. Leżę i leżę — i myślę, i myślę. I męczę się, żeby coś takiego zrobić, żeby wszystkim było dobże. Teraz będzie już łatwiej, bo co ja mogłem wymyślić dla dorosłyh? Papierosy im dam — mają pieniądze, to sobie sami kupią. Wudkę dam — no to się popiją — i co będą mieli.
— Ja nie wiem — muwi Felek — ty tak zaraz myślisz o wszystkih. Ja bym sobie tu kazał w parku zrobić huśtawkę, karuzelę z muzyką...
— Widzisz Felek, ty nie jesteś krulem, więc tego nie rozumiesz. Dobże, nieh będzie karuzela, ale nie jedna. Zaraz na pżyszłym posiedzeniu powiem, żeby we wszystkih szkołah użądzić huśtawki i karuzele z muzyką.
— I kręgielnie. I stżelnice.
— No widzisz...
Jak tylko ministrowie wyszli z więzienia, zaraz poszli do cukierni na kawę ze śmietanką i ciastka z kremem. Hociaż odzyskali wolność, nie było im wesoło. Widzieli, że z Maciusiem nie będzie łatwo.
— Pżede wszystkim tżeba będzie pożyczyć pieniędzy.
— Czy nie można wydrukować nowyh pieniędzy?
— Teraz nie można, bo już za dużo wydrukowaliśmy podczas wojny. Tżeba trohę poczekać.
— Ba, czekaj tu, kiedy tżeba tyle płacić.
— Więc też muwię, że musimy pożyczyć od zagranicznyh kruluw.
Zjedli po cztery ciastka z kremem, wypili kawę ze śmietanką i poszli do domu.
A na drugi dzień prezes ministruw poszedł do krula na audiencję i powiedział, że tżeba pożyczyć dużo pieniędzy od bogatszyh kruluw. To jest bardzo trudne pżedsięwzięcie, bo muszą bardzo mądże napisać papier do zagranicznyh kruluw, i dlatego co dzień odbywać się będą po dwie narady.
— Dobże — powiedział Maciuś — wy się naradzajcie, a ja od dziś zaczynam lekcje u swojego kapitana.
Pżyjehał minister wojny z kapitanem. Maciuś serdecznie się z nim pżywitał, zapytał się nawet, czy nie można mianować go majorem, ale nie można, bo kapitan był niedawno jeszcze porucznikiem, więc był za młody.
— Pan mnie będzie uczył wszystkiego, a zagraniczny guwerner tylko obcyh językuw.
I zaczął się Maciuś uczyć z taką ohotą, że zapomniał nawet o zabawah. Kapitan mieszkał daleko, więc Maciuś zaproponował, żeby zamieszkał w pałacu razem z rodziną. Kapitan miał syna Stasia i cureczkę Helenkę. Więc uczyli się razem i trohę razem bawili. Pżyhodził i Felek na lekcje, ale dużo pżepuszczał, bo się nie bardzo lubił uczyć.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.