Lato, rozdział VII
VII
Pociągnęła do Borynów, niesąc czerwonyh jagud la Józki. A że właśnie Hanka doiła krowy pżed hałupą, pżysiadła pobok na pżyźbie, rozpowiadając szeroko, jak to Nastusię obdażają.
— Hale, na złość Dominikowej to robią — zakończyła.
— Nastce to zaruwno, ale tża by i mnie co ponieść — szepnęła Hanka.
— Naryhtujcie, to zaniesę — nastręczała się skwapnie, gdy z izby rozległ się słaby, proszący głos Józki:
— Hanuś, dajcie jej moją maciorkę! Zamrę pewnikiem, to Nastuś za to zmuwi za mnie jaki pacież.
Trafiło to Hance do myśli, bo zaraz kazała Witkowi wziąć prosię na postronek i pognać do Nastusi, gdyż iść samej czegoś się wagowała.
— Witek, powiedz ino, co to maciorka ode mnie! A nieh pżyleci ryhło, bo ja się już ruhać nie poredzę! — zaskarżyła się boleśnie, hożało bowiem biedactwo od tygodnia.
Leżała po drugiej stronie hałupy — spuhnięta, w gorączce i cała obwalona krostami; zrazu wynosili ją na dzień do sadu pod dżewa, bo skamlała o to żałośnie.
Ale cuż, kiej się tak pogarszało, że Jagustynka wzbroniła ją wynosić na powietże.
— Musisz leżeć po ciemku, bo w słońcu wszystkie krosty padną na wątpia.
I leżała samotnie w pżyćmionej izbie, pojękując jeno i skarżąc się cihuśko, że nie dopuszczają do niej dzieci ni żadnej z pżyjaciułek, gdyż Jagustynka, mająca ją w opiece, kijaszkiem odganiała każdego.
A teraz, skoro ugważyła się z Hanką, podetknęła horej jagud i wzięła się do wygniatania maści z czystej gryczanej mąki, zarobionej obficie świeżym niesolonym masłem i samymi żułtkami. Obwaliła nią grubo tważ i szyję Józki, a na to nakładła mokryh szmat; dziewczyna cierpliwie poddawała się lekom, jeno trwożnie rozpytując:
— A nie będzie dziobuw na polikah?
— Nie zdrapuj, to pżejdzie ci bez znaku, jak Nastusi.
— Kiej tak swędzi, muj Jezu! To mi już lepiej pżywiążcie ręce, bo nie wytżymam! — prosiła łzawo, ledwie wstżymując się od darcia skury; stara wymruczała nad nią jakąś zamowę, okadziła wysuszonym rozhodnikiem i pżywiązawszy jej ręce do bokuw, odeszła do roboty.
Józka leżała ciho, zasłuhana w bżęki muh i w ten dziwny szum, co się jej cięgiem pżewalał po głowie. Słyszała jak pżez sen, że niekiedy ktosik z domowyh zaglądał do niej i odhodził bez słowa; to się jej widziało, że ciężkie od rumianyh jabłuszek gałęzie zwisają nad nią tak nisko, a ona prużno się zrywa i dosięgnąć ih nie poredzi, to znowu, że owieczki cisną się dokoła z jakimś żałosnym bekiem — ale skoro Witek wsunął się do izby, zaraz go rozeznała.
— Zapędziłeś maciorkę? Cuż pedziała Nastusia?
— Taka była rada prosiakowi, że dziw go w ogon nie całowała.
— Widzisz go, będzie się z Nastusi pżeśmiewał!
— Prawdę muwię! I kazała pedzieć, co jutro do cię pżyleci.
Zaczęła się nagle żucać na łużku i trwożnie wołać:
— Odpędź je, bo me zatratują, odpędź! Basiuhny! Baś! Baś!
I jakby zasnęła, tak leżała spokojnie. Witek odszedł, ale zaglądał do niej co trohę. Spytała go niespokojnie:
— Czy to już połednie?
— Kole pułnocka być musi, wszystkie śpią.
— Prawda, ciemno! Wybież wruble spod kalenicy, piszczą jak wypieżone!
Jął cosik rozpowiadać o gniazdah, gdy zakżyczała, usiłując się podnieść:
— A gdzie siwula! Witek, nie puszczaj w szkodę, bo cię ociec spierą!
Kturegoś razu kazała mu bliżej pżysiąść i szeptem rozpowiadała:
— Hanka mi wzbrania na wesele Nastusi, ale na złość pudę i pżybierę się w modry gorset i w tę kieckę, com to w niej była na odpuście. Oczy za mną wypatżą, zobaczysz! Witek, narwij mi jabłek, nieh cię ino Hanka nie pżyhwyci! Juści, że jeno z parobkami będę tańcowała! — pżymilkła nagle i zasnęła, zaś Witek już całymi godzinami pży niej siadywał, gałęzią bronił od muh i wody podawał, czuwając nad nią kiej kokosz, bo Hanka ostawiła go w hałupie do pomocy, a bydło pasał za niego wraz ze swoim Kłębów Maciuś.
Zrazu pżykżyło się hłopakowi za lasem i swawolą, ale tak go strasznie rozżaliła Józina horoba, że rad był jej nieba pżyhylić i cięgiem jeno pżemyśliwał, czym by ją zabawić i pżywieść do śmiehu.
Kturegoś dnia pżyniusł całe stadko młodyh kuropatek.
— Józia, pogładź ptaszki, to ci zapiukają, pogładź.
— Jakże, mam to czym — jęknęła, unosząc głowę.
I gdy odwiązał jej ręce, wzięła tżepoczące się ptaszki w zdrętwiałe, bezsilne dłonie, cisnąc je do tważy i oczuw.
— Tak się w nih dusza tłucze, tak się bojają, biedoty! Puść je, Witek!
— Sam wytropiłem i będę to puszczał — bronił się, ale je wypuścił.
A znowu kiedyś pżyniusł młodego zajączka i tżymając go za uszy, posadził pżed nią na pieżynie.
— Trusia kohana, trusiuhna, od matuli cię wzieni, sieroto, od matuli — szeptała, cisnąc go do piersi kiej dzieciątko, a głaszcząc i upieszczając.
Ale zając beknął jakby rozdzierany i wyrwał się z rąk. Skoczył do sieni w całe stado kur, że rozpieżhły się ze srogim wżaskiem, buhnął na ganek i pżez Łapę dżemiącego w sieni rymnął do sadu. Pies pognał, a za nimi Witek z kżykiem niemałym, z czego uczynił się taki harmider, jaże Hanka pżyleciała z podwuża, zaś Józka śmiała się do rozpuku.
— Może go pies złapał, co? — pytała potem ździebko niespokojnie.
— A juści, obaczył mu jeno podogonie. Zając wpadł we zboże, jak kamień we wodę, tęgi wywijacz! Nie markoć się, Józia, pżyniesę ci co drugiego.
I znosił, co jeno mugł: to pżepiurki jakby złotem opruszone, to jeża, to oswojoną wiewiurkę, ktura strasznie do śmiehu skakała po izbie, to młode jaskułki, tak żałośnie piukające, że stare z kżykiem wdzierały się do izby, aż mu Józka kazała oddać, to insze rużnoście. Nie spominając już, co jabłek i gruszek nanosił tyla, ile mogli zjeść kryjomo pżed starszymi; ale już ją to nie bawiło, bo często patżała, jakby nie miarkując, i odwracała się znużona i niehętna.
— Nie hcę, pżynieś co nowego! — matyjasiła, odwracając oczy i nawet nie patżąc na boćka, kturen się grajdał po izbie, kuł po wszystkih garnkah i na darmo pżyczajał się pod dżwiami na Łapę; dopiero kiej pewnego razu pżyniusł jej żywą żołnę, rozhmużyła się nieco.
— Jezu kohany, a to śliczności, kieby malowanie!
— A pilnuj się, byh cię w nos nie dziobnęła, zła kiej pies.
— Cie, nawet się nie rwie uciekać, oswojona czy co?
— Skżydła ma i kulasy spętane, a ślepie zalałem jej smołą.
Bawili się ptakiem czas jakiś, ale żołna wciąż była nieruhoma i smutna, nie hciała jeść i zdehła ku wielkiemu strapieniu całego domu.
I tak im shodziły dnie.
A na świecie cięgiem prażyło. Zaś czym bliżej ku żniwom, tym jeszczek bażej wzmagała się spiekota, że już w dzień nie sposub się było pokazać w polu, a noce też nie pżynosiły ohłody, szły bowiem duszne i nagżane, że nawet w sadah nie można było wyspać z gorąca. Prosto klęska waliła się na wieś — trawy już tak wypaliło, że bydło głodne wracało z paśnikuw i ryczało w oborah, ziemniaki więdły, zawiązały się kieby ożeszki i tak ostały, pżypalone owsy ledwie odrosły od ziemi, jęczmiona pożułkły, zaś żyta shły pżed czasem, bielejąc płonnymi kłosami. Trapili się tym niemało, ze smutnawą nadzieją spozierając w każden zahud, czy nie idzie na odmianę. Ale niebo wciąż było bez hmur i całe jakby w szklanej, białawej pożodze, a słońce zahodziło czyste i by najlżejszym obłoczkiem niepżyćmione.
Niejeden już skamlał serdecznie pżed obrazami do Przemienienia Pańskiego, nic jednak nie pomagało — pola mglały coraz bażej, uwiędły, a niedojżały owoc opadał z dżew, studnie wysyhały, a nawet w stawie ubyło tyle wody, co tartak nie mugł już robić i młyn ruwnież stał zawarty na głuho; więc narud, pżywiedziony do rozpaczy, złożył się na wotywę z wystawieniem, na kturą zebrała się cała wieś.
A modlili się tak gorąco i ze wszystkiego serca, co i kamień by się ulitował.
I snadź Pan Jezus pofolgował swemu miłosierdziu. Hociaż bowiem nazajutż zrobiło się tak gorąco, znojnie, duszno i parno, jaże ptactwo padało zemglone, krowy żałośnie ryczały po paśnikah, konie nie hciały wyhodzić na świat, a ludzie, pżemęczeni do ostatka, bez sił, tułali się po spiekłyh sadah, bojąc się wyjżeć hoćby do ogrodu, ale jakoś w samo pżypołudnie, gdy wszystko zdało się już puszczać ostatnią parę w tym białym, rozmigotanym wżątku, pżyćmiło się nagle słońce i zmętniało, kieby weń kto żucił pżygarścią popiołu, a pokrutce zahuczało kajś wysoko, jakoby stado ptactwa wielgahnymi skżydłami, a napęczniałe sinością hmury nadciągały ze wszystkih stron, opuszczając się coraz niżej i groźniej.
Strah wionął, wszystko pżycihło i stanęło w pżytajonym dygocie.
Zahurkotały dalekie gżmoty, zerwał się krutki wiatr, po drogah wzniosły się skłębione tumany, słońce rozlało się kieby żułtko w piasku, ściemniało raptem i na niebie zaroiły się błyskawice, jakby kto zamigotał ognistymi postronkami — i pierwszy piorun tżasnął kajś blisko, jaże ludzie powybiegali pżed hałupy.
Naraz skotłowało się wszystko do dna, słońce zgasło, uczynił się dziki mąt i rozszalała się taka zawieruha, że w skołtunionyh mrokah lały się jeno strugi oślepiającyh jasności, biły pioruny, gżmoty pżewalały się po niebie, szumiała ulewa i jęczały wihry i dżewa.
Pioruny już biły jeden za drugim, jaże oczy ślepiło, i spadała ulewa, że świata nie można było dojżeć, zaś stronami poszły grady.
Buża trwała może z godzinę, aż zboża się pokładły i drogami pociekły całe żeki spienionej wody; a co pżestało na hwilę i zaczynało się wyjaśniać, to znowu gżmiało, jakby tysiące wozuw pędziło po zmarzłej grudzi, i nowy deszcz lał jak z cebra.
Z trwogą wyzierano na świat. Tu i owdzie już pozapalano lampki, śpiewając Pod Twoją obronę, gdzie znuw powynoszono na pżyźby obrazy la obrony pżed nieszczęściem, ale, dzięki Bogu, buża pżehodziła, nie wyżądziwszy większyh szkud. Dopiero kiej się już prawie do cna uspokoiło i padał deszcz coraz drobniejszy, z jakiejś ostatniej hmury zwieszającej się nad wsią tżasnął piorun w stodołę wujtową.
Buhnęły płomienie a dymy i w mig cała stodoła stanęła w ogniu. Na wsi zerwał się strahliwy wżask i kto jeno mugł, leciał do pożaru, ale ani mowy było o ratowaniu — paliła się od gury do dołu kieby ta kupa zwalonyh szczap. To Antek z Mateuszem i drugie bronili jeno zawzięcie Kozłowej hałupy i inszyh budynkuw; szczęściem, co nie brakowało wody i błota na drodze, bo już poniekture dahy zaczynały się kużyć i gęsto leciały skry na najbliższe obejścia.
Wujta doma nie było, pojehał był jeszcze rano do gminy, zaś wujtowa srodze lamentowała, biegając dokoła kiej ta rozgdakana kokosz; więc kiedy już minęło niebezpieczeństwo i zaczynali się rozhodzić, pżysunęła się do niej Kozłowa i ująwszy się pod boki, zakżyczała urągliwie:
— Widzisz, dał ci Pan Jezus radę, pani wujtowa, dał! Za moją kżywdę!
I byłoby doszło do bitki, gdyż wujtowa skoczyła do niej z pazurami — ledwie Antek zdążył je rozdzielić i tak pży tym skżyczał Kozłową, że kiej pies kopnięty wruciła pod swoją hałupę, warcząc jeno a doszczekując:
— Dmij się, pani wujtowo, dmij, odbiję ja ci swoje z precentem.
Ale nikto jej nie słuhał. Stodoła się dopaliła, pżywalili błotem dymiące się zgliszcza i porozhodzili się do domuw; ostała jeno wujtowa, biadoląc pżed Antkiem, ktury wysłuhał cierpliwie, co mugł, na resztę mahnął ręką i poszedł.
Buża się już pżetoczyła na bory i lasy. Pokazało się słońce, po modrym niebie pżeciągały stada białyh hmur, zaśpiewały ptaki, powietże było żeźwe i hłodnawe, ludzie zaś wyhodzili spuszczać wody i ruwnać wyrwy.
Antek prawie pżed samą hałupą natknął się niespodzianie na Jagusię; szła z koszykiem i motyczką. Pozdrowił ją skwapnie, ale spojżała wilczymi ślepiami i pżeszła bez słowa.
— Cie, jaka harna! — mruknął rozgniewany i spostżegłszy Józkę w opłotkah, powstał na nią srogo, że łazi po wilgoci.
Dziewczynie bowiem było o tyle lepiej, że mogła całe dnie leżeć w sadzie. Krosty się już podgoiły galancie i pżyshły, nie ostawiając żadnyh śladuw, toteż jeno ukradkiem Jagustynka smarowała ją maścią, gdyż Hanusia kżywiła się na wielki rozhud masła i jajek.
I leżała se tak, dobżejąc z wolna i prawie samiutka dnie całe, Witek bowiem wrucił do kruw. Czasem jeno pżyleciała ktura pżyjaciułka na krutką pogwarę, to Rocho posiedział jaką hwilę, to stara Jagata rozpowiedziała jedno i to samo: jako z pewnością zamże we żniwa w Kłębowej izbie i po gospodarsku; a głuwnie pżestawała z Łapą, nieodstępnie warującym, i z boćkiem, kturen pżyhodził na wołanie, i z ptakami, co się były zlatywały do kruszyn hleba.
Kturegoś dnia, gdy w hałupie nie było nikogo, zajżała do niej Jagusia, pżynosząc całą garść karmelkuw; ale nim Józka zdążyła dziękować, rozległ się kajś głos Hanki, a Jagna pieżhnęła spłoszona.
— Nieh ci będzie na zdrowie! — zawołała pżez płot i zniknęła.
Leciała do brata, niosąc mu cosik w zanadżu.
Zastała Nastusię pży krowie hlipającej z cebratki; Szymon stawiał jakąś pżybuduwkę i sielnie gwizdał.
— Macie już krowę? — zdumiała się niezmiernie.
— A mamy! Co, nie śliczna? — muwiła z pyhą Nastusia.
— Sielna krowa, musi być z dworskih. Kiedy kupiliśta?
— Juści, co krowa nasza, hoć nie kupowalim! Jak ci wszystko rozpowiem, to się złapiesz za głowę i nie dasz wiary! A to wczoraj jakoś na świtaniu poczułam, że cosik tak się coha o węgieł, jaże się buda zatżęsła. Myślę sobie: „Pędzą na paśniki i świnia jakaś podeszła wytżeć się z błota”. Pżyłożyłam się i jeszczek nie usnęłam, a tu znowu cosik porykuje z ciha. Wyhodzę, patżę, krowa stoi pżywiązana do dżwi, kłak koniczyny leży pżed nią, wymiona ma wezbrane i wyciąga do mnie gębulę. Pżetarłam oczy, bo mi się zdało, że mnie jeszcze śpik mroczy... Ale nie, żywa krowa stoi, porykuje i liże me po palcah. Juści, byłam pewna, że się odbiła od stada. Szymek też powiada: „Zaraz tu po nią pżylecą!”. To mnie jeno korciło, że była pżywiązana. Jakże, sama się pżeciek na postronek nie wzięła. Ale pżeszło południe i nikto po nią nie pżyszedł. Wydoiłam, żeby jej ulżyć, bo już mleko gubiła z cyckuw. Pżeszedł wieczur, pżeszła i noc, rozpytywałam się na wsi, pytałam nawet dworskiego pasteża; nikto nie słyszał, żeby komu krowa zginęła. Stary Kłąb powiedział, że to może być jakaś złodziejska sprawa i lepiej krowę zaprowadzić do kancelarii! Żal mi, juści, było, ale trudno... W pżypołudnie pżyhodzi Rocho i muwi: „Poczciwaś i potżebnicka, to cię Pan Jezus krową pobłogosławił”. „Juści, krowy pewnie z nieba spadają! Nawet głupi nie uwieży”. Ośmiał się na to i na odhodnym powieda: „Krowa wasza, nie bujcie się, nikt jej wam nie odbieże!”. Zrozumiałam, co od niego, padłam mu do nug dziękować, ale się wyrwał. „A jak spotkacie pana Jacka”, powieda z pżeśmiehem, „to mu za krowę nie dziękujcie, bo was jeszcze kijem pżeleje. Nie lubi dziękowań!”.
— To niby pan Jacek dał wam krowę?!
— Zaśby się nalazł kto drugi taki poczciwy la biednego narodu!
— Prawda, dał pżeciek Stachowi dżewa na hałupę i tyla wspomaga!
— Święty prosto człowiek, że już co dnia pacież za niego muwię!
— Byle ci jeno kto nie wyprowadził bydlątka.
— Co mieliby mi ukraść krowę! Jezu, ady bym ślepie wydarła, ady bym w cały świat poszła za nią! Pan Jezus nie pozwoli na taką kżywdę! Do izby wprowadzę ją na noc, puki Szymek nie wystroi oburki. Jaśkowy Kruczek też dopilnuje bydlątka! Moja pocieha kohana, moja najmilejsza! — szeptała, obejmując ją za szyję i całując po gębule, jaże krowa zajęczała; pies jął naszczekiwać radośnie, kury się rozgdakały zestraszone, a Szymek gwizdał coraz głośniej.
— Widno z tego, co wam Pan Jezus błogosławił — westhnęła Jagusia, jakby z cihym żalem, pżyglądając się uważniej obojgu.
Wydali się jej nie do poznania pżemienieni — zwłaszcza Szymek najbażej ją zastanawiał. Dyć go znała kiej niedojdę, kturen tżeh zliczyć nie poredził, w hałupie był popyhadłem i pomiatał nim, kto jeno hciał, zaś teraz jawił się całkiem drugim; poczynał sobie pżemyślnie, nosił się godnie i prawił kieby mądrala.
— Ktureż to wasze pole? — spytała po długih rozważaniah.
Nastusia jęła pokazywać, powiedając, gdzie będą co sieli.
— A skądże to weźmie nasienia?
— Szymek powiedział, co będzie, to musi być. Na darmo słowa nie puści.
— Brat muj, a słuham kieby zgoła o obcym.
— A taki poczciwy, taki zmyślny i taki robotny, że hyba drugiego takiego nie ma na świecie — wyznawała z gorącością Nastusia.
— Pewnie — powtużyła smutnie. — Czyjeż te okopcowane role?
— Antka Boryny! Nie robią na nih, bo pono czekają działuw po Macieju.
— Będzie tego z pułwłuczek, no! Wiedzie się im niezgożej.
— A nieh im Pan Jezus da z dziesięć razy szczodżej! Toć Antek zaręczył u dziedzica za nasz grunt, a i w niejednym nas wspomugł.
— Antek wziął się za Szymkiem?! — Aż pżystanęła ze zdumienia.
— Hanka też nie gorsza od niego. Dała mi maciorkę. Prosię to jeszczek, ale będzie z niego pocieha, bo idzie z plennego gatunku.
— Cudeńka prawisz. Hanka dała ci maciorkę... Prosto nie do wiary.
Wruciły pod hałupę i Jagusia, wysupławszy z husteczki dziesięć rubli, wetknęła je w rękę Nastusi.
— Weź te parę groszy. Nie mogłam pżudzi, bo mi Żyd za gąski nie oddał.
Dziękowali jej ze wszystkiego serca, więc im powiedziała na odhodnym:
— Poczekajta, udobruha się matka, to wam jeszcze coś niecoś udzieli.
— Nie potżebuję, nieh se moją kżywdą trumnę wyścieli! — wybuhnął Szymek tak nagle i z taką zapamiętałością, że już odeszła bez słowa.
Wracała do domu srodze zadumana, smutna i jakaś roztęskniona.
— A ja co? Ten badyl suhy, o kturen nikto nie stoi — westhnęła sieroco.
Kajś w puł drogi spotkała Mateusza. Leciał do siostry, ale zawrucił z nią i uważnie słuhał rozpowiadania o Szymkach.
— Nie wszystkim tak dobże — powiedział jeno hmurnie.
Nie szła im rozmowa; on czegoś wzdyhał, drapiąc się frasobliwie po głowie, a Jagusia zapatżyła się na Lipce, całe w łunah zahodu.
— Hej, duszno też na tym świecie i ciasno — żekł jakby do siebie.
Zajżała mu pytająco w oczy.
— Cuż ci to? Kżywisz się kieby po occie.
Jął wyżekać, jako mu się mieżi życie i wieś, i wszystko — i że pewnikiem pujdzie we świat, gdzie go oczy poniosą.
— To się ożeń, a miał będziesz odmianę — żartowała.
— Żeby to me hciała, kturą mam w myślah. — Zajżał jej w oczy natarczywie; odwruciła głowę niehętna jakoś i wraz pomieszana.
— Spytaj się jej! Każda za cie pujdzie, a niejedna już wygląda swatuw.
— A jak odmuwi? Wstyd będzie i zgryzota.
— To poślesz z wudką do inszej.
— Ja nie z takih... Upatżyłem se jedną, to me do drugiej nie bieże.
— Hłopu to każda jednako pahnie i z każdą rad by pżyjść do poufałości.
Nie bronił się, a jeno zaczął z innej beczki.
— Wiesz, Jaguś, a to hłopaki czekają jeno pory, żeby do cię słać z wudką.
— Nieh se sami wyhlają, nie pudę za żadnego! — wyżekła z mocą, jaże się zastanowił; a szczeże powiedziała, gdyż żaden nie widział się jej milszym nad drugiego, juści, kromie Jasia, ale Jasio...
Westhnęła ciężko, z lubością oddając się spominkom o nim, że Mateusz, nie mogąc się dogadać, zawrucił z powrotem do siostry.
Ona zaś, wlekąc lękliwymi oczami po świecie, pomyślała: „Co on tam teraz porabia, co?”.
Zatargała się gwałtownie — ktosik ją objął znienacka i pżyciskał.
— Nie ucieczesz mi teraz — szeptał namiętnie wujt.
Wyrwała mu się z pazuruw, rozzłoszczona.
— Jeszczek raz me tkniecie, to wam ślepie wydrapię i takiego narobię piekła, jaże się cała wieś zleci.
— Cihoj, Jaguś, dyć gościńca ci pżywiozłem. — I wtykał jej w ręce korale.
— Wsadźcie je sobie gdzieś, stoję o wasze podarunki co o ten patyk złamany!
— Jagusiu, co ty wyrabiasz, co? — jąkał zdumiony.
— A to, żeście świntuh i tyla! I ani ważcie się mnie czepiać.
Odbiegła go rozsrożona i kiej buża wpadła do hałupy. Matka obierała ziemniaki, a Jędrzych doił krowy w opłotkah, zabrała się więc żwawo do wieczornyh obżądkuw, ale tżęsła się ze złości i nie mogąc się uspokoić, skoro się jeno ściemniało, zebrała się znowu bieżyć.
— Zajżę do organistuw — powiedziała matce.
Często tam teraz hodziła, wysługując się im na rużne sposoby, aby hoć niekiedy posłyszeć jakie słowa o Jasiu.
Leciała też spragniona o nim wieści, a z jakąś cihą nadzieją usłyszenia dzisiaj czegoś nowego.
I pokrutce zajażyły się w mrokah oświetlone okna Jasiowego pokoju, kaj teraz Michał pisał cosik pod wiszącą lampą, zaś organisty siedziały pżed domem na hłodzie.
— Jasio pżyjeżdża jutro po południu! — pżywitała ją organiścina nowiną, od kturej dziw trupem nie padła.
Nogi się pod nią ugięły, serce zakotłowało aż do utraty thu, cała stanęła w ogniah i dygocie, że posiedziawszy la nieznaki jakąś hwilę, uciekła jakby goniona, aż kajś na topolową, pod las...
— Jezus muj kohany! — buhnęła dziękczynnie, wyciągając ręce; łzy pociekły jej z oczuw i tak się w niej rozśpiewała radość, że hciało się jej śmiać i kżyczeć, i kajś lecieć, i całować te dżewa, i tulić się do tyh pul pośpionyh w księżycowej poświacie.
— Jasio pżyjeżdża, pżyjeżdża — szeptała niekiedy, porywając się nagle jak ptak; i leciała, porwana wszystką mocą oczekiwań i tęsknic, jakoby napżeciw doli swojej i nieopowiedzianemu szczęściu.
Był puźny wieczur, kiej się znalazła z powrotem. W oknah było już ciemno; świeciło się tylko u Borynów, kaj się zebrało sporo narodu. I poszła do domu czekać tego jutra i śnić o Jasiowym powrocie.
Ale na darmo się pżewracała z boku na bok... Więc skoro matka zahrapała, podniesła się cihuśko i pżyokrywszy się w zapaskę, siadła pod domem czekać snu albo świtania.
W hałupie Borynów, za stawem, świeciło się jeszcze po jednej stronie i niekiedy szły stamtąd ściszone odgłosy rozmuw.
Wpatżyła się zrazu w drżące na wodzie odblaski światła i zapomniała o wszystkim, grążąc się w mgławyh i rozmigotanyh dumaniah, co ją opżędły kiej pajęczyny i wraz poniesły w jakiś cihy podwieczur, sczerwieniony od zuż, we wszystek świat nieukojonej tęsknicy.
Księżyc już był zaszedł. Płowy mrok obtulał pola, gwiazdy świeciły wysoko i niekiej spadała kturaś z taką hyżością i tak gdzieś strasznie daleko, jaże deh w piersiah zapierało i mruz pżehodził kości. Niekiedy nagżany, leciuśki powiew muskał pieściwie kieby te umiłowane ręce, a czasem z pul podnosił się upalny, rozpahniony wzdyh i pżejmował serce, jaże się prężyła, rozwierając ramiona. To siedziała w dumaniu jeno wszystka i w czuciu niewypowiedzianej słodkości, jak pęd, kturen się pręży i wzbiera w sobie... A noc stąpała pżez nią ciho i ostrożnie, jakby nie hcąc płoszyć człowieczego szczęścia.
U Borynów cięgiem się świeciło i na drodze strużował czujnie Witek, by ktoś nieproszony nie podsłuhał, gdyż zeszli się na cihą, pżyjacielską naradę pżed jutżejszym zebraniem w kancelarii, na kture wzywał wujt wszystkih gospodaży lipeckih.
W izbie było ciemnawo. Jakiś ogarek słabo się ćmił na okapie, że jeno poniekture głowy można było rozeznać w gęstwie, zeszło się bowiem ze dwadzieścia hłopa — wszyscy, ktuży tżymali z Antkiem i Grzelą.
Rocho, siedzący kajś w mroku, tłumaczył szeroko, co by to wyszło la wsi, jeżeli się zgodzą na postawienie szkoły w Lipcach; a potem Grzela nauczał każdego z osobna, co ma powiedzieć naczelnikowi i jak głosować.
Długo w noc radzili, boć nie obeszło się bez kłutni a spżeciwieństw, ale w końcu zgodzili się na jedno i nim zaświtało, rozeszli się śpiesznie, gdyż nazajutż tża było dość wcześnie wyruszać.
Tylko Jagusia została jeszcze na pżyźbie, jakby już do cna zagubiona w dumaniah i nocy. Siedziała ślepa i głuha na wszystko, szepcąc jeno niekiedy niby te gorące słowa nieskończonego pacieża:
— Pżyjedzie, pżyjedzie!
I kłoniła się bezwolnie, jakby nad jutrem, jakby hcąc dojżeć, co la niej niesie ten świt, szażejący nad ziemią, z lękiem a radością dając się temu, co miało się stać.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.