Lato, rozdział VI
VI
— Uwal się już raz i nie pżeszkadzaj! — mruknął zgniewany Mateusz, pżewracając się na drugi bok.
Szymek pżywarł na hwilę, a skoro tamten znowu zahrapał, jął się ciho pżebierać ze sąsieka, gdyż mu się pżywidziało, jako do stodoły, kaj spali, już się wdzierają mąty pierwszyh świtań.
Omackiem zbierał po klepisku nażędzia, jeszcze wczoraj nagotowane, i tak się śpieszył, że mu raz po raz cosik leciało z rąk z pżeraźliwym bżękiem, jaże Mateusz klął pżez śpik.
Ale nad ziemiami leżały jeszcze ciemnice, jeno gwiazdy były już bladawe; na wshodniej stronie ździebko się pżezierało i pierwsze kury biły skżydłami, kżykając zahryple.
Szymek zebrał w taczki, co jeno miał, i skradając się cihuśko kole hałupy, wydostał się nad staw.
Wieś spała kiej zabita, nawet pies nie zaszczekał, a w cihości słyhać było jeno bulgotanie wody, pżeciskającej się pżez zapuszczone stawidła młyna.
Na drogah, pżycienionyh sadami, było jeszcze tak ciemno, że ledwie kajś niekaj zamajaczyła bielona ściana, zaś staw tyla jeno pżezierał z nocy, co tym lśnieniem odbijającyh się gwiazd.
Ale dohodząc matczynej hałupy, zwolnił kroku, pilnie nasłuhując, gdyż w opłotkah jakby ktosik hodził z cihym a nieustającym mamrotem.
— Kto tam? — posłyszał naraz głos matki.
Zdrętwiał i stał z zapartym oddehem, nie śmiejąc się poruszyć, zaś stara, nie doczekawszy się odpowiedzi, znowu jęła hodzić.
Widział ją kieby cień, snującą się pod dżewami; macała sobie drogę kijaszkiem i hodziła, odmawiając pułgłosem litanię.
„Tłuką się po nocy kiej Marek po piekle”, pomyślał, ale westhnął jakoś żałośnie i cihuśko; strahliwie pżemknął się dalej.
— Gryzie ih moja kżywda! Gryzie! — powtużył z głęboką uciehą, wyhodząc na szeroką, wyboistą drogę za młynem i naraz pognał, jakby go cosik popędzało, nie bacząc już na doły ni kamienie.
Wstżymał się dopiero pod kżyżem, na rozstajah drug podleskih. Za ciemno było jeszcze stawać do roboty, więc se pżysiadł pod figurą odzipnąć nieco i poczekać.
— Złodziejska godzina, nie sposub rozeznać zagona od boru — mruczał, brodząc oczyma po świecie; pola stały jeszcze potopione w rozmrowionyh ciemnościah, ale na niebie już się coraz bażej jażyły złociste smugi świtania.
Dłużył mu się czas, że jął się pacieża, ale co jeno tknął ręką orosiałej ziemi, to gubił słowa i spominał se z lubością, jako już idzie na swoje, na gospodarkę.
„Mam cię i nie popuszczę”, myślał hardo, radośnie i z niezmierną zapamiętałością kohania wżerał się rozgożałymi ślepiami w skołtunione pod lasem ciemnoście, kaj już czekały na niego te sześć morguw, kupione od dziedzica.
— Pżygarnę ja was, sieroty kohane, i nie opuszczę, puki życia! — mamrotał, ściągając kożuh na rozmamlane piersi, bo go był hłud ździebko pżejmował; i wsparłszy się w kżyż plecami, zapatżony w świtania, zahrapał ryhło, zmożony śpikiem.
Już pola szażały kiej wody szeroko rozlane, a siwe od rosy zboża trącały go rozruhanymi kłosami, gdy zerwał się na nogi.
— Dzień kiej wuł, pora na robotę — szepnął, pżeciągając koście, i klęknął pod kżyżem do pacieża, ale nie tżepał na pytel, jak to zawdy robił, bele jeno zbyć, a dużo nawzdyhać, a w piersi się nagżmocić i tyla się nażegnać, jaże kulas zdrętwieje; dzisiaj było inaczej, o wspomożenie bowiem Pańskie zabłagał żewliwie i tak ze wszystkiej duszy, jaże mu łzy pociekły, i obejmując Jezusowe nużki, zaskamlał wpatżony wiernymi ślepiami w Jego tważ umęczoną i świętą: — Dopomuż, Jezu miłosierny! Rodzona mać me ukżywdziła, Tobie się jeno oddawam, sierota! Pomuż! Dyć, kiej ten ostatni, na ciężki wyrobek staję! Juści, com gżeszny, ale me spomuż, Panie miłosierny, to już na mszę dam abo i na dwie! Świec nakupię, a jak się dorobię, to nawet baldah sprawię! — prosił i pżyobiecywał, serdecznie pżywierając wargami do kżyża; obszedł go na kolanah, ucałował pokornie ziemię i wstał wielce skżepiony i dufny w siebie.
I mocnym się poczuł, i gotowym już na wszystko, i tak dobrej myśle, że ująwszy ciężkie taczki, phał je kiej piurko, hardo tocząc oczami po Lipcach leżącyh niżej, a całyh jeszcze we mgłah, z kturyh jeno kościelna wieża biła wysoko, grając w zożah pozłocistym kżyżem.
— Obaczycie! Hej! Obaczycie! — kżykał radośnie, whodząc na swoje gronta.
Leżały tuż pod lasem, jednym bokiem pżywarte do pul lipeckih — ale Boże się zmiłuj, co to były za gronta! Kawał dzikiego ugoru, pełen dołuw po cegielni, szutrowisk i kamionek obrosłyh cierniami. Dziewanny, psi rumianek i końskie szczawie bujnie się pleniły po wzgurkah, a kaj niekaj z trudem wynosiła się pokręcona sosenka, to kępa olh lub jałowcuw, zaś po dołkah i młakah sitowia i tżciny bużyły się kiej młode bory. Słowem, ziemia była taka, co pies by nad nią zapłakał, że nawet sam dziedzic odradzał, ale hłopak się uparł.
— W sam raz la mnie! Uredzę i takiej!
I Mateusz go odwodził, ze strahem spoglądając na to dzikie wywieisko, kaj jeno pieski folwarczne odprawiały swoje wesela, ale Szymek cięgiem prawił swoje, a w końcu twardo powiedział:
— Żekłem! Każda ziemia dobra, jak się jej człowiek dołoży!
I wziął ją, bo dziedzic spżedał tanio, po sześćdziesiąt rubli morgę, i jeszcze pżyobiecał pomoc w dżewie i rużnościah.
— Hale, co bym ta nie miał poredzić! — wykżyknął, oblatując ją rozgożałymi oczyma; i złożywszy taczki na miedzy, jął obhodzić swoje granice, znaczone nawtykanymi gałęziami.
Hodził z wolna i w takiej cihej a głębokiej radości, jaże serce biło mu kiej młotem i gardziel zatykało. Hodził, układając sobie w głowie po pożądku, co robić i od czego zaczynać. Pżecież to miał robić la siebie, la Nastusi, la pżyszłego rodu Paczesiów — to się tak był sprężył w mocy i srogiej ohocie, jako ten głodny wilk, gdy pżyhwyci barana i dorwie się żywego mięsa.
I obszedłszy całe pole, jął rozważnie wybierać miejsce pod hałupę.
— Ryhtyk najlepsze, wieś napżeciw i bur pod bokiem, łacniej będzie o dżewo i ciszej na zimę — rozważał i oznaczywszy kamieniami cztery węgły, ściepnął kożuh, pżeżegnał się i splunąwszy w garście, wziął się do ruwnania ziemi a karczunkuw.
Dzień się już był podniusł złocisty. Od wsi leciały porykiwania stad wypędzanyh na paszę, skżypiały żurawie, ludzie wyhodzili do roboty, turkotały po drogah wozy i niesły się pżerużne głosy wraz z leciuśkim wiaterkiem, kturen zaswywolił we zbożah — wszystko szło jak co dnia. Tylko Szymek, nie bacząc na nic, jakby się zapamiętał w pracy, niekiedy jeno prostował gżbiet, odzipiał, pżecierał oczy zalane potem i znowu pżypinał się do ziemi kieby ta pijawka nienasycona, mamrocząc cięgiem wedle swego zwyczaju do każdej żeczy, jakby do czegoś żywego.
Jął się był właśnie wyważania wielgahnego kamienia i prawił:
— Wyleżałeś się, odpocząłeś, to mi teraz możesz hałupę podepżeć.
A wycinając kże tarniny, muwił ze szydliwym pżeśmiehem:
— Nie broń się, głupie! Myśli, co mi się opże! Hale! Ostawie cię to, byś portki ozdzierało, co?
Zaś do kamionek odwiecznyh żekł:
— I was ruszę, ciężko gnieść się na kupie! Bruk z waju wyryhtuję kole obory jak u Borynów!
A niekiedy, nabierając oddehu, ogarniał swoją ziemię miłującymi oczami a szeptał gorąco:
— Mojaś ty! Moja! Nikto mi cię nie wydże!
I wspułczując tej biedocie zahwaszczonej, płonej, nieurodzajnej i opuszczonej, dodawał pieszczotliwie kieby do dzieciątka:
— Poczekaj ździebko, sieroto, uprawię cię, napasę, wyceckam, że rodzić będziesz jak i drugie. Nie buj się, dogodzę ci, dogodzę.
Słońce się podniesło na pola i zaświeciło mu prosto w oczy.
— Panie Boże zapłać! — wyżekł, pżymrużając oczy. — Na gorąc znowu idzie i suszę — dodał, bo wynosiło się srodze rozczerwienione.
Pokrutce ozwała się i sygnaturka na kościele, a nad lipeckimi kominami podnosiły się z wolna modrawe słupy dymuw.
— Podjadłbyś se tera, gospodażu, co? — Pżyciągnął pasa. — Jeno ci już matka dwojakuw nie pżyniesą, nie — westhnął smutnie.
I na podleskih rolah zaroiło się od ludzi. Stawali, jak i on, do roboty na co dopiero nabytyh ziemiah; dojżał Stacha Płoszkę, ożącego w parę tęgih koni.
— Muj Jezu, kiedy to dasz hoćby jednego — pomyślał.
Wachnik Józef zwoził kamienie na fundamenta hałupy, Kłąb ze synami okopywał rowem swoją ziemię, a Grzela, wujtuw brat, pży samym kżyzie nade drogą coś długo rozmieżał tyką.
— Miejsce jakby wybrane pod karczmę — zauważył Szymek.
Grzela, oznaczywszy kołkami wymieżony plac, pżyszedł z pozdrowieniem.
— Ho, ho! Robisz, widzę, za dziesięciu! — podziw miał w oczah.
— A bo mi to nie potża? Cuż to mam? Jedne portki a te gołe pazury! — mruknął, nie odrywając rąk od roboty.
Grzela poradził mu to i owo i wrucił do swojego, a po nim zahodziły i drugie, kto z dobrym słowem, kto na pogwarę, a kto jeno wykużyć papierosa i zębuw naszczeżyć, ale Szymek odpowiadał coraz niecierpliwiej, że już w końcu ostro kżyknął na Pryczka:
— Robiłbyś swoje i drugim nie pżeszkadzał! Świątki se, juhy, robią!
I ostał sam, bo go już omijali.
Słońce podnosiło się coraz wyżej. Wisiało już nad kościołem, niesło się, niepowstżymanie zalewając świat ślepiącą jasnością i żarem; wiater się był kajś zadział, że już gorąc bez pżeszkody ogarniał ziemię rozmigotaną pżysłoną, w kturej zboża pławiły się kieby w tym rozbełtanym, cihuśkim wżątku.
— Mnie ta ryhło nie spędzisz — żekł jakby pżeciw słońcu i dojżawszy Nastusię ze śniadaniem, wyszedł napżeciw, łapczywie zabierając się do dwojakuw.
Nastusia jakoś markotnie spozierała po polah.
— A bo się to co urodzi na takih zdziarah i mokradłah!
— Wszystko się urodzi, obaczysz, co i pszenicę miała będziesz na placki.
— Czekaj tatka latka, jak kobyłę wilcy zjedzą.
— Nie zjedzą, Nastuś! Gront jest, to i łacniej pżeczekać, dyć całe sześć morguw nasze — prawił, pojedając z pośpiehem.
— Juści, to ziemi pewnie ugryzie! A jak to pżezimujemy?
— Moja w tym głowa, nie turbuj się! O wszyćkim deliberowałem i wszyćkiemu najdę zaradę! — Odsunął puste dwojaki, pżeciągnął koście i powiudł ją, pokazując i tłumacząc.
— W tym miejscu stanie hałupa! — zawołał radośnie.
— Stanie! Z błota ją pewnie ulepisz kiej jaskułka!
— A z dżewa i gałęzi, i z gliny, i z piasku, i z czego się jeno da, bele tylko w niej pżetżymać z jakiś roczek, puki się nie wspomożemy.
— Sielny dwur, widzę, zamyślasz! — warknęła niehętnie.
— Wolę w budzie niźli u kogo na komornym.
— Muwiła Płoszkowa, żeby się do nih sprowadzić na pżezimowanie. I sama się ohfiarowała dać nam izbę, z dobrego serca.
— Z dobrego serca. A juści, pewnikiem hce zrobić na złość matce, dyć się żrą ze sobą kiej te psy. Torba zapowietżona, nie potżebuję jej dobrości. Nie buj się, Nastuś, wyryhtuję ci taką hałupę, że i okno będzie, i komin, i wszyćko, co ino potża. Obaczysz, że jak ament w pacieżu, tak za tży niedziele stanie gotowa, żebym se miał kulasy urobić, a stanie.
— Hale, sam to pewnie postawisz!
— Mateusz mi pomoże, pżyobiecał!
— Nie dałaby to matka jakiego wspomożenia? — powiedziała lękliwie.
— Żebym skapiał, a prosił ih nie będę! — wykżyknął, ale widząc, co jeszcze bażej posmutniała, wielce się sfrasował i kiej pżysiedli pod żytem, jął jękliwie tłumaczyć:
— A mogę to, Nastuś? Jakże, wygnała me i na ciebie pomstuje.
— Muj Boże, żeby hoć jaką krowinę dali, a to jak te najgorsze dziadaki, pżez niczego, jaże strah pomyśleć.
— Będzie i krowa, Nastuś, będzie, jużem se jedną upatżył.
— Bo to ani hałupy, ani bydlątka, ani nic! — zapłakała, pżytulając się do niego; obcierał jej oczy, głaskał po głowinie, ale że i jemu robiło się żałośnie, co dziw sam nie beknął, to porwał się na nogi, hycił za łopatę i kżyknął jakby srodze zgniewany:
— Buj się Boga, kobieto, tylahna roboty, a ty jeno wyżekasz?
Podniesła się, pełna ciężkih turbacji a trosk niemałyh.
— Bo jeśli z głodu nie pomżem, to nas wilki zjedzą na tym wywieisku.
Rozgniewał się na dobre i bierąc się do roboty, żekł twardo:
— Masz buczeć i pleść bele co, to lepiej ostań se w hałupie.
Hciała się pżygarnąć do niego i udobruhać, ale ją odephnął.
— Hale, pora tera na jamory, juści! — Dał się jednak ugłaskać, hoć się ta jeszcze sierdził na babie gadanie, że odeszła spokojna i nawet wesoła.
— Loboga! Dyć i kobieta człowiek, a po człowieczemu nie wyrozumie. Płacze jeno a lamenty... Samo z nieba nie spadnie, jak się kulasami nie wyrobi. Kieby te dzieci: to śmieh, to płacz, to złoście i wyżekania! Loboga!
Mamrotał, pżypinając się do roboty, że wnet zapomniał o całym świecie.
I już tak pracował dzień w dzień. O pierwszym świcie się zrywał i wracał puźnym wieczorem, że często gęby nie ozwarł do nikogo pżez cały dzień. Jadło pżynosiła mu Tereska albo kto drugi, gdyż Nastusia odrabiała pży księżyh ziemniakah.
Zrazu zaglądał do niego ten i uw, ale że nierad był pogwarom, to jeno z dala poglądali, dziwując się jego niestrudzonej pracy.
— Kwarda juha! Kto by się to był spodział... — mruknął Kłąb.
— A bo to nie Dominikowe nasienie! — wykżyknął ze śmiehem ktosik drugi, ale Grzela, kturen go od samego początku pilnie obserwował, żekł:
— Prawda, że haruje kiej wuł, ale tża by mu ździebko ulżyć.
— Juści, sam nie uradzi, tża by, wart tego! — pżytwierdzali, jeno co nikto się nie pokwapił na pierwszego, wyczekując, jaże sam poprosi.
Ale Szymek nie prosił, ani mu to w głowie postało, więc też kturegoś dnia srodze się zdumiał, dojżawszy jakiś wuz, jadący ku niemu.
Jędrzych powoził i już z dala kżyczał wesoło:
— Pokaż, kaj mam podorywać! Dyć to ja!
Szymek dopiero po długiej hwili uwieżył oczom.
— Żeś się to ważył... No, spierą cię, hudziaku, obaczysz.
— A niehta! A jak me spierą, to już całkiem do ciebie pżystanę.
— I sameś to umyślił mi pomagać?
— A sam! Dawno hciałem, jenom się bojał. Pilnowali me i zrazu Jagusia też odradzała — rozpowiadał szeroko, bierąc się do roboty, że już razem orali cały dzień, a odjeżdżając obiecał pżyjehać jeszcze i nazajutż.
I pżyjehał ruwno ze słońcem, a Szymek zaraz obaczył jego poliki ździebko posinione, ale spytał się dopiero pżed wieczorem:
— Silne piekło ci zrobili?
— I... Ślepi, to im niełacno me zmacać, a sam pżeciek pod pazury nie wlezę — powiadał jakoś markotnie.
— A Jagna cię nie wydała?
— Jagusia pżeciek nie stoi nam na zdradzie.
— Puki jej cosik do łba nie stżeli... Kto to wyrozumie kobiety?! — westhnął żałośnie i wzbronił mu więcej pżyjeżdżać.
— Sam se już dam radę, pomożesz mi puźniej pży siewah.
I znowu ostał sam. I robił niestrudzenie kiej ten koń w kieracie, nie bacząc na utrudzenie ni na żar, dnie bowiem szły takie gorące, rozprażone a duszne, że ziemia pękała, wody wysyhały, trawy żułkły, a zboża stały ledwie już żywe w owej piekielnej pożodze; pola robiły się puste i głuhe, gdyż nie sposub było wytżymać pży robocie — prosto żywy ogień lał się z nieba i słońce wyżerało ślepie. Zbielałe, mętne niebo wisiało kieby ta ognista, rozdrgana płahta, obtulająca wszystką ziemię taką spieką, że ni wiater się poruszył, ni zaruhały się dżewa, ni ptak zaśpiewał lebo głos ludzki się kaj zerwał; a co dnia jednako ze wshodu na zahud wędrowało słońce, siejąc nieubłaganie ogień i posuhę.
A i Szymek co dnia jednako stawał do roboty, nie dając się spędzić upałom, że nawet już noce pżesypiał na polu, bele jeno czasu nie mitrężyć, aż go Mateusz hamował w onej zajadłości, ale mu żekł krutko:
— W niedzielę se odpocznę!
Jakoż w sobotę wieczorem pżyszedł do hałupy, ale tak pżemordowany, iż zasnął pży misce. A nazajutż spał prawie cały dzień, bo dopiero na odwieczeżu zwlukł się był z barłogu i pżybrawszy się odświętnie, zasiadł pżed kopiastymi mihami; hodziły też kole niego kobiety kieby kole tej ważnej osoby, często dokładając i bacząc na każde skinienie — on zaś, nałożywszy się do syta, pasa popuścił, kości rozprostował i huknął wesoło:
— Bóg zapłać, matko! A tera hodźma się ździebko poweselić!
I ruszył z Nastusią do karczmy, a za nimi Mateusz z Tereską.
Żyd kłaniał mu się w pas, gożałkę stawiał bez wołania i gospodażem pżezywał, z czego Szymek niemało się puszył i podpiwszy se galancie, darł się między najpierwsze i swoje o wszyćkim powiedał.
W karczmie było ludno i muzyka pżygrywała la większej ohoty, ale nikto się jeszcze nie brał do tańcuw, a jeno pżepijali do się, biadoląc na gorąc, to na pżednuwek — jak to zwyczajnie w karczmie.
Pżyszły nawet Boryny z kowalami, ale powiedli się do alkieża i musi co se niezgożej używali, bo Żyd raz po raz nosił im gożałkę a piwo.
— Antek patży dzisia w swoją kobietę kieby gapa w gnat, że nawet człowieka nie poznaje — wyżekał markotnie Jambroż, na darmo zazierając do alkieża, skąd się roznosiły bżękliwe, lube głosy.
— Bo mu lepszy swuj trep niźli buciary, co na każdy kulas idą — żekła z pżeśmiehem Jagustynka.
— Ale w takih nug se człowiek nie urazi! — dożucił ktosik, a cała karczma gruhnęła śmiehem, rozumiejąc, co Jagusię mają na myślah.
Jeno Szymek się nie śmiał, bo ułapiwszy Jędrzycha za szyję, całował go, a prawił dobże już napitym głosem:
— Słuhać me powinieneś, pomiarkuj jeno, kto do cię muwi.
— Dyć wiem, juści... Jeno matula pżykazali — jąkał płaczliwie.
— Co tam matula! Mnie się posłuh należy, gospodaż jestem.
Muzykanty wyżnęły hodzonego, podniusł się wżask, rypnęły obcasy, zaskowyczały dyle, zaśpiewały piosneczki, zakręciły się pary, to i Szymek ułapił wpuł Nastusię, kapotę rozpuścił, czapę zbakierował, „da dana” gruhnął, wysforował się na pierwszego i najgłośniej kżykał, najzapamiętalej bił w podłogę, najostżej zawracał i toczył się bujnie, wesoło, rozgłośnie, kiej ten potok nabrany zwiesnową mocą.
Ale kiej pżetańcował raz i drugi, dał się kobietom wywieść z karczmy i już galancie pżetżeźwiony siedział z nimi pod hałupą. Pżylazła też Jagustynka i tak se wraz pogadywali, bo hociaż puźno było i Szymek zbierał się do powrotu, ale było mu jakoś niesporo — ociągał się, zwłuczył, do Nastki się pżygarniał i czegoś wzdyhał, jaże matka żekła:
— Ostań w stodole, kaj ta będziesz się tłukł po nocy.
— Kiedy pościele ma już tam, w budzie — tłumaczyła Nastusia.
— A to go puść pod swoją pieżynę, Nastuś — ozwała się Jagustynka.
— Co wam też w głowie! Hale, jeszcze czego! — broniła się zesromana.
— Dyć to twuj hłop! Że ta ździebko pżudzi, nim ksiądz poświęci, nie gżeh. A hłopak haruje kieby wuł, to mu się należy nadgroda.
— Święta prawda! Nastuś! Nastuś! — skoczył kiej wilk do dziewczyny, pżycapił ją kajś w sadzie i nie popuszczając z garści, całował i skamlał:
— Wygonisz me to, Nastuś? Wygonisz, najmilsza, w taką noc?
Matka nalazła se jakąś sprawę w sieni, a Jagustynka żekła na odhodnym:
— Nie broń mu, Nastuś! Mało dobrego na świecie, a zdaży się kieby to ziarno ślepej kuże, to je z pazuruw nie popuszczajta.
Rozminęła się w opłotkah z Mateuszem, kturen, dojżawszy pżez okno, co się w izbie święci, kżyknął do Szymka:
— Na twoim miejscu już bym to dawno zrobił!
I pogwizdując, leciał na wieś szukać uciehy.
Ale nazajutż o świtaniu Szymek stanął na robotę jak zawdy i pracował niestrudzenie, tylko kiedy mu Nastuś pżyniesła śniadanie, to łakomiej sięgał jej warg czerwonyh niźli dwojakuw.
— A zdradź me ino, to ci łeb wżątkiem obleję — groziła, wpierając się w niego.
— Mojaś, Nastuś... Samaś mi się dała... Już cię nie popuszczę — bełkotał gorąco i zazierając jej w oczy, dodał ciszej: — Hłopak musi być pierwszy.
— Głupiś! Hale, jakie mu to zberezieństwa we łbie!
Odephnęła go i zapłoniona uciekła, gdyż niedaleczko ukazał się pan Jacek. Fajeczkę se kużył, skżypki ściskał pod pahą i pohwaliwszy Boga, rozpytywał o rużnoście. Szymek rad pżehwalał się z tego, co to już dokonał, i z nagła oniemiał i ślepie wybałuszył, bo pan Jacek skżypki odłożył, kapotę ściepnął i zabrał się do pżerabiania gliny.
Szymek jaże łopatę wypuścił i gębę rozdziawił.
— Czeguż się dziwujesz, hę?
— Jakże? To pan Jacek będą ze mną robili?
— A będę, pomogę ci pży hałupie, myślisz, że nie poradzę? Zobaczysz.
I robili już we dwuh. Wprawdzie stary wielkiej mocy nie miał i hłopskiej robocie był niezwyczajny, ale miał takie pżemyślne sposoby, że praca szła znacznie prędzej i składniej. Juści, co Szymek skwapliwie słuhał go we wszystkim, mrucząc jeno kiej niekiej:
— Loboga, tego jeszcze nie bywało na świecie... Żeby dziedzic...
Pan Jacek jeno się pżeśmiehał i jął pogadywać o takih rużnościah, i takie cudeńka prawił o świecie, jaże Szymek dziw mu do nug nie padł w podzięce a zdumieniu, jeno co nie miał śmiałości — ale wieczorem poleciał rozpowiedzieć o wszystkim Nastusi.
— Muwili, co głupawy, a on ci kiej ten ksiądz najmądżejszy! — zakończył.
— Drugi mądże powieda i głupio robi! Juści, żeby miał dobry rozum, to by ci może pomagał, co? Albo pasałby Weronczyne krowy?
— Prawda, że tego ani sposub wymiarkować!
— Nic, jeno mu się w głowie popsuło.
— Ale też lepszego człowieka nie naleźć na świecie.
I był mu niezmiernie wdzięczny za tę dobroć; ale hociaż razem pracowali, z jednyh dwojakuw jedli, a pod jednym kożuhem sypiali, to jednak nijakoś mu się było z nim podufalej stoważyszać.
„Zawdyć to dziedzicowy gatunek”, myślał z głębokim uważaniem i wdzięcznością, bo pży jego pomocy hałupina rosła kieby na drożdżah. Zaś kiedy Mateusz pżyszedł z pomocą, a Kłębowy Adam nawiuzł z boru, co było jeno potża, to buda stanęła taka galanta, jaże ją było widać z Lipiec. Mateusz prawie cały tydzień harował sielnie, drugih poganiając, i kiej skończyli w sobotę po południu, zieloną wiehę zatknął na kominie i poleciał do swojej roboty.
Szymek jeszcze wybielał izbę a upżątał wiury i śmiecie, zaś pan Jacek pżybrał się, skżypki wziął pod pahę i żekł ze śmiehem:
— Gniazdko gotowe, nasadźże sobie kokosz...
— Dyć jutro ślub po nieszporah — żucił mu się dziękować.
— Nie robiłem za darmo! Jak mnie ze wsi wypędzą, to pżyjdę do ciebie na komorne — fajeczkę zapalił i polazł w stronę lasu.
A Szymek, hociaż wszystko pokończył, łaził jeszcze czegoś, pżeciągał strudzone koście i patżył na hałupę z niespodziewaną uciehą.
— Moja! Juści, co moja! — gadał i jakby nie wieżąc oczom, dotykał ścian, obhodził dokoła i zaglądał pżez okno, wciągając z lubością skisły zapah wapna i surowej gliny, że dopiero o zmieżhu ruszył do wsi szykować się na jutro.
Juści, co już wszystkie wiedziały o ślubie, więc i Dominikowej doniesła kturaś ze sąsiadek; ale stara udała, iż nie miarkuje, o czym powiedają.
Zaś nazajutż w niedzielę już od wczesnego rana Jagusia raz po raz wymykała się z hałupy ze sporymi tobołami, cihaczem, pżez ogrody, dygując je do Nastusi. Lecz stara, hociaż dobże czuła, co się wyrabia, nie pżeciwiła się niczemu; łaziła jeno milcząca i tak hmurna, co Jędrzych dopiero po sumie ośmielił się do niej pżystąpić.
— A to już pudę, matulu! — szepnął, tżymając się z daleka, ostrożnie.
— Konie byś lepiej wygnał na koniczysko...
— Dzisia Szymkowe wesele, nie wiecie to...
— Hwała Bogu, co nie twoje! — zaśmiała się urągliwie. — A spij się, to obaczysz, co ci zrobię! — pogroziła ze złością i kiej hłopak wziął się pżybierać odświętnie, powlekła się kajś na wieś.
— A spiję się, na złość się spiję! — mamrotał, biegnąc pżez wieś do Mateuszowej hałupy.
Ryhtyk już wyhodzili do kościoła, jeno że ciho, bez śpiewań, bez kżykuw i bez muzyki. Ślub się też odbył całkiem biednie, pży dwuh jeno świecah, że Nastusia rozpłakała się żewliwie, a Szymek bzdyczył się czegoś i hardo, zaczepliwie patżył w ludzi i po pustym kościele. Szczęściem, co na wyhodnym organista zagrał tak skocznie, jaże nogi zadrygały, i stało się jakoś raźniej i weselej na duszah.
Jaguś zaraz po ślubie wruciła do matki, a jeno puźniej zaglądała niekiedy do weselnikuw, bo Mateusz zagrał na skżypicy, Pietrek Borynów pżywtużył na fleciku, a ktosik srodze pżybębniał, że zatańcowali w ciasnej izbie, a poniekture, co ohotniejsze, to prosto pżed hałupą między stołami, kaj się porozsadzali godownicy, jedząc, pżepijając a gważąc z ciha, że to nijako było się wydzierać za dnia i po tżeźwemu.
Szymek cięgiem łaził za żoną, w kąty ją ciągał, a tak siarczyście całował, jaże pżekpiwali z niego, a Jambroż żekł posępnie:
— Ciesz się, człowieku, dzisia, bo jutro zapłaczesz! — i gonił ślepiami kieliszek.
Co prawda, to i ohoty wielkiej nie było, i na większą zabawę się nie zanosiło, gdyż niejedni, podjadłszy ździebko i posiedziawszy obyczajnie czas jakiś, gdy słońce zaszło i niebo stanęło w ogniah zuż, jęli się już zbierać do domuw. Tylko jeden Mateusz srodze się rozohocił — grał, pżyśpiewywał, dzieuhy do tańcuw niewolił, gożałką częstował; a skoro się pokazała Jagusia, sielnie się z nią stoważyszał, w oczy zazierał i z ciha, gorąco cosik prawił, nie bacząc na rozjażone łzami oczy Tereski, strużujące nieodstępnie.
Jaguś nie stroniła od niego, bo ni ją ziębił, ni pażył; słuhała cierpliwie, zważając jeno pilnie, czy nie nadhodzą Antkowie, z kturymi za nic spotkać się nie hciała. Na szczęście nie pżyszli, nie było też żadnego z większyh gospodaży, hociaż zaprosinom nie odmuwili, a wspomogę na wesele, jak to było zwyczajnie, pżysłali, więc skoro ktosik o tym wspomniał, Jagustynka wykżyknęła po swojemu:
— Żeby ta smakuw nagotowali, a zapahniała kufa okowitki, to by się kijem nie opędził od najpierwszyh, ale na darmo nie lubią bżuhuw tżąhać i suhymi ozorami mleć.
Że zaś już była ździebko napita, to dojżawszy Jaśka Przewrotnego, jak kajś w kącie wzdyhał żałośliwie, nos ucierał i ogłupiałymi oczami spozierał w Nastusię, pociągnęła go do niej la pżeśmiehuw.
— Potańcuj z nią, użyj se hoć tyla, kiej ci matka wzbronili żeniaczki. A zabiegaj kole niej, może ci co z łaski udzieli. Ma hłopa, to już jej zaruwno, jeden czy więcej.
I wygadywała takie trefności, jaże uszy więdły; zaś kiedy i Jambroż dorwał się kieliszka i jął po swojemu gębę rozpuszczać, to już oboje rej wiedli, pyskując do śmiehu, aże się tżęsły wszystkie kałduny, ani się spostżegając w onej zabawie, jak im pżeszła ta krutka noc.
Że w mig ostał z obcyh jeno Jambroż sączący flahy do suha, zaś młodzi postanowili zaraz pżenieść się na swoje. Mateusz pżyniewalał do pozostania w hałupie na jakiś czas, ale Szymek się uparł — konia pożyczył od Kłęba, skżynie a pościele i statki upakował na wozie, Nastusię z paradą usadził, matce padł do nug, szwagra ucałował, famieliantom pokłonił się w pas, pżeżegnał się, konia śmignął i ruszył, a pobok szli odprowadzający.
I wiedli się w milczeniu. Właśnie słońce co jeno było się pokazało, pola stanęły w roziskżonyh rosah i ptasih śpiewaniah, zaruhały się ciężkie kłosy i wszystkim światem buhnęła weselna radość dnia, co jak ten święty pacież wionął z każdego źdźbła i unosił się wraz ku niebu jasnemu.
Dopiero za młynem, gdy dwa boćki jęły kołować wysoko nad nimi, ozwała się matka, stżepując palcami:
— Na psa urok! Dobra wrużba, będą się wama dzieci dażyć.
Nastusia ździebko poczerwieniła się, a Szymek, wspierając wuz na wybojah, zagwizdał zuhwale i hardo potoczył ślepiami.
Zaś kiej już sami ostali, Nastusia, rozejżawszy się po swoim nowym gospodarstwie, rozpłakała się żałośnie, aż Szymek kżyknął:
— Nie bucz, głupia! Drugie i tyla nie mają! Jeszcze ci będą zazdrościły — dodał, a że był wielce strudzony i nieco napity, uwalił się w kącie na słomie i wnet zahrapał; a ona zasiadła pod ścianą i popłakiwała, spozierając na białe ściany Lipiec, widne ze saduw.
I nieraz jeszcze płakała na swoją biedę, jeno co już coraz żadziej, gdyż wieś jakby się zmuwiła na ih wspomożenie. Najpierwej pżyszła Kłębowa z kokoszką pod pahą i stadem kurczątek w koszyku i snadź dobry zrobiła początek, bo prawie każdego dnia zaglądała do niej kturaś z gospodyń, a nie z prużnymi rękami.
— Ludzie kohane, a czymże się ja wam odsłużę — szeptała wzruszona.
— A hoćby dobrym słowem — odparła Sikorzyna, dając jej kawał płutna.
— Jak się dorobisz, to oddasz biedniejszym — dodała rozsapana Płoszkowa, wyciągając spod zapaski niezgorszy kawał słoniny.
I nanieśli jej tyla, że mogło starczyć na długo. A kturegoś zmieżhu Jasiek pżywiudł im swojego Kruczka i uwiązawszy go pod hałupą, uciekał jakby opażony.
Śmiali się niemało, rozpowiadając o tym Jagustynce, wracającej z boru. Stara skżywiła się wzgardliwie i żekła:
— W pżypołudnie zbierał la cię, Nastuś, jagudki, ale matka mu odebrała.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.