Ta strona jest napisana po nowopolsku. Wolisz pisownię tradycyjną?

Pżełącz na pisownię tradycyjną

Biblioteka › Chłopi

Lato, rozdział XII

XII

Naraz porwał się za nią lecieć.

— A to gdzie? — warknęła groźnie matka, zapierając mu sobą dżwi.

— Dlaczego ją mama wypędziła, za co? Że była dla mnie taka poczciwa! To niesprawiedliwie, ja na to nie pozwolę! Cuż ona zrobiła złego? Co? — wykżykiwał gorączkowo, wydzierając się z twardyh rąk matczynyh.

— Usiądź spokojnie, bo zawołam ojca... Za co? Zaraz ci powiem: masz być księdzem, to nie hcę, abyś pod moim dahem sposobił sobie kohanicę, nie hcę dożyć takiego wstydu i hańby, żeby cię ludzie wytykali palcami! Dlatego ją wypędziłam. Rozumiesz teraz?

— W imię Ojca i Syna! Co mama muwi?! — jęknął w najgłębszym obużeniu.

— Muwię to, co wiem! Juści, wiedziałam, że ją spotykasz tu i owdzie, ale Bóg mi świadkiem, jako cię nie podejżewałam o nic zdrożnego! Myślałam sobie zawsze, że skoro muj syn nosi kapłańską sukienkę, to splamić się jej nigdy nie poważy! Ady bym cię pżeklęła na wieki i wydarła ze serca, hoćby wraz pęknąć miało... — Oczy jej zapłonęły taką świętą zgrozą i nieubłaganiem, że Jasio zdrętwiał ze strahu. — Dopiero Kozłowa otwożyła mi oczy, a teraz już sama zobaczyłam, do czego hciała cię pżywieść ta suka...

Rozpłakał się żałośnie i wśrud szlohań i skarg na te okropne posądzenia z taką szczerością opowiedział wszystkie spotykania, że całkiem zawieżyła i pżygarnąwszy go do piersi, jęła mu obcierać łzy a uspokajać.

— Nie dziw się, że zlękłam się o ciebie, pżecież to łajdus najgorszy we wsi...

— Jagusia?! Najgorszy we wsi?! — Nie wieżył własnym uszom.

— Wstyd mi, ale dla twojego dobra muszę ci wszystko rozpowiedzieć.

I opowiedziała o niej pżerużne historie, nie szczędząc na dokładkę ni plotuw, ani też najrozmaitszyh wymysłuw.

Jasiowi włosy powstały na głowie, jaże się porwał z miejsca i zakżyknął:

— To nieprawda! Nigdy nie uwieżę, żeby Jagusia była taka podła, nigdy...

— Matka ci to muwi, rozumiesz? Z palca sobie tego nie wyssałam.

— Bajki, nic więcej! Pżecież to byłoby straszne! — załamał rozpaczliwie ręce.

— A czemuż ją bronisz tak zawzięcie, co?

— Bronię każdego niewinnego, każdego.

— Głupiś jak baran. — Rozgniewała się, dotknięta srodze jego niewiarą.

— Jak mama uważa. Ale jeżeli Jagusia taka najgorsza, to czemu mama pozwalała jej pżyhodzić do nas? — zapeżył się zapalczywie kiej młody kogut.

— Nie będę się tłumaczyła pżed tobą, kiedyś taki głupi, że niczego nie rozumiesz, ale ci zapowiadam: tżymaj się od niej z daleka, bo jak was gdzie razem pżydybię, to hociażby pży całej wsi, a sprawię jej taką frycuwkę, że mnie popamięta z ruski miesiąc! A i tobie może się pży tym co oberwać...

Odeszła, tżaskając dżwiami ze złości.

A Jasio, nawet nie rozumiejąc, czemu go tak obhodzi Jagusina osława, pżeżuwał matczyne słowa niby te kolczate osty, dławił się nimi, sycąc duszę ih piołunową gożkością.

— Toś ty taka, Jaguś?! Toś ty taka! — skarżył się z żałosnym wyżutem, że gdyby się była w tej hwili zjawiła, odwruciłby się od niej ze wzgardą i gniewem.

Albo to mugł spodziewać się czegoś podobnego? Że nawet w myślah nie postały mu takie straszne żeczy. Rozważał je jednak z coraz większą udręką i już sto razy się zrywał, aby do niej bieżyć, aby stanąć do oczuw i żucić jej w tważ tę całą litanię gżehuw... Nieh posłyszy, co muwią o niej, i niehaj się wypże, jeżeli może... Nieh głośno powie: „Nieprawda!”. Dumał gorączkowo, ale coraz głębiej wieżył w jej niewinność i ogarniał go żal, i wstawała w nim ciha tęsknota, i budziły się jakieś słodkie, radosne pżypomnienia spotykań, a jakiś słoneczny tuman niepojętej rozkoszy pżysłonił mu oczy i serce dręczył, że naraz się zerwał i zaczął kżyczeć jakby do wszystkiego świata:

— Nieprawda! Nieprawda! Nieprawda!

Ale pży kolacji uparcie patżył w tależ, unikając matczynyh oczuw. I hociaż muwiono o śmierci Jagaty, nie wtrącał się do rozmowy, a jeno cięgiem matyjasił, pżebierał w jadle, spżeciwiał się siostrom, wyżekał na gorąc w izbie i skoro tylko spżątnęli miski, poniusł się na plebanię. Proboszcz siedział se na ganku z fają w zębah i cosik pilnie pogadywał z Jambrożem. Obszedł ih z dala i spacerując kajś pod dżewinami, frasobliwie medytował: „A może to i prawda?! Mama by sobie tego nie stwożyła”.

Z okien plebanii lały się smugi światła na klomb, gdzie baraszkowały pieski warcząc na się pżyjacielsko, a z ganku roznosił się grubahny głos.

— A jęczmień na Świńskim Dołku obejżałeś?

— Słoma jeszcze ździebko zielona, ale ziarno już kiej piepż.

— Tża by ci jutro pżewietżyć ornaty, na nic spleśnieją. Komżę i alby zanieś Dominikowej, nieh Jagusia upieże. Ale kto to był po południu z krową?

— Kturyś z Modlicy. Młynaż spotkał go na moście i prubował pżeciągnąć do swojego byka, obiecywał go nawet dopuścić za darmo, ale hłop wolał naszego...

— Ma rozum, za rubla będzie miał profit na całe życie, pżynajmniej kruw się dohowa. Nie wiesz, Kłęby wyprawią to pogżeb Jagacie?

— Pżeciek ostawiła na pohowek całe dziesięć złotyh.

— Pohowa się ją z paradą jak gospodynię. A powiedz tam brackim, że wosku im spżedam, nieh sobie tylko dokupią blihowanego. Jutro Michał obżądzi w kościele, a ty idź z ludźmi do żniwa i poganiaj. Barometr jakiś niepewny, może być buża! Kiedyż to się zbiera kompania do Częstochowy?

— Wotywę zamuwiły na czwartek, to juści, zaraz po mszy ruszą...

Jasia drażniła nieco ta rozmowa; odszedł dalej aż pod niski, pleciony płot, dzielący sad od pasieki, na wąską, zarosłą drużkę i spacerował, trącając niekiedy głową w obwisłe, ciężkie od jabłek gałęzie.

Wieczur był nagżany i duszny. Pahniał miud i żyto skoszone kajś za ogrodami, powietże było ciężkie, pżejęte spieką, bielone pnie majaczyły w mrokah niby gzła porozwieszane do pżeshnięcia, kajś nad stawem naszczekiwały psy wielce swarliwie, a od Kłębów buhały niekiej żałobne, jękliwe zawodzenia.

Jasio, strudzony wreszcie deliberacjami, zawrucił już ku domowi, gdy naraz posłyszał jakby z pasieki jakieś pżyduszone, gorące szepty.

Nie dojżał nikogo, ale pżystanął i słuhał z zapartym them.

— Byś skisł... Puść me, puść, bo będę kżyczeć!

— Głupia... Czego się wydzierasz? Kżywdy ci to hcę, kżywdy?

— Jeszcze kto posłyszy... Laboga, dyć mi ziobra zgnieciesz... Puść...

Pietrek Borynów i księża Maryna! Rozpoznał ih po głosah i odszedł z uśmiehem, lecz po paru krokah zawrucił na dawne miejsce i nasłuhiwał z dziwnie bijącym sercem. Gęste kże ih pżysłaniały i ciemnica, nie sposub było rozeznać, ale coraz wyraźniej słyszał krutkie, rwane i warem kipiące słowa — buhały kiej płomienie, a niekiedy pżez długie hwile wżały gorączkowe, dyszące oddehy i szamotania.

— Takusieńką, jak ma Jagusia, obaczysz... Ino mi nie broń, Maryś, ino...

— Zarno ci zawieżę... Bo ja to taka... Loboga, dajże odzipnąć...

Zaszeleściały gwałtownie kżaki, coś ciężko zwaliło się na ziem, ale po hwili zatżęsły się, i znowu krutkie, rozpalone szepty, ściszone śmiehy i całunki.

— Że już i nie sipiam, a ino cięgiem o tobie, Maryś... O tobie, najmilejsza...

— Każdej prawisz to samo... Czekałam cię do pułnocka... U drugiej byłeś...

Jasio jakby z nagła ogłuhł i zatżąsł się kieby osika. Wiater poszedł po sadzie, zaruhały się dżewa i zagważyły cihuśko kieby we śpiku. Z pasieki zawiały takie miodne zapahy, jaże go sparło pod piersiami, a oczy nalały się łzami; pżejął go jakiś dygotliwy war i cosik tak lubego jęło udręczać, że ino się raz po raz pżeciągał a wzdyhał.

— Tyla mi do niej, co do tyh gwiazduw... Jasia se tera namuwiła...

Opżytomniał, wcisnął się w płot i nasłuhiwał, coraz silniej rozdygotany.

— Prawda... Co noc wyhodzi do niego... Kozłowa pżydybała ih w lesie...

Świat się z nim zakręcił i rozciemniało mu w oczah; ledwie się już tżymał na nogah, a tam w gąszczah wciąż mlaskały drażniąco całunki, pżeśmiehy i szepty...

— To ci łeb wżątkiem opażę kieby temu psu...

— Ino ten razik, najmilejsza... Dyć cię nie ukżywdzę... Obaczysz...

— Pietruś, loboga, Pietruś...

Jasio odskoczył i uciekał niby wiatr, rozdzierając sutannę o kżaki. Wpadł do domu czerwony jak burak, oblany potem i zgorączkowany — szczęściem nikto nie zwrucił na niego uwagi. Matka siedziała pżed kominem z kądzielą i pżędła, śpiewając z ciha Wszystkie nasze dzienne sprawy, siostry wturowały cieniuśko wraz z Michałem, kturen pucował kościelne lihtaże, ojciec już spał.

Jasio zawarł się w swoim pokoju i zabrał się do brewiaża, ale cuż, kiej hociaż uparcie powtażał łacińskie słowa, to i tak cięgiem słyszał tamte szepty i tamte całunki, że w końcu sparł czoło na książce i dał się już poniewoli jakowymś myślom, kieby tym wihrom palącym.

„Więc to tak?”, dumał z coraz większą zgrozą i wraz z jakimś lubym dreszczem.

— Więc to tak! — powtużył naraz głośno; i hcąc się oderwać od tyh obmieżłyh myśleń, wziął brewiaż pod pahę i poszedł do matki.

— Zmuwię pacież pży Jagacie — wyżekł ciho i pokornie.

— A idź, synu, pżyjdę puźniej po ciebie. — Spojżała bardzo miłościwie.

W hałupie Kłębów nie było już prawie nikogo, tylko jeden Jambroż cosik tam mamrotał z książki pży zmarłej, ktura leżała nakryta płahtą; na poręczy łużka tliła się gromnica, zatknięta w dzbanuszek, pżez wywarte okna zaglądały gałęzie pełne jabłek — noc roziskżona gwiazdami, a kiej niekiej wsadzał zdumioną tważ jakiś zapuźniony pżehodzień, w sieniah warczały cięgiem pieski.

Jasio pżyklęknął pod światłem i tak się był gorąco oddał pacieżom, że ani wiedział, kiej Jambroż pokusztykał do dom, Kłęby pokładły się spać kajś w sadzie i zapiały pierwsze kury — szczęściem, co matka o nim nie zapomniała.

Ale cuż, kiej śpik prawie się go nie imał... Bo co jeno zaczynało go możyć, to zjawiała się pżed nim Jagusia niby żywa, że zrywał się z pościeli, pżecierał oczy i rozglądał się wystraszony — juści, co nie było nikogo, cały dom leżał pogrążony w twardym śnie, a z drugiej izby rozlegało się ojcowe hrapanie.

„To może ona dlatego...”, zamyślił, spominając jej gorące całunki, oczy rozjażone i drżący głos. „A ja myślałem...”. Zatżąsł się ze wstydu, zeskoczył z łużka, otwożył okno i pżysiadłszy w nim, do samego świtania medytował i kajał się z mimowolnyh pżewin i pokuszeń.

Zaś rano pży mszy nie śmiał nawet podnieść oczuw na ludzi ni się rozejżeć po kościele, ale tym goręcej modlił się za Jagusię, bo już był całkiem uwieżył w jej straszne pżewiny — nie poredził tylko w sobie zbudzić do niej gniewu i odrazy.

— Co ci jest? Wzdyhałeś, że dziw nie pogasły świece! — pytał go proboszcz w zakrystii.

— Tak mnie paży sutanna! — zaskarżył się, odwracając prędko tważ.

— Jak się pżyzwyczaisz, to będziesz ją nosił niby drugą skurę.

Jasio pocałował go w rękę i poszedł na śniadanie, pżebierając się cieniami nad stawem, gdyż słońce prażyło już nie do wytżymania. I natkał się na księżą Marynę — ciągnęła za gżywę ślepego konia i zawodziła wżaskliwie.

Pżypomnienia źgnęły go niby szydłem, iż pżystąpił do niej zeźlony.

— Z czeguż to Marysia tak się cieszy? — patżał w nią ze wstydliwą ciekawością.

— A bo mi wesoło! — zaśmiała się, jaże zagrały jej białe zęby, szarpnęła konia i wyśpiewywała jeszcze rozgłośniej.

— Po wczorajszym taka wesoła! — Odwrucił się prędko, gdyż spod ugiętej wysoko kiecki błyskały jej białe podkolania, rozłożył bezradnie ręce i wstąpił do Kłębów.

Jagata leżała już z całą paradą na środku izby, pżybrana w odświętne szaty, w czepcu o sutym, białym zbużeniu nad czołem, w paciorkah na szyi, w nowym wełniaku i w tżewikah, zaścibniętyh na czerwone sznurowadła. Tważ miała kieby odlaną z blihowanego wosku, a dziwnie rozradowaną; w zesztywniałyh palcah tkwił kżywo obrazik, dwie świece paliły się pobok jej głowy. Jagustynka odganiała muhy wielką gałęzią, jałowcowy dym ciągnął się z komina i rozwłuczył po całej izbie. Co trohę ktoś whodził zmuwić pacież za nieboszczkę, a kilkoro dzieci plątało się pod ścianami.

Jasio jakoś trwożnie rozglądał się po mrocznej hałupie.

— Kłęby pojehały do miasta — zaszeptała mu Jagustynka. — Ostawiła im sporo, to muszą się wypuczyć na pohowek, krewniaczka pżeciek! Eksporta dopiero będzie wieczorkiem, bo Mateusz jeszcze nie zdążył z trumną...

Zaduh był w izbie i taką trwogą pżejmowała go ta żułta, znieruhomiała w pżeśmieh tważ umarłej, że jeno się pżeżegnał i wyszedł, spotykając się tuż pżed progiem oko w oko z Jagusią. Szła z matką i ujżawszy go, pżystanęła, ale pżeszedł bez słowa, nawet Boga nie pohwalił, dopiero z opłotkuw obejżał się na nią bezwolnie — jeszcze stojała w miejscu, wpatżona w niego smutnymi oczami.

W domu nie hciał jeść śniadania, wyżekając na srogi bul głowy.

— Pżejdź się trohę, może pżestanie — radziła mu matka.

— A gdzież pujdę? Żeby mama zaraz myślała Bóg wie co!

— Jasiu, co ty wygadujesz?!

— Pżecież mama nie pozwala mi się ruszyć z domu! Pżecież to mama zabroniła mi nawet rozmawiać z ludźmi! Pżecież... — Mścił się wielce rozdrażniony.

A skończyło się na tym, że mu obwiązała głowę szmatą skropioną octem, ułożyła go spać w ciemnym pokoju i pżegnawszy dzieci na podwuże, czuwała nad nim kiej kokosz, puki się dobże nie wyspał i nie podjadł, jak się patży.

— A teraz idź się pżejść, idź na topolową, tam większy cień i hłodniej.

Nic się nie odezwał, ale czując, że matka pilnie za nim naglądała, na złość jej poszedł całkiem w drugą stronę. Włuczył się po wsi, patżył na kowali gżmiącyh młotami, zajżał do młyna, łaził po ogrodah, skwapnie zazierając na lniska i wszędy, kaj się ino czerwieniły kobiece pżyodziewy. Posiedział z panem Jackiem, pasącym na jakiejś miedzy Weronczyne krowy, napił się mleka u Szymków na Podlesiu i wrucił do wsi dopiero na samym zmieżhu, nie napotkawszy nikaj Jagusi.

Zobaczył ją dopiero nazajutż na pogżebie Jagaty — tak patżała w niego pżez całe nabożeństwo, jaże litery skakały mu w oczah i mylił się w śpiewaniah. A kiej ciało prowadzili na smętaż, to nie bacząc na groźne spojżenia organiściny, szła prawie pobok niego, że nasłuhując jej żałośliwyh wzdyhuw, topniał w sobie kieby śnieg pod tym zwiesnowym słońcem.

Zaś kiedy trumnę spuszczali do dołu i wybuhnęły lamenta, posłyszał i jej płacz żewliwy; ale zrozumiał, co nie po umarłej tak szloha, a jeno z ciężkiej udręki zbolałego, pokżywdzonego serca.

„Muszę się z nią rozmuwić”, postanowił, wracając z pogżebu. Ale nie mugł się prędko wydostać na wolę, gdyż zarno z południa zaczęli się zjeżdżać do Lipiec ludzie z dalszyh wsi, a nawet i z drugih parafii na jutżejszą pielgżymkę do Częstochowy. Kompania miała wyjść rankiem, zaraz po solennej wotywie, to się z wolna ściągali, napełniając drogi nad stawem wozami a gwarem. Sporo też pżyhodziło na plebanię, że Jasio musiał siedzieć i załatwiać za proboszcza pżerużne sprawy. Ale jakoś pod sam wieczur, upatżywszy sposobną porę, wziął książkę i niepostżeżenie wyniusł się na miedzę za stodołami, pod gruszę, kaj nieraz siadywali wraz z Jagusią.

Juści, co ani tknął oczami książki, a cisnął ją kajś w trawę i rozejżawszy się po polah, skoczył w żyta i hyłkiem, prawie na czworakah, pżebierał się na ogrody Dominikowej.

Jagusia właśnie podbierała ziemniaki ani się spodziewając, że ktosik na nią patży, raz po raz bowiem prostowała się ociężale i wsparta na motyczce, powłucząc smutnymi oczami po świecie, wzdyhała długo i ciężko.

— Jagusia! — zawołał lękliwie.

Pobladła na płutno i stanęła kiej wryta, zaledwie już wieżąc własnym oczom. Thu jej brakło i ścisnęło pod piersiami, ale patżała w niego kieby w to cudne zwidzenie, a słodki pżeśmieh zatlił się na spąsowiałyh z nagła wargah, rozmigotał się płomieniami i wybuhnął kiej słońce.

Jasiowi ruwnież rozjażyły się oczy i miody zalały serce, nie dał se jednak folgi — milczał, a jeno pżysiadł na zagonie i patżał w nią z dziwną lubością.

— Bojałam się, co pana Jasia już nigdy nie obaczę...

Kieby pahnący wiater zawiał z łąk i udeżył w niego... Jaże pohylił głowę, tak mu ten głos rozdzwaniał się w duszy prawie niepojętą szczęśliwością.

— A pżed Kłębami, wczoraj, to pan Jasio ani spojżał...

Stojała pżed nim spłoniona kieby ten kież rużany, kieby ten jabłoniowy kwiat, mdlejący w skważe tęsknicy, śliczności pełna i zgoła jakiemuś cudowi podobna.

— A to dziw mi serce nie pękło! A to dziw me rozum nie odszedł.

Łzy błysnęły jej u żęs, pżysłaniając niby diamentami modre nieba oczuw.

— Jagusia! — wyrwało mu się kajś spod samego serca.

Pżyklękła w bruździe i cisnąc mu się do kolan, wpierała w niego oczy, pżepaści ogniste, oczy modre jak niebo i jak niebo niezgłębione, oczy upojne niby całunki i niby pżygarnięcia rąk umiłowanyh, oczy pokuszeń i niewinnego dzieciństwa zarazem.

Wstżąsnął się gwałtownie i jakby się broniąc pżed czarami, zaczął ostro wymawiać wszystkie jej gżehy, wszystkie, jakie mu była powiedziała matka. Piła każde słowo, nie spuszczając z niego oczuw, ale mało wiele poredziła wymiarkować; wiedziała bowiem tylko jedno, że oto siedzi pżed nią ten ponad wszystko wybrany, że se cosik gawoży, że oczy mu się jażą, a ona klęczy se pżed nim kieby pżed tym świątkiem i modli się niezgłębioną wiarą miłowania.

— Powiedz, Jaguś, że to wszystko nieprawda! Powiedz! — nalegał prosząco.

— Nieprawda! Nieprawda! — pżytwierdziła z taką szczerością, że uwieżył od razu, uwieżyć musiał.

A ona sparła się piersiami o jego kolana i zatonąwszy mu w oczah, wyznawała się cihuśko ze swego miłowania... Jakby na świętej spowiedzi otwarła pżed nim duszę na ścieżaj, żuciła mu ją pod nogi kiej zbłąkaną ptaszkę i modlitewną, gorącą prośbą dawała się wszystka na jego zmiłowanie i na jego wolę i niewolę.

Jasio rozdygotał się kiej listek wstżąsany gwałtowną nawałnicą. Hciał ją odephnąć i uciekać, ale jeno szeptał omdlałym, niepżytomnym głosem:

— Ciho, Jaguś, tak nie można, gżeh, ciho!

Aż umilkła, całkiem wyzbyta ze sił. Milczeli już oboje, unikając swoih oczuw, a wraz cisnąc się do siebie tak z bliska, że słyszeli bicie serc własnyh i cihe, palące dyhania. Było im strasznie dobże i radośnie; obojgu łzy spływały po zbladłyh tważah, obojgu śmiały się czerwone wargi, a dusze kieby w czas podniesienia były zatopione w jakąś najświętszą cihość i tajnię, jaśniejącą gdzieś na wysokościah, i unosiły się jeszcze wyżej, ponad światy.

Słońce już zaszło i ziemia spłynęła zożami kieby tą rosą pozłocistą. Wszystko pżycihło, wszystko pżytaiło deh i wszystko kieby zmartwiało w zasłuhaniu dzwonuw, co zabiły na Anioł Pański; i wszystko jakby się zamodliło cihym, dziękczynnym pacieżem za świętą łaskę dnia odebranego. Poszli w pola, zasypane pyłem zuż; szli jakimiś miedzami pełnymi kwiatuw, wskroś zbuż dojżałyh, wlekąc rękami po kłosah, zwisającyh im do kolan, szli w łuny zahodu wpatżeni, w szerokie, złociste pżepaście nieba i z niebem w duszah, i z niebem w oczah, i jakby w niebiańskih otęczah nad głowami.

Jakby msza się w nih odprawiała, tak pełni byli świętego nabożeństwa, tak dusze im klęczały w zahwyceniu i tak im śpiewały wniebowzięte serca o łasce Pańskiej, tylko im jednym objawionej w tej godzinie żywota.

Ni słowa nie pżemuwili więcej do siebie, ni jednego słowa, tylko niekiedy kżyżowały się ih spojżenia jak błyskawice, całkiem już postępłe od własnyh żaruw i nic o sobie niewiedzące.

Nie wiedzieli ruwnież, że śpiewają jakąś pieśń, co się z nih była sama zrodziła i kieby ptak rozświergotany leciała nad omroczone pola, we wszystek świat.

Nie wiedzieli nawet, kaj są i dokąd idą, i po co...

Nagle i kajś z bliska runął im nad głowy twardy i suhy głos:

— Jasiu, do domu!

Wytżeźwiał w tym oczymgnieniu. Byli na topolowej, a matka stojała tuż pżed nimi z groźną i niepżebłaganą tważą — jął cosik bąkać i pleść tży po tży.

— Hodź do domu!

Wzięła go za rękę i gniewnie pociągnęła za sobą; dał się bez oporu, z pokorą...

Jagusia szła za nimi jakby użeczona, gdy naraz organiścina podniesła z drogi kamień i cisnęła w nią ze straszną zawziętością.

— Poszła precz! A do budy, ty suko! — zakżyczała wzgardliwie.

Jagusia obejżała się dokoła, całkiem nie miarkując, o kogo tamtej hodzi. Ale gdy jej zniknęli z oczuw, długo się plątała po drogah, a potem, gdy w hałupie poszli spać, siedziała pod ścianą do białego rana.

Godziny szły za godzinami, piały kokoty, rżały konie pży wozah nad stawem, robił się świt, wieś zaczynała wstawać, brali wodę ze stawu, wypędzali bydło na pastwiska, kto już wyhodził na robotę, gdzie już trajkotały kobiety, kajś dzieci popłakiwały matyjaśnie — a ona wciąż siedziała na jednym miejscu i z otwartymi oczami śniła na jawie o Jasiu: że cosik z nim rozmawia, że patżą na się tak z bliska, jaże ją ogarniały słodkie ognie, że idą kajś i śpiewają coś takiego, czego nie poredziła sobie pżypomnieć ... I tak cięgiem jedno w kułko.

Matka zbudziła ją z tyh cudnyh zwidzeń, a głuwnie Hanka, ktura pżyszła już pżyszykowana do drogi, i hociaż nieśmiało, pierwsza wyciągnęła rękę na zgodę.

— Do Częstochowy idę, to mi darujecie, com ta pżeciw waju zgżeszyła...

— Bóg zapłać za dobre słowa, ale co kżywda, to kżywda! — mruknęła stara.

— Nie ruhajmy tego! Proszę was ze szczerego serca, byście mi odpuściły.

— Złości już do was w sercu nie howam — westhnęła ciężko Dominikowa.

— Ani ja! Hociem niemało pżecierpiała! — wyżekła poważnie Jagusia i posłyszawszy sygnaturkę, poszła się pżybierać do kościoła.

— Wiecie, a to Jasio organistuw idzie z kompanią — ozwała się po hwili Hanka.

Jagusia, posłyszawszy nowinę, wypadła z hałupy na puł ubrana.

— Co ino sama organiścina mi powiedziała, jako koniecznie naparł się iść do Częstochowy! Raźniej będzie nama wędrować z księżykiem. I honorniej! Ostajta z Bogiem. — Pożegnała się pżyjacielsko i poszła do kościoła, rozpowiadając po drodze nowinę; juści, co się jej dziwowali, tylko Jagustynka pokręciła głową i żekła ciho:

— W tym coś jest! Już on ta z dobrej woli nie idzie, nie...

Ale nie pora była na dłuższe wywody, bo z puł wsi zebrało się w kościele i ksiądz już wyhodził z wotywą, odprawianą na intencję pielgżymki.

Jasio służył do mszy jak co dnia, jeno dzisia tważ miał cosik bledszą i dziwnie zbolałą, zaś oczy podsiniałe i jeszcze szkliste od łez, że jakoby we mgłah majaczył mu cały kościuł, Tereska, leżąca kżyżem pżez całe nabożeństwo, wystrahane oczy Jagusi, matka, siedząca w dworskiej ławce, i te pżystępujące do komunii wędrowniki — jak pżez mgłę widział, pżez te łzy zaledwie powstżymywane, pżez żałość szarpiącą mu serce i pżez ten śmiertelny smutek.

Proboszcz od ołtaża żegnał odhodzącyh, a kiej się wywalili pżed kościuł, skropił ih wodą święconą i pobłogosławił. Podnieśli zaraz horągiew, kżyż błyszczał na czele, ktosik zaśpiewał — i kompania ruszyła w daleką drogę.

Z Lipiec szły: Hanka, Marysia Balcerkówna, Kłębowa z curką, Grzela z kżywą gębą, Tereska z mężem, kture się ohfiarowały pżez całą drogę nie brać do ust nic gorącego, i parę komornic; ale wraz z ludźmi z drugih wsi zebrało się ze sto narodu.

Odprowadzała ih cała wieś, zaś wozy zawalone tobołami szły na zajdah. Ale mimo wczesnej godziny upał się już wzmagał, słońce ślepiło oczy i kuż podnosił się tumanami, że szli jakby w tyh szaryh, duszącyh obłokah.

Jagusia szła z matką i z drugimi. Była strasznie zmizerowana, tżęsła się w sobie z żałości, a łykając gożkie, sieroce łzy, patżyła w Jasia kieby w to słońce — juści, co z dala, bo organiścina z dziećmi nie opuszczała go ani na hwilę, że nie było sposobu pżemuwić do niego ni nawet stanąć mu w oczah.

Mateusz muwił cosik do niej, to matka, to drugie; cuż, kiej tylko jedno wiedziała — że Jasio na zawsze odhodzi, że już go nigdy nie zobaczy, pżenigdy.

Pod figurą na Podlesiu pożegnali kompanię, ktura zaraz pociągnęła dalej, wśrud śpiewań oddalając się coraz bażej — aż i zginęła całkiem z oczuw, a tylko kajś w rozsłonecznionyh dalah, nad drogami, podnosiły się kłęby kużawy.

— Laczego? Laczego? — jęczała, wlekąc się niby trup za powracającymi do wsi.

„Padnę i zamrę!”, myślała, czując w sobie jakby poczynanie się śmierci. Szła coraz wolniej i ciężej, wyzbyta ze sił skwarem, zmęczeniem i tą straszną udręką.

— I cuż ja teraz pocznę, co? — pytała, zapatżona w ten dzień dziwnie pusty i boleśnie ślepiący.

Czekała z upragnieniem nocy i cihości. Ale i noc nie pżyniesła jej folgi ni ukoju; tłukła się do samego świtania kole hałupy, szła na drogi, poleciała nawet na Podlesie pod figurę, kaj ostatni raz widziała Jasia, i zapiekłymi od męki oczami szukała na szerokiej, piaszczystej drodze jakby śladuw jego krokuw, hoćby cienia po nim, hoćby tej grudki ziemi tkniętej pżez niego.

Nie było, nie było la niej nic i nikaj, nie było już zmiłowania i poratunku.

Zabrakło jej w końcu nawet łez — zabite smutkiem i rozpaczą oczy świeciły kiej studnie niezgłębionej boleści.

A tylko niekiej, pży pacieżu, zrywała się ze spiekłyh warg żałosna skarga:

— I za co to wszystko, muj Boże, za co?

Wolne Lektury

Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.

Pobież e-book w pisowni nowopolskiej (EPUB)