Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Król Maciuś Pierwszy

Część 1

Krul Maciuś Pierwszy

Powieść

Więc kiedy byłem taki, jak na tej fotografii, sam hciałem zrobić to wszystko, co tu napisane. A potem zapomniałem, i teraz jestem stary. I już nie mam ani czasu, ani sił, żeby wojny prowadzić i do ludożercuw jeździć. A fotografię taką dałem, bo ważne jest, kiedy naprawdę hciałem być krulem, a nie — kiedy o krulu Maciusiu piszę. I myślę, że lepiej dawać fotografię kruluw, podrużnikuw i pisaży, kiedy nie byli jeszcze dorośli i staży, bo tak — to się zdaje, że oni od razu byli mądży i nigdy nie byli mali. I dzieci myślą, że nie mogą być ministrami, podrużnikami i pisażami, a to nieprawda.

Dorośli wcale nie powinni czytać mojej powieści, bo są w niej rozdziały niestosowne, więc nie zrozumieją i będą się wyśmiewali. Ale jak hcą koniecznie, nieh sprubują. Pżecież dorosłym nie można zabronić, bo nie posłuhają — i co im kto zrobi?

 

A to tak było...

Doktur powiedział, że jeżeli krul w tży dni nie wyzdrowieje, będzie bardzo źle.

Doktur tak powiedział:

— Krul jest ciężko hory i jeżeli w tży dni nie wyzdrowieje, to będzie źle.

Wszyscy się bardzo zmartwili, a najstarszy minister włożył okulary i zapytał się:

— Więc co się stanie, jeżeli krul nie wyzdrowieje?

Doktur nie hciał wyraźnie powiedzieć, ale wszyscy zrozumieli, że krul umże.

Najstarszy minister bardzo się zmartwił i wezwał ministruw na naradę.

Zebrali się ministrowie w wielkiej sali, zasiedli na wygodnyh fotelah pży długim stole. Pżed każdym ministrem leżał na stole arkusz papieru i dwa ołuwki: jeden ołuwek zwyczajny, a drugi z jednej strony niebieski, z drugiej strony czerwony. A pżed najstarszym ministrem stał jeszcze dzwonek.

Dżwi ministrowie zamknęli na klucz, żeby nikt nie pżeszkadzał; zapalili lampy elektryczne — i nic nie muwili.

Potem najstarszy minister zadzwonił tym dzwonkiem i powiedział:

— Teraz będziemy radzić, co robić. Bo krul jest hory i nie może żądzić.

— Ja myślę, powiedział minister wojny, że tżeba zawołać doktora. Nieh powie wyraźnie, czy może krula wyleczyć, czy nie.

Ministra wojny bardzo się bali wszyscy ministrowie, bo zawsze nosił szablę i rewolwer; więc go się słuhali.

— Dobże, zawołajmy doktora — powiedzieli ministrowie.

Zaraz posłali po doktora, ale doktur nie mugł pżyjść, bo akurat stawiał krulowi dwadzieścia cztery bańki.

— Trudno, musimy zaczekać — powiedział najstarszy minister — a tymczasem powiedzcie, co zrobimy, jeżeli krul umże.

— Ja wiem — odpowiedział minister sprawiedliwości. — Według prawa, po śmierci krula wstępuje na tron i żądzi najstarszy syn krulewski. Dlatego też nazywają go następcą tronu. Jeżeli krul umże, na tronie zasiądzie jego najstarszy syn.

— Kiedy krul ma tylko jednego syna.

— Więcej nie potżeba.

— No tak, ale syn krulewski to jest mały Maciuś — jakże on może być krulem. Maciuś nawet pisać jeszcze nie umie.

— To trudno — odpowiedział minister sprawiedliwości. — W naszym państwie jeszcze takiego wypadku nie było, ale w Hiszpanii, w Belgii i w innyh jeszcze państwah, zdażało się, że krul umierał i zostawiał małego synka. I to małe dziecko musiało być krulem.

— Tak, tak — powiedział minister poczty i telegrafu — ja widziałem nawet marki pocztowe z fotografią takiego małego krula.

— Ależ szanowni panowie — powiedział minister oświaty — to niemożliwe pżecie, żeby krul nie umiał pisać ani rahować, żeby nie umiał geografii ani gramatyki.

— I ja tak myślę — powiedział minister finansuw. — Jakże krul będzie mugł robić rahunki, jak będzie mugł rozkazywać, ile tżeba wydrukować nowyh pieniędzy, jeżeli nie umie tabliczki mnożenia?

— Najgorsze, moi panowie — powiedział minister wojny — że takiego małego krula nikt się nie będzie bał. Jak on sobie poradzi z żołnieżami i generałami.

— Ja myślę — powiedział minister spraw wewnętżnyh — że takiego małego krula nie tylko żołnieże, ale nikt nie będzie się bał. Będziemy mieli ciągle strejki i bunty. Za nic nie mogę ręczyć, jeżeli Maciusia zrobicie krulem.

— Ja nic nie wiem, co będzie — powiedział cały czerwony ze złości minister sprawiedliwości. — Wiem jedno: prawo każe, żeby po śmierci krula zasiadał na tronie jego syn.

— Ależ Maciuś jest za mały — kżyknęli wszyscy ministrowie.

I na pewno wynikłaby okropna kłutnia, ale w tej hwili otwożyły się dżwi — i wszedł na salę ambasador zagraniczny.

Dziwnie się może wyda, że ambasador zagraniczny wszedł na posiedzenie ministruw, kiedy dżwi były zamknięte na klucz. Więc muszę powiedzieć, że kiedy poszli zawołać doktora, zapomnieli zamknąć dżwi. Niektuży nawet muwili puźniej, że to była zdrada, że minister sprawiedliwości naumyślnie zostawił dżwi otwarte, bo wiedział, że ma pżyjść ambasador.

— Dobry wieczur — powiedział ambasador. — Pżyhodzę tu w imieniu mego krula i żądam, żeby krulem został Maciuś Pierwszy, a jak nie hcecie, to będzie wojna.

Prezes ministruw (najstarszy minister) bardzo się pżestraszył, ale udawał, że go to wcale nie obhodzi — napisał na arkuszu papieru niebieskim ołuwkiem: „dobże, nieh będzie wojna” — i podał ten papier zagranicznemu ambasadorowi.

Ten wziął papier, ukłonił się i powiedział:

— Dobże, napiszę o tym mojemu żądowi.

W tej hwili wszedł na salę doktur, i wszyscy ministrowie zaczęli go prosić, żeby uratował krula, bo może być wojna i nieszczęście, jeżeli krul umże.

— Ja już krulowi dałem wszystkie lekarstwa, kture znam. Postawiłem bańki i nic więcej nie mogę zrobić. Ale można zawołać jeszcze innyh doktoruw.

Ministrowie posłuhali rady, wezwali sławnyh doktoruw na naradę, jak uratować krula. Wysłali na miasto wszystkie krulewskie samohody, a sami tymczasem poprosili krulewskiego kuhaża o kolację, bo byli bardzo głodni, bo nie wiedzieli, że narada będzie taka długa — i nawet nie jedli obiadu w domu.

Kuhaż ustawił srebrne tależe, nalał do butelek najlepsze wina, bo hciał zostać na dwoże i po śmierci starego krula.

Więc ministrowie tak sobie jedzą i piją, i już im nawet zrobiło się wesoło; a w sali tymczasem zebrali się doktoży.

— Ja myślę — powiedział stary doktur z brodą — że krulowi tżeba zrobić operację.

— A ja myślę — powiedział drugi doktur — że krulowi tżeba zrobić gorący okład i żeby płukał gardło.

— I musi brać proszki — powiedział znakomity profesor.

— Na pewno krople będą lepsze — powiedział znuw inny.

Każdy z doktoruw pżywiuzł grubą książkę i pokazywał, że w jego książce napisane jest inaczej, jak leczyć taką horobę.

Już było puźno, i ministrom bardzo się spać hciało, ale musieli czekać na to, co powiedzą doktoży. I taki był hałas w całym krulewskim pałacu, że mały następca tronu, Maciuś, syn krulewski, dwa razy się już obudził.

— Tżeba zobaczyć, co się tam dzieje — pomyślał Maciuś, wstał z łużka, prędko się ubrał i wyszedł na korytaż.

Stanął pżed dżwiami stołowego pokoju, nie żeby hciał podsłuhiwać, ale w krulewskim pałacu klamki były tak wysoko, że mały Maciuś nie mugł sam dżwi otwożyć.

— Dobre wino ma krul — kżyczał minister finansuw. — Napijmy się jeszcze, moi panowie. Jeżeli Maciuś zostanie krulem, i tak wino mu niepotżebne, bo dzieciom nie wolno pić wina.

— Ani cygar nie wolno palić dzieciom. Więc można sobie wziąć trohę cygar do domu — głośno wołał minister handlu.

— A jak będzie wojna, moi kohani, ręczę wam, że z tego pałacu nic nie zostanie, bo Maciuś pżecież nas nie obroni.

Wszyscy zaczęli się śmiać i wołali:

— Pijmy zdrowie naszego obrońcy, wielkiego krula Maciusia Pierwszego.

Maciuś nie bardzo rozumiał, co oni muwili, wiedział, że tatuś jest hory i że ministrowie często się zbierali na narady. Ale dlaczego śmieją się z niego, Maciusia, i dlaczego nazywają go krulem — co to ma być za wojna — wcale nie rozumiał.

Trohę śpiący i trohę pżestraszony poszedł dalej korytażem i znuw pżez dżwi sali narad usłyszał inną rozmowę:

— A ja wam muwię, że krul umże. Możecie dawać proszki i lekarstwa — wszystko nic nie pomoże.

— Głowę daję, że krul nie pżeżyje tygodnia.

Maciuś nie słuhał więcej. Pędem pżebiegł korytaż, jeszcze dwa duże krulewskie pokoje — i bez thu dopadł do sypialni krula.

Krul leżał na łużku bardzo blady i ciężko oddyhał. A pży krulu siedział jeden ten sam poczciwy doktur, ktury i Maciusia leczył, gdy Maciuś był niezdruw.

— Tatusiu, tatusiu — kżyknął Maciuś ze łzami — ja nie hcę, żebyś ty umarł.

Krul otwożył oczy i smutnie popatżał na synka.

— I ja nie hcę umierać — powiedział krul ciho — nie hcę ciebie, synku, samego na świecie zostawiać.

Doktur wziął Maciusia na kolana — i już więcej nic nie muwili.

A Maciuś pżypomniał sobie, że już raz siedział tak pży łużku. Wtedy ojciec tżymał go na kolanah, a na łużku leżała mamusia, tak samo blada — tak samo ciężko oddyhała.

— Tatuś umże jak mamusia umarła — pomyślał Maciuś.

I straszny smutek zwalił mu się na piersi — i wielki gniew i żal do ministruw, ktuży tam się śmieją z niego Maciusia — i ze śmierci jego ojczulka.

— Już ja im odpłacę, jak będę krulem — pomyślał Maciuś.

 

Pogżeb krula odbył się z wielką paradą. Latarnie owinięte były czarną krepą. Wszystkie dzwony biły. Orkiestra grała marsza żałobnego. Jehały armaty, szło wojsko. Kwiaty musiały specjalne pżywozić pociągi z najcieplejszyh krajuw. Wszyscy byli bardzo smutni. A gazety pisały, że cały narud płacze po stracie ukohanego krula.

Maciuś smutny siedział w swoim pokoju, bo hociaż miał zostać krulem, ale stracił ojca — i teraz nikogo już nie miał na świecie.

Pamiętał Maciuś swoją mamę; to ona właśnie nazwała go Maciusiem. Hociaż mama jego była krulową, ale wcale nie byłą dumna; bawiła się i nim, klocki z nim ustawiała, opowiadała bajki, obrazki w książkah pokazywała. Z ojcem żadziej się Maciuś widywał, bo krul często wyjeżdżał do wojska, albo w gości — rużnyh kruluw pżyjmował. To znuw narady miał i posiedzenia.

Ale i krul, bywało, znajdzie dla Maciusia wolną hwilę, pobawi się w kręgle, wyjedzie z nim — krul na koniu, a Maciuś na kucu — w długie aleje krulewskiego ogrodu.

A teraz co będzie? Zawsze ten nudny zagraniczny wyhowawca, ktury ma taką minę, jakby dopiero co wypił całą szklankę mocnego octu.

I czy to znuw tak pżyjemnie być krulem? Hyba nie? Gdyby naprawdę była wojna, można by się bić pżynajmniej. Ale co ma krul do roboty podczas pokoju.

Smutno było Maciusiowi, gdy siedział samotny w swoim pokoju, i smutno było, kiedy pżez kratę krulewskiego ogrodu patżał na wesołe zabawy służby pałacowej na podwużu krulewskim.

Bawiło się siedmiu hłopcuw — najczęściej w wojsko. I zawsze prowadził ih do ataku, ćwiczył i pżewodził taki jeden nieduży strasznie wesoły hłopak. Nazywał się Felek. Hłopcy tak na niego wołali.

Hciał go Maciuś wiele razy zawołać i hoć pżez kratę trohę porozmawiać, ale nie wiedział, czy wolno i czy wypada, i nie wiedział, co powiedzieć, jak zacząć rozmowę.

Tymczasem na wszystkih ulicah rozlepiono ogromne zawiadomienia, że Maciuś został krulem, że wita swoih poddanyh, że ministrowie zostają ci sami, co dawniej, i będą młodemu krulowi pomagali w pracy.

We wszystkih sklepah pełno było fotografii Maciusia. Maciuś na kucu. Maciuś w marynarskim ubraniu. Maciuś w wojskowym stroju. Maciuś podczas pżeglądu wojsk. W kinematografah też pżedstawiano Maciusia. We wszystkih obrazkowyh tygodnikah w kraju i za granicą pełno było Maciusia.

I prawdę tżeba powiedzieć: lubili Maciusia wszyscy. Starsi żałowali go, że taki mały stracił oboje rodzicuw. Hłopcy cieszyli się, że znalazł się między nimi hociaż jeden taki, kturego muszą się wszyscy słuhać, pżed kturym nawet generałowie muszą stać na baczność, a dorośli żołnieże prezentują broń. Dziewczynkom podobał się ten mały krul na zgrabnym koniku. A już najbardziej kohały go sieroty.

Kiedy jeszcze żyła krulowa, zawsze na święta posyłała do domuw sierot cukierki. Kiedy umarła, krul rozkazał, aby nadal cukierki posyłać. I hoć Maciuś wcale o tym nie wiedział, ale w jego imieniu od dawna już posyłano dla dzieci słodycze i zabawki. Już znacznie puźniej Maciuś zrozumiał, że jeśli jest — pozycja w budżecie — to można wiele pżyjemności ludziom zrobić i wcale o tym nie wiedzieć.

W jakieś puł roku po wstąpieniu na tron — pżypadek zdażył, że Maciuś zdobył wielką popularność. To znaczy, że wszyscy o nim muwili, ale nie dlatego, że był krulem, tylko że zrobił coś, co się spodobało.

Więc opowiem, jak to było.

Maciuś pżez swojego doktora wyprosił pozwolenie na piesze pżehadzki po mieście. Długo Maciuś męczył doktora, żeby go hoć raz na tydzień zaprowadził do ogrodu, gdzie bawią się wszystkie dzieci:

— Ja wiem, że w krulewskim ogrodzie jest ładnie, ale samemu nawet w najładniejszym ogrodzie się pżykży.

Wreszcie doktur obiecał i pżez marszałka dworu udał się do zażądu pałacowego, aby opiekun krula na radzie ministruw wyjednał dla krula Maciusia pozwolenie na tży pżehadzki w odstępah dwutygodniowyh.

Dziwne się może wydać, że tak trudno krulowi iść na zwyczajny taki sobie spacer. Dodam jeszcze, że marszałek dworu tylko dlatego się zgodził, bo go doktur niedawno wyleczył z boleści, gdy zjadł nieświeżą rybę. Zażąd pałacowy już od dawna starał się o pieniądze na budowę stajni, z kturej kożystać miał i opiekun krulewski, a minister spraw wewnętżnyh zgodził się na złość ministrowi finansuw. Bo za każdy spacer krulewski policja otżymywała tży tysiące dukatuw, a wydział sanitarny beczkę kolońskiej wody i tysiąc w złocie.

Bo pżed każdym spacerem krula Maciusia — dwieście robotnikuw i sto kobiet czyściło ogrud gruntownie. Zamiatano, malowano ławki, wszystkie aleje polewano kolońską wodą i kuż wycierano z dżew i liści. Doktoży pilnowali, żeby było czysto, żeby nie było kużu, bo brud i kuż są szkodliwe dla zdrowia. A policja pilnowała, żeby podczas spaceru nie było w ogrodzie łobuzuw, ktuży żucają kamienie, popyhają, biją się i bardzo kżyczą.

Krul Maciuś bawił się doskonale. Ubrany był zwyczajnie, więc nikt nie wiedział, że to krul, bo go nie poznali. I nikomu nie pżyszło nawet do głowy, że krul może pżyjść do zwyczajnego ogrodu. Krul Maciuś dwa razy obszedł naokoło cały ogrud i prosił, że hce usiąść na ławce na placyku, gdzie bawią się dzieci. Ale jak tylko trohę siedział, doszła do niego dziewczynka i zapytała się:

— Czy kawaler hce się bawić w koło?

Wzięła Maciusia za rękę — i bawił się razem. Dziewczynki śpiewały rużne piosenki i kręciły się w kole. A potem, kiedy czekali na nową zabawę, zaczęła z nim ta dziewczynka rozmawiać.

— Czy kawaler ma siostżyczkę?

— Nie, nie mam.

— A czym jest kawalera tatuś?

— Muj tatuś umarł: on był krulem.

Dziewczynka może myślała, że Maciuś żartuje, bo się roześmiała i powiedziała:

— Gdyby muj ojczulek był krulem, musiałby mi kupić lalkę do samego sufitu.

Krul Maciuś dowiedział się, że ojciec dziewczynki jest kapitanem w straży ogniowej, że nazywa się ona Irenka i bardzo lubi strażakuw, ktuży pozwalają jej czasem jeździć na koniu.

Maciuś byłby hętnie został długo jeszcze, ale miał pozwolenie tylko do godziny czwartej minut dwadzieścia sekund czterdzieści tży.

Niecierpliwie czekał Maciuś następnej pżehadzki, ale deszcz padał, więc obawiano się o jego zdrowie.

Za drugim razem stał się z Maciusiem wypadek. Bawił się tak samo z dziewczynkami w koło; aż zbliżyło się kilku hłopcuw i jeden zawołał:

— Patżcie, hłopak bawi się z dziewczynkami.

I zaczęli się śmiać.

I krul Maciuś zauważył, że naprawdę on jeden bawi się w koło.

— Hodź lepiej z nami się bawić — powiedział hłopiec.

I Maciuś uważnie spojżał na niego:

Ah, to był właśnie Felek, ten sam Felek, z kturym Maciuś tak dawno hciał się zaznajomić.

Felek uważnie spojżał teraz na niego i zawołał na cały głos:

— Ah, jaki on podobny do krula Maciusia.

Maciusiowi strasznie się wstyd zrobiło, bo wszyscy zaczęli się na niego patżeć, więc czym prędzej hciał uciec do adiutanta, ktury także dla niepoznaki ubrany byt w zwyczajne ubranie. Ale z pośpiehu czy też ze wstydu upadł i starł sobie skurę na kolanie.

Na radzie ministruw postanowiono, że nie można pozwolić krulowi hodzić do ogrodu. Wszystko zrobią, co krul zehce, ale do ogrodu zwyczajnego hodzić nie może, bo tam są niegżeczne dzieci, kture go zaczepiły i śmiały się z niego, a rada ministruw nie może pozwolić, żeby się z krula śmieli, bo na to nie pozwala honor krulewski.

Zmartwił się bardzo Maciuś, i długo myślał o tyh swoih dwuh wesołyh zabawah w zwyczajnym ogrodzie, aż pżypomniał sobie życzenie Irenki.

— Ona hce mieć lalkę do samego sufitu.

Ta myśl nie dawała mu spokoju.

— Pżecież jestem krulem, więc mam prawo rozkazywać. A tymczasem muszę się wszystkih słuhać. Uczę się czytać i pisać tak samo, jak wszystkie dzieci. Muszę myć uszy, szyję i zęby tak samo, jak wszystkie dzieci. Tabliczka mnożenia jest taka sama dla kruluw, jak dla wszystkih. Więc po co mi jest być krulem.

Zbuntował się Maciuś i podczas audiencji zażądał bardzo głośno od prezesa ministruw, żeby kupiono lalkę największą, jaka jest na świecie i posłano Irence.

— Wasza Królewska Mość zauważyć raczy — począł muwić prezes ministruw.

Maciuś od razu się domyślił, co nastąpi; ten nieznośny człowiek będzie długo muwił wiele niezrozumiałyh żeczy — i w końcu nic z lalki nie będzie. Pżypomniał sobie Maciuś, jak raz ojcu ten sam minister tak samo zaczął coś tłomaczyć; wtedy krul tupnął nogą i powiedział:

— Ja tego żądam nieodwołalnie.

Więc i Maciuś tak samo tupnął nogą i bardzo głośno powiedział:

— Panie ministże, wiedz, że ja tego żądam nieodwołalnie.

Prezes ministruw spojżał zdziwiony na Maciusia, potem zanotował coś sobie w notesie i mruknął:

— Pżedstawię żądanie waszej krulewskiej mości na radzie ministruw.

Co muwiono na radzie ministruw, nikt nie wie, bo narada odbyła się pży dżwiah zamkniętyh. Postanowiono jednak lalkę kupić, i minister handlu dwa dni biegał po sklepah i oglądał największe lalki. Ale tak dużej lalki nigdzie nie było. Wtedy minister handlu wezwał na naradę wszystkih pżemysłowcuw, i jeden fabrykant podjął się w cztery tygodnie żądaną lalkę za drogie pieniądze zrobić w swojej fabryce. A kiedy lalka była gotowa, wystawił ją w oknie swego sklepu z napisem: dostawca dworu jego krulewskiej mości wykonał tę lalkę dla Irenki, curki kapitana straży ogniowej.

Zaraz gazety podały fotografię straży ogniowej podczas gaszenia pożaru, fotografię Irenki i lalki. Muwiono, że krul Maciuś bardzo lubi patżeć, jak straż ogniowa jedzie i jak się pali. Ktoś napisał list do gazety, że gotuw jest spalić swuj dom, jeżeli ukohany krul Maciuś lubi pożary. Wiele dziewczynek napisało listy do krula Maciusia, że też bardzo pragną mieć lalki. Ale sekretaż dworu listuw tyh wcale Maciusiowi nie czytał, bo zabronił mu surowo zagniewany prezes ministruw.

Pżed sklepem pżez tży dni stały tłumy ludzi, patżąc na krulewski podarek, i dopiero na czwarty dzień z rozpożądzenia prefekta policji lalkę z wystawy wyjęto, żeby nie pżeszkadzali pżejeżdżać tramwajom i samohodom.

Długo muwiono o lalce i o Maciusiu, ktury Irence taki piękny dał podarunek.

 

Maciuś wstawał o godzinie 7-ej rano, sam się mył i ubierał, sam czyścił buty i słał łużko. Taki zwyczaj wprowadził jeszcze pradziadek Maciusia, waleczny krul Paweł Zwycięzca. Maciuś umyty i ubrany wypijał kieliszek tranu i zasiadał do śniadania, kture nie mogło trwać dłużej niż minut szesnaście, sekund tżydzieści pięć. Tak długo bowiem jadał wielki dziadek Maciusia, dobry krul Juliusz Cnotliwy. Potem Maciuś szedł do sali tronowej, gdzie było bardzo zimno, i pżyjmował ministruw. W sali tronowej nie było pieca, bo prababka krula Maciusia, rozumna Anna Nabożna, kiedy była jeszcze mała, omal się nie zaczadziła i na pamiątkę jej szczęśliwego ocalenia postanowiono do pałacowego ceremoniału wprowadzić zasadę, aby sala tronowa nie miała pieca pżez całyh lat pięćset.

Siedział Maciuś na tronie i szczękał z zimna zębami, a ministrowie muwili mu, co się dzieje w całym państwie. To było bardzo niepżyjemne, bo jakoś wszystkie wiadomości były niewesołe.

Minister spraw zagranicznyh opowiadał, kto się gniewa i kto hce się pżyjaźnić z ih państwem — i Maciuś nie rozumiał z tego nic prawie.

Minister wojny wyliczał, ile fortec jest zepsutyh, ile armat się zniszczyło, że wcale z nih stżelać nie można, i ilu żołnieży jest horyh.

Minister kolei tłomaczył, że tżeba kupić nowe lokomotywy.

Minister oświaty skarżył się, że dzieci źle się uczą, spuźniają się do szkoły, że hłopcy palą po kryjomu papierosy i wydzierają stronice z kajetuw. Dziewczynki obrażają się i kłucą, hłopcy się biją, kamieniami żucają i tłuką szyby.

A minister finansuw ciągle się gniewał, że nie ma pieniędzy, że nie hce kupić ani nowyh armat, ani nowyh maszyn, bo to za drogo kosztuje.

Potem Maciuś szedł do parku i godzinę mugł sobie biegać i bawić się. Ale sam jeden nie bardzo dobże się bawił.

Więc dość hętnie wracał na lekcje. Uczył się Maciuś dobże, bo wiedział, że bez nauki trudno być krulem. Toteż bardzo prędko nauczył się podpisywać swoje imię z bardzo długim zakrętasem. I musiał się uczyć francuskiego i innyh rużnyh językuw, żeby mugł rozmawiać z innymi krulami, jak do nih pojedzie z wizytą.

Maciuś jeszcze hętniej i lepiej by się uczył, gdyby mugł zadawać rużne pytania, kture mu pżyhodziły do głowy.

Pżez długi czas myślał Maciuś nad tym, czy można wynaleźć takie szkło palące, kture na odległość zapala proh. Gdyby Maciuś wymyślił takie szkło, toby wypowiedział wojnę wszystkim krulom i w pżeddzień bitwy wysadziłby w powietże wszystkie niepżyjacielskie prohownie. Wygrałby wojnę, bo tylko on jeden miałby proh. I wtedy od razu stałby się wielkim krulem, hociaż jest taki mały. I cuż, nauczyciel wzruszył ramionami, skżywił się i nic mu nie odpowiedział.

Innym razem zapytał się Maciuś, czy nie mogłoby tak być, żeby ojciec, jak umiera, oddawał synowi swuj rozum. Ojciec Maciusia, Stefan Rozumny, bardzo był mądry. I oto teraz Maciuś siedzi na tym samym tronie i nosi tę samą koronę, ale musi od początku uczyć się wszystkiego — i nawet nie wie, czy kiedykolwiek tyle będzie umiał, co jego ojciec. A tak toby z koroną i tronem otżymał i męstwo po pradziadku Pawle Zwycięzcy, nabożność po babci i całą wiedzę ojca.

Ale i to pytanie nie znalazło życzliwego pżyjęcia.

Długo, bardzo długo myślał Maciuś, czy nie można zdobyć czapki-niewidki. Jakby to było dobże: włożył Maciuś taką czapkę, może sobie wszędzie hodzić i nikt go nie widzi. Powiedziałby, że go głowa boli, więc pozwoliliby mu w dzień leżeć w łużku, wyspałby się dobże. A w nocy włożyłby czapkę niewidkę i poszedł sobie na miasto, hodził po stolicy, oglądałby wystawy sklepowe, poszedłby do teatru.

Raz jeden tylko był Maciuś w teatże na pżedstawieniu galowym, kiedy jeszcze tatuś i mama żyli — nic prawie nie pamięta, bo był wtedy bardzo mały, ale wie, że było pżeślicznie.

Gdyby Maciuś miał czapkę-niewidkę, wyszedłby z parku na pałacowe podwuże i zaznajomiłby się z Felkiem, i po pałacu mugłby wszędzie hodzić, poszedłby do kuhni popatżyć, jak się gotuje jedzenie, do stajni — do koni, do tyh rużnyh budynkuw, gdzie teraz whodzić mu nie wolno.

Dziwne się może wydać, że krulowi tyle żeczy może być zabronione. Muszę więc wyjaśnić, że na dworah krulewskih jest bardzo surowa — etykieta. Etykieta — to znaczy, że — tak zawsze krulowie robili i inaczej nowemu krulowi nie wolno, bo gdyby hciał coś zrobić inaczej, to straciłby honor i wszyscy pżestaliby go się bać i szanować. Bo toby znaczyło, że nie szanuje swojego wielkiego ojca — krula, albo dziadka czy pradziadka — krula. Jeżeli tylko krul hce coś zrobić inaczej, to musi się zapytać mistża ceremonii, ktury pilnuje dworskiej etykiety i wie, co zawsze robili krulowie.

Muwiłem już, że śniadanie krula Maciusia trwało minut 16, sekund 30, bo tak robił jego dziadek, i że w sali tronowej nie było pieca, bo tak hciała jego babka, ktura dawno umarła, i już nie można się spytać, czy teraz piec już postawić pozwoli.

Czasem krul może coś troszkę zmienić, ale wtedy odbywają się długie narady, tak jak to było ze spacerem Maciusia. Więc niepżyjemnie jest o coś prosić i potem długo czekać.

Krul Maciuś był w gorszym położeniu, niż inni krulowie, bo etykieta ułożona była pżecież dla dorosłyh kruluw, a Maciuś był dzieckiem. Więc tżeba było trohę zmienić. Więc dlatego Maciuś zamiast smacznego wina musiał pić dwa kieliszki tranu, ktury wcale mu nie smakował. Dlatego więc zamiast czytania gazet, pżeglądał tylko obrazki; bo czytał jeszcze nie bardzo dobże.

Wszystko byłoby inaczej, gdyby Maciuś miał rozum ojca-krula i czarodziejską czapkę niewidkę. Wtedy byłby naprawdę krulem, a tak to — sam często nie wiedział, czy nie lepiej było urodzić się zwyczajnym hłopcem, hodzić do szkoły, wydzierać stronice z kajetuw i żucać kamienie.

Aż pżyszło raz Maciusiowi na myśl, że jeśli nauczy się pisać, napisze na kartce list do Felka — i może mu Felek odpowie — i w ten sposub będzie tak, jakby z Felkiem rozmawiał.

Od tej pory krul Maciuś wziął się do nauki pisania na dobre. Całe dnie pisał, pżepisywał z książki powiastki i wierszyki. I gdyby mu pozwolono, nawet do krulewskiego ogrodu nie hodziłby wcale, tylko od rana do wieczora pisał. Nie mugł tego robić, bo etykieta i ceremoniał dworski wymagał, żeby krul wprost z sali tronowej wyhodził do ogrodu. I już dwudziestu lokajuw było pżygotowanyh, żeby otwożyć dżwi z sali do ogrodu. Gdyby Maciuś nie wyszedł do ogrodu, tyh dwudziestu lokajuw nie miałoby żadnej roboty i im by się bardzo nudziło.

Może ktoś powie, że pżecież żadna robota otwożyć dżwi. Tak powie ten, kto nie zna dworskiej etykiety. Więc muszę objaśnić, że lokaje ci mieli zajętyh całe pięć godzin. Każdy rano brał zimną kąpiel, potem fryzjer ih czesał, golił im wąsy i brody — a ubranie musiało być czyste, żeby na niem nie było ani jednego pyłka, bo tżysta lat temu, biedy panował krul Henryk Porywczy — raz z jednego lokaja skoczyła phła na berło krulewskie, więc temu niedbalcowi kat obciął głowę, a marszałek dworu ledwie uniknął śmierci. Od tej pory sam nadzorca sprawdzał czystość lokajuw, ktuży ubrani, wykąpani i czyści, już od godziny jedenastej minut siedem, stali w korytażu i czekali do pierwszej i minut siedmnaście, żeby ih sam mistż ceremonii obejżał. Musieli się bardzo pilnować, bo za niezapięty guzik groziło im sześć lat więzienia, za złe uczesanie cztery lat ciężkih robut, za nie dość zręczny ukłon — dwa miesiące aresztu o hlebie i wodzie.

O tym wszystkim Maciuś już trohę wiedział — więc nawet mu do głowy nie pżyszło, żeby nie wyjść do parku; a zresztą kto wie: może by znaleźli gdzie w historii, że kturyś krul wcale do ogrodu nie wyhodził — i powiedzieliby, żeby Maciuś do tego się właśnie stosował. I na nic byłaby wuwczas umiejętność pisania, bo jak by mugł Maciuś Felkowi list swuj pżez kratę oddać.

Maciuś był zdolny i miał silną wolę. Powiedział:

— Za miesiąc pierwszy list do Felka napiszę.

I mimo pżeszkud, tak dużo pisał i pisał, że po miesiącu już bez niczyjej pomocy list do Felka był gotuw.

„Kohany Felku — pisał Maciuś — już dawno patżę, jak wy się wesoło bawicie na podwużu. I bardzo hcę się też bawić. Ale jestem krulem, więc nie mogę. Ale ty mi się bardzo podobasz. Napisz, kto jesteś, bo hcę się z tobą zaznajomić. Jeżeli tatuś twuj jest wojskowy, może pozwolą ci czasem pżyjść do krulewskiego ogrodu.

Maciuś — Król”

Mocno biło serce Maciusiowi, kiedy zawołał pżez kratę Felka i oddał mu swoją kartkę.

I bardzo mocno biło mu serce, kiedy na drugi dzień tą samą drogą otżymał odpowiedź.

„Krulu — pisał Felek — muj tatuś jest plutonowym straży pałacowej i jest wojskowy — i ja bardzo hcę być w krulewskim ogrodzie. I jestem ci, krulu, wierny, i gotuw jestem iść za ciebie w ogień i wodę i bronić ciebie do ostatniej kropli krwi. Ile razy będziesz potżebował pomocy, gwizdnij tylko, a stawię się na pierwsze wezwanie.

Felek”

Maciuś położył ten list na samo dno szuflady, pod wszystkie książki — i zaczął się gorliwie uczyć gwizdać. — Maciuś był ostrożny, nie hciał się zdradzić: jeżeli zażąda wpuszczenia Felka do ogrodu, zaczną się zaraz narady: a dlaczego, a skąd wie, jak się Felek nazywa, a jak się poznali. A co będzie, jeśli wyśledzą i wreszcie nie pozwolą. Syn plutonowego — żeby hociaż porucznika. Synowi oficera może by pozwolili, ale tak to się na pewno nie zgodzą.

— Tżeba poczekać jeszcze — zdecydował Maciuś. — Tymczasem nauczę się gwizdać.

Wcale niełatwo nauczyć się gwizdać, jeśli nie ma nikogo, kto by pokazał. Ale Maciuś miał silną wolę, więc się nauczył.

I gwizdnął.

Gwizdnął tylko na prubę, żeby się pżekonać, czy umie. I jakież było jego zdumienie, gdy w hwilę puźniej stanął pżed nim wyciągnięty jak struna — Felek we własnej osobie.

— Jakeś ty się tu dostał?

— Pżelazłem pżez kratę.

W ogrodzie krulewskim rosły bardzo gęste maliny. Więc tam ukrył się krul Maciuś ze swym pżyjacielem, żeby się naradzić, co dalej robić.

— Słuhaj Felku, jestem bardzo nieszczęśliwym krulem. Od czasu kiedy nauczyłem się pisać, podpisuję wszystkie papiery, nazywa się, że żądzę całym państwem, a właściwie robię to, co mi każą, a każą mi robić same nudne żeczy i zabraniają wszystkiego, co pżyjemne.

— A ktuż waszej krulewskiej mości zabrania i rozkazuje?

— Ministrowie — powiedział Maciuś. — Kiedy był tatuś, robiłem, co on kazał.

— No tak, byłeś wuwczas krulewską wysokością, następcą tronu, a tatuś twuj był jego krulewską mością — krulem. — Ale teraz...

— Właśnie teraz jest stokroć gożej. Tyh ministruw jest cała kupa.

— Wojskowi czy cywile?

— Jeden jest tylko wojskowy, minister wojny.

— A reszta cywile?

— Ja nie wiem, co znaczy cywile.

— Cywile — to tacy, ktuży nie noszą munduruw i szabel.

— No tak, cywile.

Felek włożył do ust pełną garść malin i głęboko się zamyślił. Po czym powoli i z pewnym wahaniem zapytał:

— Czy w ogrodzie krulewskim są wiśnie?

Zdziwiło Maciusia to pytanie, ale że miał do Felka duże zaufanie, więc wyznał, że są wiśnie i gruszki i obiecał, że będzie pżez kratę podawał je Felkowi, ile ten tylko zapragnie.

— Więc dobże: widywać się często nie możemy, bo mogą nas wyśledzić. Będziemy udawali, że się zupełnie nie znamy. Będziemy pisywali listy. Listy te kłaść będziemy na parkanie (obok listu mogą leżeć wiśnie), jak już ta tajna korespondencja będzie leżała, Wasza krulewska Mość gwizdnie — i ja wszystko zabiorę.

— A jak ty mi odpiszesz, ty gwizdniesz — ucieszył się Maciuś.

— Na krula się nie gwiżdże — powiedział Felek porywczo. Ja mogę dać hasło kukułki. Stanę sobie z daleka i będę kukał.

— Dobże — zgodził się Maciuś. — A kiedy znuw pżyjdziesz?

Felek długo coś ważył w sobie, wreszcie odpowiedział:

— Ja tu pżyhodzić bez pozwolenia nie mogę. Muj ojciec jest plutonowym i ma bardzo dobry wzrok. Ojciec mi nie pozwala zbliżać się nawet bardzo do parkanu krulewskiego ogrodu i wiele razy mi zapowiadał: „Felek, upżedzam cię — żeby ci kiedy nie stżeliło do głowy wybrać się na wiśnie do krulewskiego ogrodu — bo pamiętaj: jak ci jestem rodzonym ojcem, że gdyby cię tam pżyłapano, skurę z ciebie zedrę, żywego z rąk nie puszczę”.

Maciuś się stropił.

To byłoby straszne: znalazł z takim trudem pżyjaciela. I oto z jego, Maciusia, winy — ten pżyjaciel ma być ze skury odarty. Nie, zaprawdę, zbyt to już wielkie niebezpieczeństwo.

— No, a jakże teraz wrucisz do domu? — zapytał niespokojnie Maciuś.

— Nieh wasza krulewska mość się oddali: ja sobie jakoś poradzę.

Maciuś uznał słuszność tej rady i wyszedł z zarośli. Czas był po temu najwyższy, bo zagraniczny guwerner, zaniepokojony nieobecnością krula, bacznie rozglądał się po krulewskim ogrodzie.

Maciuś i Felek działali wspulnie teraz, hoć pżedzieleni kratą. Maciuś wzdyhał często w obecności doktora, ktury co tydzień ważył go i mieżył, żeby się pżekonać jak rośnie mały krul i kiedy będzie już duży; żalił się na samotność i raz nawet wspomniał ministrowi wojny, że bardzo hciałby się uczyć musztry.

— Może pan minister zna jakiegoś plutonowego, ktury by mugł mi udzielać lekcji.

— Owszem, hwalebne jest dążenie Waszej krulewskiej Mości, by zdobyć wiadomości wojskowe. Dlaczego jednak ma to być plutonowy?

— Może być nawet syn plutonowego — powiedział Maciuś uradowany.

Minister wojny zmarszczył brwi i zanotował żądanie krula.

Maciuś westhnął; wiedział już, co mu odpowie:

— Żądanie waszej kr. mości wniosę na najbliższe posiedzenie rady ministruw.

Nic z tego nie będzie; pżyślą mu pewnie jakiegoś starego generała.

Stało się jednak inaczej.

Na najbliższym posiedzeniu ministruw jeden był tylko temat rozmuw i narad:

Krulowi Maciusiowi wypowiedziały wojnę tży naraz państwa.

Wojna!

Nie darmo był Maciuś prawnukiem mężnego Pawła Zwycięzcy: krew w nim zagrała.

Ah, gdyby mieć szkło, zapalające niepżyjacielski proh na odległość i czapkę niewidkę.

Maciuś czekał do wieczora, czekał nazajutż do południa. I nic. O wojnie doniusł mu Felek. Na popżednie kartki Felek kukał tylko tży razy, tym razem zakukał hyba ze sto razy. Maciuś zrozumiał, że kartka zawierać będzie wiadomość niezwykłą. Nie wiedział jednak, że aż tak niezwykłą. Wojny już dawno nie było, bo Stefan Rozumny tak jakoś umiał żyć z sąsiadami, że hoć pżyjaźni wielkiej nie było, ale i walki otwartej sam nie wypowiadał ani nikt jemu wypowiedzieć się nie ośmielał.

To jasne: skożystali, że Maciuś jak mały i niedoświadczony. Ale tym silniej pragnął Maciuś dowieść, te się omylili, że hoć mały, krul Maciuś kraj swuj obronić potrafi. Kartka Felka głosiła:

„Tży państwa wypowiedziały waszej krulewskiej mości wojnę. Ojciec muj zawsze obiecywał, że na pierwszą wieść o wojnie upije się z radości. Czekam na to, bo zobaczyć się musimy”.

I Maciuś czekał: myślał, że tego dnia jeszcze wezwą go na nadzwyczajne posiedzenie rady — i że teraz on, Maciuś, on — krul prawowity — obejmie ster państwa. Narada jakaś istotnie się w nocy odbyła, ale Maciusia nie wezwano.

A nazajutż zagraniczny nauczyciel odbył z nim lekcję, jak zwykle.

Maciuś znał etykietę dworską, wiedział, że krulowi nie wolno kaprysić, upierać się i złościć, tym bardziej w takiej hwili nie hciał w czymkolwiek ubliżyć godności i krulewskiemu honorowi. Tylko brwi miał zsunięte i czoło zmarszczone i kiedy podczas lekcji spojżał w lustro, pżyszło mu na myśl:

— Wyglądam tak prawie, jak krul Henryk Porywczy.

Czekał Maciuś na godzinę audiencji.

Ale kiedy mistż ceremonii oznajmił, że audiencja jest odwołana, Maciuś spokojny, ale bardzo blady, powiedział stanowczo:

— Żądam, aby bezzwłocznie wezwano do sali tronowej ministra wojny.

„Wojny” Maciuś powiedział z takim naciskiem, że mistż ceremonii od razu zrozumiał, że Maciuś wie już o wszystkim.

— Minister wojny jest na posiedzeniu.

— To i ja będę na posiedzeniu — odparł krul Maciuś i skierował swe kroki w stronę sali sesjonalnej.

— Wasza kr. mość raczy jedną tylko hwilę zaczekać. Wasza kr. mość raczy się zlitować nade mną. Mnie nie wolno. Ja jestem odpowiedzialny.

I stary rozpłakał się na głos.

Żal się Maciusiowi zrobiło starego, ktury istotnie wiedział dokładnie, co może krul robić, a co nie wypada. Nieraz w długie wieczory siedzieli razem pży kominku, i pżyjemnie było słuhać ciekawyh opowieści o krulu-ojcu i krulowej-mamie, o etykiecie dworskiej, balah zagranicznyh, galowyh pżedstawieniah w teatrah, manewrah wojskowyh, w kturyh krul brał udział.

Maciuś nie miał czystego sumienia. To pisywanie listuw do syna plutonowego było wielkim uhybieniem, potajemne zrywanie wisien i malin dla Felka dręczyło Maciusia najbardziej. Wprawdzie ogrud należał do niego, wprawdzie zrywał owoce nie dla siebie, a na podarek; ale czynił to ukradkiem, i kto wie, czy nie splamił tym rycerskiego honoru swyh wielkih pżodkuw.

Zresztą nie darmo był Maciuś wnukiem świętobliwej Anny Nabożnej. Maciuś miał dobre serce, wzruszyły go łzy starego. I byłby może Maciuś popełnił znuw niewłaściwość, dając poznać swoje wzruszenie, lecz w porę się opamiętał i tylko mocniej zmarszczywszy czoło, hłodno powiedział:

— Czekam dziesięć minut.

Mistż ceremonii wybiegł. Zakotłowało się w zamku krulewskim.

— Skąd Maciuś się dowiedział? — wołał zirytowany minister spraw wewnętżnyh.

— Cuż ten smarkacz robić zamieża? — kżyknął w uniesieniu prezes ministruw.

Aż minister sprawiedliwości pżywołał go do pożądku:

— Panie prezydencie ministruw, prawo zabrania na oficjalnyh posiedzeniah odzywać się w ten sposub o krulu. Prywatnie może pan muwić, co się panu podoba, ale narada nasza jest oficjalna. I wolno panu tylko — myśleć, ale nie — muwić.

— Narada została pżerwana — prubował się bronić pżestraszony prezes.

— Należało oznajmić, że pan pżerywa posiedzenie. Jednakże pan tego nie zrobił.

— Zapomniałem, pżepraszam.

Minister wojny spojżał na zegarek:

— Panowie, krul dał nam dziesięć minut. Cztery minuty pżeszły. Więc się nie kłućmy. Jestem wojskowy i muszę spełnić wyraźny rozkaz krulewski.

Miał się czego obawiać biedny prezes ministruw; na stole leżał arkusz papieru, na kturym wyraźnie napisane było niebieskim ołuwkiem:

„Dobże, nieh będzie wojna”.

Łatwo było udawać odważnego wtedy, ale teraz trudno za nieostrożnie napisane słowa odpowiadać. Zresztą co powiedzieć, gdy krul zapyta, dlaczego wuwczas tę kartkę napisał? Toć zaczęło się wszystko od tego, że po śmierci starego krula nie hcieli wybrać Maciusia.

Wiedzieli o tym wszyscy ministrowie i nawet po trohu się cieszyli, bo nie lubili prezesa ministruw, że zbytnio się rozpożądzał i już zanadto był dumny.

Nikt nie hciał nic radzić, a każdy myślał, co zrobić, żeby na kogoś innego padł gniew krulewski za zatajenie tak ważnej wiadomości.

— Pozostała minuta — powiedział minister wojny; zapiął guzik, poprawił ordery, podkręcił wąsa, wziął ze stołu rewolwer — i w minutę puźniej stał już wyprostowany pżed krulem.

— Więc wojna? — zapytał ciho Maciuś.

— Tak jest, mości krulu.

Maciusiowi kamień spadł z serca: bo dodać muszę, że i Maciuś spędził te 10 minut w wielkim niepokoju:

A może Felek tak tylko napisał? A może nieprawda? A może zażartował?

Krutkie: „tak jest” uhylało wszelkie wątpliwości. Jest wojna i to duża wojna. Hcieli załatwić bez niego. A Maciuś sobie tylko wiadomym sposobem odkrył tajemnicę.

W godzinę puźniej hłopcy kżyczeli na cały głos:

— Dodatek nadzwyczajny: Pżesilenie ministerialne.

To znaczy, że ministrowie się pokłucili.

 

Pżesilenie ministerialne było takie: prezes udał obrażonego i nie hciał być więcej najstarszym ministrem. Minister kolei powiedział, że wojska wozić nie może, bo nie ma parowozuw tyle, ile potżeba. Minister oświaty powiedział, że nauczyciele pewnie pujdą na wojnę, więc w szkołah jeszcze więcej tłuc będą szyb i niszczyć ławek, więc i on się zżeka.

Na godzinę czwartą zwołana została nadzwyczajna narada.

Krul Maciuś, kożystając z zamieszania, wymknął się do krulewskiego ogrodu i pżeraźliwie gwizdnął raz i drugi, ale Felek się nie pokazał.

Kogo tu się poradzić w tak ważnej hwili. Maciuś czuł, że cięży na nim wielka odpowiedzialność, a nie widział drogi: co robić.

Nagle pżypomniał sobie Maciuś, że każdą ważną sprawę rozpocząć należy modlitwą. Tak go uczyła niegdyś jego dobra mama.

Krul Maciuś krokiem stanowczym zagłębił się dalej, gdzie go nikt nie widział, i gorącą modlitwę skierował do Boga:

— Jestem małym hłopcem — modlił się Maciuś — bez twojej, Boże, pomocy, nie dam rady. Z twojej woli otżymałem koronę krulewską, więc pomuż mi, bo w wielkim jestem frasunku.

Długo prosił Maciuś Boga o pomoc i łzy gorące spływały mu po tważy. Ale pżed Bogiem nawet krulowi nie wstyd płakać. Modlił się krul Maciuś na pżemian i płakał.

Aż zasnął, wsparłszy się o pień ściętej bżozy.

I śniło mu się, że ojciec jego siedział na tronie; a pżed nim stali wyprostowani wszyscy ministrowie. Nagle wielki zegar sali tronowej, ostatni raz nakręcony czterysta lat temu — zadzwonił tak, jak dzwon kościelny. Mistż ceremonii wszedł do sali, a za nim 20 lokajuw wniosło złotą trumnę. Wtedy krul ojciec zszedł z tronu i położył się do tej trumny, mistż ceremonii zdjął koronę z głowy ojca i włożył ją na głowę Maciusia. Maciuś hciał usiąść na tronie: ale patży — tam znuw siedzi jego ojciec, ale już bez korony i taki jakoś dziwny, jakby cień tylko. I ojciec powiedział:

— Maciusiu, mistż ceremonii oddał ci moją koronę, a ja ci daję — muj rozum.

I cień krula wziął w ręce głowę — i Maciusiowi aż serce zabiło, co to teraz będzie.

Ale ktoś szarpnął Maciusia — i Maciuś się obudził.

— Wasza kr. mości, godzina czwarta się zbliża.

Podniusł się Maciuś z trawy, na kturej spał pżed hwilą — i jakoś pżyjemniej mu było, niż kiedy wstawał z łużka. Nie wiedział Maciuś, że niejedną noc spędzi tak pod niebem na trawie, że na długo pożegna się ze swym krulewskim łużkiem.

I tak jak mu się śniło, mistż ceremonii podał Maciusiowi koronę. I punkt o czwartej w sali posiedzeń zadzwonił krul Maciuś i powiedział:

— Panowie, zaczynamy obrady.

— Proszę o głos — odezwał się prezes ministruw.

I zaczął długą pżemowę o tym, że nie może dłużej pracować, że pżykro mu zostawić krula samego w tak ciężkiej hwili, że jednak musi odejść, że jest hory.

To samo powiedziało cztereh innyh ministruw.

Maciuś ani trohę się nie pżestraszył, tylko odpowiedział:

— Wszystko to bardzo piękne, ale teraz jest wojna — i nie ma czasu na horoby i zmęczenia. Pan, panie prezydencie ministruw, zna wszystkie sprawy, więc musi pan zostać. Jak wygram wojnę, to pomuwimy jeszcze.

— Ależ w gazetah pisali, że ja ustępuję.

— A teraz napiszą, że pan zostaje, bo taką jest moja — prośba.

Krul Maciuś hciał powiedzieć:

— Taki muj rozkaz.

Ale widocznie cień ojca poradził mu w tak ważnej hwili zamienić wyraz: rozkaz na: prośba.

— Panowie, musimy bronić ojczyzny, musimy bronić naszego honoru.

— Więc wasza kr. mość będzie się biła z tżema państwami? — spytał minister wojny.

— A cuż pan hcesz, panie ministże, żebym ih prosił o pokuj? Jestem prawnukiem Juliana Zwycięzcy. Bóg nam dopomoże.

Spodobała się ministrom taka pżemowa, a prezes zadowolony był, że go krul prosi. Jeszcze się trohę na niby upierał, ale się zgodził zostać.

Długo trwała narada, a gdy się skończyła, hłopcy na ulicah kżyczeli:

— Dodatek nadzwyczajny. Konflikt zażegnany.

Co znaczy, że ministrowie się już pogodzili.

Maciuś był trohę zdziwiony, że w naradah nic o tym nie wspominano, że on Maciuś ma mieć pżemowę do ludu, że na białym koniu jehać będzie na czele dzielnego wojska. Muwili o kolejah, pieniądzah, suharah, butah dla wojska, o sianie, owsie, wołah i świniah, jakby nie o wojnę szło, a o jakieś całkiem inne żeczy.

Bo Maciuś słyszał wiele o dawnyh wojnah, ale nie znał wcale wojny wspułczesnej. Miał ją dopiero poznać, miał niezadługo zrozumieć, po co są te suhary i buty i co one z wojną mają wspulnego.

Niepokuj Maciusia wzrusł, gdy nazajutż o zwykłej poże zjawił się jego zagraniczny guwerner na lekcję.

Zaledwo jednak połowa lekcji pżeszła, gdy odwołano Maciusia do sali tronowej.

— To wyjeżdżają posłowie państw, kture wypowiedziały nam wojnę.

— A dokąd oni jadą?

— Do siebie.

Dziwne się Maciusiowi zdawało, że im tak wolno spokojnie wyjehać, wolał to jednakże, niż gdyby ih wbito na pal albo poddano torturom.

— A po co oni pżyszli?

— Pożegnać się z waszą krulewską mością.

— Czy ja mam być obrażony? — zapytał się ciho, żeby lokaje nie słyszeli, boby stracili dla niego szacunek.

— Nie, wasza krulewska mość pożegna się z nimi upżejmie. Zresztą już oni to sami zrobią.

Posłowie nie byli ani związani, ani nie mieli łańcuhuw na nogah i rękah.

— Pżyszliśmy pożegnać waszą krulewską mość. Jest nam bardzo pżykro, że wojna być musi. Robiliśmy wszystko, aby nie dopuścić do wojny. Trudno, nie udało się. Zmuszeni jesteśmy zwrucić waszej kr. mości otżymane ordery, bo nie wypada nam nosić orderuw państwa, z kturym nasze żądy prowadzą wojnę.

Mistż ceremonii odebrał od nih ordery.

— Dziękujemy waszej krulewskiej mości za gościnę w jego pięknej stolicy, skąd wynosimy najmilsze wspomnienia. I nie wątpimy, że drobny zatarg prędko się skończy — i dawna serdeczna pżyjaźń znuw spżymieży nasze żądy.

Maciuś wstał i głosem spokojnym odpowiedział:

— Powiedzcie waszym żądom, że rad jestem szczeże, że wojna wybuhła. Postaram się możliwie prędko was zwyciężyć — a warunki pokoju postawię łagodne. Tak czynili moi pżodkowie.

Uśmiehnął się z lekka jeden z posłuw, nastąpił głęboki ukłon — mistż ceremonii udeżył tży razy w podłogę srebrną laską i powiedział:

— Audiencja skończona.

Mowa krula Maciusia, powtużona pżez wszystkie pisma, wzbudziła zahwyt.

Pżed pałacem krulewskim zebrał się ogromny tłum. Wiwatom nie było końca.

Tak upłynęły tży dni. I krul Maciuś na prużno czekał, kiedy go wreszcie wezwą. Bo pżecież nie na to jest wojna, żeby krulowie uczyli się gramatyki, pisali dyktando i rozwiązywali zadania arytmetyczne.

Mocno zafrasowany szedł Maciuś po ogrodzie, gdy usłyszał znane hasło kukułki.

Hwila — i ma w ręku cenny list od Felka.

„Jadę na front. Ojciec się upił, tak jak zapowiedział, ale zamiast położyć się spać, zaczął szykować wszystko do drogi. Nie znalazł manierki, składanego noża i pasa do patronuw. Myślał, że to ja wziąłem — i sprał mnie na całego. Dziś albo jutro w nocy uciekam z domu. Byłem na kolei. Żołnieże obiecali mnie wziąć ze sobą. Jeśli wasza kr. mość hce mi dać jakieś polecenie, czekam o godz. siudmej. Pżydałaby mi się na drogę kiełbasa, najlepiej suszona, flaszka wudki i trohę tytuniu”.

Pżykre to, gdy krul musi się hyłkiem wymykać z pałacu, jak żezimieszek. Gożej, gdy tę wycieczkę popżedza ruwnie potajemna wyprawa do stołowego pokoju, gdzie jednocześnie ginie butelka koniaku, puszka z kawiorem i wielki kawał łososia.

— Wojna! — myślał Maciuś. Pżecież na wojnie zabijać nawet wolno.

Maciuś był bardzo smutny, a Felek promieniał:

— Koniak lepszy jeszcze od wudki. Nie szkodzi, że nie ma tytuniu. Felek nasuszył sobie liści, a potem dostawać będzie zwykłą porcję żołnierską. Dobra nasza. Szkoda tylko, że głuwnodowodzący wojskami — fujara.

— Jak to fujara — kto taki?

Maciusiowi krew udeżyła do głowy. Znuw oszukali go ministrowie. Okazuje się, że wojska już od tygodnia są w drodze, że się odbyły już dwie nie bardzo udane bitwy, że na czele wojska poszedł stary generał, o kturym nawet ojciec Felka, co prawda, trohę pijany, powiedział: cymbał. Maciuś pojedzie może raz jeden i to w takie miejsce, gdzie nic mu grozić nie będzie. Maciuś będzie się uczył, a narud będzie go bronił. Jak pżywiozą rannyh do stolicy, Maciuś odwiedzi ih w szpitalu; a jak zabiją generała, Maciuś będzie na pogżebie.

— Jakże to? Więc nie ja będę bronił narud, tylko narud mnie będzie bronił. Co na to powie honor krulewski, co o nim pomyśli Irenka? Więc on, krul Maciuś, po to jest tylko krulem, by uczyć się gramatyki i lalki do sufitu dawać dziewczynkom. Nie, jeśli tak myślą ministrowie, to nie znają Maciusia.

Felek zjadał właśnie piątą garść malin, gdy Maciuś szarpnął go za ramię i powiedział:

— Felek!

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— Hcesz być moim pżyjacielem?

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— Felek. To co ci teraz powiem, jest tajemnicą: żebyś mnie nie zdradził, pamiętaj.

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— Dzisiaj w nocy uciekam z tobą na front.

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— Pocałuj się ze mną.

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— I muw mi: ty.

— Rozkaz, wasza krulewska mości.

— Już nie jestem krulem. Jestem, poczekaj — jakby się tu nazwać. Jestem Tomcio Paluch. Ja na ciebie — Felek, ty na mnie Tomek.

— Rozkaz — powiedział Felek, łykając pośpiesznie kawałek odgryzionego łososia.

Postanowiono: dziś w nocy o godzinie drugiej Maciuś będzie pży kracie.

— Słuhaj, Tomek, jeśli nas ma być dwuh, to prowizji musi być więcej.

— Dobże — odparł Maciuś niehętnie, bo wydawało mu się, że w tak ważnej hwili nie pżystoi myśleć o żołądku.

Skżywił się zagraniczny guwerner, gdy ujżał na policzku Maciusia ślad malin, pamiątkę po pocałunku z Felkiem, ale że i do pałacu dotarło zamieszanie wojenne — nic nie powiedział.

Żecz niesłyhana: ktoś z krulewskiego kredensu ściągnął wczoraj dopiero rozpoczętą butelkę koniaku, doskonałą kiełbasę i połowę łososia. Były to specjały, kture zagraniczny guwerner wymuwił sobie z gury, gdy obejmował posadę nauczyciela następcy tronu jeszcze za życia starego krula. I oto dziś po raz pierwszy wszystkiego tego był pozbawiony. Bo hoć kuhaż pragnął bardzo zastąpić stratę, ale tżeba było napisać nowe zapotżebowanie, na kturym zażąd pałacowy winien był pżyłożyć stempel, podpisać je miał ohmistż dworu — i wuwczas dopiero na rozkaz naczelnika piwnic można było otżymać nową butelkę. Jeżeli zaś ktoś się upże i zehce wstżymać pozwolenie aż do ukończenia śledztwa — żegnaj, miły koniaku, na miesiąc lub i dłużej.

Gniewnie nalał guwerner krulowi jego kieliszek tranu i o pięć sekund wcześniej, niż obowiązywał regulamin, dał hasło Maciusiowi do udania się na spoczynek.

 

— Tomek, jesteś?

— Jestem. To ty, Felek?

— Ja. Do pioruna, ciemno: jeszcze na straż gdzie wpadniemy.

Z trudem udało się Maciusiowi wleźć na dżewo, z dżewa na parkan, a z parkanu na ziemię.

— Krul, a niezgrabny, jak ostatnia baba — mruknął do siebie Felek, gdy Maciuś z niewielkiej wprawdzie wysokości stoczył się na ziemię — i z dala rozległo się pytanie pałacowego wartownika:

— Kto tam?

— Nie odzywaj się — szepnął Felek.

Maciuś padając na ziemię, zdrapał sobie skurę na ręce: pierwsza w tej wojnie odniesiona rana.

Hyłkiem pżeślizgnęli się pżez drogę do rowu, a tam czołgając się na bżuhu, pod samym nosem straży pżeprawili się aż do topolowej alei, ktura prowadziła do koszar. Koszary obeszli z prawej strony, kierując się światłem wielkiej lampy elektrycznej koszarowego więzienia, potem pżeszli mostek i już ruwną drogą szli wprost na centralny dwożec wojskowy.

To, co zobaczył teraz Maciuś, pżypomniało mu opowiadania o dawnyh czasah. Tak, to był obuz. Jak okiem sięgnąć, paliły się ogniska, a pży nih żołnieże gotowali herbatę, rozmawiali lub spali.

Maciuś nie podziwiał Felka, z jaką znajomością żeczy pżeprowadzał go najkrutszą drogą do swego oddziału. Maciuś myślał, że wszyscy hłopcy nie-krulowie — są tacy. Jednakże Felek był wyjątkiem nawet wśrud bardzo dzielnyh. W tłoku, gdzie co godzina inny pociąg pżywoził wojsko, gdzie oddziały coraz to zmieniały miejsca, bądź zbliżając się do kolei, bądź wybierając dogodniejsze miejsce na postuj, zabłądzić wcale nie było trudno. I Felek nawet stawał parę razy w niepewności. Był tu w dzień, ale od tej pory wiele się zmieniło. Pżed kilku godzinami stały tu armaty, ale zabrał je pociąg. A tymczasem nadjehał szpital polowy. Sapeży pżenieśli się aż do plantu, a miejsce ih zajęli telegrafiści. Część obozu oświetlona była wielkimi reflektorami, a część tonęła w mroku. Na domiar złego deszcz zaczął padać, a że trawa była zupełnie wydeptana, nogi gżęznąć zaczęły w lepkim błocie.

Maciuś nie śmiał zatżymać się, żeby nie zgubić Felka, ale thu mu brakło, bo Felek biegł raczej niż szedł, potrącając pżehodzącyh żołnieży i wzajem potrącany.

— Zdaje mi się, że tu być powinno — odezwał się nagle, rozglądając się pżymrużonymi oczami. Nagle wzrok jego padł na Maciusia.

— Nie wziąłeś palta? — zapytał.

— Nie, palto moje wisi w szatni krulewskiej.

— I plecaka nie wziąłeś? — No wiesz, tak się wybrać na wojnę to tżeba być mazgajem — wyrwało się Felkowi.

— Albo bohaterem — odparł urażony Maciuś.

Felek ugryzł się w język: zapomniał, że Maciuś jest bądź co bądź krulem. Ale gniew go ogarnął, że deszcz akurat pada, że gdzieś mu się wynieśli znajomi żołnieże, ktuży ukryć go w swoim wagonie obiecali, że wreszcie wziął Maciusia, nie upżedziwszy go dokładnie, co wziąć powinien na drogę. Felek dostał wprawdzie w skurę od ojca, ale ma manierkę, nuż składany i pas, bez kturego na wojnę żaden rozsądny człowiek się nie wybiera. A Maciuś, o zgrozo, w lakierowanyh pantoflah i z zielonym krawatem, ktury źle zawiązany w pośpiehu i wymazany błotem, nadawał tważy Maciusia tak żałosny widok, że Felek roześmiałby się, gdyby nie wiele trwożnyh myśli, kture mu może zbyt puźno pżyszły w tej hwili do głowy.

— Felek, Felek! — rozległo się nagle wołanie.

Zbliżył się do nih duży hłopak, także ohotnik, ubrany już w płaszcz żołnierski, prawie żołnież prawdziwy.

— Umyślnie tu czekałem. Nasi już są na dworcu; za godzinę ładują. Prędzej.

— Jeszcze prędzej! — pomyślał krul Maciuś.

— A to co za lala — z tobą? — zapytał, wskazując Maciusia.

— Tak, widzisz, puźniej ci powiem. To długa historia; musiałem go wziąć.

— No — no, wątpię. Gdyby nie ja, ciebie by pewnie nie wzięli. A ty jeszcze z szczeniakiem.

— Nie pyskuj — gniewnie odpowiedział Felek. Dzięki niemu mam flaszkę koniaku — dodał szeptem, tak żeby Maciuś nie słyszał.

— Daj na sprobunek.

— To się zobaczy.

Długo szli w milczeniu tżej ohotnicy. Najstarszy zły, że Felek go nie posłuhał, Felek niespokojny, że się istotnie wkopał w wielki kłopot, a Maciuś tak obrażony, tak obrażony śmiertelnie, że gdyby nie konieczność milczenia — powiedziałby temu pżybłędzie tak, jak na obelgi odpowiadają krulowie.

— Słuhaj, Felek — nagle zatżymał się pżewodnik — jeśli mi nie oddasz koniaku, idź sam. Ja ci wyrobiłem miejsce, obiecałeś się słuhać. Co będzie puźniej, jeśli zaczynasz od tego, że się stawiasz.

Zaczęła się kłutnia, byłoby może doszło do bujki — gdy nagle wyleciała w powietże skżynia rakiet, widocznie pżez nieostrożność pżez kogoś zapruszona. Dwa artyleryjskie konie spłoszone poniosły. Zrobiło się zamieszanie, jakiś jęk pżeszył powietże — jeszcze hwila popłohu — i oto pżewodnik ih leży w kałuży krwi z potżaskaną nogą.

Felek z Maciusiem stali bezradni. Co robić? — pżygotowani byli na śmierć, krew i rany, ale w boju — w polu — puźniej nieco.

— Po co tu się dzieciaki plączą, co to za pożądek — zżędził jakiś widocznie doktur, odpyhając ih na stronę. Jakbym zgadł: ohotnik. W domu ci było siedzieć, cycek ssać, smarkaczu — mruczał, pżecinając nogawkę spodni wyjętymi z plecaka nożyczkami.

— Tomek, zmiatajmy — zawołał nagle Felek, zauważywszy z daleka dwuh policjantuw polowyh, jak szli obok noszy, na kture mieli zapewne położyć sanitariusze niefortunnego ohotnika.

— Zostawiem go? — spytał Maciuś nieśmiało.

— I cuż? Pujdzie do szpitala. Do wojny niezdatny.

Ukryli się w cieniu namiotu. Po hwili miejsce opustoszało zupełnie, został tylko but, płaszcz, ktury sanitariusze zżucili, kładąc na nosze rannego, i krew w błocie.

— Płaszcz się pżyda — powiedział Felek — oddam, jak wyzdrowieje — dodał na usprawiedliwienie. Hodź, idziemy na dwożec. Straciliśmy z dziesięć minut.

Oddział akurat sprawdzano, gdy pżecisnęli się nie bez trudu na peron.

— Nie rozhodzić się — rozkazał młody porucznik. — Zaraz tu wrucę.

Felek opowiedział pżygodę ohotnika i nie bez trwogi pżedstawił Maciusia.

— Co też on powie? — ciekaw był Maciuś.

— Porucznik go wyżuci z wagonu na pierwszej stacji. O tobie już muwiliśmy: i to się kżywił.

— Ej, wojak, ile masz lat.

— Dziesięć.

— Nic z tego nie będzie: hce, nieh się do wagonu wkieruje. Ale go porucznik wyżuci — i nam pewnie naurąga.

— Jak mnie porucznik z wagonu wyżuci, to sam pieszo pujdę — kżyknął buntowniczo Maciuś.

Łzy go dusiły. Jak to, on krul, ktury na białym koniu na czele zastępuw, ze wszystkih okien obsypywany kwiatami winien był opuszczać stolicę — ukradkiem wymyka się, jak złodziej, by spełnić swuj święty obowiązek obrony kraju i poddanyh — i oto jedna za drugą spadają na niego obelgi.

Koniak i łosoś szybko rozhmużyły oblicza żołnieży.

— Krulewski koniak, krulewski łosoś — hwalili.

Nie bez radości pżyglądał się Maciuś, jak koniak guwernera zapijali żołnieże.

— No, mały kamracie, golnij i ty kżynę; zobaczymy, czy umiesz wojować.

Nareszcie Maciuś pije to, co pijali krulowie.

— Precz z tranem! — zawołał.

— He, he — to jakiś rewolucjonista — odezwał się młody kapral — a kogoż to ty nazywasz tyranem. Pżecież nie krula Maciusia? Bądź no ostrożny, synek. Za takie jedno precz można dostać kulką tam, gdzie nie potża.

— Krul Maciuś nie jest tyranem — żywo zapżeczył Maciuś.

— Mały jeszcze: nie wiadomo, co z niego wyrośnie.

Maciuś hciał jeszcze coś powiedzieć, ale Felek zręcznie na inny temat skierował rozmowę.

— Powiadam wam, my we tżeh idziem, a tu jak nie huknie: myślałem, że bomba z aeroplanu. A to tylko skżynia z rakietami. Potem gwiazdy takie spadły z nieba.

— A po diabła im rakiety do wojny.

— Żeby oświetlać drogę, jak nie ma reflektoruw.

— A tam obok stoi ciężka artyleria. Konie się spłoszyły i — na nas. My oboje w bok, a on już nie zdążył.

— I bardzo go poraniło?

— Krwi było dużo. Zaraz go zabrali.

— Ot, wojna — westhnął kturyś. — Macie tam jeszcze co z tego koniaku. Cuż tego pociągu nie widać?

W tej hwili właśnie nadjehał, sycząc, pociąg. Gwar — zamieszanie — bieganina.

— Nie wsiadać jeszcze — zawołał, biegnąc z dala, porucznik.

Ale głos jego stłumiła wżawa.

Maciusia i Felka wżucili żołnieże do wagonu, jak dwa pakunki. Znuw jakieś gdzieś dwa konie opierały się, nie hcąc wejść do wagonu. Jakieś wagony mieli odczepiać czy doczepiać, pociąg ruszył — coś stuknęło — znuw wrucił.

Ktoś wszedł do wagonu z latarką, wywoływał nazwiska. Potem żołnieże wybiegli z kociołkami po zupę.

Maciuś niby widział i słyszał — ale oczy mu się kleiły. Kiedy pociąg naprawdę ruszył wreszcie, nie wiedział. Kiedy się obudził, miarowy stuk kuł o szyny wskazywał, że pociąg jest w pełnym biegu.

— Jadę — pomyślał krul Maciuś. I zasnął ponownie.

 

Pociąg składał się z tżydziestu wagonuw towarowyh, kturymi jehali żołnieże, z kilku odkrytyh platform z wozami i karabinami maszynowymi, i jednego osobowego wagonu dla oficeruw.

Obudził się Maciuś z lekkim bulem głowy. Prucz tego bolała go rozbita noga, plecy i oczy. Ręce miał brudne i lepkie, a pży tym dokuczało mu nieznośne swędzenie.

— Wstawajcie, raki, bo zupa wam wystygnie.

Niepżyzwyczajony do żołnierskiej strawy Maciuś zaledwie parę łyżek pżełknął.

— Jedz, bracie, bo nic innego nie dostaniesz — zahęcał go Felek, ale bezskutecznie.

— Głowa mnie boli.

— Słuhaj, Tomek, nie myśl tylko horować — szepnął zafrasowany toważysz. — Na wojnie wolno być rannym, ale nie horym.

I Felek zaczął się nagle drapać.

— Stary miał rację — powiedział — już juhy oblazły. A ciebie nie gryzie?

— Kto? — zapytał Maciuś.

— Kto? — Phły. — A może co gorszego. Stary mi muwił, że na wojnie mniej dokuczają kule, niż te zwieżątka.

Maciuś znał historię nieszczęsnego krulewskiego lokaja — i pomyślał:

— Jak też wygląda owad, ktury tak rozgniewał wtedy krula.

Ale nie było czasu długo myśleć, bo nagle kapral zawołał:

— Howajcie się, porucznik idzie.

Wephnięto ih w kąt wagonu i pżykryto.

Sprawdzano odzież — i tak się jakoś stało, że zbywało coś temu i tamtemu, a że w wagonie był jeden żołnież-krawiec, a zamiłowany w swym zawodzie, więc z nuduw wziął się hętnie do uszycia dla ohotnikuw żołnierskiego uniformu.

Gożej było z butami.

— Słuhajcie, hłopcy, czy wy naprawdę myślicie wojować?

— Na to jedziemy.

— Tak to tak — ale marsze są ciężkie. Buty dla żołnieża — to pierwsza żecz po karabinie. Dopuki nogi masz zdrowe, toś żołnież, a natżesz je sobie, toś dziad. Zdehł pies. Na nic.

Tak sobie gważąc, jehali powoli. Pżystanki były długie. To ih zatżymywano na stacjah godzinę i dłużej, to stawiano na boczne szyny, aby pżepuścić ważniejsze pociągi, to cofano na stacje, kture już pżejehali, to zatżymywano o parę wiorst pżed dworcem, bo linie były zajęte.

Żołnieże śpiewali, ktoś grał na harmonii w sąsiednim wagonie. Nawet tańczyli na licznyh postojah. A Maciusiowi i Felkowi czas tym bardziej się dłużył, że ih nie wypuszczano z wagonuw.

— Nie wyhylajcie się, bo porucznik zobaczy.

Maciuś czuł się tak zmęczony, jakby nie jeden, ale pięć wielkih bojuw pżeżył. Hciał zasnąć, nie mugł, bo mu dokuczało swędzenie; hciał wyjść — nie można; a duszno było w wagonie.

— Wiecie dlaczego tak długo stoimy — pżyszedł z nowiną jeden z żołnieży, wesoły, żywy, coraz się gdzie wśrubował i z inną powracał wiadomością.

— No co? Pewnie niepżyjaciel most wysadził w powietże albo tor uszkodził.

— Nie, nasi dobże mostuw pilnują.

— Więc węgla zabrakło, bo kolej nie pżewidziała, że ma być zapas dla tylu pociąguw.

— Może szpieg jaki uszkodził parowuz.

— I to nie. Wszystkie transporty wstżymano, bo będzie pżejeżdżał pociąg krulewski.

— A ktuż u pioruna, będzie nim jehał? Bo hyba nie krul Maciuś.

— Jego tam bardzo potżeba.

— Potżeba czy nie potżeba, a on krul — i tyle.

— Krulowie teraz na wojny nie jadą.

— Inni może nie jadą, a Maciuś może jehać — wtrącił się nagle Maciuś, hoć go Felek ciągnął za kapotę.

— Wszyscy krulowie jednakowi. Dawniej, to tam może było inaczej.

— Co my tam wiemy, jak było dawniej. Może tak samo leżeli pod pieżyną, a że nikt nie pamięta, więc kłamią.

— Co mają kłamać.

— No powiedzcie, ilu kruluw zabili na wojnie, a ilu żołnieży?

— No bo krul jest jeden, a żołnieży dużo.

— A ty byś może hciał jeszcze więcej jak jednego. I z takim jednym dosyć kramu.

Maciuś uszom własnym nie wieżył. Tyle się nasłuhał o miłości narodu do krula, a szczegulniej wojska. Jeszcze wczoraj myślał, że musi się ukrywać, żeby z nadmiaru miłości nie wyżądzili mu szkody; a teraz widzi, że gdyby odkryto, kim jest, nie wzbudziłoby to wcale zahwytu.

Dziwne: wojsko jedzie bić się za krula, kturego nie lubi.

Bał się Maciuś, żeby czego na ojca nie powiedzieli. Ale nie — nawet go pohwalili:

— Nieboszczyk nie lubił wojen. Sam nie hciał się bić i narodu do wojny nie zmuszał.

Uwaga ta pżyniosła pewną ulgę zbolałemu sercu Maciusia.

— I po prawdzie — co krul będzie robił na wojnie. Pżeśpi się na trawie — zaraz kataru dostanie. Phły mu spać nie dadzą. Od zapahu żołnierskiego sukna głowa go rozboli. I skurę mają delikatną — i nosy delikatne.

Maciuś był sprawiedliwy. Nie mugł nie pżyznać, że mają rację.

Wczoraj spał na trawie — i ma naprawdę katar. I głowa go boli — i skura cała nieznośnie swędzi.

— No hłopcy, dajcie pokuj — i tak nic nie wymyślimy. Lepiej sobie co wesołego zaśpiewać.

— Jedziemy! — kżyknął ktoś.

I naprawdę pociąg dość szybko ruszył. Bo tak się jakoś dziwnie składało, że ile razy kto powiedział, że pociąg stać będzie długo, pociąg ruszał nagle — i żołnieże wskakiwali w biegu, a niejeden nie zdążył i zostawał w drodze.

— Uczą nas tak w drodze, żeby się nie gapić — domyślał się kturyś.

Zajehali na większą stację. I naprawdę się okazało, że pżejeżdżać będzie jakaś wielka figura. Flagi — warta honorowa, jakieś damy biało ubrane i dwoje dzieci z pięknymi bukietami.

— Krulewskim pociągiem jedzie na front sam minister wojny.

Znuw postawili pociąg na sąsiedniej linii, gdzie stali całą noc, kturą Maciuś pżespał kamiennym snem. Głodny, zmęczony i smutny — spał Maciuś i nic mu się nie śniło.

Od świtu czyszczono i myto wagony — porucznik biegał i sam wszystkiego doglądał.

— Tżeba was shować, hłopcy, bo będzie krewa — powiedział kapral.

I Felek z Maciusiem zostali pżyjęci do ubogiej izdebki zwrotniczego. Poczciwa żona zajęła się wojakami. Ciekawa też była, myśląc, że od małyh więcej się czego dowie.

— Oj, dzieci, dzieci — biadała — i po co wam to było. Nie lepiej hodzić do szkoły. Dawno wojujecie? Gdzie byliście — dokąd jedziecie?

— Dobra pani gospodyni — hmurnie odpowiedział Felek. — Ojciec nasz jest plutonowy. I tak nam na odjezdnym powiedział: dobry żołnież nogi ma do marszuw, ręce do karabina, oczy do patżenia, uszy do słuhania, a język na to, żeby go tżymać za zębami, dopuki ih łyżka nie otwoży z zupą żołnierską. Żołnież jednym karabinem jednej broni głowy. A jednym głupim językiem zgubić może nie tylko własną głowę, ale — całego oddziału. — Skąd i dokąd jedziemy — to tajemnica wojenna. Nic nie wiemy i nic nie powiemy.

Aż usta otwożyła szeroko dobra zwrotniczowa:

— Kto by się to spodziewał. Malec, a gada jak stary. Macie rację: dużo bo szpieguw między wojskiem się włuczy. Ubieże taki siaki mundur żołnierski i wypyta, wywie się o wszystkim, a potem hajda do niepżyjaciela.

I z wielkiego szacunku nie tylko napoiła ih herbatą, ale i kiełbasy dała.

Smakowało Maciusiowi śniadanie, tym bardziej, że i umył się jak należy.

— Pociąg krulewski, pociąg krulewski — rozległo się wołanie.

Felek wlazł z Maciusiem na drabinę, ktura stała pży oburce zwrotniczego i patżyli.

— Jedzie.

Piękny pociąg osobowy z dużymi oknami wjeżdża na stację. Orkiestra gra hymn narodowy. W oknie stoi dobże Maciusiowi znany minister wojny.

Oczy ministra spotkały się na hwilę z oczami Maciusia.

Maciuś drgnął i szybko się pohylił: coby to było, gdyby go poznał minister.

Minister nie mugł poznać Maciusia, po pierwsze dlatego, że myśl jego była zajęta bardzo ważnymi sprawami, a po drugie dlatego, że już po ucieczce Maciusia, kturą prezes ministruw ukrył pżed wszystkimi, o czym puźniej się powie — Maciuś podrobiony żegnał go na drogę w stolicy.

Minister spraw zagranicznyh kazał mu się pżygotować do wojny z jednym, a bić się tżeba aż z tżema krulami.

Minister wojny miał teraz o czym myśleć: — Łatwo powiedzieć — idź i bij się, kiedy aż tżeh na ciebie idzie. Co z tego, że pobije jednego albo dwuh nawet, jeżeli go tżeci położy.

Żołnieży by może starczyło, ale ani karabinuw nie ma, ile potżeba, ani armat, ani odzieży. Toteż minister taki plan obmyślił:

— Żuci się znienacka, rozbije pierwszego niepżyjaciela — zabieże mu wszystko, co on pżygotował do wojny — i dopiero weźmie się do drugiego.

Pżykro było trohę Maciusiowi, gdy patżał, jak wojsko stało na baczność, jak ministrowi dawano kwiaty i orkiestra bez pżerwy grała.

— Mnie się to wszystko należy — pomyślał.

Ale że był sprawiedliwy, więc zaraz sam sobie wszystko wytłomaczył:

— Tak, łatwo hodzić i salutować, słuhać muzyki i brać bukiety. Ale powiedz no, muj Maciusiu, czy wiedziałbyś, dokąd posyłać wojsko, kiedy nie umiesz jeszcze geografii.

Bo co wie Maciuś? — Zna trohę żek i gur, i wysp, wie, że ziemia jest okrągła i obraca się dokoła osi, ale taki minister musi znać wszystkie fortece, wszystkie drogi, musi znać każdą ścieżkę w lesie. Pra-pra-dziadek Maciusia wygrał wielką bitwę, bo kiedy niepżyjaciel prowadził na niego wojska, on shował się w lesie, pżeczekał aż niepżyjaciel wejdzie głęboko w las, a sam gęstymi ścieżkami zaszedł od tyłu i rozbił go na głowę. Niepżyjaciel myślał, że spotka wojsko pra-dziadka z pżodu, a on udeżył niespodzianie z tyłu i jeszcze go wephnął w bagna.

A Maciuś czy zna swoje lasy i błota?

Pozna je teraz. Gdyby siedział w stolicy, znałby tylko swuj ogrud krulewski. A tak — zobaczy całe swoje państwo.

Mieli słuszność żołnieże, że śmieli się z Maciusia. Maciuś jest bardzo jeszcze małym i mało uczonym krulem. Może i źle się stało, że wojna tak od razu wybuhła. Żeby hoć za dwa lata, albo za rok jakiś.

 

Teraz muszę opowiedzieć, co działo się w pałacu, kiedy spostżeżono, że nie ma krula.

Whodzi rano do sypialni najstarszy lokaj i oczom nie wieży: okno otwarte, łużko rozżucone, a Maciusia ani śladu.

Mądry był krulewski lokaj: zamknął na klucz sypialnię, pobiegł do mistża ceremonii, ktury spał jeszcze — obudził go i do uha powiedział:

— Jaśnie wielmożny mistżu ceremonii, krul zginął.

Mistż ceremonii w największej tajemnicy zatelefonował do prezesa ministruw.

Nie upłynęło dziesięć minut, gdy w szalonym pędzie zajehały tży samohody:

prezesa ministruw

ministra spraw wewnętżnyh

prefekta policji.

— Ukradli krula.

To pżecież jasne. Niepżyjacielowi musiało bardzo na tym zależeć, żeby ukraść krula. Wojsko się dowie, że nie ma krula, więc bić się nie zehce — i bez boju niepżyjaciel zawładnie stolicą.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Janusz Korczak, „Król Maciuś Pierwszy”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)