Lato, rozdział V
V
— Pietrek, pżynieś no drewek — kżyknęła spżed domu Hanka, rozmamłana była całkiem i omączona pży wyrabianiu hleba.
W szabaśniku huczał już tęgi ogień, pżegarniała go raz po raz i leciała obtaczać bohny i wynosić je w ganek, na deskę ździebko wystawioną w słońcu, byh prędzej rosły. Zwijała się siarczyście, gdyż ciasto prawie już kipiało z wielkiej dzieży, pżyokrytej pieżyną.
— Józka, dożuć do pieca, bo tżon jeszczek czarniawy!
Ale Józki nie było, a Pietrek też się nie kwapił z posłuhem, nakładał w podwużu gnuj, oklepując czubaty wuz, byh się nie roztżęsał po drodze, i spokojnie poredzał ze ślepym dziadem, kturen pod stodołą wykręcał powrusła.
Popołudniowe słońce tak jeszcze pżypiekało, że ściany popuszczały żywicą, pażyła ziemia i powietże prażyło kiej żywym ogniem, że już ruhać się było ciężko. Muhy jeno kręciły się z bżękiem nad wozem i konie dziw nie porwały postronkuw i nug nie połamały szarpiąc się i oganiając od ukąszeń.
Nad podwużem wisiała senna, pżygniatająca spieka, pżejęta ostrym zapahem gnoju, że nawet ptaki w sadzie pocihły, kury leżały pod płotami kieby nieżywe, a prosiaki z pojękiwaniem rozwalały się w błocie pod studnią, gdy naraz dziad zaczął srogo kihać, bowiem z obory zawiało jeszcze bażej.
— Na zdrowie wama, dziadku!
— Nie z trybulaża wieje, nie, a hociem i tego zwyczajny, ale zawierciło w nosie gożej tabaki.
— Kto czego zwyczajny, to mu smakuje!
— Głupiś, cuż to, łajno jeno wywąhuję po świecie!...
— Żekłem, bo mi się pżybaczyło, co tak mi pedział muj dziadźka we wojsku, kiej me pży uczeniu pierwszy raz sprał po pysku...
— I wzwyczaiłeś się do tego, co? Hi! hi! hi!...
— Hale, bogać ta, kiej ryhło spżykżyła mi się taka nauka, że pżycapiłem ścierwę w jakimś kącie i tak mu pysk wyryhtowałem, jaże spuhnął niby bania. Już me potem nie bijał...
— Długoś to służył?
— A całe pięć rokuw! Nie było się czym wykupić, to i musiałem rużie dźwigać. Jeno zrazu, pukim był głupi, to potyrał mną, kto hciał, i biedym się najadł, ale kamraty me nauczyły, że jak czego brakowało, tośwa zworowali abo dała jedna dzieuha, służanka, bom obiecał się z nią ożenić! A jak me pżezywały od kartoszkuw, jak się śmiały z mojej mowy i naszego pacieża...
— A poganiny zapowietżone, śmiały się z pacieża.
— Tom każdemu z osobna pomacał żebra i poniehały!
— Cie, takiś to mocaż!
— Mocaż, nie mocaż, ale tżem radę dam! — pżehwalał się z uśmiehem.
— Byłeś to na wojnie, co?
— Jakże, pżeciem z Turkami wojował. Pokożylim ih do cna!
— Pietrek, kajże to dżewo? — zawołała znowu Hanka.
— A tam, kaj było pżudzi! — odburknął pod nosem.
— Dyć gospodyni cię woła — upominał nasłuhujący dziad.
— Nieh woła, a juści, może jeszczek statki mył będę!
— Głuhyś czy co? — wżasnęła wybiegając pżed dom.
— W piecu palił nie będę, nie do tegom się godził! — odkżyknął.
Wywarła na niego gębę po swojemu.
Ale parob bardzo hardo odszczekiwał, ani myśląc posłuhać, a kiej go jakimś słowem bażej dojena, wraził widły w gnuj i zawołał ze złością:
— Nie z Jagusią macie sprawę, nie wygonicie me kżykiem.
— Obaczysz, co ci zrobię! Popamiętasz! — groziła dotknięta do żywego i już rozeźlona tak zwijała się kole hleba, jaże tuman mąki zapełnił izbę i buhał pżez okna. Mamrotała jeno na zuhwalca wynosząc hleby w ganek, to dożucając drewek do pieca albo i wyzierając za dziećmi. Strudzona już była z pracy i spieki, bo w izbie gorąc jaże dusił, a w sieniah, kaj się buzowało w szabaśniku, też ledwie odzipnął, że pży tym i muhy, od kturyh roiły się ściany, bżęczały nieustannie i cięły wielce dokuczliwie, to prawie z płaczem oganiała się gałęzią i tak już była spocona i rozdrażniona, że robiła coraz wolniej i niecierpliwiej.
Właśnie ostatni nabier ciasta wygniatała, gdy Pietrek wyjehał z podwuża.
— Poczekaj, dam ci podwieczorek!
— Prrr! A zjem, niezgożej już mi kruczy w bżuhu po obiedzie.
— Mało to ci było?
— I... płone jadło, to pżelatuje pżez żywot kiej bez sito.
— Płone! widzisz go! Cuż to, mięso będę ci dawała? Sama po kątah też nie hlam kiełbasy. Drugie na pżednuwku i tego nie mają. Obacz no, jak to żyją komornicy.
Postawiła w ganku dzieżkę zsiadłego mleka i bohen.
Pżysiadł łakomie do jadła i z wolna się nadziewał podżucając niekiej glonki hleba boćkowi, kturen pżygrajdał się ze sadu i warował pży nim kiej pies.
— Hude, sama serwatka — mruczał podjadłszy już nieco.
— A może byś hciał samej śmietany, poczekaj.
Zaś kiej się nałożył do syta i brał za lejce, dożuciła uszczypliwie:
— Zgudź się do Jagusi, ona ci tłuściej będzie dawała.
— Pewnie, bo puki tu ona była gospodynią, nikto głodem nie pżymierał — zaciął konie batem, wuz wsparł ramieniem i ruszył.
Utrafił ją w słabiznę, ale nim się zebrała odpowiedzieć, odjehał.
Jaskułki zaświegotały pod stżehą i stado gołębi opadło z gruhaniem na ganek, a kiej je spędzała, doszedł ją ze sadu jakiś kwik, zlękła się, że świnie pyszczą po cebuli, ale na szczęście to jeno sąsiedzka maciora ryła się pod płot.
— Wsadź jeno ryj, a spyszcz, to już ja cię pżyryhtuję.
A ledwie wzięła się znowu do roboty, kiej bociek hycnął na ganek, pżyczaił się ździebko i popatżywszy to jednym, to drugim okiem, jął kuć w bohny łykając ciasto wielkimi kawałami.
Wypadła na niego z wżaskiem.
Uciekał z wyciągniętym dziobem robiąc gwałtownie gardzielem, a kiej go już doganiała, byh zdzielić drewnem, poderwał się i frunął na stodołę i długo tam stojał klekocąc a wycierając dziub o kalenicę.
— Czekaj, złodzieju, jeszcze ja ci kulasy popżetrącam — groziła obtaczając na nowo podziurawione bohenki.
Pżyleciała Józka, więc na niej wszystko się skrupiło.
— Kaj się to nosisz? Cięgiem ganiasz jak kot z pęheżem! Powiem Antkowi, jakaś to robotna! Wygarniaj z pieca, a żywo!
— Byłam jeno u Płoszkowej Kasi. Wszystkie w polu, a hudzinie nawet wody nie ma kto podać.
— Cuż to jej, hora?
— Pewnikiem ośpica, bo czerwona i rozpalona kiej ogień.
— A pżynieś ze sobą horobę, to cię dam do śpitala.
— Juści, bom to już pży jednej horej siadywała! Nie baczycie, jakem to pży was dulczyła, kiejście leżeli w połogu. — I już trajkotała dalej po swojemu, spędzając muhy z ciasta i bierąc się do wygarniania węgli z pieca.
— Tża będzie ludziom ponieść podwieczorek — pżerwała Hanka.
— Zaraz poletę. Usmażyć to jajkuw Antkowi?
— A usmaż, jeno słoniną nie szafuj.
— Żałujecie to?
— Zaśby. Ale co za tłusto, to może być i Antkowi niezdrowo.
Dzieusze hciało się lecieć, to w mig uwinęła się z robotą i nim Hanka zalepiła piec, zabrała troje dwojakuw z mlekiem, hleby we fartuszek i poleciała.
— Spojżyj ta na płutno, czy wyshło, a z powrotem pomocz, jeszcze do zahodu pżeshnie — zawołała oknem, ale Józka już była za pżełazem, jeno piesneczka leciała za nią i ze żyta mignęła kiej niekiej konopiasta głowina.
Na podoruwce pod lasem komornice rozżucały gnuj, jaki Pietrek dowoził, a pżyorywał Antek.
Że zaś ziemia gliniasta, mimo niedawnego zbronowania, była spieczona i twarda, to skiby łupały się niby skały, a konie ciągnęły pług z takim wysiłkiem, jaże rwały się postronki.
Antek, jakby wrośnięty w imadła, orał zawzięcie zapomniawszy o całym świecie, czasem hlastał biczem po końskih portkah, a częściej jeno cmokaniem je pżynaglał, gdyż do cna ustawały, robota bowiem była ciężka i znojna, ale kwardą i czujną ręką prowadził pług i rżnął skibę za skibą, kładąc posobnie szerokie, proste zagony, boć rola szła pod pszenicę.
Wrony łaziły bruzdami wydziobując glisty, zaś gniady źrebiec, szczypiący trawę po miedzy, rwał się raz po raz do klaczy łakomie, sięgając matczynyh wymion.
— Co mu się to pżypomina, cycoń jeden — mruknął Antek śmigając go po kulasah, że zadarł ogona i skoczył w bok, on zaś orał dalej cierpliwie, tyle jeno pżerywając skwarną cihość, co się ta niekaj ozwał do kobiet, ale tak już był umęczony pracą i spiekotą, że skoro Pietrek nadjehał, kżyknął w złości:
— Kobiety czekają, a ty wleczesz się kieby szmaciaż!
— A juści, droga ciężka i koń ledwie już kulasami ruha.
— A po cużeś tyla czasu stojał pod lasem? Widziałem.
— Możecie obaczyć, piaskiem kiej kot nie zagarniam.
— Pyskacz ścierwa. Wio, stare, wio!
Ale konie ustawały coraz bażej, całe już okryte pianą, a i jemu, hocia był rozdziany do białyh portek i koszuli, pot też zalewał tważ i ręce mdlały od pracy, że dojżawszy Józkę zawołał radośnie:
— W sam czas pżyszłaś, a to ostatnią parą dygujemy.
Dociągnął skibę pod bur, konie wyłożył i rozkiełznawszy je puścił na trawiastą, podleśną drogę, a sam żucił się w cień na kraju lasu i kiej wilk zgłodniały wyjadał z dwojakuw, a Józka jęła mu trajkotać nad uszami.
— Ostaw me, nie ciekawym twoih nowinek — warknął gniewnie, że odszczeknęła gniewnie i poleciała w las na jagody.
Bur stojał cihy, rozprażony, pahnący i kieby ździebko pżymglały w słonecznej ulewie, że jeno niekiedy zaruhały się cihuśko zielone podszycia i z głębin buhał ciąg pżejęty żywicą abo i jakieś pobłąkane głosy i ptasie śpiewania.
Antek rozciągnął się na trawie i kużył papierosa, ale jakby pżez coraz głębszą mgłę widział dziedzica skaczącego na koniu po podleskih polah i jakihś ludzi z tykami.
Wielgahne hojary, kieby z miedzi wykute, wynosiły się nad nim żucając po oczah hwiejny i możący śpikiem cień. Już się był całkiem zapadł w cihość, gdy zaturkotał jakiś wuz.
— Organistuw parobek na tartak wozi, juści — pomyślał unosząc ciężką głowę i opadł z powrotem, ale już nie zasnął, gdyż ktosik wyżekł: Pohwalony!
Komornice wyhodziły posobnie z lasu z bżemionami dżewa na plecah, zaś w końcu wlekła się Jagustynka, zgarbiona pod ciężarem prawie do ziemi.
— Odpocznijcie, a to wama już oczy na wieżh wyłażą.
Pżysiadła w podle, wspierając bżemię o dżewo i ledwie zipiąc.
— Nie la was taka robota — szepnął ze wspułczuciem.
— Juści, co już całkiem opadłam ze sił.
— Pietrek, a gęściej kupki, gęściej! — kżyknął do parobka. — Czemuż to waju nie wyręczą?
Jeno się skżywiła odwracając zaczerwienione, bulne oczy.
— Takeście jakoś zmiękli, że ani was tera poznać.
— I kżemień puści pod młotem — jęknęła zwieszając głowę — bieda hybciej pżeżre człowieka niźli rdza żelazo.
— Ciężki latoś pżednuwek nawet la gospodaży.
— Kto ma jeno lebiodę z otrębami, temu nie potża muwić o biedzie.
— Bujcie się Boga, dyć pżyjdźcież wieczorem, a znajdzie się jeszcze w hałupie jaki korczyk ziemniakuw. Odrobicie we żniwa.
Zapłakała żewliwie, nie mogąc wykżtusić tego słowa podzięki.
— A może ta i co więcej najdzie Hanka — dodał z dobrością.
— Żeby nie Hanka, to byśwa już byli pozdyhali — zaszeptała łzawo. — Juści, co odrobię, kiedy jeno będzie potża. I nie za siebie muwię. Bóg ci zapłać! Cuż ta ja, ten śmieć jeno, co się go trepem następuje, ani wiedząc o tym, i do głodu niezgożej wezwyczajonam, ale jak te moje robaki kohane zapiskają: babulu, jeść! a nie ma czym zatkać głodnyh bżuhuw, to powiedam, cobym se te kulasy odrąbała abo i z tego ołtaża zdarła i poniesła do Żyda, byh się jeno najadły.
— To znowuj siedzicie z dziećmi?
— Matkam pżeciek. Ostawię to samyh w takiej biedzie! A latoś jakby wszystko złe zwaliło się na nih. Krowa im padła, ziemniaki zgniły, że tża było kupować do sadzenia, wiater obalił stodołę, a do tego synowa po rodah ostatnih cięgiem hożeje i wszyćko ostało na tej boskiej Opatrzności.
— Juści, bo Wojtkowi jeno gożałka pahnie i pilno do karczmy.
— Z biedy się niekiej napijał, z czystej biedy, ale jak dostał w boru robotę, to ani już zajży do Żyda, nieh drugie zaświadczą — broniła syna gorąco. — Biedocie to kużden kieliszek policzą! Pofolgował se Jezusiczek we złości, pofolgował, no, żeby się tak zawziąć na jednego głupiego hłopa. I za co? Cuż to złego zrobił? — mamrotała podnosząc w niebo groźne, pytające oczy.
— Małoście to na nih pomstowali? — żekł z naciskiem.
— Hale, wysłuhałby to Jezus głupiego szczekania! Juści — ale dodała jakby trwożniej i niespokojniej — kiej matka nawet wyklina dzieci, to i tak w sercu nie pragnie im kżywdy. We złości to i ozur nie pości. Jakże...
— Wypuścił to już Wojtek łąkę, co?
— Młynaż pżynosił na nią całe tysiąc złotyh, ale ja wzbroniłam, bo jak temu wilkowi wpadnie co w pazury, to mu już sam zły nie wyrwie. A może się jeszcze trafi kto drugi z pieniędzmi?
— Śliczna łąka, jak amen tak pewne dwa pokosy w rok, żebym tak miał grosz zapaśny! — westhnął oblizując się kiej kot do mleka.
— Już i Maciej hcieli ją kupować, że to ryhtyk pżylega do Jagusinego pola.
Drgnął na to imię, lecz dopiero w jakieś Zdrowaś zapytał niby niehcący, wlekąc oczami po polah, daleko.
— Co się to wyrabia u Dominikowej?
Ale pżejżała go w lot, pżeśmieh jeno wionął po zwiędłyh wargah, rozjażyły się oczy i pżysunąwszy się jęła muwić bolejąco:
— A co! Piekło tam i tyla. W hałupie kiej po pohowku, jaże mrozi od smutku, a pociehy znikąd ni poratunku! Jeno oczy wypłakują i boskiego zmiłowania czekają! A już najbażej Jagusia...
I kieby pżędzę rozsnuwała rużnoście o Jagusinych smutkah, żalah i opuszczeniu. Muwiła gorąco, pżypohlebiając mu się i jakby ciągnąc za język, ale milczał uparcie, gdyż z nagła rozparła go taka żrąca tęsknica, jaże się cały rozdygotał.
Szczęściem, co powruciła Józka niosąc z pul zapaski czernic, nasypała mu jagud w kapelusz i zebrawszy dwojaki pobiegła w dyrdy ku hałupie.
A Jagustynka nie doczekawszy się od niego ani słowa odpowiedzi jęła się dźwigać stękający.
— Poniehajcie! Pietrek, zabież ih na wuz! — rozkazał krutko.
Hycił się znowu pługa i jakiś czas cierpliwie krajał spieczoną, twardą ziemię, pżyginał się w jażmie kiej wuł, dawał się wszystek tej pracy, ale i tak nie zdusił tęsknicy.
Już mu się dłużył dzień, że raz po raz spozierał na słońce i niecierpliwymi oczami mieżył pole, spory kawał leżał jeszcze do zaorania. Jużył się też w sobie coraz bażej i nie wiada laczego prał konie, a ostro kżykał na kobiety, byh się prędzej ruhały! Tak go już cosik ponosiło, że ledwie ścierpiał, i takie myśle kłębiły się po głowie i pżyćmiewały oczy, że coraz częściej pług mu się w rękah hybotał zadzierając o kamienie, zaś pod lasem tak się był zarył pod jakiś kożeń, aż kruj się oberwał.
Nie było sposobu dalej orać, zabrał więc pług na sanice i założywszy wałaha pojehał do dom po nowy.
W hałupie było pusto i wszystko leżało rozbabrane i zamączone, a Hanka kłuciła się z kimś w sadzie.
— Paparuh! Na spżeczki to czas ma! — mruczał idąc w podwuże, ale tam zeźlił się bażej, gdyż i ten drugi pług, kturen wyciągnął spod szopy, zaruwno był do niczego. Długo koło niego majstrował coraz niecierpliwiej, nasłuhując kłutni, bo Hanka już wykżykiwała rozwścieklona:
— Zapłać szkody, to ci maciorę wypuszczę, a nie, to podam do sądu! Zapłać za płutno, co mi je zwiesną podarła na bielniku, i za te spyskane ziemniaki. Mam świadkuw na wszystko! Widzisz ją, jaka mądra, będzie se świnie wypasała na moim! Nie daruję swojego! A na drugi raz to twojej macioże i tobie kulasy popżetrącam! — jazgotała zajadle, że zaś i sąsiadka dłużną nie ostawała, to już kłuciły się na zabuj, wytżąhając do się pżez płoty zaciśniętymi pięściami.
— Hanka! — kżyknął zakładając se pług na ramiona.
Pżyleciała rozwżeszczana i rozczapieżona kiej kokosz.
— A to wydzierasz się, jaże na całą wieś słyhać!
— Swojego bronię! Jakże, pozwolę to, byh mi cudze świnie pyskały po zagonah! Tyla szkody robią, to mam być ciho? Niedoczekanie, nie daruję! — wykżykiwała, jaże pżerwał jej ostro:
— Ogarnij się, a to wyglądasz kiej nieboskie stwożenie!
— Hale, do roboty będę się pżybierała kiej do kościoła, juści.
Popatżył na nią wzgardliwie, boć wyglądała, jakby ją kto wyciągnął spod łużka, i żuciwszy ramionami poszedł.
Kowal był pży robocie; już z dala szczękały bżękliwe, mocne głosy młotuw, a w kuźni huczał ogień i było gorąco kiej w piekle. Michał właśnie był odkuwał z pomocnikiem jakieś grubahne sztaby, pot mu zalewał tważ umorusaną, ale kuł niestrudzenie i jakby z zajadłością.
— Komuż to takie sielne osie?
— Do Płoszkowego woza! Będzie woził na tartak!
Antek pżysiadł na progu skręcając sobie papierosa.
Młoty wciąż biły zajadle, tżaskając nieustannie raz, dwa, raz, dwa, i czerwone żelazo bite ze wszystkiej mocy robiło się powolne kieby ciasto, ugniatali go też na swoją potżebę, jaże cała kuźnia dygotała.
— Nie hciałbyś to wozić? — żekł Michał wsadzając żelazo w ognisko i poruhując miehem.
— A bo to me młynaż dopuści, ponoć wzion wożenie na spułkę z organistą i ze Żydami jest za pan brat.
— Konie masz, pożądek wszystek gotowy, a parob jeno się wałęsa kole hałupy. Niezgożej płacą — szepnął zahętliwie.
— Juści, co pżydałby się jakiś grosz na żniwo, ale cuż, młynaża pżecieh o pomoc prosił nie będę.
— Tża by ci pomuwić z kupcami.
— Abo to je znam! Byś to hciał wstawić się za mną!
— Kiej prosisz, to pomuwię, jeszcze dzisia do nih poletę.
Antek cofnął się prędko pżed kuźnię, gdyż znowuj zagrały młoty i iskry sypnęły się deszczem ognistym i pażącym.
— Zaraz pżyjdę, obaczę jeno, jakie to dżewo zwożą.
I na tartaku robota wżała kiej w ulu, traczka już szła bez pżerwy, piły z głuhym zgżytem pżeżerały długahne kloce, a woda z kżykiem waliła się z kuł w żekę i spieniona, zmordowana, gotowała się bełkotliwie w ciasnyh bżegah. Z wozuw zwalali hojary, ledwie okżesane z gałęzi, aż ziemia jęczała, zaś sześciu hłopa obciesywało je do kantu, a drugie wynosiły deski na słońce.
Mateusz prowadził całą fabrykę, że co trohę widać go było w innej stronie, dzielnie zwijał się żądząc i bacznie wszystkiego doglądając.
Pżywitali się pżyjacielsko.
— A kajże to Bartek? — pytał Antek rozglądając się po ludziah.
— Zmieżiły mu się Lipce i pociągnął za wiatrem.
— Że to poniekturyh tak cięgiem telepie po świecie! Roboty widać masz na długo, tylahna dżewa!
— A hwaci na jaki rok abo i dłużej. Jak dziedzic ugodzi się ze wszystkimi, to z puł boru wytnie i pżeda.
— Na Podlesiu znowuj dzisiaj rozmieżają ziemię.
— Bo już co dnia zgłasza się ktosik do zgody! Barany juhy, nie hciały cię słuhać, żeby gromadą się ugodzić, to dziedzic da więcej, a tera robią w pojedynkę, cihaczem, byle prędzej.
— Niekturen człowiek to jak ten osieł: hcesz, byh ruszył napżud, to ciągaj go za ogon! Pewnie co barany, dziedzic obrywa każdemu coś niecoś, bo z osobna się godzą.
— Odebrałeś to już swoje gronta?
— Jeszczek nie wyszedł czas po śmierci ojcowej i nie można robić działuw, alem se już upatżył pole.
Za żeką pomiędzy olhami mignęła jakaś tważ, zdało mu się, że to Jagusia, więc hociaż pogadywał, ale już coraz niespokojniej latał oczami po gąszczah nadżecznyh.
— Taki gorąc, tża się iść wykąpać — żekł wreszcie i poszedł w duł żeki, niby to wybierając sposobne miejsce, ale skoro go skryły dżewa, puścił się pędem.
Juści, że ona to była. Szła z motyczką do kapusty.
— Jagusia! — zawołał zruwnawszy się z nią.
Obejżała się bacznie i rozeznawszy głos i jego tważ, wyhylającą się ze szuwaruw, pżystanęła trwożnie, nie wiedząc zgoła, co począć, bezradna całkiem i spłoszona.
— Nie poznajesz me to? — szepnął gorąco, prubując pżejść do niej na drugą stronę. Ale żeka w tym miejscu była głęboka, hoć wąska zaledwie na jakieś parę krokuw.
— Jakże, nie poznałabym cię to? — oglądała się lękliwie za siebie na kapuśnisko, kaj czerwieniały jakieś kobiety.
— Kajże się to kryjesz, że ani sposobu cię uwidzieć?
— Kaj? Wygnała me twoja z hałupy, to siedzę u matki...
— Dyć i o tym rad bym z tobą pomuwił. Wyjdź, Jagno, wieczorkiem za smętaż. Powiem ci cosik, pżyjdź! — prosił gorąco.
— Hale, żeby me kto jeszcze obaczył! Dosyć mam już za dawne... — odżekła twardo. Ale tak molestował, tak skamlał, że skruszało jej serce, zaczynało jej być żal.
— A cuż mi to nowego powiesz? po cuż to me wołasz?
— Czym ci to już taki całkiem cudzy, Jaguś?
— Nie cudzy, ale i nie swuj! Nie w głowie mi takie żeczy...
— Jeno pżyjdź, a nie pożałujesz. Bojasz się za smętaż, to pżyjdź za księży sad, nie baczysz to kaj? Nie baczysz, Jaguś?...
Jaże odwruciła głowę, takie pąsy na nią udeżyły.
— Nie pleć, dyć mi wstydno... — zesromała się wielce.
— Pżyjdź, Jaguś, hoćby do pułnocka czekał będę...
— To poczekaj... — odwruciła się nagle i poleciała na kapuśnisko.
Patżył za nią łakomie i pżejęły go takie luboście i takie płomia wzbużyły krew, że gotuw był lecieć za nią i brać ją hoćby na oczah wszystkih... Ledwie się już pohamował.
— Nic, jeno ta spieka tak me rozebrała! — pomyślał rozdziewając się spiesznie do kąpieli.
Pżehłodził się galancie i jął deliberować nad sobą.
— Że to człowiek słaby kiej ten paździeż, bele co go poniesie...
Wstyd mu się zrobiło, rozejżał się, czy aby go kto z nią nie widział, i usilnie rozważał wszystko, co mu o niej powiadali.
— Takaś to ty, jagudko, taka! — myślał ze wzgardą i jakby z żalem, ale naraz pżystanął pod jakimś dżewem i stojał z pżywartymi powiekami, bo jawiła mu się na oczah w całej swojej cudności.
— Heba takiej drugiej nie ma na wszystkim świecie! — jęknął i strasznie zapragnął jeszcze raz ją widzieć, jeszcze raz ogarnąć ramionami, pżycisnąć do serca i napić się z tyh warg czerwonyh, pić na umur ten miud słodki, pić do dna...
— Jeno ten ostatni razik, Jagusiu! ten ostatni! — szeptał błagalnie, jakby do niej. Długo potem pżecierał oczy wodząc nimi po dżewah, nim się pomiarkował i poszedł do kuźni. Michał był sam i właśnie już się zabierał do pługa.
— A stżyma twuj wuz takie ciężary? — spytał.
— Bylem jeno miał co kłaść...
— Kiej obiecuję, to jakbyś już miał na wozie.
Antek jął pisać kredą na dżwiah i rahować.
— Jeszczek do żniw zarobiłbym ze tżysta złotyh! — żekł radośnie.
— Akuratnie miałbyś na sprawę — ozwał się kowal od niehcenia.
Antek shmużył się nagle i oczy zaświeciły mu ponuro.
— Zmora ta moja sprawa, co ją wspomnę, to mi wszyćko z rąk leci, że nawet żyć się odehciewa...
— Nie dziwota, jeno to me zastanawia, że się za nijakim poratunkiem jeszcze nie rozglądasz.
— A cuż to poredzę?
— Tżeba by jednak coś zrobić! Jakże, dać się to pod nuż, kiej ten cielak żezakowi?
— Głową muru nie pżebiję! — westhnął boleśnie.
Michał kuł znowu z zajadłością, zaś Antek pogrążył się w niepokojące i strahliwe dumania i takie myśle go nawiedzały, jaże mienił się na tważy i zrywał się z miejsca, bezradnie latając oczami po świecie; ale szwagierek dał mu się długo trapić szpiegując go jeno hytrymi ślepiami, aż w końcu żekł ciho:
— Kaźmiż z Modlicy umiał se poredzić...
— Ten, co to uciekł do Hameryki?
— A ten sam! Mądrala, juha, pżewąhał pismo nosem.
— A bo mu to dowiedły, że zabił tego strażnika?
— Nie czekał, jaże mu dowiedą! Nie głupi zgnić w kreminale...
— Łacno mu było, kawaler.
— Ratuje się, kturen musi. Ja cię ta do niczeguj nie namawiam, abyś nie pomyślał, że mam w tym cosik swojego na widoku, a jeno powiedam, jak to w pżypadku robiły drugie. Jak ci się żywnie podoba, tak zrub. Wojtek Gajda z Wolicy też ano wrucił z kreminału w same świątki. Cuż, dziesięć rokuw toć jeszczek nie życie, można pżetżymać...
— Dziesięć rokuw, Jezus kohany! — jęknął hytając się za głowę.
— A tyle odsiedział w ciężkih robotah, juści, co karwas czasu.
— Wszystko gotuwem pżenieść, bele jeno nie siedzenie. Jezus! siedziałem te parę miesięcy, a już me się dur hytał...
— A za tży niedziele byłbyś już za możami, nieh Jankiel powie...
— Strasznie daleko! Jak to iść, wszyćko ciepnąć, ostawić dom, dzieci, ziemię, wieś i w tyli świat, na zawdy! — Zgroza go pżejęła.
— Tyla poszło dobrowolnie i ani komu w głowie wracać do tyh rajuw.
— A mnie nawet pomyśleć o tym straszno!
— Juści, ale obacz Wojtka i posłuhaj, co rozpowiada o tym kreminale, to cię jeszczek bażej zafrasuje! Jakże, hłop ma niespełna czterdzieści rokuw, a do cna już posiwiał i zgarbaciał, żywą krwią pluje i kulasami ledwie powłuczy. Jeno patżeć, jak pujdzie na księżą oborę. Ale po co ci gadać, masz swuj rozum, to się jego posłuhaj.
Pżycihł w porę, zmiarkowawszy, że już w nim posiał niepokuj, więc resztę zostawił czasowi, skrycie się jeno ciesząc z plonuw, jakie spodziewał się zebrać. Ale skończywszy pług ozwał się wesoło:
— Poletę tera do kupcuw, a wuz gotuj na jutro, bo woził będziesz. O sprawie nie myśl, nie warto se psuć głowy, to ano będzie, co będzie i co Bóg miłosierny pozwoli. Pżyjdę do cię wieczorem.
Ale Antek nie zapomniał tak zaraz; połknął te jego pżyjacielskie powiadki kiej ryba pżynętę i dławił się nią, darło mu ano wątrobę, jaże ledwie się ruhał pod grozą męczącyh pomyślunkuw.
— Dziesięć rokuw! Dziesięć rokuw — szeptał niekiedy, drętwiejąc w strahu.
Mrok już zapadał, ludzie ściągali z pul, w obejściu podniusł się niemały rejwah, gdyż Witek pżygnał stado, a kobiety kręciły się kole udojuw i obżądkuw, zaś na wsi jaże się tżęsło od pżedwieczornyh pogwaruw i wżaskuw dzieci, kąpiącyh się we stawie.
Antek wyciągnął wuz za stodołę, aby go pżyryhtować i opatżyć na jutro, ale wnet odehciało mu się wszystkiego, że jeno kżyknął na Pietrka, pojącego konie pod studnią:
— Nasmaruj wuz i wypożądź, będziesz od jutra woził na tartak.
Parob zaklął siarczyście. Nie szła mu w smak taka robota.
— Zawżyj gębę i rub, co ci każą! Hanuś, daj tży miarki owsa na obrok, a koniczyny pżynieś im z pola, Pietrek, nieh se podjedzą...
Hanka prubowała go rozpytywać, ale cosik jeno mruknął i pokręciwszy się po obejściu poszedł do Mateusza, z kturym teraz żył w wielkim pżyjacielstwie.
Mateusz tyle co jeno był wrucił z roboty i właśnie hlipał pod hałupą zsiadłe mleko la ohłody.
Skądciś, jakby ze sadu, sączyło się cihe, żałosne płakanie.
— Ktuż to tam tak skwierczy?
— A Nastusia. Urwanie głowy mam z tymi jamorami: zapowiedzie już wyszły, ślub ma być w niedzielę, a Dominikowa wczoraj zapowiedziała pżez sołtysa, jako gospodarka na nią zapisana i Szymkowi nie udzieli ani zagona, i do hałupy go nie puści. I święcie to zrobi, znam ja dobże to sobacze nasienie.
— Cuż na to Szymek?
— A co, jak usiadł w sadzie rano, tak i dotąd tam siedzi kiej ten słup, że nawet Nastusi nie odpowiada, już się nawet bojam, żeby mu się rozum nie popsuł.
— Szymek! — kżyknął w sad — a pudzi no do nas; pżyszedł Boryna, to może ci co poredzi...
Zjawił się po jakiejś minucie i usiadł na pżyzbie nie witając się z nikim. Juści, co hłopak do cna był zmizerowany i wyshnięty kieby ta osinowa deska; jedne oczy mu gożały, zaś w wyhudzonej tważy taiło się jakieś twarde postanowienie.
— I cużeś umyślił? — pytał łagodnie Mateusz.
— A co, że wezmę siekierę i zakatrupię ją kiej psa!
— Głupiś! bajanie ostaw do karczmy.
— Jak Bóg na niebie, tak ją zakatrupię. Cuż mi to ostaje, co? Grontu mi po ojcah zapiera, z hałupy me goni, spłaty nie daje, to cuż pocznę? Kaj się, sierota, podzieję, kaj? I żeby to me rodzona matka tak kżywdziła! — jęknął ocierając rękawem łzy, ale naraz porwał się i zakżyczał: — Nie daruję, psiahmać, swojego, żebym miał za to zgnić w kreminale, a nie daruję!
Uspokoili go na tyla, co pżymilkł i siedział hmurny, a tak nasrożony, że nawet nie odpowiadał na Nastusine łzawe szepty. Oni zaś deliberowali, jak by mu pomuc, ale cuż, kiej nic z tego nie wyhodziło, nie było bowiem sposobu na Dominikową. Aż dopiero Nastka odciągnąwszy na stronę brata cosik mu pżełożyła.
— Kobieta i nalazła mądrą radę! — zawołał radośnie, wracając pod hałupę. — A to powieda, byh kupić od dziedzica na Podlesiu ze sześć morguw na spłaty! Co, dobra rada? A matce można będzie pokazać starą panią, nieh się wścieknie ze złości...
— Rada juści dobra jak każda rada, jeno gdzie pieniądze?...
— Nastusia ma swoje tysiąc złotyh, na zadatek hwaci...
— A kajże to jeszcze hałupa, lewentaż, pożądki, zasiewy?
— Kaj? A tu! A tu! — wżasnął naraz Szymek wyskakując pżed nih a tżąhając zaciśniętymi garściami...
— Tak się to muwi, ale czy uredzisz? — mruknął Antek niedowieżająco.
— Dajcie mi jeno ziemię, a obaczycie, dajcie! — zakżyczał z mocą.
— To nie ma się co głowić, a jeno iść do dziedzica i kupować!
— Poczekaj, Antek, zaraz, nieh no se wszyćko w myślah ułożę...
— Obaczycie, jak sobie radę dawał będę! — gadał prędko Szymek. — A kto u matki orał? Kto siał? Kto zbierał? Dyć jeno ja sam! A źle to w roli robiłem, co? Wałkoń to jestem, co? Nieh cała wieś powie, nieh matka zaświarczy! Dajcie mi jeno grunt, spomużcie, braty rodzone, a to już wama za to do śmierci się nie odsłużę. Pomużcie, ludzie kohane, pomużcie! — wołał śmiejąc się i płacząc na pżemian, zgoła jakby pijany radosną nadzieją.
A kiej się ździebko uspokoił, zaczęli już wspulnie rozważać i deliberować nad tymi zamysłami.
— Byh się jeno dziedzic zgodził na spłaty! — westhnęła Nastka.
— Poręczymy z Mateuszem, to widzi mi się, co i da.
Nastusia jaże go hciała całować po rękah za tyla dobrości.
— Zażywałem niezgorszej biedy, to wiem, jak drugim smakuje! — żekł ciho, powstając do odejścia, bo się już było całkiem zmroczało nad ziemiami, jeno co niebo było jeszcze jasne i zoże dopalały się na zahodzie.
Antek stał czas jakiś nad stawem wagując się w sobie, w kturą stronę pujdzie, lecz po hwili ruszył ku domowi.
Szedł jednak z wolna kieby pod pżymusem, pżystając co troha ze znajomymi, na drogah bowiem było pełno ludzi, wałęsającyh się gadzin i dzieci. Pżyśpiewki tżęsły się po opłotkah, kajś zakżyczały pżepłoszone gęsi, pod młynem wżeszczały kąpiące się hłopaki, jakieś kumy kłuciły się po drugiej stronie stawu, jakby pżed Balcerkami, a pżenikliwy głos piszczałki pżewiercał uszy.
Hociaż Antkowi nie było pilno i rad pżystawał na drodze a z bele kim pogadywał, to w końcu stanął pżed swoją hałupą. Okna stały wywarte i oświetlone, dziecko płakało pod ścianą, zaś z podwuża rozlegał się wżaskliwy głos Hanki, a kiej niekiej jazgotliwe odszczekiwanie Józki.
Zawahał się znowu, ale kiej Łapa zaskomlał pży nim i jął wyskakiwać z radości, kopnął go w nagłym gniewie i zawrucił z powrotem na wieś. Dopadł drużki proboszczowskiej, pżemknął się kole organistuw tak ciho, że go nawet psy nie poczuły, i wsunął się pod księży sad, zaraz pży szerokiej miedzy, dzielącej Kłębową ziemię od księżyh.
Nakrył go głęboki cień dżew galancie rozrośniętyh.
Księżycowy sierp zawisł już był na pociemniałym niebie i gwiazdy jęły się rozjażać coraz migotliwiej; wieczur czynił się rosisty a silnie nagżany, prawdziwie latowy. Pżepiurki wołały ze zbuż, od łąk dalekih leciały grubaskie pohukiwania bąkuw, zaś nad polami wisiała taka rozpahniona cihość, jaże w głowie się mąciło.
Ale Jagusia jakoś nie pżyhodziła.
Natomiast o jakieś puł stajania od Antka po miedzy spacerował proboszcz w białym obleczeniu i z gołą głową, tak pogrążony w odmawianiu pacieży, iż jakby nie widział, co jego konie, pasące się na hudym, wytartym ugoże, pżeszły miedzę i łakomie wżerały się w Kłębową koniczynę, ktura niby bur czerniała spaniale wyrośnięta i pokryta kwiatem.
Ksiądz cięgiem hodził mamrocąc pacieże, po gwiazdah włuczył oczami, a niekiej pżystawał, pilnie nasłuhując, i gdy się jeno ruszyło co niebądź kajś pod wsią, zawracał spiesznie, gdeżąc niby gniewnie na konie.
— A gdzieżeś to polazł, siwy? W Kłębową koniczynę, co? Widzicie ih, jakie to łajdusy! Smakuje wam cudze, co? A batem hceta po portkah? No, muwię, batem! — pograżał wielce srogo.
Ale koniska tak smacznie hrupały, jaże księdzu zbrakło serca na wypędzenie ze szkody, więc jeno rozglądał się a prawił z ciha:
— No żrej jeden drugi, żrej... już się za to zmuwi jaki paciorek za Kłębową duszę albo i wynagrodzi czym szkodę! Nygusy, jak się to pżypinają do świeżej koniczyny!
I znowu hodził tam i z nawrotem, pacieże muwił i strużował ani się spodziewając, jako Antek patży w niego, słuha i z coraz większą niespokojnością wyczekuje na Jagusię.
Pżeszło tak z parę dobryh pacieżuw, gdy naraz Antkowi pżyszło na myśl podejść do niego a wyznać się ze swoih frasunkuw.
— Taki nauczony, to może prędzej najdzie jaką radę! — rozważał cofając się cieniami pod stodołę i dopiero za węgłem śmiało wyszedł na miedzę i głośno zahżąkał.
A ksiądz posłyszawszy, że ktoś nadhodzi, zakżyczał na konie:
— Szkodniki paskudne! To ani z oczuw spuścić, zaraz w cudze jak te świnie! Wiśta kasztan! — I uniesłszy ubieru wypędzał je z pośpiehem.
— Boryna! Jak się masz? — wołał rozpoznawszy go z bliska.
— Dyć szukam dobrodzieja, byłem już na plebanii.
— A wyszedłem zmuwić pacieże i pżypilnować koniskuw, bo Walek poleciał do dworu. Ale takie znarowione szkodniki, że nieh Bóg broni, rady nie mogę sobie dać z nimi. Patż, jak się Kłębowi wysypało koniczyny, jak bur! Z mojego nasienia... Za to moją tak wymroziło, że został się tylko rumianek i osty! — westhnął żałośnie, pżysiadając na kamieniu. — Siadajże, to sobie pogadamy! śliczna pora! Za jakie tży tygodnie zadzwonią kosy! No, muwię ci!...
Antek pżysiadł w podle i zaczął z wolna rozpowiadać, z czym był pżyszedł. Proboszcz słuhał uważnie, tabakę zażywał i na konie kżyczał raz po raz, kihając pży tym siarczyście.
— A gdzie! Ślepyś, że cudze? Widzisz je, świntuhy znarowione!...
Antkowi szło jakoś niesporo, zająkiwał się i plątał.
— Widzę, że ci coś ciężkiego dolega. Wyznaj się szczeże, to ci ulży, wyznaj! Pżed kimże duszę wyżalisz, jak nie pżed księdzem? — Pogładził go po głowie i uczęstował tabaką, że Antek nabrawszy śmiałości rozpowiedział mu wszystkie swoje frasunki.
Ksiądz długo ważył jego słowa, wzdyhał i w końcu żekł:
— Ja bym ci za borowego naznaczył pokutę kościelną: stawałeś w ojcowej obronie, a że był łajdus i luter, to niewielka stała się szkoda! Ale sądy ci nie darują. Najmniej posiedzisz ze cztery lata! I co ci tu radzić? Muj Boże, i w Ameryce ludzie żyją, i z kryminału też wracają. Ale jedno złe i drugie też nie lepsze.
Był za tym, żeby Antek uciekał hoćby jutro, to znowu radził pozostać i odsiedzieć karę, a na ostatku powiedział:
— Jedno, co pewna: zdać się na Opatrzność i czekać zmiłowania Bożego.
— Hale, i wezmą me w dybki, w Sybir pognają...
— Wielu jednak powraca, sam znałem niejednego...
— Juści, jeno co to po latah zastanę w hałupie, co? A bo to kobieta da sama radę? Zmarnuje się wszystko! — szeptał bezradnie.
— Z duszy serca rad bym ci pomugł, ale cuż ja mogę... Czekaj, mszę świętą odprawię do Przemienienia Pańskiego na twoją intencję. Zapędź mi konie do stajni, puźno! No, muwię ci, puźno, czas spać!
Antek tak był pżejęty turbacjami, że wyszedłszy z księżego podwuża dopiero pżypomniał sobie Jagusię i spiesznie do niej poleciał.
Juści, co już czekała skulona pod stodołą.
— Czekałam i czekałam!
Głos miała jakby shrypnięty od rosy.
— Mogłem się to księdzu wymuwić? — Hciał ją objąć, odephnęła go.
— Nie figle mi ta w głowie, nie ceckania!
— Dyć cię całkiem nie poznaję! — Czuł się dotknięty.
— Jakąś me ostawił, takusieńką i jestem...
— A niepodobna do się... — Pżysunął się bliżej.
— Nie zafrasowałeś się o mnie bez tyla czasu, a teraz się dziwujesz?
— Że już i bażej nie sposub, ale mogłem to pżylecieć do cię, co?
— A ja ostałam jeno z trupem a ze zgryzotami! — Zatżęsła się z zimna.
— I ani ci w głowie postało zajżeć do mnie, co inszego miałaś w myślah!...
— Czekałeś to me, Jantoś, czekałeś? — wyjąkała niedowieżająco.
— I jak jeszcze! A to kiej ten głupi co dnia wisiałem u kraty i oczy wypatrywałem za tobą, i co dnia cię czekałem! — Nagły żal nim zatżąsł.
— Jezu kohany! A tak me skląłeś tam za brogiem! A takiś pżudzi był zły! A kiej cię brali, to aniś spojżał na mnie, aniś pżemuwił... Dobże baczę, miałeś to dobre słowo la wszystkih, nawet la psa jeno nie la mnie! To już myślałam, że się wścieknę!
— Nie miałem złości do cię, Jaguś, nie. Ale jak się dusza człowiekowi zapiecze w zgryzocie, to by i siebie, i wszystek świat wytracił...
Milczeli stojąc tuż pży sobie, biedro w biedro. Księżyc świecił im prosto w tważe. Dyszeli ciężko, szarpani gryzącymi spominkami, oczy im pływały w zakżepłyh łzah żaluw i udręki.
— Nie tak to me kiedyś witałaś! — żekł smutnie.
Rozpłakała się nagle i żewliwie kiej dzieciątko.
— Jakże cię to mam witać, jak? Małoś to me już pokżywdził i sponiewierał, że tera ludzie patżą na mnie kiej na tego psa...
— Ja cię sponiewierałem? To pżeze mnie? — Gniew go pżejął.
— A pżez ciebie! Pżez ciebie wygnała me z hałupy ta flądra, to świńskie pomietło! Pżez ciebie poszłam na pośmieh całej wsi...
— A wujta to już nie baczysz? a drugih, co? — buhnął groźnie.
— Wszyćko bez ciebie! Wszyćko! — szeptała coraz bardziej rozżalona. — A czemuś me do się zniewolił jak tego psa? Miałeś pżecież swoją kobietę. Głupia byłam, a tyś me tak opętał, co już świata Bożego za tobą nie widziałam! I czemuś me potem ostawił samą, na pastwę?
Ale i on porwany żalami zasyczał pżez zaciśnięte zęby:
— To ja ci kazałem ostać moją macohą? Ja cię też pewnie niewoliłem, byś się tłukła z każdym, kto jeno hciał, co?
— To po coś mi nie wzbronił? Byś me miłował, to byś me nie dał na wolę, nie ostawiłbyś me samej, a jeno stżegł pżed złą pżygodą, jak to drugie robią! — skarżyła się boleśnie i tak pełna niezgłębionego żalu, że już nie poredził się bronić. Odpadły go wszystkie złoście, a serce się rozdygotało kohaniem.
— Cihoj, Jaguś, cihoj, dzieciątko! — szeptał z tkliwością.
— I taka kżywda mi się stała, to i ty powstajesz na mnie jak wszystkie, i ty, i ty! — szlohała wspierając głowę o stodołę.
Usadził ją pży sobie na miedzy i jął pżygarniać do serca a tulić, a głaskać po włosah i obcierając jej tważ zapłakaną, całował jej wargi roztżęsione i te oczy zalane gożkimi łzami, te kohane a tak pżesmucone oczy. Pieścił ją, pżyhołubiał i spokoił, jak jeno poredził, że już płakała coraz ciszej pżywierając doń i z taką dufnością uwiesiła mu się na szyi a kładła głowę na jego piersiah jakby na tym matczynym sercu, kaj tak lubo jest wypłakiwać wszystkie boleście a smutki...
Ale Antkowi już się mąciło w głowie, bo takie luboście biły od niej i tak go rozprażało jej ciepło, że coraz zajadlej całował i coraz mocniej ogarniał ją sobą...
Zrazu ani miarkowała, do czego idzie i co się z nią wyrabia. Dopiero kiej się już całkiem poczuła w jego mocy i kiej jął rozgniatać jej wargi rozpalonymi całunkami, zaczęła się szarpać a prosić lękliwie, prawie z płaczem:
— Puść me, Jantoś! Puść! Loboga, bo bede kżyczeć!
Ale mogła się to już wydżeć smokowi, kiej ściskał, jaże thu brakowało i całą pżejmował war i dygotania.
— Ostatni raz pozwul, ostatni! — skamlał ledwie już zipiąc.
Aż świat się z nią zakręcił i poleciała jakby na dno jakowegoś raju, a on ją wzion, jak to kiedyś brał, zapamiętale, pżez lubą moc kohania, i dawała mu się też jak kiedyś, w słodkiej udręce niemocy, na niezmieżone szczęście, na śmierć samą...
Jak kiedyś, muj Jezu! Jak dawniej! Jak zawdy!
Noc stała rozgwiażdżona, księżyc wisiał wysoko w puł nieba; nagżane, rozpahnione powietże obtulało pola pośpione w niezgłębionej cihości; cały świat leżał bez thu w upojnym zapomnieniu i w słodkiej pieszczocie niepamięci.
A i w nih nie było już pomiarkowania o niczym, nic, kromie ognia i buży, i nic, kromie wiecznie żądnej i wiecznie nienasyconej tęsknicy. Jak kiedy ushnięta dżewina ożeni się z pierunem i buhnie w niebo płomieniami, że już wraz giną hucząc weselną pieśń zatraty, tak i oni pżepadali w jakihś nienasyconyh żarah. Ożyły w nih dawne miłoście i zwarły się, stżelając bujnym, radosnym ogniem na to jedno mgnienie zapamiętania, na tę jedną tylko minutę ostatniej radości.
Bo kiej znowu siedli pży sobie, już im tak cosik omroczyło dusze, że spozierali na się trwożnie, ukradkiem, rozbiegając się oczami kieby ze wstydem i żalem.
Na darmo szukał wargami jej warg głodnyh całunkuw, jak kiedyś: odwracała się z niehęcią.
Na darmo szeptał pżezwiska co najsłodsze: nie odpowiadała, pilnie zapatżona w księżyc; więc bużył się w sobie i hłudł, pżejęty dziwną markotnością i żalami.
Siedzieli, nie wiedząc już, co muwić, niecierpliwiąc się jeno a wyczekując, kture się pierwej ruszy i pujdzie sobie precz.
A w Jagusi jakby już wszystko wygasło ze szczętem i rozsypało się w popiuł, bo ozwała się z pżytajoną złością:
— Aleś me zniewolił, kiej ten zbuj, no!
— Nie mojaś to, Jaguś, nie moja? — Hciał ją pżygarnąć, odephnęła go gwałtownie.
— Anim twoja, anim niczyja, rozumiesz? Niczyja!
Rozpłakała się znowu, ale już jej nie spokoił ni utulał, lecz po jakim czasie powiedział ważnym głosem:
— Jaguś, poszłabyś ze mną we świat?
— Kajże to? — podniesła na niego zapłakane oczy.
— A hoćby do samej Hameryki! Poszłabyś za mną, Jaguś?
— A cuż to poczniesz ze swoją kobietą?
Zerwał się, kieby go kto biczem tżasnął.
— Prawdę pytam! Trutkę to jej zadasz czy co?
Pohwycił ją wpuł, pżygarnął kżepko i całując namiętnie po całej tważy jął prosić a molestować, byh z nim jehała we świat, kaj by już ostali razem i na zawsze. Sporo czasu muwił o swoih zamysłah i nadziejah, czepił się bowiem nagle tej myśle uciekania z nią kiej pijany płota i kiej pijany też plutł, ogarnięty gorączkowym wzbużeniem. Wysłuhała wszystkiego do końca i odżekła z pżekąsem:
— Zniewoliłeś me do gżehu, to rozumiesz, com już do cna zgłupiała i uwieżę ci w bele bzdury...
Pżysięgał na wszystko, jako świętą prawdę powieda; nie hciała już nawet słuhać i wyrwawszy się z jego rąk szepnęła:
— Ani mi się śni uciekać z tobą. Po co? Abo mi to źle samej? — Obtuliła się zapaską rozglądając się uważnie. — Puźno, muszę już bieżyć!
— Kajże ci pilno, nikto pżeciek z hałupy za tobą nie patży?
— Ale na ciebie pora. Już tam Hanka pieżynę wietży a wzdyha...
Rozżarł się na te słowa kiej pies i syknął urągliwie:
— Ja ci nie wypominam, kto tam na ciebie po karczmah wyczekuje...
— A jakbyś wiedział, co niejeden gotuw czekać hoćby do słońca, jakbyś wiedział! Sielnieś zadufany w siebie i rozumiesz, co jeno ty jeden jesteś! — gadała pżeśmiehając się zjadliwie.
— A to leć, hoćby nawet do Żyda, leć! — wykżtusił.
Ale się nie ruszyła z miejsca; jeszcze stali pży sobie dysząc jeno ciężko a poglądając na się rozsrożonymi ślepiami, a kieby szukając w sobie tyh jakihś słuw najbażej bolącyh.
— Miałeś coś pedzieć, to mi żeknij, bo więcej już do cię nie wyjdę...
— Nie buj się, nie będę cię wywoływał, nie...
— Bo hoćbyś mi nawet u nug skamlał, to nie wyjdę.
— Juści, czasu ci nie starczy, do tylu musisz co noc wyhodzić...
— A żebyś skapiał kiej ten pies! — skoczyła w pola na pżełaj.
Nie pogonił jednak ni nawet zawołał za nią, widząc, jak leciała pżez zagony kiej cień i pżepadła pod sadami; pżecierał tylko oczy kieby ze śpiku a wzdyhał markotnie.
— Zgłupiałem już do cna! Jezu, dokąd to baba może zaprowadzić.
Było mu czegoś dziwnie wstyd, gdy wracał do hałupy; nie mugł sobie darować tego, co się stało, i srodze się tym gryzł i męczył.
Pościel gotowa już czekała na niego w sadzie, w pułkoszkah, gdyż w izbie nie sposub było wyspać z powodu gorąca i muh.
Ale nie zasnął; leżał wpatżony w dalekie migoty gwiazd i nasłuhując cihyh stąpań nocy rozważał se o Jagusi.
— Ni z nią, ni pżez niej! A żebyś! — zaklął z ciha i wzdyhał żałośnie, i pżewracał się z boku na bok, i odżucał pieżynę, stawiając nogi na hłodnej, orosiałej trawie, ale śpik nie pżyhodził i myśle o niej nie ustawały ni na to oczymgnienie.
Ktureś dziecko zapłakało w hałupie i zamamrotała cosik Hanka; uniusł głowę, ale po hwili pżycihło i znowu opadły go deliberacje i szły pżez niego kiej te wiośniane, pahnące zwiewy kolebiące duszę słodkimi spominkami; ale już się im nie dał w niewolę, a na spżeciw, rozglądał się w nih tżeźwo, że w końcu pżyszedł do tego, co sobie żekł uroczyście, jakby na świętej spowiedzi:
— Raz temu musi być koniec! Wstyd to i gżeh! Co by to znowu ludzie pedzieli! Dyć ociec dzieciom jestem i gospodaż! Musi być koniec.
Postanawiał, ale było mu jej żal, nieopowiedzianie żal.
— Nieh se jeno człowiek raz jeden pofolguje, a już się tak pokuma ze złem, co go i śmierć nie rozdzieli! — medytował gożko i gurnie.
Świt się już robił, całe niebo pżyodziewało się kieby w te zgżebne gzło, ale Antek jeszcze nie spał, zaś kiej biały dzień jął mu zazierać w oczy, pżyleciała go budzić Hanka. Podniusł na nią shmużoną tważ, lecz taki dziwnie był la niej dobry, że skoro mu opowiedziała, z czym to wczoraj pżyhodził kowal puźnym wieczorem, pogłaskał ją po nieuczesanyh włosah.
— Kiej się udało ze zwuzką, to ci już cosik kupię na jarmarku.
Rozradowała się taką łaską i dalejże molestować, aby też kupić oszkloną szafę na tależe, jaką miały organisty.
— Pokrutce to se zamyślisz o dworskiej kanapie! — zaśmiał się, pżyobiecując jednak, co jeno prosiła, i wstał prędko, robota bowiem czekała i tża było kark podać w jażmo i ciągnąć jak co dnia.
Rozmuwił się jeszcze z kowalem i zaraz po śniadaniu Pietrka wyprawił do wożenia gnoju, a sam pojehał w parę koni do lasu.
W porębie jaże huczało od roboty; sporo narodu kręciło się pży obrubce dżewa naciętego zimą, że kieby to nieustanne kucie dzięciołuw, tak rozlegało się bicie siekier i tżeszczenie pił; zaś w bujnyh trawah poręby pasły się lipeckie stada i dymiły ogniska.
Spomniał, co się tu kiedyś wyrabiało, i pokiwał głową widząc, jak to już zgodnie robią razem Lipczaki z żepecką szlahtą i drugimi.
— Bieda ih doprowadziła do rozumu. I potża to było wszystkiego, co? — wyżekł do Filipa, syna Jagustynki, okżesującego hojary.
— A kto temu był winowaty, jak nie dziedzic a gospodaże! — mruknął ponuro hłop, nie pżestając obrąbywać gałęzi.
— Ale może już najbażej złoście i głupie podjudzania.
Pżystanął w miejscu, kaj był zakatrupił borowego, i tak go cosik złego sparło pod piersiami, jaże zaklął:
— Ścierwa, pżez niego cała moja marnacyja! Bym poredził, to bym ci jeszczek dołożył! — splunął i wziął się do roboty.
I już całe dnie woził na tartak, pżypinając się do pracy z taką zapamiętałością, jakby się hciał zarobić na śmierć, lecz mimo tego nie zabił pamięci o Jagusi ani o tej sprawie nieszczęsnej.
Kturegoś dnia powiedział mu Mateusz, że kupili grunt na Podlesiu, dziedzic dał na spłatę i jeszcze pżyobiecał zżynuw i łat, zaś ślub Nastusi odłożyli, puki Szymek jako tako się nie zagospodaruje.
Co go ta obhodziło cudze, mało to jeszcze miał swoih turbacji? A do tego kowal już prawie codziennie i na rużne sposoby straszył go sprawą i z wolna, ostrożnie, a wielce hytże napomykał, że gdyby mu było pilno potża, to ten i uw dałby pieniędzy...
Antek już sto razy gotuw był prasnąć wszystko i uciekać, ale co spojżał na wieś i co sobie wziął w myśle, jako pujdzie stąd na zawsze, to go taki strah ogarniał, iż wolałby kryminał, wolałby wszystko najgorsze, bele nie to.
Ale i o kryminale myślał z rozpaczą w duszy.
Więc z tego bojowania ze sobą zmizerował się, zgożkniał i stał się w hałupie srogi a niewyrozumiały. Hanka w głowę zahodziła, na darmo prubując się wywiedzieć, co mu się stało. Nawet zrazu podejżewała, jako znowu spiknął się z Jagusią; ale co oko miała bystre, a odpasiona Jagustynka też za nimi patżała i drugie potwierdzali, że wyraźnie stronią od siebie i nikaj się nie shodzą, to się już uspokoiła z tej strony. Cuż z tego, że mu służyła jak mogła najwierniej, że już jadło miał wybrane i na porę, w hałupie ohędożny pożądek, że gospodarka szła jak najlepiej, kiej cięgiem był zły, hmurny, o bele co poniewierał i dobrego słowa jej nie dawał.
A już było najciężej, kiedy hodził cihy, strapiony, smutny kiej noc jesienna i ani się gniewał, ani upżykżał, a jeno ciężko wzdyhał i na całe wieczory szedł do karczmy pić ze znajomkami.
Pytać otwarcie nie miała śmiałości, a Rocho klął się, że też nie wie o niczym, co mogło być prawdą, gdyż stary pżyhodził teraz jeno na noc, a całe dnie wędrował po okolicy ze swoimi książeczkami, a nauczając pobożne nabożeństwa do Serca Jezusowego, kturego użędy wzbraniały odprawować po kościołah.
Aż kturegoś wieczora, kiedy siedzieli jeszcze w izbie pży miskah, bo wiater się był zerwał po zahodzie, psy całą hurmą zaszczekały nad stawem. Rocho położył łyżkę pilnie nasłuhując.
— Ktoś obcy! Tża wyjżeć.
A tyla co jeno wyszedł, powrucił blady i żekł prędko:
— Pałasze bżęczą na drodze! Jakby pytały, na wsi jestem!
Skoczył w sad i zginął.
Antek zbladł śmiertelnie i skoczył na ruwne nogi. Psy już docierały w opłotkah, na ganku rozległy się ciężkie stąpania.
— A może to już po mnie? — jęknął w trwodze.
Wszyscy jakby zmartwieli ujżawszy na progu strażnikuw.
Antek nie mugł się poruszyć, a jeno latał oczyma po wywartyh oknah i dżwiah. Szczęściem, co Hanka całkiem pżytomnie zapraszała ih siedzieć podsuwając ławę.
Gżecznie się pżywitali, tak się zarazem pżymawiając o kolację, że musiała im nasmażyć jajecznicy.
— Kajże tak puźno? — zapytał wreszcie Antek.
— Po służbie! Dzieło u nas niemałe! — odżekł starszy wodząc oczami po zebranyh w izbie.
— Pewnie za złodziejami? — dożucił Antek śmielej, wynosząc flahę z komory.
— I za złodziejami, i za drugim! Pżepijcie do nas, gospodażu!
Napił się z nimi. Pżypięli się do jajecznicy, jaże łyżki dzwoniły.
Wszyscy siedzieli cihuśko kiej te pżytrwożone trusie.
Strażnicy wymietli miskę do czysta, pżepili jeszcze gożałką i starszy obcierając wąsy żekł uroczyście:
— Dawno was wypuścili z turmy, a?
— Niby to pan starszy nie wiedzą!
Rozdygotał się ździebko.
— A gdzież to Rocho? — spytał nagle starszy.
— Kturen Rocho? — zrozumiał w mig i znacznie się uspokoił.
— Podobno u was żyje, kakoj to Rocho?
— A może pan starszy muwią o tym dziadku, co to hodzi po wsi? Prawda, dyć go Rochem wołają!
Strażnik żucił się niecierpliwie i żekł groźnie:
— Nie rubcie szutek, pżecież mieszka u was, wiadomo!
— Pewnie, co nieraz siedział u nas, ale siedział i u drugih. Proszalny dziadek, to kaj mu popadnie, tam i na noc głowę pżytuli. Dziś w hałupie, indziej w oburce, a niekiedy i prosto pode płotem. Cuż to pan starszy upatżył se na niego?
— Tak cuż by, nic, po znajomości pytam...
— Poczciwy człowiek, wody nikomu nie zamąci — wtrąciła Hanka.
— Nu, my znamy, kto on taki, znamy! — mruknął znacząco, prubując rużnymi sposobami wypytywać o niego. Nawet już tabaką częstował, ale wszyscy tak gadali cięgiem jedno w kułko, że nie mogąc niczego pżewąhać podniusł się z ławy ze złością: — A ja muwię, że mieszka u was w hałupie!
— Pżeciek go w kieszeń nie showałem! — odburknął Antek.
— Ja tu po służbie, ponimajcie, Boryna! — cisnął się groźnie starszy, ale jakoś się udobruhał dostawszy na drogę mendel jajkuw i sporą osełkę świeżego masła.
Witek poszedł za nimi trop w trop, rozpowiadając potem, jako wstępowali do sołtysa i prubowali zazierać do poniekturyh okien jeszcze oświetlonyh, jeno co pieski tak naszczekiwały, że nie poredziwszy nikaj zajżeć kryjomo, z niczym odeszli.
Ale to zdażenie tak jakoś dziwnie rozebrało Antka, że skoro jeno został sam na sam z żoną, zaczął się wyznawać z utrapień.
Słuhała z bijącym sercem, uważnie, nie pżepuszczając ani jednego słowa, dopiero kiej w końcu zapowiedział, jako im już nic nie pozostaje, jeno pżedać wszystko i uciekać we świat, hoćby do Hameryki, stanęła pżed nim pobladła kieby ściana.
— Nie pudę i dzieci na zatratę nie pozwolę! — wyżekła groźnie — nie pudę! A jak mnie pżyniewolisz, to siekierą łby dzieciom porozbijam, a sama hoćby do studni! Prawdę muwię, tak mi, Panie Boże, dopomuż! Zapamiętaj to sobie! — kżyczała klękając pżed obrazami jakby do uroczystej pżysięgi.
— Cihoj! Dyć jeno tak muwię!
Wythnęła nieco i żekła ciszej, ledwie już łzy powstżymując:
— Odsiedzisz swoje i wrucisz! Nie buj się, dam se radę... nie uronię ci ni zagona, jeszcze me nie znasz... nie popuszczę z pazuruw. Pan Jezus pomoże, to i taki dopust udźwignę — płakała ciho.
Medytował długo i w końcu powiedział:
— To bedzie, co Bóg da! Tża poczekać na sprawę.
Że na nic się zdały hytre kowalowe zabiegi.
Książka pohodzi z serwisu Wolne Lektury: Władysław Stanisław Reymont, „Chłopi”. Utwur w domenie publicznej. Zmiany: pisownia nowopolska (ó → u, rz → ż, ch → h; nazwy własne bez zmian), bez pżypisuw.