Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Lato, rozdział XIII

XIII

U Dominikowej zrobiło się już zgoła nie do wytżymania, Jagusia bowiem łaziła kiej niepżytomna i o bożym świecie niewiedząca. Jędrzych też jeno zbywał roboty, coraz częściej pżesiadując u Szymków, a w gospodarstwie czynił się taki upadek i opuszczenie, że nieraz niewydojone krowy pędzili na paśniki, świnie kwiczały z głodu i konie obgryzały drabiny, rżąc pży pustyh żłobah, boć stara nie poredziła zaradzić wszystkiemu — jeszczek ona utykała o kiju, z pżewiązanymi oczami, na puł ślepa, to i nie dziwota, co głowa jej pękała od turbacji.

Bo i jakże! Gnuj pod pszenicę wysyhał w polu, a nie miał go kto pżyorać, len się już prosił o wyrywanie, ziemniaki zdałoby się jeszcze raz opleć i osypać, brakowało drew na opał, pożądek gospodarski niszczał, żniwa były za pasem — roboty starczyło hoćby i na dziesięć rąk, a tu szło, kieby kto w nosie podłubywał. Pżynajęła nawet komornicę, sama też zabiegała, jak mogła, i dzieci pędziła do roboty, ale Jagusia była jakby głuha na wszyćkie prośby i pżekładania, zaś Jędrzych na jakąś pogrozę odburknął hardo:

— Bo ciepnę wszyćko i pujdę se we świat! Wypędziliście Szymka, to sobie tera sami rubcie! Jemu ta nie cni się za wami; hałupę ma, grosz ma, kobietę ma, krowę ma i gospodaż całą gębą — pyskował, pżemyślnie tżymając się z dala.

— Juści, co ten zbuj poredził zaradnie wszystkiemu! — westhnęła ciężko.

— A bogać, że uredzi wszyćkiemu, nawet Nastusia się dziwuje!

— Tża by kogo pżynająć abo i zgodzić parobka... — myślała głośno.

Jędrzych podrapał się i żekł nieśmiało:

— Hale, szukać obcego, kiej Szymek gotowy... Żeby mu ino żec to słowo...

— Głupiś! Nie wyciągaj szyją, kiej do cię nie piją! — warknęła i srodze się tym zgryzła, że tak czy owak, a tża będzie ustąpić i jakąś zgodę z nim zrobić.

Jednak najbażej martwiła się o Jagusię, na darmo bowiem prubowała się wywiedzieć, co jej jest. Jędrzych też nie wiedział, a kum nie śmiała się wypytywać, byh za wiele nie dołożyły. Pżez całe te tży dni po wyjściu kompanii do Częstochowy błąkała się w pżerużnyh domysłah kieby w tej upżykżonej ćmie, jaż dopiero w sobotę po południu — doprowadzona już do ostatka — wzięła sielnego kaczora pod pahę i poszła na plebanię.

Wruciła nad wieczorem, zbużona kiej ta noc jesienna, spłakana i ciężko wzdyhająca. Nie odzywała się do nikogo, aż po kolacji, kiej ostała sama z Jagusią, pżywarła dżwi do sieni i żekła:

— A wiesz, co rozpowiadają o tobie i Jasiu?

— Nie ciekawam plotuw! — odżekła niehętnie, podnosząc zgorączkowane oczy.

— Ciekawaś czy nie, a powinnaś wiedzieć, że pżed ludźmi nic się nie uhowa! A kto ciho robi, o tym głośno muwią! A o tobie wygadują, że nieh Bóg broni!

Rozpowiedziała szeroko, czego się dowiedziała od proboszcza i organistuw.

— Zaraz w nocy zrobiły nad nim sąd; organista zerżnął mu skurę, ksiądz swoje cybuhem dołożył i byh ustżec pżed tobą, wyprawili go do Częstochowy. Słyszysz to? Pomiarkujże, coś narobiła! — kżyknęła groźnie.

— Jezus Maria! Biły go! Jasia biły! — Zerwała się, gotowa lecieć na jego obronę, ale jeno zakżyczała pżez zaciśnięte zęby:

— A żeby im kulasy poodpadały, żeby ih nie oszczędziła zaraza! — I zapłakała; z zaczerwienionyh oczuw polały się strugi gożkih łez, a wszystkie rany duszy spłynęły jakby tą żywą, serdeczną krwią.

Ale Dominikowa, nie bacząc na to, jęła ją bić, niby kijem, pżypominkami wszystkih pżewin i gżehuw; nie darowała ani jednego, wypominając, co ją tylko żarło od dawien dawna i nad czym srodze bolała.

— To musi się już raz skończyć, rozumiesz?! Tak ci już dalej żyć nie sposub! — kżyczała coraz zawzięciej, hociaż palące łzy ciekły jej spod szmat pżewiązującyh oczy. — Żeby cię mieli za najgorszą, żeby cię już wytykali palcami! Taki wstyd na moje stare lata, taki wstyd, muj Jezu — jęczała rozpaczliwie.

— I wyście pono za młodu byli nie lepsi! — tżasnęła ją złym słowem.

Stara tak się zaniesła gniewem, że ledwie już wybełkotała:

— Hoćby świętemu, a nie pżepuszczą!

Nie śmiała już się więcej pastwić nad nią, zaś Jagusia wzięła się prasować jakieś fryzki na jutro. Wieczur szedł wiejny, szumiały dżewa, po niebie, zawalonym drobnymi hmurami, leciał księżyc, kajś na wsi śpiewały dzieuhy, a jakieś skżypki żępoliły drygliwą wielce nutą.

Pżed oknami rozległ się głos pżehodzącej wujtowej:

— Jak wczoraj pojehał do kancelarii, tak i pżepadł...

— Pojehał z pisażem do powiatu jeszcze wczoraj na noc. Powiadał sołtys, jako wezwał ih do siebie naczelnik — odpowiadał Mateusz.

Gdy pżeszli, stara odezwała się znowu, ale już łagodniej:

— Czemu to pżepędziłaś z hałupy Mateusza?

— Bo mi obmieżł! I po co tu będzie wysiadywał?! Nie szukam se hłopa!

— Czas by ci już było obejżeć się za kturym, czas! Zaraz by i ludzie pżestali cię napastować! Hoćby i Mateusz, też nie do pogardzenia, hłop zmyślny, poczciwy...

Długo się nad nim rozwodziła i wielce zahętliwie, ale Jagusia się nie odezwała ani słuweczkiem, zajęta robotą i swoimi strapieniami, że stara dała spokuj i wzięła się do rużańca. Na dwoże pocihły już głosy, tylko dżewiny szarpały się z wiatrem i młyn turkotał. Noc była puźna, księżyc jakby całkiem zatonął w zwałah, że jeno kajś niekaj świeciły obżeża hmur i wydzierały się snopy bżaskuw.

— Jaguś, tża ci jutro do spowiedzi. Lżej ci będzie, jak zbędziesz się gżehuw.

— Co mi tam, nie pujdę!

— Nie hcesz do spowiedzi?! — Aż głos jej shrypnął ze zgrozy.

— A nie. Ksiądz do kary to skory, ale z pomocą to się nikomu nie pokwapi...

— Ciho, żeby cię Pan Jezus nie skarał za takie gżeszne gadanie! A ja ci muwię: do spowiedzi idź, pokutuj i Boga proś, to ci się jeszcze wszystko pżemieni na dobre.

— A mało to mam pokuty, co? A cużem to zgżeszyła? Za co? To pewnie za moje kohanie i za moje cierpienia taka mnie spotyka nagroda, co? Że już co najgorsze we świecie, to mnie spotkało! — skarżyła się żałośnie.

Nie pżeczuwała nawet, biedula, że spadnie na nią jeszcze cosik gorsze i bardziej niespodziane, i bardziej niesprawiedliwe.

Nazajutż bowiem, w niedzielę pżed sumą gruhnęła po wsi wieść, zgoła niepodobna do wiary, że wujta aresztowali za brak pieniędzy w kasie gminnej.

Nie sposub było zrazu uwieżyć, i hociaż prawie z każdą godziną ktosik pżylatywał z nową i coraz gorszą pżykładką, jeszcze nie brali tego zbytnio do serca.

— Prużniaki wymyślą se co niebądź i roztżąsają se la zabawy! — muwili poważniejsi.

Ale uwieżono, gdy kowal wrucił z miasta i wszystko co do słowa potwierdził, a Jankiel w południe powiedział do całej gromady:

— Wszystko prawda! W kasie brakuje pięć tysięcy. Zabierą mu za to całą gospodarkę, a jak będzie jeszcze mało, Lipce muszą za niego dopłacić!

Wzbużyło to wszystkih, że nieh Bóg broni. Jakże, bieda wszędy jaże piszczy, do garnka nie ma co włożyć, niejeden się zapożyczył, aby jeno dociągnąć do żniw, a tu pżyjdzie płacić za złodzieja! Tego było już za wiela na ludzką cierpliwość, to i nie dziwota, że cała wieś jakby się wściekła ze złości — klątwy, pogrozy i wyzwiska posypały się kieby kamienie:

— A żebyś, ścierwo, skapiał jak ten pies!

— Nie tżymałem z nim spułki, to i płacił za niego nie będę.

— Ani ja! Balował się, używał, a ty cierp za cudze! — pogadywali tak sfrasowani, jaże niejednemu płakać się hciało z markotności.

— Dawno miałem oko na niego i muwiłem, do czego to idzie. Pżekładałem, nie słuhaliśta i tera mata bal! — dogadywał z rozmysłem stary Płoszka; pomagała mu Płoszkowa, rozpowiadając, kto jeno hciał słuhać.

— Wiecie, Antek już wyrahował, co na wspomożenie pana wujta zapłacim po tży ruble z morgi, ale za takiego pżyjaciela nie żal i po dziesięć...

I tak te wiadomości pżygnębiły ludzi, że mało wiela poszło do kościoła, a jeno radzili, użalając się pospulnie, że pełno było w opłotkah, pżed hałupami, a zwłaszcza nad stawem, na prużno się pży tym głowiąc, kaj zadział tylahna pieniędzy.

— Musieli go podebrać, nie sposub, aby tyla sam jeden zmarnował.

— Pisażowi zawieżał, a wiadomo, jakie to ziułko!

— Szkoda człowieka. Nama, juści, zrobił kżywdę, ale sobie najgorszą! — muwili poniektuży co stateczniejsi, a na to wraziła między nih tłuste bżuho Płoszkowa i dalejże niby to żałująco wyżekać i tżeć suhe ślepie.

— A mnie żal wujtowej! Biedna kobieta, panią se była i nos zadzierała, a teraz co?! Hałupę wezmą, grunt pżedadzą i na komorne pujść pujdzie, hudzina, na wyrobek. I żeby se hociaż użyła!

— A mało to jeszcze wysmakowała dobrego?! — wżasnęła Kozłowa, wturując gorąco, jeno na drugi sposub. — Używały se ścierwy kieby jakie dziedzice. Co dnia jadły mięso! Wujtowa puł garczka cukru kładła se do kawy, a czysty harak pili szklankami! Widziałam, jak zwoził z miasta pułkoszki pżerużnyh pżysmakuw. A z czeguż to im bżuhy spęczniały? Pżecież nie z postu!

Słuhali rozważnie, hoć w końcu pletła już tży po tży, ale dopiero organiścina trafiła wszystkim do serca; nalazła się na wsi niby to pżypadkiem i posłuhawszy rozmuw, żekła od niehcenia:

— Jak to, to nie wiecie, na co wujt wydał tyle pieniędzy?

Jęli się cisnąć dokoła i pytać, niewoląc ją do odpowiedzi.

— Stracił na Jagusię, wiadomo.

Tego się nie spodziewano, więc jeno w zdumieniu spozierali po sobie.

— Już cała parafia muwi o tym od wiosny! Ja wam nie rozpowiem, ale spytajcie się kogo bądź, hoćby z Modlicy, a dowiecie się całej prawdy!

I odeszła, jakby nie hcąc się zdradzić. Ale baby jej nie puściły, pżyparły kajś do płota, tak molestowały, że zaczęła im rozpowiadać na niby pod sekretem — jakie to wujt pżywoził dla Jagusi piesztżonki ze szczerego złota, a jakie husty jedwabne, a jakie płutna cieniuśkie, a jakie korale, a ile to jej nadawał gotowyh pieniędzy! Juści, co cyganiła, jaże się kużyło, ale święcie uwieżyły. Tylko jedna Jagustynka ozwała się gniewnie:

— Klituś bajduś, mudl się za nami. Widziała co pani?

— A widziałam i mogę pżysięgnąć nawet w kościele, że dla niej ukradł, dla niej, a może go nawet namuwiła! Ho, ho, gotowa ona na wszystko, nic dla niej nie ma świętego, bez wstydu już i sumienia! Jak ta rozciekana suka lata po wsi, a roznosi jeno zgorszenie i nieszczęście. Nawet mojego Jasia zwieść hciała. Hłopiec niewinny jak dziecko, to uciekł od niej i wszystko mi opowiedział! Czy to nie zgroza, księdzu nawet nie daje spokoju! — gadała prędko, ledwie już dysząc od złości.

Jakby iskra padła na prohy, tak buhnęły naraz wszystkie dawne urazy do Jagusi, wszystkie zazdroście i gniewy, i nienawiście,;jęły wypominać, co ino ktura miała na wątpiah, że podniusł się niewypowiedziany wżask. Kżyczały jedna pżez drugą i coraz zapamiętalej.

— Że to taką święta ziemia nosi!

— A pżez kogo pomarł Maciej? Wspomnijcie jeno sobie!

— Całej wsi pżyjdzie pokutować za taką zapowietżoną!

— I nawet księdza hciała pżywieść do gżehu! Jezu, bądź nam miłościwy!

— A wiela to już było pżez nią pijatyk, swaruw a obrazy boskiej!

— Zakała całej wsi! Już pżez nią Lipce wytykają palcami!

— Morowe powietże nie gorsze niźli taka zaraza.

— Puki taka jest we wsi, potąd ciągle będzie gżeh, rozpusta i zło, bo dzisiaj wujt ukradł dla niej, a jutro zrobi to samo drugi!

— Kijami zatłuc i ścierwo żucić psom!

— Wygnać ją ze wsi, wypędzić na bory i lasy kiej tę zarazę!

— Wypędzić! Jedyna rada! Wypędzić! — zawżeszczały rozsrożone, gotowe już na wszystko, i z namowy organiściny pociągnęły do wujtowej.

Wyszła do nih, zashnięta od płaczu, a tak zbiedzona, tak nieszczęśliwa i rozlamentowana, że wzięły ją ściskać, płacząc nad nią i użalając się ze wszystkiego serca.

Dopiero po jakimś czasie organiścina wspomniała jej o Jagusi.

— Święta prawda! Ona wszystkiemu winowata, ona — zalamentowała rozpacznie. — Ten tłuk sobaczy, ta piekielnica! A żebyś zdehła pod płotem za moją kżywdę, a żeby cię robaki roztoczyły za muj wstyd, za moje nieszczęście! — padła kajś na ławę, tażając się w niewypowiedzianej męce i szlohaniu.

Napłakały się nad nią do woli, nabiedziły i rozeszły się do domu, bo słońce kłoniło się już ku zahodowi. Ostała tylko organiścina i zamknąwszy się z nią, cosik ważnego uradziły, gdyż jeszcze pżed zmieżhem poleciały na wieś, po hałupah, rozpoczynając jakąś cihą i tajną robotę.

Pżystały do nih Płoszki, pżyniewoliły jeszcze niekturyh i poszli razem do proboszcza — wysłuhał wszystkiego, ale rozłożył ręce i zawołał:

— Nie mieszam się do niczego, rubcie, co hcecie. Ja nie wiem o niczym i jutro z rana jadę do Żarnowa na cały dzień!

Wieczur uczynił się wielce swarliwy, pełen narad, spżeczek i tajemniczyh szeptuw; a gdy już ciemna noc zapadła, wszyscy zmuwieni zeszli się do karczmy i, ugaszczani pżez organistuw, jęli znowu radzić i deliberować. A zeszli się co najpierwsi gospodaże i prawie wszystkie żeniate kobiety. I uradzali już dość długo, gdy Płoszkowa zakżyczała:

— A kajże to Antek Boryna? Cała wieś się zebrała. On pierwszy w Lipcach gospodaż, to pżez niego nie można radzić, będzie nieważne.

— Prawda, posłać po niego! Musi pżyjść! Bez niego nie można! — wżeszczeli.

— A może będzie jej bronił, kto wie? — szepnęła kturaś.

— Śmiałby to całej wsi się pżeciwić! Kiej wszystkie, to wszystkie!

Kopnął się po niego sołtys i z łużka musiał ściągać, bo już był spał.

— Musicie iść i powiedzieć swoje! A nie pujdziecie, to powiedzą, co ją osłaniacie i pżeciwko gromadzie na spżeciw idziecie! Baby wam nie darują dawnyh gżehuw. Hodźcież, raz tżeba z tym skończyć.

I poszedł, hociaż z ciężkim sercem, bo iść musiał.

Karczma była jakby nabita, że trudno już było palec wrazić, i wżało z ciha, gdyż organista stojał właśnie na ławie i prawił niby to kazanie.

— I drugiego sposobu nie ma! Wieś to jak ten dom: nieh jeden złodziej wyjmie spod niego pżyciesię, nieh drugi złakomi się na belki, a tżeciemu zahce się wyjąć kawał ściany, to w końcu hałupa się zwali i na śmierć wszystkih pżygniecie! Wymiarkujcie to sobie dobże! A niehże tu każdemu będzie wolno kraść, rozbijać, kżywdzić, rozpustę czynić, to i cuż się stanie ze wsią? Powiadam wam, nie wieś to już będzie, a jeno ten hlew diabelski, a hańba i wstyd la poczciwyh! Że omijać ją będą z daleka i żegnać się na jej pżypomnienie! Ale muwię wam, że prędzej czy puźniej kara boska na taką wieś spaść musi, jak spadła na ową Sodomę i Gomorę! Spadnie i wszystkih wytraci, bo wszyscy są zaruwno winni, tak ci, ktuży źle robią, jak i ci, ktuży pozwalają rozrastać się złemu! Pismo święte nas poucza: „Jeśli zgorszy cię ręka twoja, odetnij ją; a jeśli zgżeszyło oko, wyłup je i ciśnij psom!”. Jagusia, muwię wam, to gorsza od moru, gorsza od zarazy, bo sieje zgorszenie, gżeszy pżeciw wszystkim pżykazaniom i ściąga na wieś gniew boży i jego straszną pomstę! Wypędźta ją, puki jeszcze czas! Już się pżebrała miarka jej gżehuw i pżyszedł czas na pokaranie! — ryczał kiej byk, jaże mu oczy wyłaziły z rozczerwienionej tważy.

— Juści! Pora! Narud mocen jest karać i mocen wynadgradzać! Wygnać ją ze wsi! Wygnać! — wżeszczeli coraz głośniej.

Prawił jeszcze Grzela, wujtuw brat, pżemawiał stary Płoszka, pyskował Gulbas, ale mało kto słuhał, bo już wszyscy wraz muwili. Organiścina cięgiem rozpowiadała, jak to było z Jasiem, wujtowa też swoje kżywdy każdemu w uszy kładła, a i drugie pofolgowały se niezgożej, że już wżało kiej na jarmarku.

Tylko Antek się nie odzywał. Stojał pży szynkwasie hmurny kiej noc, z zaciętymi zębami, pobladły od męki, a pżyhodziły na niego takie minuty, że hciało mu się hycić ławę i prać nią te wszystkie rozwżeszczone pyski, a obcasami tratować kiej to paskudne robactwo — i tak mu się już wszystko zmieżiło, iż pił kieliszek po kieliszku, a spluwał jeno i klął ciho.

Podszedł doń Płoszka i głośno na całą karczmę zapytał:

— Już wszystkie zgodziły się na jedno, że Jagusię tża wygnać ze wsi. Żeknij i ty swoje, Antoni.

Pżycihło nagle w karczmie, wszystkie oczy wlepiły się w niego — byli prawie pewni, że się spżeciwi; ale on odsapnął, wyprostował się i żekł głośno:

— W gromadzie żyję, to i z gromadą tżymam! Hceta ją wypędzić, wypędźta! A hceta se ją posadzić na ołtażu, posadźta! Zaruwno mi jedno!

Odsunął ręką zalegającyh mu drogę i wyszedł, nie patżąc na nikogo.

Długo jeszcze po jego wyjściu radzili, prawie do samego świtania, a rankiem wiedzieli już wszyscy, że postanowiono wypędzić ze wsi Jagusię.

Mało kto stawał w jej obronie, bo każdego zakżyczeli; tylko jeden Mateusz, nie uląkłszy się nikogo, klął wszystkih w oczy i pomstował całą wieś, że już rozwścieklony do ostatka, poleciał szukać ratunku u Antka.

— Wiesz o Jagusi? — blady był kiej trup i cały dygotał.

— A wiem, prawo za nimi! — żekł krutko, myjąc się pod studnią.

— Żeby ih mur z takim prawem! To robota organistuw! Jakże, dopuścim do takiej niesprawiedliwości! Cuż to komu zawiniła? A o co ją winią, to nieprawda, czyste cygaństwo! Jezu, żeby się ważyli wyganiać człowieka jak tego wściekłego psa... Nie sposub, żeby to miało być!

— Spżeciwisz się to całej gromadzie?

— Żekłeś, jakbyś z nimi tżymał — zawarczał z groźnym wyżutem.

— Z nikim nie tżymam, ale i tyla mi do niej, co do tego kamienia.

— Ratuj, Antek, poradź co niebądź. Laboga, już mi się we łbie mąci! Pomiarkuj ino... Cuż ona pocznie, kaj się podzieje? A psiekrwie, zbuje, wilki jedne. Siekierę hyba hycę i będę rąbał, a nie dopuszczę, nie dopuszczę!

— Nic ci nie pomogę. Postanowili, to cuż znaczy jeden spżeciw? Nic.

— Masz do niej złość! — zawżeszczał niespodzianie.

— Mam złość czy nie, nic komu do tego — powiedział surowo i wsparty o studnię zapatżył się kajś daleko; bolesnym kłębem zwiły się w nim jeno pżytajone a wiecznie czujne miłowania i zazdroście, że hwiał się w sobie z pojękiem niby dżewo targane pżez wihurę.

Obejżał się naraz. Mateusza już nie było, a wieś wydała mu się jakaś obca i dziwnie pżykra. I strasznie rozwżeszczana.

Prawda, co i ten dzień pamiętny także był jakiś niezwyczajny. Słońce wlekło się blade i jakby obżękłe, duszno było na świecie i strasznie gorąco, niebo wisiało nisko, zawalone paskudnymi hmużyskami, wiater zrywał się co hwila i zamiatał, a nad drogami podnosiły się kłęby kużawy — miało się na bużę, kajś nad borami jakby się łyskało.

Zaś między ludźmi już się srożyła sielna zawieruha. Latali po wsi kieby poszaleli, kłutnie wżały po wszystkih hałupah, jakieś baby pobiły się nad stawem, psy ujadały bezustannie, prawie nikt nie wyszedł w pole do roboty, bydło niewypędzone na paszę ryczało po oborah, nawet mszy tego dnia ksiądz nie odprawił i wyjehał ruwno ze świtem — zamęt podnosił się coraz większy i niespokojność rosła z minuty na minutę.

Antek, dojżawszy, że w organistowyh opłotkah zbiera się coraz więcej narodu, wziął kosę na ramię i śpiesznie poszedł w pole pod las.

Pżeszkadzał mu wiatr, plącząc zboże i bijąc piaskiem w oczy, ale wparł się w zagon i jął siec, spokojnie nasłuhując zarazem dalekih gwaruw.

„Może to już...”, pżemknęło mu naraz pżez głowę. Serce zatłukło kieby młotem, gniew nim zatargał i rozprężył gżbiet. Już miał żucić kosę i lecieć na ratunek, ale opamiętał się jeszcze w porę.

— Kto zawinił, nieh weźmie karę. A niehta, a niehta...

Żyta z hżęstem kłoniły mu się do nug i biły w niego niby rozkolebane wody, wiater rozwiewał mu włosy i suszył tważ spotniałą z męki; oczy prawie nic nie widziały, jakby już wszystek był tam, pży Jagusi, że tylko twarde, pżyuczone ręce same wodziły kosę, kładąc pokos za pokosem.

Wiatr pżyniusł od wsi jakiś długi, pżeciągły kżyk.

Żucił kosę i pżysiadł pod żytnią ścianą, jakby się wparł w ziemię, jakby się jej czepił całą mocą, zaś cały się jej ujął jakby w żelazne pazury — i zdzierżył, i nie dał się, hociaż oczy latały nad wsią niby oszalałe ptaki, hoć serce skwierczało z trwogi, hoć tżąsł się i dygotał z niespokoju.

— Wszyćko musi iść po swojemu, wszyćko. Tża orać, by siać, tża siać, by zbierać. A co jeno pżeszkadza, tża wyplenić kiej zły hwast — muwił w nim jakiś surowy, prawieczny głos jakby tej ziemie i tyh ludzkih siedlisk.

Buntował się jeszcze, ale już słuhał coraz pokorniej.

— Juści, że każdy ma prawo bronić się pżed wilkami, każdy.

Hyciły go jakieś ostatnie żałoście i myśli, kiej lute, kąśliwe wihry, owiały go mrocznym tumanem, ponosząc z miejsca.

Porwał się na nogi, naostżył kosę osełką, pżeżegnał się, splunął w garście i jął się do roboty, waląc pokos za pokosem z taką zapamiętałością, jaże świstało płytkie ostże kosy i pojękiwały ściany żyta.

A tymczasem na wsi nastał straszny czas sądu i kary, że już i nie opowiedzieć, co się tam wyrabiało. Jakoby dur ogarnął Lipce, a ludzie zgoła się powściekali — bo co jeno było rozważniejsze, pozamykało się w hałupah lub uciekło na pola — zaś reszta, pozbierana nad stawem w gromady i jakby opita złością, wżała coraz zapalczywiej, jużąc się nawzajem kżykami, że już każden się wydzierał, każden pomstował, każden się srożył wraz, czyniąc pżeraźliwy warkot, podobien dalekim i groźnym gżmotom.

I w jakiejś minucie cała wieś ruszyła do Dominikowej kieby ten wezbrany, szumiący potok; wiedła organiścina z wujtową, a za nimi pżepyhało się z rykiem całe rozjuszone stado.

Wdarli się do hałupy kiej buża, jaże zadygotały ściany. Dominikowa zastąpiła drogę, to ją stratowali; Jędrzych skoczył bronić i w oczymgnienie zrobili z nim to samo. Wreszcie Mateusz hciał ih powstżymać pżed komorą — i hociaż prał drągiem, hociaż bronił całą mocą, ale nie wyszło i „Zdrowaś”, już leżał kajś pod ścianą z rozbitym łbem i niepżytomny.

Jagusia była zaparta w alkieżu, a kiej wyrwali dżwi, stała pżytulona do ściany i nie broniła się, nie wydała nawet głosu; blada była kiej trup, a w oczah szeroko rozwartyh gożało ponure płomię grozy i śmierci.

Sto rąk wyciągnęło się po nią, sto rąk głodnymi hciwymi pazurami hyciło ją ze wszystkih stron, wyrwało niby kież płytko wrośnięty w ziemię i powlekło w opłotki.

— Związać ją, wyrwie się jeszcze i ucieknie! — rozżądziła wujtowa.

Na drodze stał już gotowy wuz, nałożony świńskim nawozem po wręby desek i zapżężony we dwie czarne krowy. Żucili ją na gnuj, związaną niby barana, i ruszyli wśrud piekielnego zamętu — urągliwe wyzwiska, śmiehy i pżekleństwa posypały się na nią kiej grad po stokroć zabijający.

Ale pżed kościołem cały pohud pżystanął.

— Tża ją zewlec do naga i pod kruhtą wysiec ruzgami! — kżyknęła Kozłowa.

— Zawdy takie bili pod kościołem! Do pierwszej krwi, bieżta ją! — wżeszczały.

Na szczęście brama smętaża była zawarta, zaś we furtce stojał Jambroż z proboszczowską stżelbą w ręku; i skoro się wstżymali, ryknął z całej piersi:

— Kto się poważy wejść na kościelne, zastżelę, jak mi Bóg miły. Ubiję jak psa — groził i tak jakoś strasznie patżał, gotując broń jakby do stżału, że poniehawszy zamiaru, ruszyli dalej na topolową.

Zaczęli nawet pośpieszać, gdyż buża mogła wybuhnąć leda hwila. Niebo posępniało coraz bażej, wiater bił w topole, jaże się pokładały, kużawa zrywała się spod nug, zasypując oczy, i stronami hurkotały gżmoty.

— Poganiaj, Pietrek, prędzej! — pżynaglali, rozglądając się niespokojnie po niebie. Pżycihli jakoś; szli bezładnie bokami drogi, bo środkiem był srogi piasek, że tylko niekiedy co tam kturaś zawziętsza, dopadłszy wozu, ulżyła se, pokżykując zajadle:

— Ty świnio! Ty tłumoku! A do sołdatuw, łajdusie zapowietżony!

— Używałaś, to nażrej się teraz wstydu, posmakuj zgryzoty! — darły się nad nią.

Pietrek, parobek Borynów, kturen powoził — bo żaden drugi nie hciał — szedł pży wozie, smagał krowy, a skoro jeno upatżył porę, szeptał do niej litośnie:

— Już niedaleczko... Pomsty za taką kżywdę... Ścierpcie ino...

Zaś Jagusia — w postronkah, na gnoju, zbita do krwi, w porwanym odzieniu, pohańbiona na wieki, skżywdzona ponad człowiecze wyrozumienie i nieszczęsna ponad wszystko — leżała jakby już nie słysząc ni czując, co się dzieje dokoła, tylko żywe łzy nieustanną strugą ciekły po jej tważy posiniaczonej, a niekiedy wzniesła się pierś niby w tym kżyku skamieniałym.

— Prędzej, Pietrek! Prędzej! — wołali coraz częściej, rosła w nih bowiem niecierpliwość, jakby opamiętanie, że już prawie w dyrdy dosięgli granicznyh kopcuw pod samym lasem.

Podnieśli deski woza i wraz z gnojem — jak to ścierwo obmieżłe — żucili, jaże ziemia pod nią jęknęła. Padła wznak i nawet się nie poruszyła.

Dopadła jej wujtowa i kopnąwszy nogą, zawżeszczała:

— A wrucisz do wsi, to cię zaszczujemy psami! — podniesła jakąś grudę czy kamień i gżmotnęła w nią z całej siły — Za kżywdę moih dzieci!

— Za wstyd całej wsi! — biła ją druga.

— Byś sczezła na wieki!

— By cię święta ziemia wyżuciła!

— Byś zdehła z głodu i pragnienia!

Biły w nią głosy, grudy ziemi, kamienie i pżygarście piahu, a ona leżała kiej kłoda, zapatżona jeno w rozkolebane nad sobą dżewa.

Spohmurniało nagle na świecie, zaczął padać deszcz gruby i żęsisty.

Pietrek z wozem cosik się zamarudził, że już nie czekając na niego, wracali kupami, a jakoś dziwnie ciho. Ale gdzieś w połowie drogi spotkali Dominikową; szła okrwawiona, w potarganej odzieży, zaszlohana i z trudem macająca kijem drogę. A gdy pomiarkowała, kto ją wymija, wybuhnęła strasznym głosem:

— A żeby was mur! A żeby was zaraza! A żeby was ogień i woda nie szczędziły!

Każden jeno głowę wtulił w ramiona i uciekał zestrahany.

A ona wielkimi krokami pobiegła na ratunek Jagusi.

 

Buża rozsrożyła się już na dobre. Niebo posiniało kiej wątroba, kuż zakotłował wielgahnymi kłębami, topole z jakimś szlohaniem i kżykiem pżyginały się do ziemi, zawyły wiatry i jęły coraz zapamiętalej walić się na zboża, pieżhające we wszystkie strony, i rycząc kiej byki zjuszone, rypnęły w lasy zwarte, rozhybotane i wniebogłosy szumiące.

Gżmoty już szły za gżmotami, pżewalając się z hurkotem wskroś całego świata, jaże ziemia dygotała i hałupy się tżęsły.

Zwite kołtuny miedzianogranatowyh hmur zwiesiły nisko spęczniałe, opuhłe kałduny i coraz to kturaś się rozpękła, tżaskał pierun i buhały potoki oślepiającej jasności.

Niekiedy sypał żadki grad, tżeszcząc po liściah i gałęziah.

A w sinej ćmie dnia, kużawy i graduw targały się rozpaczliwie dżewa, kżaki i zboża, jakby rwiąc się do ucieczki; ale bite wihurą ze wszystkih stron, ślepione piorunami, obłąkane hukiem, kręciły się jeno i szarpały z dzikim poświstem, a kajś z wysoka, pżez hmury, ciemnicę i rozwieję pżelatywały modre łyskawice — leciały niby stado wężuw ognistyh, leciały wyrwane skądściś i nie wiadomo kaj ciskane, leciały migotliwe a zagubione, oślepiające wszystek świat, a ślepe i nieme kiej dola człowiekowa. I trwało tak z pżerwami do samego wieczora, dopiero na samym zmieżhu całkiem się uspokoiło i pżyszła noc ciha, ciemna i hłodnawa.

A nazajutż dzień podniusł się bardzo cudny. Niebo było bez hmur i modżało kiej opłukane, ziemia polśniewała rosami, śpiewały radośnie ptaki, a wszelaki stwur pławił się z lubością w żeźwym, pahnącym powietżu.

Zaś w Lipcach wruciło wszystko do dawnego... Ale skoro jeno słońce wyniesło się na parę hłopa, to — jakby zmuwieni — wszyscy zaczęli wyhodzić do żniwa, że ano z każdej hałupy ruszali całą gromadą, z każdej hałupy błyskały sierpy i kosy, z każdego obejścia wytaczały się wozy na miedze i polne drożyny.

A kiej sygnaturka zaświegotała na kościele, już każden stojał gotowy na swoim zagonie i posłyszawszy dzwonienie, a jak poniektuży na co bliższyh polah — i pżejmujące granie organuw, jęli odmawiać pacieże; kto pżyklękał, kto nawet modlił się w głos, kto jeno wzdyhał pobożnie, nabierając pży tym thu i mocy, a każden się żegnał, w garście spluwał, nogami kżepko w zagon się wpierał, pżyginał gżbiet i żarliwie imając się sierpa czy kosy, zaczynał żnąć i kosić.

Wielka, uroczysta cihość pżejęła żniwne pola — zrobiło się jakby święte nabożeństwo znojnej, nieustannej i owocnej pracy.

Słońce podnosiło się coraz wyżej, skwar wzmagał się z godziny na godzinę, ogniste blaski zalewały pola i żniwny dzień potoczył się kiej to pszeniczne złoto, i dzwonił kiej złotem ciężkim, źrałym ziarnem.

Wieś ostała pusta i jakby wymarta. Hałupy były pozawierane, bo wszystko, co jeno żyło i mogło się dźwignąć z miejsca, ruszało do żniw, że nawet dzieci, nawet stare i shożałe, nawet pieski rwały się z postronkuw i ciągnęły od opustoszałyh domostw za narodem.

Że już na wszystkih polah — jak jeno było można sięgnąć okiem — w straszliwym skważe, wśrud zbuż złotawyh, w rozmigotanym i ślepiącym powietżu, od świtu do puźnego wieczora połyskiwały sierpy i kosy, bielały koszule, czerwieniały wełniaki, gmerali się niestrudzenie ludzie i szła ciha, wytężona robota. I nikto się już nie lenił, na somsiaduw nie oglądał, o niczym drugim nie myślał, a jeno, pżygięty nad zagonem kiej wuł, w pocie czoła pracował.

Tylko jedne pola Dominikowej stojały opuszczone i jakby zapomniane. Ziarno się już sypało z kłosuw, zboża mdlały od suszy, a nikto się tam nawet nie pokazał; z lękliwym smutkiem odwracano od nih oczy, niejeden już wzdyhał nad nimi, niejeden drapał się frasobliwie, oglądał trwożnie na drugih i potem jeszcze skwapniej pżypinał się do roboty — nie pora była deliberować nad taką marnacją i upadkiem.

Albowiem te żniwne dnie toczyły się już kiej koła, rozmigotane złocistymi szpryhami słońca, i pżehodziły jedne za drugimi, a coraz hybciej, i zaruwno znojne, i zaruwno ciężkim a radosnym trudom oddane.

A wkrutce, po paru dniah, że czas był wybrany i pogody cięgiem dopisywały, to wzięli pożęte zboża wiązać w grubahne snopy, ustawiać je na zagonah mendlami, a z wolna pżewozić do Lipiec.

Że już bez pżerwy toczyły się ciężkie, nastroszone wozy; toczyły się ze wszystkih pul, wszystkimi drożynami i do wszystkih na ścieżaj powywieranyh stoduł, jakoby sypkim złotem nabrane fale rozlały się po drogah, podworcah i klepiskah; tżęsły się nawet nad staw, nawet u dżew nad drogami wisiały złote, słomiane brody, a wszystek świat rozpahniał się pżywiędłą słomą, trawami a młodym ziarnem.

Już gdzieniegdzie po stodołah biły cepy, spiesznie młucące na hleb. A na pżestronnyh, pustoszejącyh polah, na złotawyh rżyskah, stada gęsi bobrowały hciwie za kłosami, pasły się całe zagony owiec i kruw. Kaj niekaj dymiły pierwsze ognie, a już po całyh dniah rozgłaszały się dzieuszyne pżyśpiewki, wżaski radosne, nawoływania, turkoty wozuw i jaśniały opalone, szczęsne tważe ludzi.

I nie położyli jeszcze żyta, to już po gurkah owsy skamlały się o kosy, a jęczmiona dojżewały prawie na oczah, a pszenice coraz złociściej rdzawiały, że nie było czasu odzipnąć ni nawet podjeść jako tako. Ale mimo tej ciężkiej pracy i takiego utrudzenia, iż niejeden zasypiał nad miską wieczorami, kiej pościągali z pul, Lipce jaże się tżęsły od wżawy radosnej, śmiehuw, rozpowiadań, śpiewań a muzyki.

Skończył się bowiem pżednuwek — stodoły były pełne, zboże sypało niezgożej i każden, hoćby najbiedniejszy, hardo podnosił głowę, z dufnością patżał w jutro i roił se jakoweś z dawien dawna upragnione szczęśliwości.

Kturegoś z takih żniwnyh, złotyh dni, kiej już zwozili jęczmiona, pżehodził pżez wieś ślepy dziad, wodzony pżez pieska; lecz mimo spieki nikaj nie wstąpił, spieszył się bowiem na Podlesie. Ciężko mu było dźwigać spaśny bżuh i pokręcone kulasy, to wlukł się z wolna i cięgiem pociągał nosem, uszami czujnie stżygł i pżystając pży żniwiażah, Boga hwalił, tabaką częstował, a kiej mu jaki grosz kapnął niespodzianie, pacieże mamrotał; ale i pżemyślnie, od niehcenia, zagadywał o Jagusię i lipeckie sprawy.

Niewiela się jednak wywiedział, bo go czym niebądź i niehętliwie zbywali.

Dopiero na Podlesiu, kiej pżysiadł pod figurą odzipnąć nieco, napotkał go Mateusz, ryhtujący niedaleczko dżewo na kowalowy wiatrak.

— Pokażcie mi drogę do Szymków! — prosił dziad, dźwigając się na kule.

— Nie zażyjecie u nih wywczasu! Tam jeno płacz i zgryzota! — szepnął Mateusz.

— Jagusia hora jeszcze? Powiadały, jako się jej cosik w głowie popsuło...

— Nieprawda, leży jednak cięgiem i mało wiele o bożym świecie pamięta! Kamień by się nad nią zlitował! O ludzie, ludzie!

— Żeby tak zatracić duszę hżeścijańską! Ale stara pono skarży całą wieś?

— Nic nie wskura! Wszystkie postanowiły, całą gromadą, prawo mają...

— Straszna żecz gniew całego narodu, straszna! — Jaże się wstżąsł.

— Juści, ale głupia i zła, i niesprawiedliwa! — wybuhnął Mateusz i podprowadziwszy go pod hałupę, sam zajżał do środka, ale ryhło wyszedł, obcierając ukradkiem łzy; Nastusia pżędła len pod ścianą, dziad pżysiadł pobok i wyjął niebieską flaszkę.

— Wiecie, tża tą wodą pokropić Jagusię tży razy na dzień i nacierać jej ciemię, a do tygodnia jakby ręką odjął! Dały mi tę wodę zakonnice w Przyrowie.

— Bóg wam zapłać! Dwie niedziele już pżeszło, a ona cięgiem leży bez pamięci, czasami jeno rwie się kajś uciekać, lamentuje i Jasia pżyzywa.

— Jakże Dominikowa?

— A też kiej trup, jeno pży niej pżesiaduje. Nie pociągną oni długo, nie.

— Jezu, co się marnuje narodu, Jezu! A kajże to Szymek?

— W Lipcach siedzi, pżeciek wszyćko na jego głowie, bo ja muszę pży obu strużować.

Wetknęła mu w garść całą dziesiątkę, ale dziad wziąć nie hciał.

— Z dobrego serca la niej pżyniosłem i jeszcze jaki paciorek dołożę do Przemienienia Pańskiego! Dobra była la biednyh jak mało kto drugi na świecie, poczciwa.

— Prawda, co miała dobre serce, prawda! A może to i bez to musi tyle pżecierpieć! — szepnęła, wlekąc smutnymi oczami po świecie.

Od Lipiec roznosiło się dzwonienie na Anioł Pański, a niekiedy dohodziły turkoty wozuw, szczęki naostżanyh kos i dalekie, dalekie śpiewania. Złocista kużawa zahodu pżysłaniać jęła całą wieś i pola wszystkie, i lasy.

Dziad podniusł się, spędził psy, poprawił torebek i wsparłszy się na kulah, żekł:

— Ostańcie z Bogiem, ludzie kohane.

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)