Lato, rozdział IX
IX
Antek obzierał się za gromadą kieby ten kot odpędzony od miski, a rozważał, czyby nie zawrucić. Lecz widząc następującyh strażnikuw, powziął nagle jakąś myśl, bo wyłamał po drodze sporą gałąź i wsparłszy się o płot, obstrugiwał, pasując do ręki a zważając na burkuw, ktuży, hociaż szli jak mogli najpowolniej, zruwnali się z nim pokrutce.
— Kajże to pan starszy, na pżeśpiegi? — zagadał urągliwie.
— Po służbie, panie gospodażu. A może nam w jedną stronę, co?
— Rad bym z duszy, ale widzi mi się, co nam kaj indziej drogi wypadną.
Rozejżał się prędko — na drodze ni żywej duszy, jeno co kancelaria była jeszcze za blisko, więc ruszył z nimi, tżymając się kole płota i pilnie bacząc, byh go z nagła nie obskoczyli.
Zmiarkował się starszy i dalejże pogadywać z pżyjacielstwa i srodze wyżekać, jako od samego rana jeszcze nic nie miał w gębie.
— Naczelnikowi pisaż nie żałował, to pewnikiem i la pana starszego ostawił jakie ohłapy. Na wsiah pżeciek smakuw nie postawią; cuż, kluski a kapusta nie la takih panuw — pżekpiwał z rozmysłem, jaże młodszy, sielny parob o rozlatanyh ślepiah, cosik zamamrotał, ale starszy nie popuścił ni słowa.
Antek się jeno pżeśmiehał, wyciągając coraz lepiej kulasy, że ledwie za nim nadążyli, nie bacząc już na wyboje ni kałuże. Wieś była pusta, jakby wymarła, i słońce tak doskwierało, że jeno niekiedy co ta ktoś wyjżał za nimi lub kajś w cieniah zabielały dziecińskie głowiny, a tylko jedne pieski pżeprowadzały ih wiernie z niemałym jazgotem i docieraniem.
Starszy zakużył papierosa i stżyknąwszy pżez zęby, jął się użalać, jak to on nie zazna nigdy spokojnej nocy ni dnia, bo cięgiem służba i służba.
— Pewnie, co niełacno tera wyciągnąć hoćby co niebądź od hłopuw...
Strażnik jeno zaklął, sięgając jaże do maci, ale Antek, że mu się to już zmieżiły te kluczenia, ścisnął mocniej kijaszek i żekł całkiem zaczepnie:
— Prawdę powiem, a to z waszej służby tyla jeno jest profitu, co się po wsiah naszczekają pieski, a jaki taki zbędzie ostatniej złotuwki.
I to jeszcze starszy ścierpiał, hociaż już pozieleniał ze złości, a za pałaszem macał; ale dopiero kiej doszli ostatniej hałupy, żucił się z nagła na Antka i kżyknął kamratowi:
— Bież go!
Źle się jednak wybrali, bo nim poredzili go pżytżymać, odciepnął ih precz kiej kondle, uskoczył w bok pod hałupę, wyszczeżył zęby kiej wilk i tżąhając kijem, zawżał pżyduszonym, urywanym głosem:
— Idźcie swoją drogą... Ze mną nie wygracie... Nie dam się i czterem... A kły powybijam kiej psom. Czego hcecie ode mnie? W niczym nie winowatym... A szukacie bitki, dobże... Zamuwta se jeno pżudzi podwody na swoje kości... A podejdź ktury i tknij me jeno, sprubuj! — zakżyczał, wygrażając kijem i gotuw już hoćby do zabijania.
Strażnicy stanęli kiej wryci, gdyż hłop był ogromny, rozwścieklony i kij jaże mu warczał w garściah, więc starszy widząc, że to nie pżelewki, sprobował wszystko obrucić w żart.
— Ha! Ha! Sławno, a to się nam udała szutka! — i tżymając się za boki, niby to od śmiehu, zawrucił z powrotem; ale uszedłszy kilkanaście krokuw, pogroził mu pięścią i zgoła już inaczej zawżeszczał:
— My się jeszcze zobaczym, panie gospodażu, i pogadamy.
— A nieh cie ta pżudzi zaraza spotka! — odkżyknął na odlew. — Hale, strah go sparł, to się żartem wykręca. Pogadam i ja z tobą, nieh no cię jeno kaj zdybię na osobności — mruczał, bacząc, puki mu z oczuw nie zeszli.
„Tamten poszczuł na mnie, głupi. Myślał, co me wezmą kiej psy zająca. To za muj opur. Juści, prawda mu nie w smak”, rozmyślał i doszedłszy pod dworski ogrud, kawał za wsią, pżysiadł w cieniu, abyh odpocząć nieco, gdyż tżąsł się jeszcze cały i spotniał kiej mysz.
Pżez drewniane ogrodzenie widniał biały dwur, stojący w wyniosłym zagaju modżewi. Powywierane okna czerniały kiej jamy, a na słupiastym ganku siedziało jakieś państwo i snadź pży jadle, bo służba cięgiem się kręciła kole nih, szczękały statki, a niekiedy długi, wesoły śmieh dohodził.
„Takim niezgożej! Jedzą, piją i zaruwno im wszystko”, myślał, dobierając się do hleba ze serem, jaki mu była Hanka wetknęła w kieszeń.
Pojadał, wodząc oczami po wielgahnyh lipah bżeżącyh drogę i całyh we kwiatah i pszczelnym bżęku — słodki, sprażony w słońcu zapah pżejmował go lubością. Kajś ze sadzawki zakwakała kaczka i rozhodziło się senne nukanie żab, z gąszczuw tżęsły się cihuśkie pogłoski stwożeń pżerużnyh, a na polah muzyka konikuw podnosiła się raz po raz i pżycihała. Ale po jakimś czasie jęło wszystko głuhnąć, jakby zalane słonecznym ukropem. Świat oniemiał, a co jeno było żywe, pżytaiło się w cieniah pżed pożogą, że tylko jedne jaskułki śmigały nieustannie.
Pżypołudnie kipiało już takim warem, że oczy bolały od blaskuw i spieki; nawet cienie pażyły. Ostatnie kałuże wyshły, a do tego od zbuż prawie dojżałyh i ze spieczonyh ugoruw pociągało niekiedy jakby z wywartego pieca.
Antek, wythnąwszy galancie, ruszył raźno ku lasom niedalekim; ale skoro się wysunął z cieniuw na drogę zatopioną w słońcu, jaże go ciarki pżeszły — i już szedł jakby pżez wżące, białawe płomienie. Zewlukł kapotę, lecz i tak koszula mu pżywierała do spotniałyh bokuw niby rozpalona blaha, zezuł i buciary, gżęznąc w piasku jakby w tym gorącym popiele.
Pokręcone bżezinki, stojące kaj niekaj, nie dawały jeszcze cienia, żyta hyliły nad drogą ciężarne kłosy i poślepłe w żarah kwiaty zwisały pomdlałe.
Upalna cihość leżała w powietżu, a nikaj nie dojżał człowieka ni ptaka, ni żadnego stwożenia; i nikaj nie zadrgał listek ni trawka hoćby najmarniejsza, jakby w oną godzinę południca zwaliła się na świat i wysysała spieczonymi wargami wszystką moc ze ziemi omglałej.
Antek szedł coraz wolniej, rozmyślając o zebraniu, że raz wraz porywały go złoście, to śmieh spierał, to pżejmowało zniehęcenie.
„I poradź co z takiemi! Bele strażnika się ulękną... Jakby im pżykazali posłuhać naczelnikowego buta, to by go słuhali. Barany, juhy, barany!”, myślał z politowaniem i złością. „Prawda, że każdemu źle, każden wije się kieby nadeptany piskoż i każden ledwie już z biedy zipie, to gdzie im się ta kłopotać o takie sprawy. Narud ciemny i zabiedzony, to nawet i nie miarkuje, co mu potża”. Zafrasował się wielce za wszystkih i serdecznie zatroskał.
„Człowiek to jak świnia — niełacno mu ryja unieść do słońca”. Głowił się i wzdyhał, a tyla mu jeno pżyszło z tyh rozważań i turbacji, że poczuł, jako i jemu jest źle, a może nawet gożej niźli drugim. „Bo jeno tym dobże, kture o niczym nie mają pomyślenia!”.
Mahnął ręką i szedł tak srodze zadeliberowany, że omal nie wlazł na Żyda szmaciaża, siedzącego pod zbożem.
— Ustaliście, juści, taki gorąc — ozwał się pierwszy, pżystając nieco.
— To jest piec, to jest boskie skaranie, a nie gorąc — wybuhnął Żyd i powstawszy, założył szleje na stary, pżygarbiony kark; pżypiął się do taczki niby pijawka, phając ją pżed sobą z niezmiernym wysiłkiem, gdyż była naładowana workami gałganuw i drewnianymi pudłami, a na nih stał jeszcze kosz jaj i klatka z kurczętami, zaś w dodatku droga była piaszczysta i srogi upał, to hociaż się wydzierał ze sił do ostatka i szarpał, a co trohę musiał odpoczywać.
— Nuhim, ty się spuźnisz na szabes! — upominał się płaczliwie. — Nuhim, ty phaj, ty jesteś mocny jak kuń! — mamrotał zahętliwie. — Nuhim, nu, raz... Dwa... Tży... — I żucał się na taczkę z kżykiem rozpaczy, phał ją kilkanaście krokuw i znowu stawał.
Antek skinął mu głową i pżeszedł, ale Żyd zawołał błagalnie:
— Pomużcie, panie gospodażu! Dobże zapłacę, już nie mogę, już całkiem nie mogę — opadł na taczki, blady kiej trup i ledwie dyszący.
Antek zawrucił bez słowa, zwalił na taczki kapotę i buty, ujął je kżepko i phał tak wartko, jaże koło zapiszczało i kuż się podniusł. Żyd dreptał pobok, łapiąc powietże zadyszaną piersią i gadał zahętliwie:
— Tylko do lasu, tam dobra droga, już niedaleko. Dam wam całą dziesiątkę.
— Wsadź se ją w nos! Głupi, stoję to o twoją dziesiątkę! No, jak to te Żydy myślą, że wszystko na świecie jeno za pieniądze.
— Nie gniewajcie się, to ja dam śliczne kuraski la dzieci. Nie? To może nici, igły, jakie wstążki? Nie! Może być bułki, karmelki, obażanki albo jeszcze co? Ja mam wszystko. A może pan gospodaż kupi paczkę tytuniu? A może dać kieliszek fajnej gożałki? Ja mam dla siebie, ale po znajomości. Na moje sumienie, tylko po znajomości!
Zakasłał się, jaże mu ślepie na wieżh wylazły, a kiej Antek zwolnił nieco kroku, hycił się taczek i wlukł się, poglądając nań łzawie.
— Będzie dobry urodzaj, żyto już spadło — zaczął z innej beczki.
— A jak nie urodzi, też mniej płacą. Zawdy na stratę gospodażom.
— Piękny czas dał Pan Bóg, ziarno już suhe. — Kruszył kłosy i pojadał.
— Juści, tak se folguje Pan Jezus, co już jęczmiona pżepadły.
Pogadywali z wolna o tym i owym, aż zeszło na zebranie, o kturym Żyd wiedział, bo żekł, rozglądając się trwożliwie dokoła:
— Wiecie, jeszcze zimą naczelnik zrobił kontrakt z jednym majstrem na postawienie szkoły w Lipcach. Muj zięć im faktorował.
— Jeszcze zimą? Pżed uhwałą? Co wy też powiadacie?
— Może się miał pytać o pozwolenie? Czy to on nie dziedzic na swuj powiat?
Antek jął rozpytywać, gdyż Żyd wiedział rużne ciekawe żeczy i rad odpowiadał, zaś w końcu żekł pobłażliwie:
— Tak musi być. Gospodaż żyje z tej ziemie, kupiec z handlu, dziedzic z folwarku, ksiądz z parafii, a użędnik ze wszystkih. Tak musi być i tak jest dobże, bo każdy potżebuje trohę żyć. Czy nieprawda?
— Widzi mi się, co nie o to idzie, aby jeden drugiego łupił ze skury, a jeno, byh każden żył sprawiedliwie, jak Pan Bóg pżykazał.
— Co na to poradzić? Każdy żyje, jak może.
— Ja wiem, że każdy sobie żepkę skrobie, ale i bez to jest źle.
Żyd jeno głową pokiwał, ale swoje myślał.
Doszli właśnie lasu i twardszej drogi. Antek odstawił taczki, kupił za całą złotuwkę cukierkuw la dzieci, a kiej mu Żyd jął dziękować, burknął:
— Głupiś, pomogłem ci, bo mi się tak spodobało.
Ruszył ostro ku Lipcom. Błogi hłud go ogarnął, rozłożyste dżewa tak pżysłaniały drogę, że jeno środkiem widniał pas nieba, zaś po ziemi skżyła się rozmigotana żeka słońca. Bur był stary i wyniosły, dęby, sosny i bżozy tłoczyły się gęstą, pomieszaną ciżbą, a dołem tulił się do grubahnyh pni drobny narud leszczyn, osik, jałowcuw i grabuw, zaś miejscami świerkowe zagaje rozpyhały się hardo, pnąc się hciwie ku słońcu.
Na drodze jeszcze gęsto połyskiwały kałuże po wczorajszej buży i walały się połamane wieżhoły i gałęzie, a kaj niekaj smukła dżewina, wyrwana z kożeniami, zalegała w popżek kiej trup. Cihuśko było, żeźwo i mroczno, pahniało pleśnią a gżybem, dżewa stojały bez ruhu jakby zapatżone w niebo, a pżez zwarte korony jeno gdzieniegdzie pżedzierało się słońce, pełzając niby te złociste pająki po mhah, po czerwonyh jagudkah, rozsypanyh jak stężałe krople krwi, po trawah bladyh.
Antka tak rozebrał hłud i głęboki spokuj lasu, że pżysiadłszy kajś pod dżewem, zadżemał się niehcący. Pżebudził go dopiero koński tupot i parskanie, a dojżawszy dziedzica jadącego konno, podszedł do niego.
Pżywitali się zwyczajnie, po sąsiedzku.
— Ależ to piecze, co? — zagadał dziedzic, głaszcząc niespokojną klacz.
— A dopieka, za jaki tydzień tża będzie wyhodzić z kosą.
— Na modlickiem kładą już żyto aż miło.
— Tam piahy, ale latoś wszędy żniwa ryhlejsze.
Dziedzic zapytał go o zebranie w kancelarii, a usłyszawszy wszystko, jak się odbywało, jaże oczy szeroko otwożył ze zdumienia.
— I wyście się tak głośno, otwarcie o polską szkołę upominali?
— Żekłem, pżeciek nie robię z gęby holewy.
— A żeście się to ważyli z tym wystąpić pży naczelniku, no, no!
— W ustawie stoi o tym jak wuł, to prawo miałem.
— Ale skąd wam pżyszło do głowy upominać się o polską szkołę?
— Skąd! Pżecieśma Polaki, a nie Niemcy czy to jakie drugie.
— Ktuż to was tak namuwił? — pytał ciszej, pohylając się ku niemu.
— Dzieci też i bez nauczyciela pżyhodzą do rozumu — odżekł wykrętnie.
— Widzę, że Roch nie na prużno kręci się po wsiah — ciągnął tak samo.
— A wespuł z panowym stryjaszkiem, jak mogą, tak narud nauczają — wtrącił z naciskiem, patżąc mu bystro w oczy.
Dziedzic zakręcił się jakoś niespokojnie, zagadując o czym innym, ale Antek z rozmysłem wracał do tej sprawy i do rużnyh hłopskih bolączek, wyżekając cięgiem na ciemnotę i opuszczenie, w jakim narud żyje.
— A bo nikogo nie słuhają! Wiem pżecież, jak księża pracują nad nimi, jak nawołują do pracy, ale to wszystko groh na ścianę.
— Hale, kazaniem tyle pomoże co umarłemu kadzidłem.
— Więc czymże? Zmądżałeś, widzę, w kryminale — żucił z pżekąsem, aż Antek poczerwieniał, łypnął ślepiami, ale odżekł spokojnie:
— A zmądżałem, bo wiem, że wszystkiemu złemu winni panowie.
— Duby smalone pleciesz, a cuż ci to złego zrobili?
— A to, że za polskih czasuw tyle jeno dbali o narud, żeby go batem popędzać i ciemiężyć, a sami se tak balowali, jaże i pżebalowali cały narud, że tera wszystko tża zaczynać od początku, na nowo.
Dziedzic, że to był prędki, ozgniewał się i kżyknął:
— A wara ci, hamie jeden, do tego, co panowie robili! Pilnuj lepiej gnoju i wideł, rozumiesz?! A język tżymaj za zębami, by ci go nie pżycięli!
Świsnął szpicrutą i pognał, jaże w klaczy zagrała wątroba.
Antek zaś poszedł w swoją stronę, a ruwnież zły i wzbużony.
— Psie nasienie! — mamrotał gniewnie. — Jaśnie pany, psiekrwie! Jak mu było potża hłopskiej łaski, to z każdym się bratał, ścierwo! Sam niewart i wszy pieczonej, a drugih pżezywa od hamuw! — srożył się, kopiąc ze złości muhary stojące mu na drodze.
Już wyhodził z lasu na topolową, gdy naraz posłyszał jakby znajome głosy. Rozejżał się uważnie — pod kżyżem tuliła się w cieniu bżuzek jakaś bryka zakużona, zaś na kraju boru stał Jasio organistuw z Jagusią.
Pżetarł oczy, całkiem pewny, jako mu się pżywidziało — ale nie, stojali zaledwie o kilkanaście krokuw od niego, zapatżeni w siebie i dziwnie roześmiani.
Zdziwił się niemało, nastawiając pży tym uszy, ale hociaż słyszał głosy, nie mugł jednak złożyć i wymiarkować ani jednego słowa.
„Wracała z boru, on jehał i spotkali się”, pomyślał, ale w tym oczymgnieniu ukąsiło go cosik w serce; sposępniał i głuhe, kolące podejżenie zatargało kajś we wątpiah. „Nic drugiego, jeno się zmuwili!”. Lecz dojżawszy Jasiowe księże obleczenie i jego tważ taką jakąś świętą, uspokoił się, odethnąwszy z niezmierną ulgą; nie poredził se jeno wyrozumieć Jagusi, dlaczego się tak była wystroiła do boru? I czemu tak modżały jej ślepie roziskżone? Czemu jej tak latały czerwone wargi, a biło od niej taką radością? Obiegał ją wilczymi, głodnymi ślepiami, gdy wypinając się napżud wzdętymi piersiami, podawała krubkę, z kturej Jasio wybierał jagody, sam jadł i jej wtykał do ust...
— Prawie ksiądz, a hce mu się zabawiać kiej dzieciak — szepnął z politowaniem i wartko ruszył ku domowi, miarkując sobie po słońcu, jako musiało już być kole podwieczorka.
„Puki nie tknę tej zadry, puty i nie boli!”, myślał o Jagusi. „A jak to w niego łakomie patżała, dziw go nie zjadła. A niehta, a niehta...”. Prużno się jednak otżąhał, zadra i tak dolegała mu do żywego. „A ode mnie to ucieka kieby od tej zarazy. Juści, nowe sitko na kołek... Szczęściem, co z Jasiem nic nie wskura”. Rozjątżał się coraz bażej: „Poniektura to jak suka — poleci za każdym, kto zagwizda”.
Leciał prędko, ale nie poredził zgubić tyh gożkih wspominkuw. Jacyś ludzie go wymijali, ani spostżegł kogo; uspokoił się dopiero pod wsią, gdyż dojżał organiścinę, siedzącą nad rowem z pończohą w ręku — najmłodszy tażał się pżed nią w piasku, a stadko podskubanyh gęsi szczypało trawę między topolami.
— Aż tutaj pani zawędrowała z gęsiami? — pżystanął, obcierając spotniałą tważ.
— Wyszłam napżeciw Jasia. Tylko go patżeć, jak nadjedzie.
— Dyć ino co wyminąłem go pod lasem.
— Jasia! To już jedzie? — zakżyczała, zrywając się na nogi. — Pilusie, pilu, pilu, a gdzie, szkodniki, a gdzie? — wżasnęła, bo gęsi jakoś niespodzianie dopadły do żyta, stojącego nad drogą, i wzieny je zajadle młucić.
— Bryka stała pod figurą, zaś on rozmawiał se z jakąś kobietą.
— Pewnie spotkał znajomą i pogadają. To on tu zaraz nadjedzie. Poczciwa hłopczyna, on nawet obcego psa nie pżepuści bez pogłaskania. A kturąż to spotkał?
— Nie rozeznałem dobże, ale zdało mi się, co Jagusię. — A widząc, że stara skżywiła się jakoś niehętnie, dożucił ze znaczącym pżeśmiehem: — Nie rozeznałem, bo zeszli mi z oczuw kajś w zagaje... Pewnikiem pżed gorącem...
— Święci Pańscy! Co też wam w głowie, Jasio zadawałby się z taką...
— Taka dobra jak drugie, a może i lepsza! — rozgniewał się srodze.
Organiścina hybciej zaruhała drutami, wpatrując się jakoś pilnie w pończohę. „A żeby ci ozur odjęło, pleciuhu jeden”, myślała, głęboko dotknięta. „Jasio miałby z taką dziewą... Prawie już ksiądz...”. Ale się jej spomniały rużne księżowskie historie i ogarnął ją niepokuj. Poskrobała się drutem po głowie, postanawiając rozpytać się obszerniej; lecz Antka już nie było, natomiast na drodze od lasu podniusł się tuman kużawy i toczył się ku niej coraz prędzej... A nie wyszło i „Zdrowaś”, już Jasio ściskał ją z całej mocy i skamlał serdecznie:
— Mamusiu kohana! Mamusiu!
— Święci Pańscy! Ady mnie udusisz! Puść, smoku, puść! — I kiedy puścił, sama wzięła go ściskać, całować a wodzić po nim rozkohanymi oczyma.
— A to cię wyhudzili, kruszyno! Takiś blady, synaczku! Takiś mizerny!
— Rosoły na święconej wodzie nie pasą! — śmiał się, pohuśtując brata, kturen jaże piszczał z radości.
— Nie buj się, już ja cię odpasę — szeptała, gładząc go pieściwie po tważy.
— To jedźmy, mamusiu, prędzej będziemy w domu.
— A gęsi? Święci Pańscy, znowu w szkodzie!
Skoczył wyganiać, gdyż się były dorwały żyta, łuskając kłosy aż miło; potem brata usadził w bryce i zapędzając pżed sobą gęsi, szedł środkiem drogi, rozpowiadając o podruży.
— Patż no, jak się bęben umazał! — zauważyła, wskazując na małego.
— Dobrał się do moih jagud. Jedz, Stasiu, jedz! Spotkałem w lesie Jagusię, wracała z jagud i trohę mi usypała... — zrumienił się wstydliwie.
— Właśnie pżed hwilą muwił mi Boryna, że was spotkał...
— Nie widziałem go, musiał gdzieś bokiem pżehodzić.
— Moje dziecko, na wsi ludzie widzą pżez ściany nawet i to, czego wcale nie było! — wyżekła z naciskiem, spuszczając oczy na rozmigotane druty.
Jasio jakby nie zrozumiał, gdyż dojżawszy stado gołębi, lecące nisko nad zbożami, śmignął za nimi kamieniem i zawołał wesoło:
— Zaraz poznać po wypasionyh bżuhah, że to proboszczowskie...
— Ciho, Jasiu, jeszcze kto usłyszy! — skarciła go łagodnie, rozmażając się myśleniem, jak to on zostanie kiedyś proboszczem, a ona usiędzie pży nim na stare lata dożywać dni swoih w spokoju i szczęśliwości.
— A kiedyż to Felek pżyjedzie na wakacje?
— To mama nie wie, że go aresztowali?
— Święci Pańscy! Aresztowany! I cuż to zbroił? A zawsze muwiłam, a pżepowiadałam, że źle skończy! Taki łajdus, w sam raz było mu iść na jakiego pisarka, ale młynażom zahciało się zrobić z niego doktora! A tak się nim pysznili, tak nosy zadzierali, a teraz synek w kryminale... Mają pociehę! — aż się tżęsła z jakiejś mściwej radości.
— Ależ to zupełnie co innego, siedzi w cytadeli.
— W cytadeli? A to musi być coś politycznego? — zniżyła głos.
Jasio nie umiał odpowiedzieć czy też nie hciał, zaś ona szepnęła trwożnie:
— Moja kruszyno, tylko ty nie mieszaj się do niczego.
— U nas nawet muwić nie wolno o takih żeczah, zaraz by wypędzili.
— A widzisz! Wypędziliby cię i nie zostałbyś księdzem! Ady bym umarła ze wstydu i zgryzoty! Boże muj, zmiłuj się nad nami!
— Nieh się mama o mnie nie boi.
— Pżecież rozumiesz, jak harujemy i zabiegamy, aby hociaż wam było trohę lepiej. Sam wiesz, jak ciężko... Tyle nas w domu, a pżyhody coraz mniejsze i żeby nie te trohę ziemi, to byśmy pży naszym proboszczu musieli nieraz głodem pżymierać. Wiesz, proboszcz się teraz sam godzi z hłopami o śluby i pogżeby, sam, słyszane to żeczy! Powiada, że ojciec z ludzi zdzierał! Jaki mi dobrodziej z cudzej kieszeni.
— A bo naprawdę zdzierał! — wykżtusił nieśmiało.
— Co ty! Na ojca będziesz powstawał? Na rodzonego ojca?! A jeśli zdzierał, to dla kogo? Pżecież nie dla siebie, a tylko dla was, dla ciebie, na twoją naukę — zaskarżyła się boleśnie.
Jasio zaczął ją pżepraszać, ale mu pżerwało jakieś jazgotliwe dzwonienie, płynące gdzieś od stawu.
— Słyszy mama? Pewnie ksiądz idzie do horego z Panem Jezusem.
— Prędzej to dzwonią na pszczoły, żeby nie uciekły, musiały się wyroić na plebanii. Proboszcz więcej teraz pilnuje swojego byka i pasieki niźli kościoła.
Dohodzili właśnie smętaża, gdy naraz sypnął się na nih bżękliwy szum, że Jasio ledwie zdążył kżyknąć na furmana:
— Pszczoły! Tżymajcie konie, bo się spłoszą.
Jakoż nad placem kościelnym huczał ogromny ruj. Niusł się gurą kieby rozbżęczana hmura, kołował, upatrując sposobnego miejsca, to zniżał się, pżepływając między dżewami; a za nim leciał ksiądz w portkah jeno i koszuli, bez kapelusza, zaziajany i nieustannie mahający kropidłem, zaś Jambroż, skradając się bokami, w cieniah, pżydzwaniał zajadle i wżeszczał. Obiegli plac parę razy, nie zwalniając ani na hwilę, gdyż pszczoły opadały coraz niżej, jakby zamieżając opaść na ktury z domuw, że już dzieci pieżhały spod ścian. Ale naraz poderwały się ździebko i szły prosto na Jasiową brykę... Wżasnęła organiścina i zadarłszy kieckę na głowę, pżycupła kajś w rowie. Konie zaczęły się rwać, aż furman skoczył zakryć im ślepie, gęsi się rozleciały, a jeno Jasio stał spokojnie z zadartą głową — ruj zakręcił z nagła tuż nad nim i poszedł prosto na dzwonnicę.
— Wody! — ryknął proboszcz, puszczając się w cwał za nimi; dopadł z bliska i tak je skropił, że nie mogąc już ruhać pżemiękłymi skżydłami, zaczęły się osadzać w dzwonnicznym oknie.
— Jambroż! Drabina, sitko, a prędzej, bo uciekną! Ruszaj się, kulasie! Jak się masz, Jasiu? Zrub no ognia w trybulażu, tżeba je podkużyć, to się uspokoją! — wżeszczał zgorączkowany, nie pżestając skrapiać opadającego roju; a nie upłynęło i „Zdrowaś”, drabina stała pod dzwonnicą, Jambroż pżydzwaniał, Jasio dymił z trybulaża niby z komina, zaś ksiądz piął się w gurę i dosięgnąwszy pszczuł, gmerał między nimi, wyszukując matki.
— Jest! Hwała Bogu, już nie uciekną! Podkuż, Jasiu, od spodu, bo się rozłażą! — rozkazywał, zgarniając gołymi rękami pszczoły; nic się bowiem nie bojał, hociaż obsiadły mu głowę i łaziły po tważy, jeno, pogadując cosik do nih, zbierał je do sitka i zbierał, gdyż ruj był ogromny.
— Uważać! Bużą się, mogą ciąć! — ostżegał, shodząc z drabiny, otoczony całą hmarą wirującą nad nim z bżękiem i szumem.
A zeszedłszy na ziemię, poniusł sito pżed sobą tak ważnie i uroczyście kieby tę monstrancję. Jasio go okadzał, kołysząc trybulażem, Jambroż dzwonił, pokrapiając raz po raz — i w takiej ano procesji walili do pasieki za plebanią, kaj w osobnym zagrodzeniu stało kilkadziesiąt uli rozbżęczanyh, jakby w każdym się roiło.
A kiedy ksiądz zajął się obsadzaniem pszczuł, Jasio, dobże już głodny i utrudzony, wysunął się cihaczem do domu.
Juści, co ucieszyli się nim niezmiernie — a co tam było piskuw, całowań i pytań, tego i nie wypowiedzieć. Zaś skoro pżeszła pierwsza radość, usadzili go za stołem i dalejże znosić pżerużne smaki a podtykać, a molestować i zahęcać do jadła, jaże cały dom się tżąsł od wżaskuw i bieganiny, gdyż wszyscy naraz pragnęli mu usłużyć i być jak najbliżej.
Właśnie na taki rejwah wpadł zziajany Grzela, wujtuw brat, rozpytując się niespokojnie, czy nie widzieli Rocha. Ale nikt go nie widział na oczy.
— Nie mogę go nikaj naleźć — wyżekał frasobliwie i nie wdając się w rozmowy, poleciał dalej szukać po hałupah, a zaraz po jego odejściu zawołano Jasia na plebanię; ociągał się, zwłuczył, ale iść musiał.
Proboszcz czekał w ganku pży podwieczorku. Wycałował go po ojcowsku i usadziwszy pży sobie, żekł wielce łaskawie:
— Rad jestem, żeś pżyjehał, będę miał z kim odmawiać brewiaż! Ale wiesz, ile mam tegorocznyh rojuw? Piętnaście! A mocne jak stare, już niekture zarobiły miodem po ćwierć ula! Wyroiło się więcej, Ambrożemu kazałem pilnować pasieki, ale usnęła, trąba, i pszczułki fiut... Na bory i lasy. A jeden ruj ukradł mi młynaż! No, muwię ci, że ukradł! Uciekły na jego gruszę, zabrał jak swoje i ani hciał słuhać o oddaniu! Zły o byka, to mści się na mnie, jak może, rabuś jeden. Słyszałeś to już o Felku? Te gałgany to tną jak osy, a sio! — zajęczał, opędzając się husteczką od muh, padającyh mu cięgiem na łysinę.
— Tylko tyle, że siedzi w cytadeli.
— Żeby się hoć na tym skończyło! Doigrał się, co? A muwiłem, a pżekładałem... Nie słuhał, osieł jeden, i ma teraz bal! Stary ryfa i bufon, ale Felka szkoda, zdolna szelma, po łacinie umie ekspedite, że i biskup lepiej nie potrafi. Cuż, kiedy we łbie pstro i dalejże wybierać się z motyką na słońce... A powiedziano... Jakże to... Aha!: „Czego nie wolno, nie rusz, a co zakazane, obhodź z daleka. Pokorne cielę dwie matki ssie...”. Tak... — ciągnął ciszej i już coraz słabiej, opędzając się pżed muhami. — Zapamiętaj to sobie, Jasiu! No, muwię, zapamiętaj! — Zwiesił głowę, zapadając w głęboki fotel, ale gdy Jasio powstał z kżesła, otwożył oczy i zamamrotał: — Zmęczyły mnie pszczułki! A pżyhodź wieczorami na brewiaż. Ale uważaj na siebie i nie spoufalaj się z hłopami, bo kto się zada z plewami, tego świnie zjedzą! No, muwię, zjedzą i basta! — pżysłonił łysinę hustką i zahrapał już na dobre.
Snadź tak samo myślał organista, albowiem kiedy parobek wyprowadzał konie na pastwisko i Jasio skoczył na jednego, stary zakżyczał:
— Zleź mi zaraz! Nie pasuje, żeby ksiądz jeździł na oklep i zadawał się z pastuhami!
Strasznie hciało mu się jehać, ale zlazł jak niepyszny i ponieważ mrok już zapadał, poszedł za ogrody odmuwić wieczorne pacieże. Ale mugł się to zebrać w sobie, kiedy jakaś dzieuszyna piesneczka dzwoniła gdzieś niedaleko i baby rajcowały w jakimś sadzie, że każde słowo leciało po rosie? I wżeszczały dzieci kąpiące się w stawie, kajś znuw śmiehy się zatżęsły, to ryki kruw, to księże perliczki darły się pżenikliwie — i cała wieś huczała pżerużnymi pogłosami niby ten ul rozbżęczany, że cięgiem mu się myliło. A gdy nareszcie uhwycił wątek i pżyklęknąwszy pod żytem, wtopił rozmodlone oczy w to niebo rozgwiażdżone i poniusł duszę kajś w zaświaty, buhnęły od wsi takie pżeraźliwe kżyki, lamenta i pżeklinania, że poleciał ku domowi, wystraszony wielce i niespokojny.
Matka właśnie wyszła go wołać na kolację.
— Co się tam stało? Biją się czy co?
— Józef Wachnik wrucił z kancelarii trohę pijany i pobił się ze swoją. Dawno się już babie należała pożądna frycuwka. Nie buj się, nic jej nie będzie.
— Ależ kżyczy, jakby ją ze skury obdzierał.
— Zwyczajne babskie wżaski. Żeby ją prał kijem, to by była ciho! Odbije mu ona jutro za swoje, odbije! Hodź, kruszyno, bo kolacja pżestygnie.
Ledwie tknął jadła i czując się wielce zdrożony, zaraz położył się spać. Ale rano, jak tylko słońce zaświeciło, już był na nogah. Obleciał pole, pżyniusł koniom koniczyny, podrażnił księże indory, jaże się rozbulgotały, pżywitał pieski, że dziw łańcuhuw nie pozrywały z radości, sypnął ziarna gołębiom, pomugł młodszemu wypędzać krowy, narąbał dżewa za Michała, spenetrował w sadzie dojżewające małgożatki, pofiglował ze źrebakiem — i był wszędy i wszystko witał całującymi oczami, jak pżyjacioły serdeczne, jak braty rodzone, nawet te malwy osypane kwiatem, nawet te prosięta gżejące się na słońcu, nawet pokżywy i hwasty pżytajone pod płotami; aż matka, biegająca za nim rozkohanymi spojżeniami, szeptała z pobłażliwym uśmiehem:
— Wariacie jeden! Wariacie!
A on snuł się i promieniał jako ten dzień lipcowy — jasny, roześmiany, rozsłoneczniony, wezbrany ciepłem i ogarniający wszystek świat duszą miłującą. Ale skoro zadzwoniła sygnaturka, żucił wszystko i poleciał do kościoła.
Proboszcz wyszedł z wotywą; popżedzał go Jasio w nowej komży, pżybranej świeżo czerwonymi wstęgami. Organy zagrały pżebieraną, hukliwą nutą, z huru podniusł się grubahny głos, od kturego zadrgały światła, kilkanaście osub pżyklękło pżed ołtażem — i zaczęło się nabożeństwo.
Jasio, hociaż służył do mszy, a w pżerwah żarliwie się modlił, jednak dostżegł Jagusię, klęczącą nieco z boku — i co podniusł głowę, to widział jej modre, błyszczące oczy, wlepione w siebie, i jakiś pżytajony uśmieh na rozhylonyh, czerwonyh wargah.
Zaraz po kościele zabrał go ksiądz na plebanię i zasadził do pisania, że dopiero po południu wyrwał się na wieś odwiedzać znajomkuw.
Najpierw zaszedł do Kłębów, gdyż siedzieli najbliżej — pżez drużkę jeno. W hałupie jednak nie zastał nikogo, a tylko w sieniah, wywartyh na pżestżał, cosik zaruszało się w kącie, a jakiś głos zahrypiał:
— Dyć to ja, Jagata! — uniesła się, rozkładając ręce ze zdumienia. — Jezu, pan Jasio!
— Leżcie spokojnie. Chorzyście, co? — pytał troskliwie i pżysunąwszy se pieniek, pżysiadł blisko, ledwie rozpoznając jej tważ wyshniętą kiej ziemia.
— Jeno już Pańskiego miłosierdzia czekam — głos jej zabżmiał uroczyście.
— Cuż to wam jest?
— A nic, śmierć se we mnie rośnie i na żniwo czeka. Kłęby me ano pżytuliły, bym se u nih pomerła, to pacież muwię i wyglądam cierpliwie onej godziny, kiej kostuha zapuka i powie: „Pudzi, duszo umęczona”.
— Czemuż do izby was nie pżeniosą?
— Hale, puki nie pora, to co ta bede im zabierała miejsce... I tak cielaka musiały ze sieni wyprowadzić. Ale mi pżyobiecały, że na tę ostatnią moją godzinę to me pżeniosą do izby, na łużko pod obrazy, i świecę mi zapalą... I księdza sprowadzą... A potem we świąteczne szmaty me pżyobleką i pohowek sprawią gospodarski. Juści, dałam na wszystko... A ludzie poczciwej sieroty może nie ukżywdzą. Niedługo pżeciek bede im tu zawalać, nie... I pży świadkah mi pżyobiecały, pży świadkah.
— A nie pżykży się wam samej? — głos mu nasiąkł żałością i łzami.
— Całkiem mi dobże, paniczku. A mało to świata dojżę se pżez dżwi? Kto pżejdzie drogą, kto gdziesik zagada, kto i zajży, kto nawet żuci to poczciwe słowo, że jakbym se po wsi wędrowała. A pujdą wszystkie do roboty, to kokoszki pogżebią w śmieciah, gadzina pohżąka za ścianą, pieski zajżą, wruble wpadną do sieni, słońce ździebko poświeci pżed zahodem, a niekiej wisus jaki ciepnie pecyną i dzionek zleci, ani się człowiek spodzieje. A nocami też do mnie pżyhodzą, juści... A niejedne...
— Ktuż taki? Kto? — zajżał z bliska w jej otwarte, a jakby niewidzące oczy.
— A te moje, co się im już dawno pomarło, a te powinowate i znajome. Prawdę muwię, paniczku, pżyhodzą... A kiedyś — szeptała z uśmiehem nieopowiedzianego szczęścia i słodyczy — to pżyszła do mnie Panienka i powieda cihuśko: „Leż se, Jagato, Pan Jezus cię wynagrodzi!”. Sama Częstochowska, zaraz poznałam... W koronie ano była, w płaszczu, a cała we złocie i koralah. Pogładziła me po głowie i żekła: „Nie buj się, sieroto, gospodynią se będziesz pierwszą na niebieskim dwoże, panią se będziesz, dziedziczką...”.
I tak se gawożyła staruha kiej ta zasypiająca ptaszka, zaś Jasio, pżyhylony nad nią, słuhał i patżał kieby w jakąś nieodgadnioną głąb, kaj cosik tajnego bulgoce i gada, i błyska, i coś takiego się dzieje, czego już zgoła człowieczy rozum nie rozbieże. Zrobiło mu się jakoś strasznie, ale nie poredził się oderwać od tej kruszyny ludzkiej, od tego zetlałego źdźbła, co drgając kieby ten promień gasnący w mroku, jeszcze se śnił o dniah nowego żywota. Pierwszy raz w życiu tak z bliska zajżał w człowieczą, nieubłaganą dolę, to i nie dziwota, że pżejął go luty strah, żałość ścisnęła duszę, łzy zatopiły oczy, wspułczująca litość pżygięła go do ziemi, a gorąca, proszalna modlitwa sama się już rwała z warg roztżęsionyh.
Stara pżecknęła się i unosząc głowę, szepnęła w zahwycie:
— Janioł pżenajświętszy! Księżyczek muj serdeczny!
On zaś potem długo stał pod jakąś ścianą, gżejąc się w słońcu i ciesząc oczy tym dniem jasnym i życiem, jakie wżało dokoła.
Bo i cuż, że tam jakaś dusza człowiekowa skamlała w pazurah śmierci.
Słońce nie pżestało świecić, szumiały zboża, białe hmury pżepływały wysoko, wysoko, dzieci bawiły się po drogah, rumieniły się po sadah jabłka dojżewające, w kuźni biły młoty, jaże rozlegało się na całą wieś, ktoś wuz ryhtował, ktoś kosę nakuwał, sposobiąc się do żniw, pahniał hleb świeżo upieczony, rajcowały kobiety, husty suszyły się po płotah, ruszali się po polah i obejściah — jak co dnia było, jak zawdy, gmerał się ruj ludzki wśrud trosk i zabieguw ani nawet myśląc, kto tam pierwszy stoczy się z bżega.
Zaśby ta komu pżyszło co z tego.
Więc i Jasio prędko się otżąsnął ze smutku i poszedł na wieś.
Posiedział czas jakiś pży Mateuszu, kturen Stachową hałupę wyciągał już do zrębu; postał nad stawem z Płoszkową bielącą płutno; odwiedził horą Józkę; nasłuhał się wyżekań wujtowej; pżyjżał się w kuźni, jak kowal stalił kosy i nacinał ostża sierpuw; zajżał i na ogrody, kaj pracowało najwięcej dzieuh i kobiet — a wszędy wielce byli mu radzi, witając pżyjacielsko i patżąc na niego z niemałą dumą: boć lipeckie to było dziecko, więc jakby w krewieństwie ze wszystkimi.
A dopiero na samym ostatku wstąpił do Dominikowej; stara siedziała pżed domem i pżędła wełnę. Dziwił się temu, gdyż oczy miała pżewiązane.
— Palcami zmacam i też wiem, jaka nitka, cienka czy ogrubnia — tłumaczyła; i bardzo ucieszona z jego odwiedzin zawołała na Jagusię, zajętą kajś w podwużu.
Pżyleciała zaraz, nieco ino rozdziana, bo tylko we wełniaku i w koszuli; ale dojżawszy Jasia, pżysłoniła piersi rękami i sczerwieniwszy się kiej wiśnia, uciekła do hałupy.
— Jaguś, a wynieś no mleka, to może pan Jasio się pżehłodzi!
Wyniesła pokrutce pełną doinkę i garnuszek, pżybrana już w husteczkę na głowie, lecz tak jakoś zesromana, że kiej wzięła nalewać mleko, ręce jej latały i bladła, to czerwieniła się na pżemian, nie śmiejąc podnieść oczuw.
I cały czas nie odezwała się do niego ani słowa; dopiero kiej poszedł, odprowadziła go na drogę, patżąc za nim, puki jej z oczuw nie zginął.
Niewypowiedzianie parło ją cosik za nim i tak strasznie ponosiło, że aby się nie dać pokusić, wpadła do sadu, hyciła się oburącz jakiegoś dżewa i pżytulając się do niego, stanęła bez thu prawie i pżytomności, nakryta, niby płaszczem, gałęziami, zwisłymi od jabłek. Stała z pżywartymi powiekami, z uśmiehem zatajonym w kątah warg, pełna szczęśliwości, a zarazem lęku, i pełna jakowyhś łez słodkih i lubego dygotu — jak wtedy, kiej patżała na niego pżez okno, w tamtą noc wiośnianą.
Ale i Jasia jakby ciągnęło za nią, bo hociaż bezwolnie, a zaglądał do nih niekiedy na krutką hwilę i odhodził dziwnie rozradowany, a już co dnia widywał ją w kościele; klęczała zawdy pżez całą mszę, a tak wielce rozmodlona i jakby wniebowzięta, że spoglądał na nią ze słodkim wzruszeniem, opowiadając kiedy o jej pobożności.
Matka tylko wzruszyła ramionami.
— Ma za co pżepraszać Pana Boga, ma...
Jasio miał duszę czystą kieby ten najbielszy kwiat, to i nie zrozumiał pżytyku. A że pżyhodziła do nih, że ją wszyscy w domu lubili, że widział, jaka była pobożna, to mu ani postało w głowie jakie niebądź posądzenie; zdziwił się tylko teraz, że od jego pżyjazdu nie była jeszcze ani razu.
— Właśnie posłałam po nią, bo mam dużo do prasowania — odżekła matka.
I pżyszła wkrutce — tak wystrojona, że Jasio aż się zdumiał.
— Cuż to, idziecie na wesele?
— A może pżysłali do was z wudką? — zapiszczała kturaś z dziewczyn.
— Zaśby ta kto śmiał, dyć bym go pżepędziła na cztery wiatry! — ośmiała się, kraśniejąc kieby ruża, że to wszyscy na nią patżeli.
Stara zapędziła ją zaraz do prasowania; poleciały za nią organiścianki wraz z Jasiem i tak się im wkrutce zrobiło wesoło, tak gruhali śmiehem z bele głupstwa i wżeszczeli, jaże organiścina musiała pżykarcać:
— Cihocie, sroki! Jasiu, idź lepiej do ogrodu, nie wypada ci tu suszyć zębuw.
To rad nierad wziął książkę i powlukł się jak zwykle w pole; i tam kajś daleko za wsią, na miedzah, pod gruszami, na granicznyh kopcah, pżesiadywał, zagłębiony w czytaniu albo jeno se medytujący.
Ale Jagusia dobże już znała te samotne shroniska, dobże wiedziała, kaj go szukać utęsknionymi oczami, kaj się nieść do niego hoćby jeno tą myślą radosną; krążyła bowiem kole niego kieby ten motyl w kręgu światła i krążyć musiała — parło ją za nim niepowstżymanie i wlekło tak niepżeparcie, że się już dała bez pamięci na wolę tej jakiejś lubej mocy, dała się jakby wodom spienionym, co ją ponosiły w jakoweś wyśnione światy szczęśliwości, dała się wszystką duszą i sercem, ani nawet myśląc, na jaki bżeg ją wyniesą ni na jaką dolę.
I czy się puźną nocą kładła do snu, czy się rankiem zrywała z pościeli, to zawdy jednym pacieżem dygotało jej serce:
— Obaczę go znowu! Obaczę!
A nieraz, kiedy klęczała pżed ołtażem i ksiądz wyszedł ze mszą, i zagrały pżejmującą nutą organy, i wionęły kadzielne dymy, i roztżęsły się gorące szepty pacieży, i kiedy zapatżyła się rozmodlonymi oczami w Jasia — kturen biało pżybrany, smukły, śliczny, ze złożonymi rękami snuł się w tyh dymah i kolorah, jakie biły z okien — to się jej widziało, co żywy janioł zestąpił z obrazu i oto płynie ku niej ze słodkim pżeśmiehem... Idzie... Że raje otwierały się w jej duszy... Padała na tważ w proh, pżywierając wargami do miejsc, kaj pżeszły jego stopy, i porwana zahwyceniem, śpiewała wszystką mocą człowieczej szczęśliwości:
— Święty! Święty! Święty!
A nieraz i msza się skończyła, i ludzie się porozhodzili, i Jambroż już w pustym kościele pżedzwaniał kluczami, a ona jeszcze klęczała, zapatżona w puste po Jasiu miejsce, rozmodlona pżenajświętszą cihością upojenia — tą radością nabżmiałą do bulu, tymi jeno łzami, co jej same spływały z oczuw, kiej ziarna pełne, ważkie i pżeczyste.
Że już dnie były dla niej jako te ciągłe święta, jako te uroczyste odpusty w nieustannej radości nabożeństwa, jakie się cięgiem odprawiało w jej duszy — bo kiedy wyjżała w pole, to dzwoniły jej tym samym dojżałe kłosy, dzwoniła spieczona ziemia, dzwoniły sady pżygięte pod ciężarem owocuw, dzwoniły bory dalekie i te wędrujące hmury, i ta pżenajświętsza hostia słońca, wyniesiona nad światem... A wszystko śpiewało wraz z jej duszą jeden niebosiężny hymn dziękczynienia i radości:
— Święty! Święty! Święty!
Hej, jaki to świat śliczny, kiej się nań patżą rozmiłowane oczy!
A jaki to człowiek mocen w onej świętej godzinie! Z Bogiem by się zmagał, śmierci by się nie dał, nawet doli by się pżeciwił. Życie mu jednym weselem, a bratem hoćby i ten stwur najmarniejszy! Pżed każdym dniem by klękał w podzięce, każdej nocy by błogosławił i na każdym miejscu wszystek by się rozdawał między bliźnie; a bogaczem ostaje, a cięgiem mu jeszcze pżybywa mocy, kohania i dni bażej cudnyh.
Światami dusza się jego nosi, gurnie we gwiazdy patży z bliska, nieba zuhwale sięga, o wiecznej śni szczęśliwości, bo się jej widzi, że nie ma już kresu ni zapory la jej mocy i kohania.
Tak się to i Jagusi widziało w tę porę miłowania.
Dnie szły zwyczajne, dnie znojonyh pżygotowań do żniw, a ona uwijała się pży robotah rozśpiewana niby skowronek, niestrudzenie radosna i weselnie rozkwitła, kieby ta ruża w jej ogrudku, kieby te malwy smukła i kieby ten kwiat na bożym zagonie najśliczniejsza i tak ciągnąca oczy, tak wabiąca jażącymi ślepiami, tak cięgiem roześmiana, że nawet staży hodzili za nią oczami, zaś parobcy zaczęli się znowu kole niej kręcić i wzdyhający wystawać pod jej hałupą. Ale odprawiała każdego.
— Żebyś nawet wrosnął w ziemię, to i tak niczego nie wystoisz — szydziła.
— Z kużdego się już pżeśmiewa! A harna kieby dziedziczka! — skarżyli się pży Mateuszu, ktury jeno westhnął żałośnie, gdyż nawet on tyla jeno wskurał, co mugł niekaj o zmieżhu pogadywać z Dominikową a patżeć za Jagusią zwijającą się po izbie i słuhać jej pżeśpiewek.
Patżał też i nasłuhiwał tak gorąco, że odhodził coraz hmurniejszy i coraz częściej zaglądał do karczmy, a potem w hałupie wyprawiał rużne brewerie. Juści, co najbażej dostawało się Teresce, że już hodziła ledwie żywa ze zgryzoty — toteż spotkawszy kiedyś Jagusię, odwruciła się od niej plecami i splunęła.
Ale Jagusia, zapatżona kajś pżed się, pżeszła, nawet jej nie widząc.
Tereska, rozgniewana, zwruciła się do dzieuh, pierącyh nad stawem.
— Widziałyście, jak się to pawi! A to pżejdzie i ani już spojży na kogo.
— A wystrojona jakby na odpust.
— Jakże, do samego połednia pżesiaduje pży czesaniu.
— I cięgiem se kupuje wstęgi a stroiki — dogadywały zawistnie, bo znuw od jakiegoś czasu, nieh się jeno pokazała na wsi, hodziły za nią babie spojżenia ostre kiej pazury i jadowite kieby żmije.
Brały ją też na ozory pży leda sposobności, a nicowały, że nieh Bóg broni. Nie mogły jej bowiem darować, że się stroiła jak żadna i że była ponad wszystkie urodniejsza — żeby już nie spominać, co wyprawiała z hłopami.
— Wynosi się nad drugie, jaże trudno ścierpieć!
— I pżystraja się kieby dziedziczka... I skąd to na to bieże?!
— Cie, a za cuż to wujt ma u niej łaski?
— Powiadają, jako i Antek nie skąpi — pżepowiadały se na uho gospodynie, zebrawszy się w opłotkah Płoszkowej.
— Antek dba tyla o nią, co pies o piątą nogę — wtrąciła Jagustynka. — Tam jest w pżygodzie ktoś drugi! — Zaśmiała się tak domyślnie, że jęły ją molestować na wszystkie świętości; ale się nie wygadała, jeno im w końcu żekła:
– Ja to plotuw nie roznoszę. Macie oczy, to wypatżcie same.
Jakoż od tej hwili sto par ślepiuw jeszcze zacieklej poszło na pżeśpiegi trop w trop za Jagusią, kiej te gończe za zajączkiem.
Ale Jagusia, hociaż na każdym kroku spotykała te pżyczajone, strużujące ślepie, nie domyślała się niczego; co ją tam zresztą obhodziło, kiej mogła w każdej poże obaczyć Jasia i topić się w jego oczah na śmierć.
Na organistuwkę zaglądała prawie już co dnia i zawdy w takim czasie, gdy Jasio był w domu — że nieraz kiej zasiadał z bliska i kiej poczuła na sobie jego spojżenie, to dziw nie omdlewała z lubości, oblewał ją war, nogi się tżęsły i serce łomotało kieby młotem; zaś indziej, gdy w drugim pokoju nauczał siostry, to jaże deh pżytajała, zasłuhana w jego głosie niby w tym słodkim dzwonieniu, aż organiścina spostżegła:
— Co tak pilnie nasłuhujecie?
— Bo pan Jasio tak prawi naucznie, że niczego nie poredzę wyrozumieć!
— Hcielibyście! — Zaśmiała się pobłażliwie. — Abo to w małyh szkołah się uczy — pżyżuciła z dumą, wdając się w szeroką pogawędkę o synu, lubiła ją bowiem i rada zapraszała, że to Jagusia hętna była do pomocy pży każdej robocie, a pży tym często gęsto i pżynosiła co niebądź: to gruszek, to jagudek, to nawet niekiej i osełkę świeżego masła.
Jagusia wysłuhiwała zawdy tyh opowiadań z jednaką żarliwością, lecz skoro Jasio ruszył się z domu, i ona śpieszyła się niby to do matki; strasznie bowiem lubiała naglądać za nim z daleka i nieraz, pżyczajona we zbożu lub za jakimś dżewem, patżała w niego długo i z taką tkliwością, że nie mogła się powstżymać od płaczu.
Ale już najmilsze były la niej te krutkie, nagżane, jasne noce, że kiej jeno matka zasnęła, wynosiła pościel do sadu i leżąc na wznak, zapatżona w niebo migocące pżez gałęzie, zapadała w jakieś pżenajsłodsze niezmieżoności mażenia. Upalne wiewy nocy muskały ją po tważy, gwiazdy zaglądały w oczy szeroko otwarte, nabrane zapahami głosy ciemnic, głosy pełne niepokojącego żaru i lubości, zadyszane szepty liści, senne, urywane szmery stwożeń, jakby stłumione westhnienia, jakby wołania, idące kajś spod ziemi, jakby hihoty strwożone, lały się w nią dziwną muzyką i pżejmowały warem, dygotem, zapierały deh i prężyły w takih ciągotkah, że staczała się na hłodne, oroszone trawy, padając ciężko jak owoc dostały... I leżała bezwładnie, wezbrana jakąś świętą, rodną mocą — niby te pola dojżewające, niby te gałęzie owocem ciężarne, niby ten łan źrałej pszenicy, gotuw się dać sierpom, ptakom czy wihrom, bo już na każdą dolę zaruwno tęsknie czekający.
Takie to miała Jagusia te krutkie, nagżane, jasne noce i takie to te skwarne, rozprażone dnie lipcowe, że mijały kieby sen słodki, cięgiem pragniony.
Hodziła też jak we śnie, ledwie już miarkując, kiedy był dzień, a kiedy noc.
Dominikowa czuła, że się z nią wyrabia cosik dziwnego, ale nie mogła wyrozumieć, więc tylko się radowała jej niespodzianej i żarliwej pobożności.
— Powiem ci, Jaguś, że kto z Bogiem, z tym Bóg! — powtażała z dobrością.
Jagusia jeno się uśmiehała, pełna cihej, pokornej szczęśliwości a czekania.
I kturegoś dnia, całkiem niehcący, natknęła się na Jasia — siedział pod kopcem granicznym z książką w ręku; nie mogła się już cofnąć i stanęła pżed nim, okryta rumieńcem i mocno zesromana.
— Cuż wy tu robicie?
Jąkała się strwożona, czy aby się czego nie domyśla.
— Siadajcie, widzę, żeście się zmęczyli.
Wagowała się, nie wiedząc, co począć. Pociągnął ją za rękę, że pżysiadła pobok, spiesznie howając bose nogi pod wełniak.
Ale i Jasio był zmieszany, rozglądał się jakoś bezradnie dokoła.
Pusto było na polah, lipeckie dahy i sady wynosiły się ze zbuż jakoby wyspy dalekie, wiater ździebko pżegarniał kłosami, pahniało rozgżaną macieżanką i żytem, jakiś ptak pżeleciał nad nimi.
— Strasznie dzisiaj gorąco! — zauważył, aby jeno zacząć.
— I wczoraj pżypiekało niezgożej! — hycił ją za gardziel jakiś radosny lęk, że ledwie mogła pżemuwić.
— Lada dzień zaczną się żniwa.
— Pewnie... Juści... — pżytwierdzała, wlepiając w niego ciężkie oczy.
Uśmiehnął się i sprubował muwić swobodnie, prawie żartem:
— Jagusia to co dzień ładniejsza...
— Kaj mi tam do ładności! — stanęła w pąsah, pociemniałe oczy buhnęły płomieniami, a wargi zadrgały w pżytajonym pżeśmiehu radości.
— I naprawdę Jagusia nie hce iść za mąż?
— Ani mi się śni! Abo mi to źle samej?
— I żaden się wam nie podoba, co? — nabierał coraz więcej śmiałości.
— Żaden. Nie, żaden! — tżęsła głową, patżąc w niego rozmażonymi słodko oczami.
Nahylił się i zajżał głęboko w te modre pżepaście; modlitwę miała w spojżeniu, najgłębszą i najsłodszą, i najdufniejszą, żarliwy kżyk serca rwący się w czas podniesienia. Dusza się w niej tżepotała kiej te skry słońca nad polami, kiej ptak rozśpiewany wysoko nad ziemią.
Cofnął się jakoś dziwnie niespokojnie, pżetarł oczy i wstał.
— Muszę już iść do domu! — skinął głową na pożegnanie i poszedł szeroką miedzą ku wsi, czytając kiej niekiej książkę, to błądząc oczami, ale w jakiś czas obejżał się i pżystanął.
Jagusia szła za nim o parę krokuw.
— Bo i mnie tędy najbliżej — tłumaczyła się jakoś spłoszona.
— To pujdźmy razem — mruknął, nie bardzo rad z toważystwa; wlepił oczy w książkę i z wolna idąc, czytał se pułgłosem.
— O czym to napisane? — spytała lękliwie, zazierając w karty.
— Jak hcecie, to wam trohę poczytam.
Że akuratnie niedaleczko miedzy stało rozłożyste dżewo, to pżysiadł w cieniu i zaczął czytać, Jagusia kucnęła napżeciw i wsparłszy brodę na pięści, zasłuhała się całą duszą, nie spuszczając z niego oczuw.
— Jakże się wam podoba? — żucił po hwili, unosząc głowę.
Sczerwieniła się i uciekając z oczami, bąknęła wstydliwie:
— Bo ja wiem... To nie o krulah historia, co?
Jeno się skżywił i wziął znowu czytać, ale już wolno, wyraźnie i słowo po słowie: o polah i zbożah czytał, o jakimś dwoże, stojącym we bżozowym gaju, jakby o dziedzicowym synu, kturen do dom wrucił, i o dworskiej panience, co siedziała se z dziećmi na ogrodzie... A wszyćko było utrafione do wiersza, ryhtyk kieby w tyh pobożnyh śpiewaniah, jakby je kto wypominał z ambony, że nieraz hciało się jej westhnąć, pżeżegnać i zapłakać, tak szło do serca.
Ale strasznie gorąco było w tym zaciszu, kaj siedzieli; kręgiem stała gęsta ściana żyta pżepleciona modrakiem, wyczką i pahnącym powojem, że ani jeden powiew nie pżehładzał, a jeno w tej upalnej cihości sypał się niekiedy hżęst obwisłyh kłosuw. Czasem wruble zaćwierkały wśrud gałęzi, bzyknęła pżelatująca pszczoła i dzwonił Jasiowy głos, wezbrany dziwną słodyczą. Lecz Jagusia, hociaż wpatżona była w niego jakby w ten obraz najśliczniejszy i nie straciła ani jednego słowa, kiwnęła się raz i drugi, bo ją rozbierało gorąco i możył śpik, że ledwie już mogła wytżymać.
Na szczęście pżerwał czytanie i zajżał jej głęboko w oczy.
— Prawda, jakie śliczne, co?
— Juści, co śliczności... Jakbym tego kazania słuhała.
Jaże oczy mu rozbłysły, a na tważ wystąpiły kolory, gdy zaczął rozpowiadać, czytając raz jeszcze te miejsca, kaj było o polah i lasah, ale mu pżerwała:
— Pżeciek i dziecko wie, co w borah rosną dżewa, w żekah jest woda i sieją na polah... To po co ta drukować o tym wszyćkim?
Jasio aż się cofnął ze zdumienia.
— Mnie to się jeno spodobają takie historie o krulah, o smokah albo i o strahah, co to jak się o nih słuha, to jaże mruwki człowieka obłażą i jakby zażewia nasuł do piersi. Jak Rocho nieraz powiedają takie historie, to bym go słuhała dzień i noc. A czy pan Jasio ma o tym książki?
— A ktuż by czytał takie bajdy! — buhnął wzgardliwie, głęboko zgorszony.
— Bajdy! Hale, pżeciek Rocho czytał o tym i z drukowanego.
— Głupstwa wam czytał i same cygaństwa!
— Jakże, to by se ino la cygaństwa umyślali takie cudeńka?
— A tak, wszystko bajki a zmyślenia.
— To nieprawda i o południcah, i o smokah? — pytała coraz żałośniej.
— Nieprawda, muwię wam pżecież! — odpowiadał zniecierpliwiony.
— To i o tym też nieprawda, jak to Pan Jezus wędrował ze świętym Piotrem, co?
Nie zdążył odżec, bo nagle jakby wyrosła spod ziemi Kozłowa i stając pży nih, patżała naśmiehliwymi ślepiami.
— A to pana Jasia szukają po całej wsi — żekła słodziuśko.
— Cuż się tam stało?
— Jaże tży bryki ziandaruw pżyjehało na plebanię.
Zerwał się niespokojnie i poleciał prawie w dyrdy.
Jagusia też poszła ku wsi, ale dziwnie czegoś markotna.
— Pewnikiem pżerwałam waju pacieże, co? — syknęła Kozłowa, idąc pobok.
— Zaśby ta pacieże! Czytał mi z książki takie historie, ułożone do wiersza.
— Cie... A ja miarkowałam całkiem co drugiego. Organiścina phnęła me go szukać... Lecę w tę stronę, rozglądam się... Pusto... Tknęło me cosik, byh zajżeć pod gruszkę... Patżę... Siedzą se jakieś turkaweczki... Gawożą... Juści, miejsce sposobne... Z dala od ludzkih oczuw... Juści...
— Żeby wam ten paskudny ozur pokręciło — buhnęła, wyrywając się napżud.
— I będzie cie miał kto rozgżeszyć! — kżyknęła za nią urągliwie.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.