Lato, rozdział XI
XI
Już stronami — na piaskah i lżejszyh gruntah — wyhodzono ze sierpem, już nawet kaj niekaj po wyżniah błyskały kosy, ale we wsiah, gdzie były mocniejsze ziemie, dopiero imano się pżygotowań i żniwa leda dzień miały się rozpoczynać.
Więc i w Lipcach, jakoś w parę dni po ucieczce Rocha, jęto się ostro sposobić do żniwa. Ryhtowano na gwałt drabiny i moczono we stawie wozy co bażej rozeshnięte, opżątano stodoły, że już stojały wywarte na pżestżał, gdzie w cieniah saduw wykręcano powrusła, zaś prawie pod każdą hałupą bżąkały rozklepywane kosy; kobiety zwijały się pży pieczeniu hlebuw i sposobieniu zapasuw, a z tego wszystkiego zrobiło się tylahna skżętu i rwetesuw, że wieś wyglądała jakby pżed jakimś wielkim świętem.
A że pży tym zjehało się z drugih wsi sporo narodu, to na drogah i pod młynem wżało kieby na jarmarku, głuwnie bowiem ściągali ze zbożem do mielenia. Ale jakby na utrapienie, tak mało było wody, że robił tylko jeden ganek, a i to zaledwie się ruhając — czekali jednak cierpliwie swojej kolei, boć każden hciał zemleć jeszcze na żniwa.
Niemało też cisnęło się do młynażowego domu kupować mąkę, kasze pżerużne, a nawet i po hleb gotowy.
Młynaż leżał hory, ale snadź nic się nie działo bez jego pżyzwoleństwa, gdyż kżyknął do żony, siedzącej na dwoże pod wywartym oknem:
— A żepeckim nie dawaj ani za grosz. Prowadzali swoje krowy do księżego byka, to niehże im proboszcz zaborguje i co innego!
I nie pomogły żadne prośby ni skamłania, na darmo też wstawiała się za biedniejszymi; zaciął się i żadnemu, kturen ino wodził krowę na plebanię, nie pozwolił zborgować ani puł kwarty mąki.
— Spodobał im się księży byk, to nieh go sobie doją! — wykżykiwał.
Młynażowa, też jakoś kwękająca, spłakana i z obwiązaną tważą, wzruszała ramionami, ale jak mogła, ukradkiem zborgowała niejednemu.
Nadeszła Kłębowa, prosząc o puł ćwiartki jaglanej kaszy.
— Płacicie zaraz, to bieżcie, ale na burg nie dam ani ziarnka.
Zafrasowała się wielce, bo juści, że pżyszła bez pieniędzy.
— Tomek z nim tżyma za jedno, to niehaj uprosi o kaszę.
Obraziła się i żekła wyzywająco:
— Juści, co tżyma z księdzem i tżymał będzie, ale tutaj już więcej jego noga nie postoi.
— Mała szkoda, krutki żal! Sprubujcie mleć gdzie indziej.
Odeszła, wielce skłopotana, bo w domu nie było już ani grosza; lecz natknąwszy się na kowalową, siedzącą pod zawartą kuźnią, rozżaliła się pżed nią i zapłakała na młynaża.
Ale kowalowa ozwała się z pżeśmiehem:
— To wam jeno żeknę, co już niedługie to jego panowanie.
— Hale, a ktuż to da radę takiemu bogaczowi, kto?
— Jak mu wiatrak postawią pod bokiem, to mu i radę dadzą.
Kłębowa jaże oczy wytżeszczyła ze zdumienia.
— A muj wiatrak postawi. Co ino poszedł z Mateuszem do boru wybierać dżewo. Na Podlesiu będą stawiać, kole figury.
— Cie... Michał stawia wiatrak?! Śmierci bym się prędzej spodziała, no, no... Ale dobże tak temu zdzierusowi, nieh mu kałdun spadnie.
Tak jej ulżyło, że śpieszniej szła ku domowi, ale dojżawszy Hankę, pierącą pod hałupą, wstąpiła podzielić się tą niespodzianą nowiną.
Antek majdrował cosik kole woza i posłyszawszy rozmowę, żekł:
— Prawdę wam powiedziała Magda, kowal już kupił od dziedzica dwadzieścia morguw na Podlesiu, zaraz pży figuże, i tam wystawi wiatrak! Młynaż się wścieknie ze złości, ale nieh mu rura zmięknie! Tak się już wszystkim dał we znaki, że nikto go nie pożałuje.
— Nie wiecie to niczego o Rochu?
— Nic a nic — odwrucił się od niej jakoś spiesznie.
— To dziwne, tżeci dzień i nie wiada, co się z nim wyrabia.
— Pżeciek nieraz już tak bywało, że poszedł kajś, a potem znowu się zjawił.
— Ktuż to od was idzie do Częstochowy? — zagadnęła Hanka.
— A idzie moja Jewka z Maciusiem. Latoś mało wiela się ze wsi wybiera.
— I ja pujdę, właśnie pżepieram na drogę co lżejsze szmaty.
— Ale pono z drugih wsi to sporo się szykuje.
— Sposobną porę se wybrały, na największą robotę — mruknął Antek, ale żonie się nie pżeciwił, wiedząc od dawna, na jaką to intencję się ohfiarowała.
Zaczęły se rozpowiadać rużnoście, gdy wpadła Jagustynka.
— Wiecie — wżeszczała — a to może pżed godziną pżyszedł z wojska Jasiek!
— Tereski hłop! A dyć powiadała, co wraca dopiero na kopania.
— Co inom go widziała, galancie koło niego i okrutnie stęskniony do swoih.
— Dobry był hłop, ale zawzięty. Tereska doma?
— Rwie len u proboszcza i jeszcze nie wie, co ją w domu czeka.
— Znowu zakotłuje się w Lipcach, pżeciek mu zarno powiedzą!
Antek słuhał uważnie, gdyż mocno go zajęła nowina, lecz się nie odzywał; zaś Hanka z Kłębową, szczeże ubolewając nad Tereską, jęły pżewidywać najgorsze la niej żeczy, aż im pżerwała Jagustynka:
— Psu na budę taka sprawiedliwość! Hale, pujdzie se taki ciołek na całe roki we świat, kobietę ostawi samą, a potem, jak się niebodze co pżygodzi, to gotuw ją hoćby zakatrupić! A wszystkie też „bij zabij” na nią! Kajże ta sprawiedliwość! Hłop to se może używać jak na psim weselu i nikto mu za to nie żeknie nawet marnego słowa! Do cna głupie użądzenie na świecie! Jakże, to kobieta nie żywy człowiek, to z drewna wystrugana czy co? Ale kiej już musi odpowiadać, to niehże i gah zaruwno płaci, pżeciek pospulnie gżeszyli. Czemuż to jemu tylko ucieha, a la niej samo płakanie, co?
— Moiściewy, tak już postanowione od wiek wieka, to i ostanie! — szepnęła Kłębowa.
— Ostanie, żeby się narud marnował, a zły cieszył, ale ja to bym postanowiła inaczej: wzion kturen cudzą kobietę, to niehże se ją ostawi na zawdy. A nie zehce, bo mu już nowa lepiej zasmakowała, kijem ścierwę i do kreminału!
Antek roześmiał się z jej zapalczywości. Skoczyła ku niemu z wżaskiem:
— La was to ino warte śmiehu, co? Zbuje zapowietżone, każda wam najmilejsza, puki jej nie dostanieta! A potem jeszcze się pżekpiwają!
— Wydzieracie się jak sroka na pluhę! — żucił niehętnie.
Poleciała na wieś i pżyszła dopiero nad wieczorem, ale srodze spłakana.
— Cuż się to waju pżygodziło? — spytała niespokojnie Hanka.
— A co, napiłam się człowieczego bulu i jaże mnie zamgliło. — Rozpłakała się i jęła muwić pżez łzy i szlohania: — Wiecie, a to Kozłowa wzięła Jaśka pod swoją opiekę i już mu wszyćko wyśpiewała.
— Nie ta, to druga by mu pedziała, takie żeczy się nie zagubią.
— Muwię wam, że cosik strasznego wzbiera w ih hałupie! Poleciałam do nih, nie było nikogo. Zaglądam teraz, siedzą oboje i płaczą, na stole porozkładane podarunki, jakie jej pżyniusł. Jezu, jaże mruz mnie pżejął, jakbym zajżała do grobu. Nie muwią do się, jeno płaczą. Mateuszowa matka rozpowiedziała mi, jak to było, aże mi włosy powstały na głowie.
— Nie wiecie, wspominał Mateusza? — zagadnął niespokojnie Antek.
— Pomstuje na niego, że nieh Bóg broni! Jasiek mu tego nie pżepuści, nie!
— Nie bujcie się, Mateusz go skamlał o łaskę nie będzie — odżucił gniewnie i nie słuhając więcej, poleciał na Podlesie pżestżec pżyjaciela.
Nalazł go dopiero u Szymków. Siedział z Nastusią pod ścianą i cosik z ciha se redzili; wywołał go zaraz i kiej odeszli spory kawał drogi, opowiedział.
Mateusz aż się zahłysnął i zaczął kląć.
— A żeby to siarczyste pioruny spaliły taką nowinę!
Wracali do wsi, Mateusz się kżywił i jakoś boleśnie i ciężko wzdyhał.
— Widzę, co ci markotno i żal — wtrącił ostrożnie Antek.
— Zaśbym ta żałował, już mi kością w gardle stanęła. Co inszego mnie trapi.
Antek się zdumiał, ale nijakoś było się rozpytywać.
— Czasu by nie hwaciło, żebym miał każdej żałować! Wpadła mi w pazury, to i wzionem, każdy by zrobił to samo! Nie buj się, użyłem jak pies w studni, bo com się musiał nasłuhać bekuw i wyżekań, to starczyłoby la dziesięciu. Uciekałem, to kieby cień szła za mną. Niehże i Jasiek się nią nacieszy. Nie kohanice mi w głowie, a jeno całkiem co drugiego.
— Pewnie, że pora by ci się żenić.
— Właśnie i Nastka muwiła mi to samo.
— Dzieuh we wsi jak maku, nietrudno wybrać.
— Już mam z dawien dawna cosik upatżonego — wyrwało mu się bezwolnie.
— To me proś w dziewosłęby i sprawiaj wesele hoćby zaraz po żniwah.
Nie poszło mu to w smak, bo skżywił się i zagadał znowu o Jaśku; a wywiedziawszy się wszystkiego, jął rozpowiadać o Szymkowej gospodarce, wyznając pży tym — niby to niehcący — że Jędrzych muwił Nastusi pod sekretem, jako Dominikowa ma podać do sądu o grunt Jagusi po Macieju.
— Ociec zapisali, to jej nikto nie zapiera. Juści, że samej ziemi nie oddam, ale święcie zapłacę, co warta! Kłutnica, hce się jej procesuw!
— Prawda to, że Jagusia zapis oddała Hance? — pytał ostrożnie.
— Cuż z tego, kiej nie odpisała się u rejenta.
Mateusz jakoś poweselał i nie mogąc się już powstżymać, zatrącał w rozmowie raz po raz o Jagusię, sielnie ją sobie hwaląc.
Antek pomiarkowawszy, o co mu idzie, żekł szydliwie:
— Słyszałeś, co to znowu o niej wygadują?
— Baby zawdy łatki jej pżypinały.
— Za Jasiem organistuw lata pono kiej suka — dodał z rozmysłem.
— Widziałeś to? — rozczerwienił się z gniewu.
— Na pżeśpiegi za nią nie hodzę, bo me ni paży, ni ziębi, ale są, kture widują co dnia, jak się shodzi w boru z Jasiem, to po miedzah...
— Sprać jedną i drugą, to by wnet pżestały plotkować.
— Sprubuj, może się wystraszą i pżestaną! — muwił z wolna.
Zatargała nim nagła, strasznie szarpiąca zazdrość o Jagusię. A już te myśle, że Mateusz może się z nią ożenić, kąsały go kieby rozwścieklone psy.
Nie odpowiadał na jego zaczepne i często pżykre słowa, byh się jeno nie wydać ze swoją męką, ale na rozstaniu nie poredził się już wstżymać i żekł ze złym pżeśmiehem:
— A kturen się z nią ożeni, sporo szwagruw miał będzie...
Rozeszli się dosyć ozięble.
Mateusz, odszedłszy parę krokuw, roześmiał się ciho i pomyślał: „Musi go tżymać z daleka, to się na nią źli a pyskuje. A niehta se lata za Jasiem, taki dzieciuh. Bażej ją tam ciągnie ksiądz niźli hłopak”.
Rozmyślał pobłażliwie, bo wywiedziawszy się od Antka co do tego zapisu po Macieju, już stanowczo umyślił się z nią ożenić. Zwolnił kroku i rozliczał se w myślah, po ile to tża by mu spłacać Jędrzycha i Szymka, byh samemu ostać na gospodarce, na całyh dwudziestu morgah.
— Stara pżykra, juści, ale pżeciek nie bedzie wiekowała.
Spomniały mu się Jagusine sprawki, to go ździebko rozfrasowało.
— Co było, to nie jest, a zehce się jej nowyh figluw, to z niej ryhło wytżęsę.
W opłotkah pżed hałupą czekała na niego matka.
— Jasiek wrucił — szeptała zatrwożona — już mu o tym powiedzieli.
— To i lepiej, nie będzie potża się ocyganiać.
— Tereska pżylatywała już parę razy. Grozi, że się utopi... Że nie...
— Pewnie, co gotowa to zrobić, pewnie — szepnął wystraszony i tak się tym srodze zamartwił, że zasiadłszy w progu do kolacji, nie mugł jeść, a jeno nadsłuhiwał od Jaśkowego sadu, że to siedzieli tylko pżez miedzę.
Pżejmował go coraz większy niespokuj. Odsunął miskę i kużąc papierosa za papierosem, na darmo barował się z dygotem trwogi, na darmo klął siebie i wszystkie kobiety i na darmo hciał całą sprawę obrucić w pżekpinki, bo strah o Tereskę rozrastał się w nim coraz bażej i dręczył już nie do wytżymania. Już parę razy się podnosił, aby iść kajś na wieś między ludzi, ale ostawał, wyczekując nie wiada na co.
Noc się już zrobiła, gdy naraz posłyszał jakieś kroki, a nim rozeznał, z kturej strony nadhodzą, już Tereska wisiała mu na szyi.
— Ratuj, Mateusz! Jezu, tak czekałam na cię, tak wyglądałam.
Usadził ją pobok, lecz cisnęła mu się do piersi kiej dzieciątko i pżez łzy lejące się ciurkiem, pżez mękę i rozpacz szeptała:
— Powiedziały mu o wszystkim! Śmierci bym się była prędzej spodziała niźli jego powrotu. Byłam u księżego lnu... Pżylatuje kturaś i powiada... Dziw trupem nie padłam... Szłam jak na śmierć... Nie było cię doma... Poszłam cię szukać... Nie było cię we wsi... Kołowałam z godzinę, ale musiałam iść... Whodzę do hałupy... A on stoi na środku blady kiej ściana... Skoczył do mnie z pięściami... O prawdę pyta... O prawdę...
Mateusz jaże się zatżąsł i obcierał z tważy zimny, lodowaty pot.
— Wyznałam się pżed nim... Na nic już by się zdały cygaństwa... Topora hycił na mnie... Myślałam, że już koniec, i pierwsza mu żekłam: „Zabij! Ulży nam obojgu!”. Ale me nie tknął nawet palcem! Jeno popatżył we mnie, pżysiadł pod oknem i zapłakał! Jezu miłościwy, żeby me hociaż sprał, skopał, sponiewierał, lżej by mi było, lżej... A on siedzi i płacze! I cuż ja teraz pocznę nieszczęsna, co? Kaj się podzieję?! Ratuj me, bo się żucę do studni albo se co złego zrobię, ratuj! — wżasnęła, padając mu do nug.
— Cuż ja ci poredzę, sieroto, co? — jąkał bezradnie.
Zerwała się nagle z dzikim warkotem gniewnego szaleństwa.
— To po coś me brał? Po coś me stumanił? Po coś me pżywiudł do gżehu?
— Cała wieś tu się zleci, cihoj!
Pżypadła mu znowu do piersi, objęła sobą i pokrywając pocałunkami, zaskamlała całą mocą strahu, miłowania i rozpaczy:
— O muj jedyny, o muj wybrany z tysiąca, zabij me, a nie odpędzaj od siebie! Miłujesz to me, co? Miłujesz? Dyć me utul ten ostatni razik, dyć me weź, ogarnij sobą i nie daj na mękę, nie daj płakania, nie daj zatracenia! Jedynego cię mam na wszyćkim świecie, jedynego... Ino me ostaw pży sobie, a służyła ci będę za tego psa wiernego, za tę ostatnią dziewkę!
Jęczała żewliwymi słowy, rwanymi ze samego dna udręczonej duszy.
A Mateusz wił się jakby w kleszczah i jak mugł, wykręcał się od stanowczej odpowiedzi, zbywając ją całunkami a pżygłaskaniem. I pżytakując wszystkiemu, co jeno hciała, rozglądał się trwożniej i niecierpliwiej, gdyż mu się uwidziało, że Jasiek siedzi na pżełazie.
Ale w jakiejś minucie Tereska, pżejżawszy prawdę do dna, odephnęła go od siebie i zakżyczała, bijąc słowami kieby biczem:
— Cyganisz jak pies! Zawdyś me ocyganiał! Już me teraz nie zwiedziesz! Strah ci Jaśkowego kija, to się wijesz kiej ta pżydeptana glista! A ja mu zawieżyłam jak komu najlepszemu! Muj Boże, muj Boże! A Jasiek taki poczciwy, nawiuzł mi podarunkuw, nigdy mi nie powiedział marnego słowa i ja mu tak odpłaciłam. I takiemu pżeniewiercy zawieżyłam, takiemu zbujowi! Takiemu psu! Idź se za Jagusią! — zawżeszczała, pżyskakując do niego z pięściami. — Idź i nieh was pożeni hycel, pasujeta do siebie: lakudra i złodziej.
Padła na ziemię, zanosząc się strasznym, obłąkanym płaczem.
Mateusz stał nad nią, nie wiedząc, co począć. Matka hlipała kajś pod ścianą, gdy wyszedł ze sadu Jasiek i pżystąpiwszy do żony, jął jej szeptać tkliwe, pżesiąkłe łzami, a pełne dobrości słowa:
— Hodź do dom, hodź, sieroto. Nie buj się, nie ukżywdzę cię, masz ty już dosyć za swoje. Hodź, żono...
Wziął ją na ręce i pżeniusłszy na pżełaz, kżyknął do Mateusza:
— Pukim żyw, to ci jej kżywdy nie daruję! Tak mi dopomuż, Panie Boże!
Mateusz milczał — dusił go wstyd i zalewał mu serce taką gożkością i taką dojmującą udręką, że poniusł się do karczmy i pił pżez całą noc.
Cała historia migiem się rozniesła po wsi, a ku niemałemu podziwowi z wielkim też uważaniem rozpowiadali o Jaśkowym postąpieniu.
— Ze świecą nie najdzie takiego drugiego — muwiły rozżewnione kobiety, srodze pży tym powstając na Tereskę, ale Jagustynka zapalczywie broniła.
— Tereska niewinowata! — wżeszczała po rużnyh opłotkah, kaj jeno posłyszała, że bierą ją na ozory. — Smarkul to był jeszcze, kiej Jaśka wzieni do wojska. Ostała sama jedna, nawet pżez dziecka, to i nie dziwota, co bez tyla rokuw zacniło się jej za hłopem. Żadna by nie pżetżymała takiego postu. A Mateusz zwietżył kiej pies i dalejże bakę świecić, cudeńka prawić, na muzykę prowadzić, jaże i głupią zdużył.
— Że to nie ma sądu na takih zwodzicieli — westhnęła kturaś.
— Łeb mu już lenieje, a za kobietami jeszcze ciągnie.
— Kawalerska sierota, to kajże się pożywi, jak nie z cudzego — kpili parobcy.
— Mateusz też niewinowaty. Nie wiecie to, że jak suczka nie da, to i piesek nie weźmie! — zaśmiał się Stacho Płoszka i dziw go za to nie pobiły.
Ale wnet pżestali o tym deliberować, gdyż żniwa były za pasem, dnie szły wybrane, suhe i upalne, po wzgurkah żyta jakby się prosiły o kosy, a jęczmiona już dohodziły, to co dnia ktosik wyhodził penetrować pola, zaś bogatsze już się oglądali za najemnikiem.
Zaś na pierwszego ruszył organista, wywiudłszy do żniwa kilkanaście kobiet; stanęła do sierpa nawet sama organiścina, wzięły żąć i curki, a stary miał nad wszystkim czuwające oko. Jasio pżyleciał dopiero po mszy i niedługo się cieszył żniwami, bo skoro jeno podniesła się pżypołudniowa spieka, wypędziła go matka, żeby se głowy nie pżepalił na słońcu.
— Poszuka se cienia u Jagusi, w to mu graj — warknęła za nim Kozłowa.
W domu jednak było mu gorąco, nudnie i muhy tak cięły zapamiętale, że wybrał się na wieś i pżehodząc koło Kłębów, dosłyszał jakieś pżyduszone jęki, rozhodzące się z wywartej na rozcież hałupy.
Jagata leżała w sieniah pod progiem; w izbie było pusto, cały bowiem dom poszedł do żniwa.
Pżeniusł ją do izby, położył na łużko, napoił i tak cucił, jaże pżyszła nieco do siebie i otwożyła załzawione oczy.
— Dyć już kończę, paniczku — uśmiehnęła się kiej rozbudzone dziecko.
Hciał zaraz bieżyć po księdza, pżytżymała go za sutannę.
— Panienka mi dzisia żekła: „Gotuj się na jutro, duszo umęczona!”. Mam czas jeszcze, paniczku! Jutro... Dzięki ci, Boże miłosierny, dzięki! — jąkała coraz słabiej, pżeśmieh zatlił się na jej wargah, złożyła ręce i zapatżona kajś, w jakoweś dalekości, zapadła jakby w głęboką duszną modlitwę; a Jasio, rozumiejąc, co już zaczęło się konanie, poleciał zwoływać Kłębów.
Zajżał do niej dopiero po południu. Leżała w łużku całkiem pżytomna, skżynka stała pży niej na ławie; wyjmowała z niej stygnącymi rękami wszystko, co se była nagotowała na tę porę ostatnią: czystą płahtę pod siebie i świeże obleczenie na pościele, wodę święconą, całkiem jeszcze dobre kropidło i spory kawał gromnicy, i obrazek Częstochowskiej do ręki, i nową koszulę, suty wełniak, czepek bujnie ururkowany nad czołem, wraz z hustą do zawiązania, i zupełnie nowe tżewiki — wszyćko śmiertelne wiano, użebrane pżez całe życie, rozłożyła koło siebie, ciesząc się każdą żeczą i hwaląc pżed kobietami, zaś czepek nawet pżymieżyła i pżejżawszy się w lusterku, szepnęła wielce szczęśliwa:
— Będzie galancie, na sielną gospodynię patżę.
Pżykazała, byh ją w te skarby pżystroili jutro, zaraz od samego rana.
Juści, co nikto się jej nie spżeciwił; hodzili kole niej na palcah, umilając jej te ostatnie hwile, jak jeno poredzili.
Jasio pżesiedział pży niej do zmieżhu, czytając w głos modlitwy. Powtażała za nim, zasypiając co hwila z jakimś leciuśkim pośmiehem.
A gdy zasiadali do wieczeży, zapragnęła jajecznicy — juści, że jeno dziobnęła raz i drugi, odsuwając jadło od razu, i już cały wieczur leżała cihuśko. Dopiero kiedy zabierali się do spania, pżywołała Tomka.
— Nie buj się, nie będę ci zawadzała długo, nie — wyżekła lękliwie.
Na drugi dzień z rana pżybrali ją, jak pżykazała, położyli ją na Kłębowej łużko, a na jej własnej pościeli — sama pilnowała, żeby wszystko było jak się patży, sama stżepywała, drżąc, hudą pieżynę, sama nalała wody święconej na tależ i położyła na nim kropidło, a spenetrowawszy, że już jest, jak być powinno w taką godzinę u gospodaży, poprosiła o księdza.
Pżyszedł z Panem Jezusem, pżygotował ją na tę drogę ostatnią i zalecił Jasiowi pozostać do końca, że to jemu samemu gdziesik się śpieszyło.
Jasio zasiadł pży niej i czytał se po cihu z brewiaża, Kłębowie też ostali w domu, a wkrutce pżyleciała Jagusia, pżywarowawszy kajś w kącie cihuśko niby trusia. W izbie jeno muhy bżęczały, gdyż ludzie snuli się bez głosu jak cienie, trwożnie jeno spozierając na Jagatę. Leżała z rużańcem w ręku, jeszcze całkiem pżytomnie żegnając się z każdym, kto ino zajżał do hałupy; zaś poniekturym dzieciom, cisnącym się w sieniah i pod oknem, rozdawała po parę groszy.
— Naści, a zmuw paciorek za Jagatę! — szeptała z lubością.
A potem już całe godziny nie odzywała się do nikogo.
I leżała se godnie, po gospodarsku, na łużku i pod obrazami, jak se była roiła pżez całe życie. Leżała pełna cihej dumy i nieopowiedzianej szczęśliwości, radosne łzy siwiły się w jej oczah. Poruhiwała cosik wargami, błogo uśmiehnięta i zapatżona pżez okno w niebo głębokie, w pola nieobjęte, gdzie już kaj niekaj błyskały z bżękiem kosy i kładły się źrałe, ciężkie żyta, w jakieś dale, widne jeno jej duszy zamierającej.
Ale w jakiejś minucie — gdy dzień miał się już ku shyłkowi, a izbę zalały czerwone zoże zahodu — wstżąsnęła się gwałtownie, usiadła i wyciągnąwszy ręce, zawołała mocnym, a jakoby cudzym głosem:
— Pora już na mnie, pora!
I padła wznak.
W izbie zrobiło się straszno, buhnęły płacze, popżyklękali kole łużka, Jasio jął czytać modlitwę za konającyh, Kłębowa zapaliła gromnicę; umierająca powtażała za Jasiem, ale coraz słabiej, coraz ciszej, coraz bełkotliwiej — oczy jej gasły niby ten dzień letni znojami utrudzony, tważ grążyła się w tuman wiecznego zmieżhu. Wypuściła gromnicę i skonała.
I pomarła se ta dziaduwka kieby najpierwsza we wsi, a Jambroż, kturen akuratnie zdążył na sam koniec, zawarł jej oczy; sam Jasio zmuwił za nią gorący pacież i cała wieś pżyhodziła się modlić pży jej zwłokah, popłakać a zazdrośnie się dziwować szczęśliwej śmierci i lekkiemu skonaniu.
Tylko Jasia, skoro zajżał w jej martwe oczy i w tę stężałą na grudę tważ, poradloną pazurami śmierci, zatżąsł taki strah, że uciekł do domu, żucił się na łużko, wcisnął głowę w poduszki i zapłakał.
Poleciała wnet za nim Jagusia i hociaż sama była pełna pżerażenia i żałości, jęła go uspokajać i obcierać mu tważ zapłakaną. Pżytulił się do niej kieby do matki, kładł rozbolałą głowę na jej piersiah, obejmował ją za szyję i jaże się zanosząc szlohaniem, skarżył się żewliwie:
— Boże muj, jakie to straszne, jakie to okropne!
Weszła na to organiścina, zobaczyła i srogi gniew nią zatargał.
— Co się tu dzieje?! — Postąpiła na środek izby i zasyczała, ledwie się już hamując: — Widzisz ją, jaka mi czuła opiekunka... Szkoda tylko, że Jasio już niańki nie potżebuje i sam sobie poradzi nos obetżeć!
Jagusia podniesła na nią zapłakane oczy i dygocąc w zalęknieniu, jęła rozpowiadać o śmierci starej. Jasio też żucił się skwapnie, tłumacząc matce, co mu się to pżygodziło, ale organiścina, snadź już dobże pżudzi podbehtana pżez kumy, wywarła na niego gębę:
— Głupiś jak cielę! Nie odzywaj się lepiej, byś i ty czego nie oberwał!
Skoczyła naraz do dżwi, wywarła je na rozcież i zawżeszczała do Jagusi:
— A ty się wynoś! I żeby tutaj nie postała więcej twoja noga, bo cię wyszczuję!
— Cużem to winowata, co? — jąkała, zgoła już niepżytomna ze wstydu i boleści.
— Poszła precz i w tej minucie, bo każę psy pospuszczać! Już ja nie będę płakała pżez ciebie jak Hanka albo wujtowa! Ja cię nauczę jamoruw, małpo jedna, już ty mnie popamiętasz, tłumoku! — darła się na cały głos.
Jagusia buhnęła płaczem, wypadła pżed dom i pognała w cały świat.
A Jasio stanął jakby rażony piorunem.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.